CZĘŚĆ II
ZIMNOLUBNY
Spałem ledwo trzy godziny. Gdy otwieram oczy, cały pokój jest jeszcze pogrążony w mroku. Dochodzi szósta. Machnięciem ręki rozsuwam zasłony, lecz za oknami też jest jeszcze ciemno, zresztą jak przez większość dnia o tej porze roku. Pogoda jest jedną z tych niewielu rzeczy, w które nawet najbardziej ambitni z nas mogą ingerować tylko w ograniczonym stopniu.
Nie mam ochoty wstawać z łóżka, lecz nie chce mi się spać. W mój organizm wkradło się otępienie. I to w dość zaawansowanym stadium. Najchętniej zamknąłbym drzwi na klucz, włączył głośną muzykę i leżał tak do wieczora. Mało realne marzenie. Mam jeszcze godzinę, może półtorej, potem będę musiał wyjść i niechętnie pokazać się ludziom. I stanąć na warcie.
Żyjemy na skraju cywilizacji, dobrze ukryci przed światem, a mimo to codziennie, o każdej porze dnia i nocy, musimy wystawiać strażników na mury. Dzieciaki często pytają mnie: po co?. Przecież nic się nie dzieje. Przecież od miesięcy nic się nie zdarzyło. Przecież jesteśmy chronieni. Rzeczywiście. Jesteśmy dobrze ukryci i nieźle zabezpieczeni. Zaklęcie Fideliusa działa. Działałoby pewnie nawet bez zarzutu, gdyby aż tyle osób nie wiedziało o obecności ukrytego miejsca. Nawet teraz, podczas względnego spokoju, gdy nikt nas nie atakuje, czuję luki w zaklęciu. Coraz większe luki. Muszę je czuć. W końcu jestem Strażnikiem.
Nie to jednak zaprząta moją uwagę. Nawet gdyby Fidelius przestał działać, nadal jesteśmy chronieni całą gamą przeróżnych zaklęć ochronnych, których nie potrafiłaby sforsować prawdopodobnie cała armia, nie wspominając o Patrolach, które od czasu do czasu kręcą się w pobliżu. Dzieciaki mają rację. Nic nam nie grozi.
A jednak czuję dziwny niepokój. Mam wrażenie, że to może się powtórzyć. One nie wiedzą, myślę. Może gdyby wiedziały, reagowałyby inaczej. Może bardziej ochoczo wędrowałyby na mury, gdyby czuły realne zagrożenie. One nie pamiętają, nie mają prawa pamiętać.
Ja też nie chcę pamiętać. Wstaję, a gdy bosymi stopami dotykam podłogi, moje ciało przechodzi dreszcz. Nie pomaga naturalne rozpalanie kominków wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Nie pomaga sztuczne zwiększanie temperatury za pomocą magii. Z naturą nikt nie wygra. Szybko naciągam na siebie spodnie i zakładam grube, wełniane skarpety. Prezent od mamy. Nadal tęsknię, choć obiecałem, że nie będę. Że będę dzielnie się trzymał. Musiałem, jako najstarszy mężczyzna w rodzinie. Jako jedyna nadzieja na to, że nasz ród nie wyginie podczas nie do końca naturalnej selekcji.
Gdy do naszej twierdzy przybywały nowe dzieci, często widywałem je w stanie skrajnej rozpaczy. Moi ludzie byli zazwyczaj pierwsi na miejscu katastrofy, wyciągali pomocną dłoń do świeżo upieczonych sierot, wyprzedzając opiekuńcze zapędy Ministerstwa. Przyprowadzali je tutaj, gdzie były względnie bezpieczne. W świecie, który znały, musiałyby radzić sobie same, walczyć jak wilki o wszystko - od dachu nad głową i jedzenia, przez wykształcenie i nabywanie umiejętności, aż po zwycięstwo w nierównej walce, której stawką często było przeżycie. Tutaj miały to zagwarantowane. Miały wszystko, czego tylko chciały.
Oprócz bliskości.
Nigdy nie byłem przesadnie troskliwy i opiekuńczy. Owszem, potrafiłem przyzwyczaić się do człowieka, ale mijało sporo czasu, zanim go zaakceptowałem. A przynajmniej drugie tyle, zanim zajął na stałe miejsce w moim sercu. Czasem to nigdy nie następowało. Jednak gdy posłańcy przyprowadzali do mnie sieroty, musiałem stać się dobrym ojcem. Przede wszystkim chciałem zaskarbić sobie ich zaufanie i wdzięczność, ale te dzieciaki potrzebowały pocieszenia. A ja próbowałem im je zagwarantować.
Ich reakcja była zawsze taka sama. Gniew. Złość. Co ty możesz wiedzieć? Właśnie straciłem dwójkę rodziców! Dlaczego próbujesz mi wmawiać, że dam radę się podźwignąć, skoro moje życie się zawaliło? Jak śmiesz stawiać się w mojej sytuacji, skoro nie masz pojęcia, co czuję?
Przypominam sobie, że po śmierci ojca zachowywałem się tak samo. Nigdy nie byłem z nim przesadnie związany, a na pewno nie tak jak z matką, ale gdy go zabrakło poczułem, że już nic nigdy nie zapełni pustki w moim sercu. Wtedy też odtrącałem przyjazne ręce, wyciągnięte do mnie w geście dobroci. Skąd możesz wiedzieć co czuję?
Teraz widzę, że aż nazbyt wielu było ludzi, którzy dobrze wiedzieli.
Gdy w końcu udaje mi się zejść na dół, od razu zauważam, że nie jestem jedynym mieszkańcem twierdzy, który tej nocy cierpiał na bezsenność. W niemal całym budynku wciąż panuje ciemność, lecz hol jest niesamowicie rozjaśniony światłem ognia. Obecność czterech kominków sprawia, że jest to jedyne pomieszczenie, w którym, podczas nieprzyjemnych grudniowych nocy, mieszkańcy mogą poczuć się prawie jak w domu.
Kilka głów obraca się w moją stronę, gdy pokonuję ostatni stopień schodów. Krótko kiwam głową i idę dalej. Nie zatrzymuję się. Wciąż, zgodnie z oczekiwaniami, czuję wstyd za wczorajsze myśli. Pewnie to właśnie dlatego nie mam ochoty zamieniać nawet kilku słów z tymi, których jeszcze parę godzin temu chciałem... Ech, nieważne. Nie ma teraz sensu rozważać mojego idiotycznego zachowania.
Szybkimi ruchami szykuję kanapki na cały dzień. Korzystam z tego, że o tej porze w kuchni jest jeszcze całkowicie pusto. Do termosu wlewam, jak zwykle, gorącą, dobrze zaparzoną herbatę. Powinna się przydać. Ze względu na porę roku zmniejszyliśmy czas pracy wartowników z regulaminowych sześciu godzin do czterech, lecz większość dzieciaków wymięka już po kilkudziesięciu minutach. Tak niska temperatura jest dla nich zabójcza. Metaforycznie, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby któryś z naszych podopiecznych zamarzł na śmierć podczas zimowej straży.
Gdy otwieram drzwi frontowe, czuję, że dopiero teraz na dobre wybudziłem się ze snu. Mój umysł się oczyszcza, a ciało rozluźnia. Dopiero teraz naprawdę mogę trzeźwo myśleć, a moje ruchy są szybsze niż przedtem. Najszybsze od wielu dni, podczas których tkwiłem jak więzień w sztucznie ogrzewanej celi. Przewieszona w pasie lekka kurtka wydaje się być zbędnym balastem. Jej jedynym niewątpliwym atutem jest nieprzemakalność i usztywniany kaptur, lecz w tym momencie na niebie nie widać ani jednej chmurki, która zwiastowałaby opady śniegu. Nie znoszę mokrych włosów, zimno jednak nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. I kiedy inni wartownicy będą się kulić do magicznych źródeł ciepła, przeklinając swój los, pogodę i okrutnego Boga, ja będę delektować się urokami zimy. Najpiękniejszej pory roku.
Powoli zbliżam się do zewnętrznych murów, okalających naszą twierdzę. Wysoki na dwanaście stóp, kamienny półokrąg z obu stron wcina się w górę, u podnóża której postawiliśmy zamek. Upstrzony wieżyczkami strażniczymi i zabezpieczony wieloma zaklęciami stanowi przeszkodę nie do sforsowania. Od strony północnej twierdza byłaby nie do zdobycia nawet bez magicznych zabezpieczeń. Nad skałami trzeba by było przefrunąć, a każdy czarodziej na miotle szybko okazałby się łatwym celem dla obrońców. Idealnie przede mną majaczy obrys bramy głównej - jedynego wejścia na teren tej ogromnej, prywatnej posesji. Posesji, która przez dziewięć miesięcy w roku tętni życiem, a wewnątrz której znajduje się największy obóz buntowników na terenie całego kraju. A może...?
Ta myśl też nie daje nam spać. A co, jeżeli nie jesteśmy wcale jedyną tak liczną grupą walczącą przeciwko Ministerstwu? Co, jeśli gdzieś tam, na drugim końcu lądu, stoi druga forteca, taka jak nasza? Z mieszkańcami, którzy gotowi są oddać życie za te same wartości, za które ginęli kiedyś moi ludzie? A co, jeśli takich grup jest więcej? Gdyby udało nam się połączyć siły, stworzylibyśmy armię, która być może byłaby w stanie podjąć równą walkę z Ministerstwem.
Oczywiście, to płonne nadzieje. Żaden zdrowy na umyśle czarodziej nie zwierzyłby się z sekretu istnienia takiej grupy zupełnie obcemu człowiekowi. Cały czas, naturalnie, próbujemy zaskarbić sobie szacunek w podziemiu, ale to trudna misja. Podziemie jest nieufne. Musi takie być, żeby miało szanse przetrwania. Wiem o tym, bo my działamy tak samo.
Do zamku przyprowadzamy wielu młodych czarodziejów, jednak ich przybyciu towarzyszy natychmiastowe badanie umysłu. Musimy przekonać się, czy ich zamiary są dla nas bezpieczne. Większość nowych mieszkańców przybywa w tak okropnej formie, że nawet nie są w stanie reagować, gdy zbieramy od nich wszystkie potrzebne informacje. Niektórzy są jednak bardziej czujni. Próbują się bronić, ale nie mają szans. Przed wtargnięciem do umysłu istnieje zabezpieczenie, lecz jest ono dla nas zbyt słabe. Każda ściana w końcu zostanie zburzona. Każdy umysł stanie przed nami otworem, a my będziemy mogli czytać z niego jak z otwartej księgi.
Każdy akt dywersji oznacza próbę samobójczą.
Mimo to nie rozpowiadamy wszem i wobec o naszych zamiarach. Nie dajemy znaków życia. Im mniej osób wie o naszym istnieniu, tym lepiej dla nas. Inne grupy, jeśli w ogóle istnieją, na pewno postępują dokładnie tak samo. My jednak, cały czas, naiwnie nie tracimy wiary.
Z łatwością pokonuję schody prowadzące na szczyt muru. Wkraczam do środka wieżyczki i wyglądam przez małe okienko, obejmując wzrokiem całą okolicę. Widoki oglądane z takiej wysokości zawsze zapierają dech w piersiach, zwłaszcza, że przede mną, jak okiem sięgnąć, roztacza się rozległa dolina. Niebo jest czyste i dalej nie widać ani jednej zapowiedzi opadów. Zamykam oczy i wsłuchuję się w otaczające mnie zaklęcia. Magia pozostawia ślady, słyszalne dla wprawnego ucha, lecz tym razem nie potrafię wyłapać dźwięków, które sugerowałyby, że coś jest nie tak. Zapowiada się spokojny dzień.
Przez chwilę stoję jeszcze z zamkniętymi oczami, rozkoszując się podmuchami lodowatego powietrza na mojej twarzy. I wtedy słyszę trzask. Spokojnie otwieram oczy i powoli odwracam się w kierunku hałasu. Nawet nie zadaję sobie trudu, żeby wyciągnąć różdżkę. Znam ten dźwięk aż nazbyt dobrze.
Parę sekund temu, tuż za moimi plecami, zmaterializował się posłaniec.
