Słowa od autora:
"Wybaczcie, moi drodzy, że kazałem Wam czekać tak długo na kolejną część mojego opowiadania. Złożyło się na to kilka czynników. Mam wrażenie, że po przeczytaniu do końca tego rozdziału odgadniecie, który czynnik był decydujący. Pierwszy raz zdecydowałem się napisać coś w stylu, o który prosiło wielu z Was. Chciałem się sprawdzić.
Sprawdziłem się.
Mam nadzieję, że po skończonej lekturze trochę lepiej zrozumiecie mnie jako autora. I moje podejście do pisania w sposób nudny i mało dynamiczny. Nie każdy jest stworzony do tego, aby przeżywać przygody. Nie każdy też potrafi te przygody tworzyć. Koniec. Nie chcę się tłumaczyć, niech czytelnik rozliczy mnie po swojemu. Chciałbym tylko wierzyć, że nikt nie pokaże mi otwarcie verso pollice. Chleba co prawda jeszcze nie dostarczyłem, ale igrzyska właśnie się rozpoczynają."
CZĘŚĆ III
ELITA
Metalowe drzwi windy rozsuwają się wolno z przeciągłym zgrzytem. Za nimi widnieje długi korytarz, ginący w mroku. Gdzieś daleko, poza zasięgiem wzroku, znajduje się cel tej krótkiej podróży. Cel człowieka, który właśnie wyciągnął rękę, aby uchylić kratę, oddzielającą kabinę staromodnego sprzętu od chłodnej czerni kafelków w przejściu. W tym momencie z małego głośniczka wydobywa się pisk, jak gdyby ktoś chciał coś powiedzieć, lecz w ostatnim momencie zmienił zdanie.
Obcasy wystukują rytm, które człowiek w czerni nadaje swoim krokom. Z jego kieszeni wysuwa się pozłacany zegarek, dobitnie przypominający mu o kwadransie spóźnienia. Wciąż jednak miarowym krokiem pokonuje dystans dzielący go od sali sądowej, ani na moment nie podkręcając tempa marszu. Gdy w końcu dociera do drzwi, te same stają przed nim otworem, a jego oczom ukazuje się jasno oświetlone pomieszczenie, pełne ław ustawionych w półokręgu. I zapełnione podejrzanymi istotami w pelerynach, bez wyjątku bacznie przyglądającymi się nowo przybyłemu. "Nareszcie, Creevy", zabrzmiał głos dobiegający spod niemalże samego sklepienia sali. "Możemy w końcu zaczynać?"
W odpowiedzi przybysz skinął głową, po czym z trudem przełknął ślinę i pomaszerował na swoje miejsce, znajdujące się w jednym z wyższych rzędów. Wiedział, że na niego zaczekają, choć nie emanowała z niego przesadna pewność siebie.
Prawdę mówiąc, niewiele z niego emanowało. Można by przypuszczać, że prawa ręka Ministra Magii będzie wyróżniać się spośród dwóch setek obecnych w tym miejscu czarodziejów. Można by zamknąć powieki i spróbować wyobrazić sobie jednego z najważniejszych i najbardziej wpływowych ludzi w kraju. Oczami wyobraźni można dostrzec człowieka w kwiecie wieku, wysokiego, dobrze zbudowanego i zapewne silnego. Człowieka, który jest w stanie pociągnąć za sobą cały naród. Od którego bije charyzma i inteligencja, którego ludzie się boją, a przynajmniej odczuwają przed nim respekt. Z którym nikt nie chce zostawać sam na sam, ze względu na jego przeszywające spojrzenie, którym, zdawałoby się, jest w stanie odczytywać z wnętrza człowieka jego najlepiej skrywane tajemnice.
Jednak gdy znów otworzy się oczy, zobaczy się mężczyznę, do którego pasuje tylko jedna cecha w powyższym opisie. Norton Creevy, Wiceminister Magii, powoli dobija czterdziestki. Na tym jednak, bez dwóch zdań, podobieństwa się kończą. Raczej niski, pospolicie ubrany i łysiejący na czubku głowy czarodziej sprawia wrażenie najbardziej przeciętnego człowieka pod słońcem. Jedyną oznaką inteligencji, na upartego, mogą być okrągłe okulary, które średnio co pół minuty poprawia niedbałym ruchem ręki. Porusza się nieco ociężale, a gdy już podniesie wzrok, zza okularów wyłaniają się szare oczy, z których trudno wyczytać cokolwiek poza dużą dozą ostrożności i ledwo dostrzegalną iskierką niepokoju. Ludzie też nie odnoszą się do niego z szacunkiem, o czym najlepiej świadczy fakt, że właśnie jakiś podstarzały magik zwrócił się do niego po nazwisku. I nie był to pierwszy raz.
A mimo to zaczekali z rozpoczęciem posiedzenia. I choć publicznie lubią się z niego naśmiewać, Wiceminister dalej odnosi wrażenie, że podchodzą do niego z rezerwą. Nadeszły trudne czasy. Czasy, w których przetrwać mogą tylko najsilniejsi.
Nikt nie ma pojęcia, co takiego ma w sobie Norton Creevy, skoro wspiął się tak wysoko w hierarchii czarodziejów.
"Szanowni czarodzieje Wizengamotu!", dobiegło z góry. Znów przemawiał bezczelny staruszek, a cała jego mowa powitalna trwała nie mniej niż dziesięć minut. Creevy znał ją na pamięć. Nie po raz pierwszy uczestniczył w obradach, a standardowe słowa, kierowane do wszystkich członków tej legendarnej organizacji, jak i również, oczywiście, przybyłych gości, nie zmieniły swojego brzmienia od wieków. Po uroczystym przywitaniu nadszedł w końcu czas rozpoczęcia obrad.
Creevy rozejrzał się po sali. Większość obecnych wyglądała na mocno zaniepokojonych koniecznością stawienia się tutaj o tak niecodziennej godzinie. Ci, którzy akurat nie sprawiali takiego wrażenia, sprawiali wrażenie mocno pogrążonych we śnie. Dotyczyło to zwłaszcza kilku starców siedzących po przeciwnym końcu sali. Magowie Wizengamotu. Najwięksi mędrcy kraju. Elita. Creevy zaśmiał się w duchu. Nic dziwnego, że czarodzieje przestali sobie radzić. Że zmuszono ich do zawarcia różnych dziwnych paktów, aby ich rasa mogła przetrwać. Że przestali rządzić światem, oddając go w ręce... sami nie do końca wiedzieli kogo. Nic dziwnego, skoro elitę czarodziejów stanowiła grupa staruchów ewidentnie cierpiących na demencję.
Z rozmyślań wyrwał go brzęk łańcuchów. Przegapił coś ważnego? Dopiero łącząc fakty zrozumiał, że nie przybył na dzisiejsze obrady po to, aby próbować przeforsować kolejny banalny pomysł, na który wpadł jakiś idiota z Ministerstwa. Pozostali chyba też to wyczuwali. Starzy czarodzieje, starsi niż on, musieli już wiele razy w tym uczestniczyć. Jego samego ta przyjemność spotkała po raz pierwszy.
Z założenia Wizengamot powinien być odpowiedzialny tylko i wyłącznie za respektowanie prawa czarodziejów, a jego członkowie mieli pełnić funkcję prawej ręki Boga, surowo karzącej najmniejsze nawet przejawy nieposłuszeństwa. O leniwym Bogu szybko jednak zapomniano, a postępująca, ogólnoświatowa degrengolada szybko dosięgła również jego prawicę. Z biegiem czasu Wizengamot przestał być prawodawczym sądem, a stał się szopką, przestarzałą organizacją, której mocno ograniczona władza ma tylko sprawiać pozory. W efekcie tego tutaj, na najniższym poziomie budynku Ministerstwa Magii, gdzie wstęp dla większości czarodziejów wciąż był surowo zakazany, odbywają się obrady na temat dopuszczalnej grubości różdżek albo wpływu zaklęcia zamrażającego na jakość wieprzowiny. Od dziesiątek lat w tej sali nie odbywała się prawdziwa rozprawa sądowa. Wrogów politycznych przesłuchiwano i likwidowano po cichu, w wąskim gronie. Mniej istotnymi opryszkami zajmowali się aurorzy, od dawna bezrobotni, lecz nadal dumnie piastujący swój urząd. Nikt nie odczuwał potrzeby niepokojenia tych wynędzniałych starców, skoro pewne sprawy można było załatwić bez ich udziału. A jednak dziś, właśnie w tym miejscu, właśnie wśród tylu purpurowych szat i spiczastych kapeluszy, miała dokonać się prawdziwa rozprawa.
A jedynym, co tak naprawdę niepokoiło Nortona Creevy'ego, był fakt nieobecności Ministra Magii w tym pomieszczeniu.
Wreszcie wprowadzono więźnia. Wiceminister przetarł okulary i nasunął je głębiej na nos, chcąc możliwie jak najdokładniej mu się przyjrzeć. Miał jednak utrudnione zadanie. Mężczyzna - tyle dało się ustalić bez problemu - nie podnosił wzroku znad ziemi. Głowę trzymał spuszczoną nisko, a ciało wydawało się bezwładne. Creevy odnosił wrażenie, że gdyby nie dwóch aurorów, podtrzymujących więźnia za ramiona, ten zwaliłby się na posadzkę i nie był w stanie się podnieść.
Po wstępnych oględzinach nadszedł czas odczytania aktu oskarżenia. Młodego człowieka posądzano o zbrodnie, które przypisuje się poważnym wrogom politycznym. Tworzenie nielegalnych grup przestępczych. Podżeganie do buntu. Zdrada Ministerstwa. Oprócz tego zarzucano mu przestępstwa, chciałoby się powiedzieć, zupełnie zwyczajne, takie jak kradzieże, porwania i morderstwa. Creevy dowiedział się, że oskarżony był jednym z założycieli organizacji, działającej gdzieś na południu Walii, a zrzeszającej w swoich szeregach przeciwników obecnej władzy. W dodatku, co gorsza, aktywnie działającej. Z raportu wynikało bowiem, jakoby właśnie na obszarze działania szajki notowano najwyższy wskaźnik przestępczości. Wobec tak niezbitych dowodów kara wydawała się nieunikniona. Był tylko jeden problem.
"Złapaliśmy go z dala od jakichkolwiek zamieszkałych terenów. Nie miał przy sobie identyfikatora, ani nawet różdżki. Wysłaliśmy grupę poszukiwawczą, aby zbadali tamten obszar, lecz nasi ludzie nic nie znaleźli. Mamy niezbity dowód na istnienie zorganizowanej grupy, lecz nie potrafimy zlokalizować jej kryjówki. Więzień był przesłuchiwany i nakłaniany do mówienia, lecz od momentu aresztowania nie powiedział ani słowa. Nie działały groźby ani obietnice, nie działały też... zaklęcia. Nie wiemy, o co chodzi".
Creevy też tego nie wiedział, lecz szybko zaczął się domyślać. A przynajmniej szybciej niż inni. Po raz pierwszy od rozpoczęcia rozprawy więzień podniósł głowę. I po raz pierwszy od wielu tygodni Creevy poczuł strach. Nie iskierkę niepokoju, która bezustannie mu towarzyszyła, przyczajona gdzieś za jego okularami. Prawdziwy, ludzki strach. Zobaczył oczy więźnia, zimne i bezlitosne. Oczy człowieka, który jego strachu z pewnością nie podzielał. Zobaczył jego usta, otwierające się w niemym krzyku.
Zanurkował.
Szybciej niż inni.
Nadeszły trudne czasy. Czasy, w których przetrwać mogą tylko najsilniejsi. Norton Creevy dobrze wie, co jest jego największą siłą. Postawił barierę ochronną w ułamku sekundy. W kolejnym ułamku sekundy już stał twardo na nogach, patrząc na ogrom zniszczenia wywołanego przez zamachowca-samobójcę. Patrzył na pięćdziesięciu członków Wizengamotu, którym starość odebrała siłę i refleks. Patrzył na kolejne półtora setki zaproszonych gości, nadętych bufonów, pragnących jedynie być w centrum wydarzeń. Patrzył na siebie, jedynego ocalałego spośród katastrofy.
Szybszego niż inni.
I przewrotnym zrządzeniem losu wciąż nikt nie ma pojęcia, co takiego ma w sobie Norton Creevy, skoro zaszedł tak daleko.
