I. Ostatni dzień na szlaku

Ciri wrzasnęła, dodając sobie odwagi, zawirowała w płynnym piruecie, wytrącając fledera z równowagi. Wampir zaryczał i rzucił się w jej stronę, jego ohydny, nietoperzy tułów i długie łapy trzęsły się, gdy biegł – szybko, ale nieporadnie.

Nie dała się wybić z rytmu, odskoczyła lekko, sparowała i od razu przeszła do kontrofensywy, cięła z całej siły, z ramienia, nie z nadgarstka, pomagając sobie skrętem bioder. Głowa fledera z obrzydliwym mlaśnięciem wylądowała na wilgotnej, spryskanej czarną krwią posadzce piwnicy. Druga paskudna głowa i korpus, połączony z nią tylko cienkim paskiem nieodrąbanej skóry, leżały nieopodal w rosnącej kałuży płynów ustrojowych.

To była długa walka, nie trudna, ale wyczerpująca. Niższe wampiry były głupie tym złym rodzajem głupoty, który miał wiele wspólnego z instynktem. Ludzie czasami cofają się w obliczu śmiertelnego zagrożenia, potwory rzadko. To dlatego wiedźminka stała jeszcze przez chwilę w milczeniu, próbując pozbierać myśli i uspokoić fale adrenaliny, bijące do kończyn i głowy. Później troskliwie zabrała się do czyszczenia swojej klingi, ociekającej obrzydliwą, parującą posoką.

- Wujku Vesemirze, a co to jest?

- Ta paskuda? To ekimma, kolejny niższy wampir. Zwróć uwagę na te uszy, może cię usłyszeć z dużej odległości, nawet przez sen i nawet za dnia... To, no cóż, stworzenie, pojawiło się na naszym świecie po Koniunkcji Sfer, co oznacza, że bez wahania możemy je zabijać. Jest nienaturalne, sama rozumiesz.

- A to? Co to? Okropne ma kły, okropecznie straszne! I patrz jakie szpony! Wujku, a ty kiedyś walczyłeś z czymś takim?

- To jest fleder, bliski kuzyn ekimmy. A walczyłem, walczyłem... Nawalczyłem się za wszystkie czasy w Tretogorze, żebyś ty wiedziała, ile tam ich było... Wystaw sobie, mała, że ludzie mogli latami żyć nad hibernującym flederem i nawet o tym nie wiedzieć, póki któryś z domowników nie zszedł do piwnicy po wino i już nie wrócił...

- Ojeju, wujku, to okropne!

- Są gorsze rzeczy. Zapamiętaj, jak zabić takiego wampira: musisz mu odciąć głowę. Przeciąć rdzeń. Ciosy zadaje zazwyczaj nieskładnie, chaotycznie, dlatego trzeba dużo parować... Żywią się wszystkim, co ma ciepłą krew i mięso, najchętniej ludźmi, ale nie gardzą zwierzętami, także małymi, ani owadami...

- Ależ to nudne!

- Nudne?

- Nudne!

- No to przejdziemy do wampirów wyższych. Z tymi jest więcej roboty...

Mężczyzna, który dał zlecenie na „wąpierza", jak go nazywał, czekał na nią w umówionym miejscu, w Szałwii i Rozmarynie.

- I jak, bestia ubita? – spytał, gdy tylko usiadła naprzeciw niego, nadal ubrana w czarny płaszcz i proste, męskie ubranie, wygodne w walce.

- Ubita. A nawet ubite, bo fledery były dwa. Okłamaliście mnie, płacicie podwójnie – spojrzała na niego groźnie. Cholera, odkąd sześć lat temu wyruszyła na szlak, nic się nie zmieniło. Wszyscy zleceniodawcy przed wykonaniem zadania patrzyli na nią z góry jak na ostatnią naiwną, a po wykonaniu albo zaczynali darzyć dziwnym szacunkiem, albo uczciwie płacili i wyklinali ją, wyraźnie epatując gniewem, albo próbowali ją oszukać. Ten tutaj najwyraźniej zaliczał się do ostatniej kategorii.

- Jakie dwa, panienko? – wyraźnie się zmieszał.

- Panienko? – uniosła brwi. Natychmiast się zmitygował, przeprosił.

- Mam wyliczone korony za jednego, nie za dwa... Cała ulica się złożyła, ostatnie grosze żeśmy dali... Tam jeden był, jak babka poszła po kartofle, jeden ją przecie zakatrupił, nie więcej, sam widziałem...

- Nie tłumacz się już – ucięła. – Być może macie w piwnicy przejście do innego budynku, i stąd te fledery pod domem. Ale zapłacić musisz za usługę, a zabiłam dwa. Dwa odcięte łby ci mogę w dowód pokazać, jak nie wierzysz.

Zmarkotniał, dorzucił do leżącego na stole mieszka drugi, mniejszy, widocznie z prywatnymi oszczędnościami.

- Dzięki – mruknęła, wstając. Zabrała pieniądze i skierowała się do wyjścia.

- Na psa urok, tfu – wymamrotał mężczyzna pod nosem. – Nie dość, że kobita, to jeszcze wiedźminka, podwójne nieszczęście, podwójna zaraza...

Nie zareagowała, choć słyszała każde słowo. Nie było warto wszczynać burdy ani jatki. Już nie była Szczurzycą. Znała te wszystkie obelgi aż za dobrze, aż za często ich słuchała. I przywykła, choć nie wierzyła kiedyś, że przestanie ją to drażnić. Przestało.

- Wujku, wujku, śpisz?

- Co? A, tak, starość nie radość... Przysnąłem najwidoczniej. Co się stało, jaskółeczko?

- Nic, ale chodź, zobacz, zobacz! Patrz jaki piękny dziś księżyc, jaki wielki i jaki czerwony!

- Nie patrz, Ciri, chodź do jadalni. To jest zły księżyc, nie wolno na niego patrzeć.

- Ale on jest piękny, wujku Vesemirze!

- Piękny? Dziecko, co też... Zresztą... Chodźmy, poczytamy elfie legendy, co ty na to?

- Dobrze, ale... Wujku... On jest taki czerwony, jak ogień, zupełnie jak ogień!

- Jak krew.

- Coś mówiłeś, wujku?

- Nie, nic, nic. Nie piszcz mi tu nad uchem, chodźmy, bo zaraz ogień wygaśnie, a chłodne są już noce.

Księżyc w pełni. Dziedziniec zalany drgającą, lepką barwą pożogi.

Fizyczny ból ma taką barwę. Słodką, rozkosznie głęboką. Ciemną.

W karczmie było dość miejsca, aby spokojnie przeliczyć pieniądze, zreperować urwane sprzączki od paska, przemyć rozległą, głęboką ranę na ramieniu i owinąć ją bandażem.

Odkąd wyruszyła wtedy w podróż, odkąd odrzuciła prośbę Emhyra i pożegnała się z Geraltem, zmieniła się. To życie, ciągła wędrówka po wiedźmińskim szlaku, było trudniejsze i bardziej ekscytujące, niż się spodziewała. Przyjmowała wiele zleceń, zarabiała marne grosze, spotykała tylu ludzi, że ich twarze zlewały się w jedną, i mijała kolejne miasta i wsie, zostawiając za sobą trupy potworów. Nie była z siebie ani zadowolona, ani nie wstydziła się tego, co robi. Umiała tylko jedno: zabijać. I umiała to robić dobrze.

Wszędzie, gdzie szła, ścigała ją przeszłość. Wspomnienia. Tęsknota. Ale zacierało się to w jej pamięci, i już nie była Cirillą Fioną Elen Riannon. Była teraz Ciri z Vengerbergu, była uciekinierką, renegatem, wędrownym zabójcą potworów, samotniczką... Wiedźminką. Zbielałe w zamczysku Stygga pasmo włosów przypominało jej o tym i napawało dziwną dumą.

Pod koszulą nosiła medalion wyobrażający pysk kota. Ten drugi, który zabrała z płomieni, był zbyt... ciężki.

Wszystko to tylko symbol, ale symbol oznacza bardzo wiele.

Sen był twardy, i śniła o Cintrze. Najpierw o zamku, matce i Lwicy, a później o rzezi. O rycerzu w hełmie ozdobionym piórami czarnego ptaka, Cahirze aep Ceallachu, tym, który ją uratował, a którego oskarżała o próbę zabójstwa. O tym, który ją kochał i w końcu umarł za nią. O krwi w rynsztokach, o brudzie, trupach, o koniu, który na nią upadł, pod którym kuliła się przerażona, półżywa, mała księżniczka, dawno zapomniana.

Śniła o Shaerawedd, o kolcu róży, który skaleczył jej dłoń i wyznaczył kroplą krwi miarę poświęcenia, powód i przyczynę. Śniła o jeziorze ukrytym za mgłą, o umierającym Królu Olch, o tym, jak trzymał ją za rękę i mówił do niej...

Va faill.

I...

Boję się.

Śniła o tym, jak wyzuto ją ze wszystkiego. To sprawiało ból.

Sen był mroczny i długi, nieruchomy. Dryfowała w nim jak w lepkiej toni smolistego jeziora, spinającego czasy i miejsca.

Były twarze, twarz Jaskra, naiwna i dobrotliwa, Triss, piękna i słodka, Yennefer, smutna i doskonała... Twarz Vesemira, zatroskana i szczera. I twarz Geralta, jego twarz, tak przerażająco wykrzywiona, w grymasie rozpaczy...

Geralt?

Wyspa Mgieł tonie w magicznej, upiornej, sinej aurze, w mlecznej nicości. Z tej nicości rodzą się rożne widziadła i demony, ale Geralt nie jest jednym z nich. On przybył tu, do tej chaty, by z nimi walczyć, by rozmyły się w cienie. By zostawiły ją,

Córeczkę,

W spokoju.

I wiedźmin mówi: jesteś czymś więcej. Więcej od Przeznaczenia. A wtedy...

Ciri budzi się.

Odkąd wyruszyła, nie była w Kaer Morhen. Zwiedziła pół świata, stoczyła więcej walk, niż zdołała spamiętać, nabawiła się setek blizn. Ale tam nie wróciła, ze strachu i bólu. Że zamiast twierdzy zobaczy kupę kamieni, a okrągły, gładki głaz wbity w ziemię między sosnami – nagrobek – przypomni jej o tamtej nocy, wyzwoli w niej znowu to, co chciała w sobie zdusić. Pamiętała zamek jako wyolbrzymione perspektywą dziecka schronienie pełne nieobcych, zaufanych ludzi, którzy w obronie jej życia poświęciliby własne. Otaczali ją opieką i czymś, co było zbliżone do miłości. Najpierw myślała, że wiedźmini nie umieją kochać, że mutacja wyżarła z nich uczucia jak palący kwas, że wszyscy są tacy jak Lambert, wiecznie źli, dziwnie zgaszeni, mroczni, tajemniczy. Przekonała się z biegiem czasu, że to nieprawda. Że umieją darzyć innych uczuciami głębszymi niż ona sama. Przez wiele, wiele lat, mimo trudu i bólu, naiwnie i śmiesznie, dramatycznie i rozpaczliwie poświęcając rzeczy, których poświęcać nie musieli, ale owszem: potrafili kochać. Odrobinę inaczej, ale równie silnie.

Pamiętała ich wszystkich, chociaż coraz gorzej. Pamiętała brzydką, oszpeconą pionowymi szramami twarz Eskela, jego przekrwione oczy. Groźnie wykrzywione usta Lamberta, zawsze pogardliwe i złe. Kojący głos Vesemira, śmiech Cöena. Wtedy niczego więcej nie potrzebowała. Wtedy – i na zawsze – to oni byli jej rodziną.

Nagle, zupełnie niespodziewanie, łzy napłynęły jej do oczu. Otarła je gwałtownie i szybko, nim ktokolwiek w karczmie zdążył się zorientować, że białowłosa wiedźminka płacze. A ją dławił zapomniany, schowany dawno wewnątrz szloch, bezradne łkanie małej dziewczynki, która tak długo tułała się po gościńcach, że zimny wiatr, śnieg, lodowata woda w strumieniach i galop na grzbiecie Kelpie wypłukały tamtą kiedyś gorącą błękitną krew.

Podjęła decyzję. Była już gotowa. Yennefer zawsze mówiła, że własnym lękom należy wychodzić naprzeciw z podniesionym czołem. Nawet, jeżeli te lęki to płonący stos, popiół i narastające pod sercem palące uczucie, pozostawiające po sobie gorycz w gardle i na języku: trawiące wszystko żółcią pragnienie zemsty.

- Ciri, uciekaj!

- Ona cię nie zostawi – mówi Eredin trupim głosem, zimnym i dźwięczącym jak stal. – Wy, ludzie, jesteście tacy... Niepraktyczni.

Wściekłość rośnie jej w gardle, dławi.

Vesemir wygląda staro, bardzo staro, jego oczy są zmęczone, ale nie ma w nich strachu. Ciri widzi to i coś się w niej łamie, coś w niej pęka. Jeździec w wysokim hełmie ściska szyję wiedźmina, unosi go ponad ziemią, wydusza z niego życie. Wokół popiół, pożar, pożoga, śnieg; ciche Kaer Morhen rozbrzmiewa nagle tysiącem głosów, a wszystkie są okrutne.

Vesemir upada. To ją chcą dostać, to przez nią zginął... To po nią przybył Dziki Gon, upiory, elfy wygnane z krainy Króla Olch po jego śmierci. I nagle, gdy bezwładne ciało starego mężczyzny uderza o zamarzniętą ziemię, gdy do Ciri dociera, co się wydarzyło, coś się w niej dzieje, coś dochodzi do głosu, torując sobie drogę przez żyły i arterie. To buzuje w niej i pali, ból jest już wszędzie, w starej bliźnie na twarzy, w palcach, kościach... To Moc i Ciri wie o tym, zna to uczucie, a zawsze, gdy ono nadchodzi, dzieje się coś złego.

Upada na kolana, nie panując nad nimi. Jej oczy uciekają w głąb czaszki, widzi tylko krwawy księżyc za oknem twierdzy, tylko własne lęki z dzieciństwa, i nagle znowu jest dzieckiem. Dzieckiem, które Vesemir i Geralt prowadzą za ręce dziedzińcem, ale Geralt z tej wizji ma płuca przebite trzema zębami, a gardło Vesemira jest pokryte sińcami, z kącika jego ust cieknie strużka krwi. Wiedziona przez dwóch umarłych wkracza w mrok Warowni Starego Morza, która przepełniona jest kośćmi, stąpa po czaszkach i miednicach, a dłonie jej towarzyszy są zimne, straszne.

Krzyk. Krzyczy. Nie panuje nad tym, i to nie jest zwykły krzyk, on tętni jej w żyłach, jest nią, wibruje w tych płomieniach, w ciemności. Ten krzyk wydobywa się nie z gardła, a z trzewi, z serca. Oślepia ją błękitny blask, blask, który jest wewnątrz i na zewnątrz, wszędzie.

Wszędzie.

Dobrze! mówi Lambert, gdy Ciri zeskakuje z belki podwójnym saltem. Dobrze, wiedźminko, zdejmij już opaskę z oczu, spójrz.

Lambert nie ma twarzy, zamiast niej krwawa dziura, rozdarte mięso odsłaniające część szczęki, jedyne oko. To dzieło gryfa, Ciri widzi, rozpoznaje. Nie miał prawa tego przeżyć, ale żyje, stoi przed nią i próbuje się uśmiechnąć, krzywo, że wzgardą, ale bestia zerwała mięśnie w jego twarzy...

Triss. Kasztanowe włosy rozsypane na wiedźmińskim płaszczu, męskim płaszczu powalanym krwią, ale twarz ma bladą, trupio bladą.

Gon się zbliża, upiorni jeźdźcy są wszędzie, wyciągają do niej dłonie, ale ona krzyczy, a w tym krzyku jest rozpacz, żal, on ich odpycha. To samo czuła, gdy odchodził Geralt, gdy zabierała go kwadratowa, prosta barka, wiodąc w niepewną szarość. To samo. Bezradność w obliczu nicości. Tęsknotę, wwiercającą się w serce. Ale przede wszystkim tę obezwładniającą pustkę.

Vesemir, wujek Vesemir... Proszę! Proszę, nie!

Martwe ciało na dziedzińcu.

Żegnaj, stary przyjacielu.

Tej nocy czuć było w powietrzu nadchodzącą zimę.

Ciri zmarzła, dłonie w skórzanych rękawiczkach zastygły, zaciśnięte na wodzach Kelpie. Klacz pokonywała przełęcz zgrabnie i prędko, a mróz ścinał krew w żyłach. Zima dopiero się rozpoczynała, ale po drodze dziewczyna widziała aż zbyt wiele wiosek, w których pomarzły niemowlęta i zwierzęta, bo gospodarze nie przewidzieli takich mrozów tuż po przesileniu.

Kopyta Kelpie zsunęły się z głośnym trzaskiem z odłamanego kawałka skały. Oblodzona ścieżka płynnie przeszła w zarośniętą gęstą dziczą polanę, na której wiecznie zielone drzewa osłaniały mchy niezakryte śniegiem i dziwne, mięsiste paprocie. Wjechała ostrożnie pod ten dach z gałęzi, chroniący przed padającym wilgotnym puchem, i poprowadziła klacz tam, gdzie – jak się jej zdawało – była północ.

Polana zwęziła się w ścieżkę, dawno zapomnianą. Drzewa chyliły się ku niej, ciężkie od sopli, wilgotna glina mieszała się z błotem i wciągała kopyta Kelpie z wilgotnymi mlaśnięciami. Ciri musiała zwolnić do stępa, by zwierzę nie zahaczało łbem o krzaki i nisko zwieszające się, grubsze konary.

Ścieżka urwała się nagle tuż nad skrajem głębokiej rozpadliny. Jeżeli kiedyś był tam mostek, dawno spróchniał i spadł w otchłań.

I wtedy Ciri poznała, zrozumiała.

- Mordownia – wymamrotała pod nosem. – Niewiarygodne.

- Jakbyś zgadła – odezwał się ktoś i Ciri natychmiast spięła konia i położyła dłoń na rękojeści Jaskółki.

Mężczyzna na skarogniadym wierzchowcu, wygodnie rozparty w kulbace, na samym początku nie wydał się jej znajomy. Dopiero po chwili, gdy odrzucił kaptur obszyty futrem, zobaczyła paskudnie wygięte w grymasie usta, żółtawe oczy wiedźmina i poznała Lamberta.

- Ty tutaj? – zapytała, wyraźnie zaskoczona.

- A co, nie wolno? – na tę odpowiedź wzięła się pod boki i odrzuciła głowę do tyłu, jak wtedy, gdy była małą dziewczynką. Lambert rozpoznał ten ruch i prychnął.

- Pogadamy na miejscu – oznajmił. – Zimno tu, moja kobyła zaraz ducha wyzionie.

Skinęła głową.

- Kto ostatni, ten rozkulbacza! – krzyknęła przez ramię i już mknęła przed siebie, przesadzając na grzbiecie Kelpie rozpadlinę. Bez rozbiegu, nawet nie chwiejąc się w siodle.

Gonitwa była krótka i intensywna, Ciri nie musiała popędzać klaczy, która wypruła przed siebie jak błyskawica, instynktownie wyczuwając rywalizację. Mordownia, ścieżka na samym skraju zbocza góry, była niebezpieczna, ale Ciri nie bała się już tej drogi. Gdy przed laty trenowała, trwożyła się, że każdy krok może skończyć się upadkiem i śmiercią, ale teraz, po tym wszystkim, igrała z nią i bawiła się nią, testując swoje możliwości. Podkowy Kelpie ślizgały się na oblodzonych kamieniach, sypiących się spod nich jak iskry, toczących po stromej ścianie. Dolina ginęła we mgle, pasmo Gór Sinych znikało w szarej, zawiesistej toni...

Wyspa. Wyspa z mgły, wyspa snów, na którą nie każdy dopłynie, a nikt jej nie opuści... Prawie nikt...

Geralt. Geralt. Białowłosa wiedźminka i białowłosy wiedźmin.

Mgła, wszędzie mgła, pochłaniająca jej tętno i zwalniająca oddech...

Lambert wyprzedził ją, krzykiem ponaglając skarogniadego wierzchowca do szybszego galopu. Bark mężczyzny otarł się o ramię Ciri, mrowienie przebiegło do szyi – Lambert emanował silnie, bardzo silnie. Ocknęła się z lepkich wspomnień, docisnęła łydki do boków klaczy, zrównała się z Lambertem, balansując nad przepaścią, podniecona tym i ucieszona znajomym zapachem jodeł, sosen i zimy, który ostatni raz czuła tak dawno temu.

Zamek wyłonił się zza postrzępionych pasm mgły i chmur. Ścieżka, na której tylu młodych wiedźminów wyzionęło ducha, przez którą Ciri nie mogła chodzić i miała całe ciało pokryte krwiakami, kończyła się właśnie tutaj ostrym zakrętem, ginąc między drzewami, by rozlać swe błoto i ostry żwir w sterczące z trawy kamienie, a potem urwać się nad suchą już fosą, przy opuszczonym moście zwodzonym. Odkąd zabrakło Vesemira, nikt go nie podniósł.

Była pierwsza, zostawiła go w tyle. Słyszała, jak klnie.

Zsiadła jeszcze w kłusie, puściła wodze tuż przed zamkniętą stajnią i pchnęła jej zastałe wrota. Zaskrzypiały okrutnie, ale udało jej się rozewrzeć je i wbiec do środka.

Zapach starego siana, kamieni, nawozu wypełniał tę stajnię, choć koni już w niej nie było. Westchnęła, patrząc na wysoki sufit oblepiony pajęczynami, na kamienną posadzkę z rynienką biegnącą przez środek i boksy ulokowane po obu stronach szerokiego przejścia. Drzwi na dziedziniec popchnęła delikatniej, wiedząc, że natychmiast zaleje ją fala wspomnień. Nie myliła się.

Kiedyś to miejsce wyglądało inaczej. Stalowa kratownica była lśniąca i czysta, kołowrót działał, można ją było otworzyć. Teraz jedyna droga do zamku prowadziła przez stajnię.

Kiedyś wieże nie były zrujnowane, wznosiły się wysoko i kończyły blankami.

Kiedyś dziedziniec nie był zasłany resztkami cegieł i kamieni.

Kiedyś mury nie szczerzyły się w srebrnoszare niebo wyłamanymi paszczami pełnymi kłów.

Kiedyś nie pachniało tu... Śmiercią.

Lambert rozkulbaczył oba wierzchowce i dołączył do niej. On bywał tu każdej zimy, ona nie widziała zamku od wielu lat, chłonęła zatem każdy szczegół i szukała różnic między swoim wyobrażeniem a rzeczywistością.

Stała tak długo, padający śnieg wirował wokół niej, i przestała czuć cokolwiek poza smutkiem. Vesemir, Vesemir wtedy leżał tam, w kałuży krwi, która pociekła mu z rozwartych ust po srebrnej brodzie. Uduszony, bestialsko zamordowany wujek Vesemir, który krzyczał do niej, żeby się ratowała... Zginął przez nią, wiedziała o tym, ale Geralt pomógł jej się z tym uporać. Teraz ból powrócił.

Łzy zapiekły pod powiekami. Lambert stał obok, pohamowała więc wybuch rosnącej w gardle rozpaczy i odchrząknęła.

- No, to czas odwiedzić stare śmieci, nie? – zapytała pozornie zuchwale, a on krótko skinął głową.