II. Żegnaj, stary przyjacielu
Ciri obudziła się wcześnie, przed wschodem słońca. Najpierw wydało jej się, że jest w Szałwii i Rozmarynie, u Jaskra, że czeka na nią kolejne zlecenie, i usiadła gwałtownie na łóżku, odganiając resztki snu z powiek. Bardzo blade, mdłe i odległe promienie słońca wpadały przez wąziutkie okno, rozjaśniając wnętrze komnatki. Była nieduża, wąska i wysoka, mieściła w sobie zaledwie drewniane łóżko i stołek.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Koniec zleceń na co najmniej cztery miesiące.
Sakiewka leżała obok łóżka, tam, gdzie Ciri ją rzuciła. Były w niej wszystkie zgromadzone oszczędności. Niedużo, ale wystarczająco, by przeżyć zimę. Przeciągnęła się, potarła zmęczone oczy i odrzuciła nieco wilgotną, zatęchłą kołdrę. Miecz w pochwie miała przy sobie, oczywiście, był bezpieczny.
Chłodne powietrze, dostające się do sypialni przez okienko i szczeliny w murze, połaskotało jej nagie łydki i zadrżała. Była głodna, nie jadła od wczorajszego poranka, a także niewyspana i obolała od długiej podróży na mrozie, ale zsunęła się ze skrzypiących desek na lodowatą posadzkę, która zmroziła rozgrzane stopy.
Ubrała się szybko, by zachować choć odrobinę ciepła, wzuła buty i naciągnęła kurtkę. Wiedziała doskonale, że gdy tylko uporali się wczorajszego wieczora ze szczurami w jadalni, a Ciri wyszła, Lambert wyciągnął z juków piersiówkę pełną temerskiej żytniej i zabrał się do rozganiania przykrych wspomnień w iście wiedźmiński sposób.
Nie pomyliła się. Spał z głową wciśniętą w ramiona, chrapał donośnie, jego barki drgały rytmicznie.
Usiadła obok. Piersiówka spoczywała w zaciśniętej pięści, ale była opróżniona; Ciri westchnęła.
Jej oddech parował, ale nie umiała znaleźć w sobie energii aby wstać, przynieść drew do kominka i rozpalić ogień. Nie potrafiła wykrzesać z siebie entuzjazmu do polowania, przygotowania posiłku ani czegokolwiek innego. Atmosfera tego umarłego zamku przytłaczała ją i dołowała.
- Co, depresja? – zapytał ochryple Lambert i zbudziła się z apatycznego półsnu, w który popadła.
- Nie, pijaku – odrzekła szorstko. – Zastanawiam się, czy nie zechciałbyś przynieść drewna. Damie to nie przystoi.
- Nie, nie zechciałbym. Ja nie marznę. A ty nie jesteś damą.
- Świetnie.
Wstała, nie chcąc marnować czasu, naciągnęła na ramiona płaszcz i wyszła na główny dziedziniec, chcąc obejść twierdzę dookoła, jak kiedyś, stanąć na brzegu murów i poczuć się jak pani świata, którą niegdyś mogła zostać.
A Lambert uśmiechnął się gorzko, złożył głowę na ramionach i znowu zapadł w sen, kolejny mroczny, głęboki sen wyławiający z jego głowy trupy, zapach krwi i metalu, płomienie, ciała przyjaciół... Jak co noc, odkąd został mutantem. Cholernym, znienawidzonym przez siebie i innych odmieńcem.
Śnił mu się Geralt, przebity trzema zębami wideł podczas pogromu. Geralt w kałuży błota i krwi, trzymający się za przedziurawioną pierś, chlustająca z niego krew na dłoniach pobladłej, szlochającej Yennefer. O tak, ona go kochała, dopiero wtedy wszyscy mogli zrozumieć, jak bardzo. Wtedy, kiedy sine iskierki jej zaklęć tańczyły po jej rękach i jego ciele, gdy mamrotała w skrajnej rozpaczy wszystkie czary, które mogłaby rzucić, i kiedy wszystko zawiodło.
Widział to, czego nie mógł widzieć, co znał tylko z relacji i opowieści. A jednak było prawdziwe, realne i żywe.
Śnił o Cöenie, o bitwie pod Brenną i o lazarecie, do którego przyniesiono martwe ciało. O tym, jak lekarz – rudy niziołek – zdziwił się, że pacjent tak długo przeżył po tym, jak zębate ostrze rozdarło mu serce...
Śnił o Eskelu, o tym, jak zginął na szafocie, wprowadzony nań przez zakapturzonego kata ściskającego w dłoni topór. Rzekomo skazany za wiarołomstwo, a tak naprawdę za to, że miał twarz oszpeconą trzema bliznami i paskudnie zielonożółte, kocie oczy, których bały się kobiety i dzieci w Gulecie. Głowa, patrząca nieruchomymi źrenicami w bezchmurne niebo, twarz bliźniaczo podobna do twarzy Geralta, której usta miały się już nie otworzyć. Ludzie rozeszli się, a ciało wiedźmina zeżarły kruki. Żałosne życie, żałosny koniec. Mutanci.
Potem przyszły do niego kolejne wizje, a każda gorsza od poprzedniej. W niespokojnym śnie zataczał się od wypitej wódki, walczył ze swoimi upiorami, rozganiając je mieczem, ale nie trafił ani jednego. Tylko tego bał się Lambert, niczego innego; że zawiedzie sam siebie.
Zobaczył ojca, swojego ojca, który umarł już dawno temu, jego unoszącą się miarowo dłoń zadającą razy matce, biednej, słabej kobiecie. Ujrzał siebie, uciekającego przed ciosami, obitego jak pies, nienawidzącego życia, ojca, wszystkich...
Ból mutacji, nieporównywalny z czymkolwiek innym. Spojrzenie na świat nowymi oczami, nienawiść zwiększona o nowy wymiar, gorycz podchodząca do gardła, gdy mówili: mutant, odmieniec, potwór... Nie prosiłem się o taki los, żaden z nas nie prosił.
A później śnił o Triss Merigold, która przyszła do niego tu, w Kaer Morhen, z białą jak mleko twarzą, szczupłą talią, w sukni o wysokim kołnierzu i z kasztanowymi włosami spiętymi perłową spinką. Usiadła obok na brudnej ławie, delikatną, wąską dłoń położyła na stole i nachyliła się do Lamberta.
- To był błąd – wyszeptała i uśmiechnęła się.
Obudził się nagle, wyprostował, gwałtowny ból przeszył skurczem jego plecy. Otrząsnął się powoli z mar, rozgoniło je rześkie powietrze, blady blask słońca, dzienne światło. Znał te sny, powtarzalne, smutne, zawsze tak samo bolesne.
Gdy siedziała naprzeciw niego, jadła i piła, nie wyglądała na dawną siebie. Rzecz jasna, dorosła, ale nie o to chodziło. Wtedy była niska, brzydka, chuda, drobna, srebrnowłosa, tylko te oczy miała takie wielkie i zielone. Była irytująca, szwendała się pod nogami i marudziła. Z treningiem radziła sobie średnio.
Teraz była... kobietą. Inaczej określić się tego nie dało. Nie była taką kobietą jak Merigold albo Yennefer, ani jak Keira Metz, ale była równie dojrzała. Miała arystokratyczne rysy twarzy, które z dziecięco rozmytych zmieniły się w ostre, wyraziste, miała białe pasmo włosów nad czołem i tę paskudną, różową bliznę na policzku, bliznę, która jednak dziwnie do niej pasowała. Szmaragdowa zieleń oczu zgasła i zmieniła się w jaśniejszą, złotą, niebezpieczną, zagadkową. Założyłby się, że doścignęłaby go w biegu i każde ćwiczenie, od wahadła po Mordownię, przeszłaby bez trudu i błędu. I nosiła na szyi medalion. Medalion kota, jak Aiden. To było jak cios w żołądek, ale Lambert ignorował ciosy.
- Skąd to masz? – spytał wreszcie, wskazując na wiedźmiński atrybut, obijający się o drewniany kubek na stole, gdy pochylała się nad talerzem.
- Zabrałam łowcy – odparła z pełnymi ustami. – A po co pytasz, mam ci opowiadać historię mojego życia?
- Raczej nie – uciął i pogrążył się w milczeniu.
Minął już – a może dopiero – tydzień, a on zaczynał mieć dosyć towarzystwa. Nie można było się w spokoju upić ani zjeść, bo Ciri wydawała rozkazy i zaganiała go wiecznie do sprzątania. Na początku przyznawał jej rację, szczury w kuchni wyżerające im mięso i kurz głęboki na pięć cali były przesadą, ale gdy zażądała zamiatania i odśnieżenia dziedzińca, zaprotestował. Od tamtego czasu była szorstka, wychodziła rano i wracała wieczorem. Nie przejmował się nią. Zdecydowanie łatwiej i milej było w towarzystwie innych wiedźminów, a w związku z ich brakiem, nawet w samotności.
Raz zapytał, po co przyjechała do Kaer Morhen.
- Jestem tu, żeby wyleczyć się z... Z tego, co wtedy zaszło. Żeby pożegnać go, jak należy.
Lambert skinął głową, rozumiał. A więc przyjechała, by złożyć hołd Vesemirowi. Nie miał jej tego za złe, choć uważał to za głupie. Powiedział jej, a wtedy zjeżyła się jak kotka.
- Ty myślisz, że ja jestem naiwna jak jakaś młoda wariatka! Ale ja wiem co robię. Wiem, że kości to tylko kości, pochówek to tylko pochówek, a grób to tylko pusty symbol. Wiem, że pod tamtym kamieniem nic nie ma, że jego ciało spłonęło. Ale jestem mu coś winna, on umarł dla mnie! Ty sobie nie wyobrażasz takiego poświęcenia, dla ciebie wszystko kręci się wokół wódki i dziwek!
Skrzywił się. Wyobrażał.
- Jak chcesz, Jaskółko – odparł lekko. – Czemu więc jeszcze tam nie poszłaś?
- Nie jestem gotowa – odrzekła, zauważył wyraźne drgnięcie mięśnia na okaleczonym policzku, skurcz zaciśniętej pięści.
Nie zmienił tematu. Po prostu milczał. Lubił milczenie.
Przewracała się z boku na bok przez pół nocy, trawiona bezradnością i wspomnieniami. Wreszcie wstała, ubrała się, zabrała świecę i zeszła na dziedziniec, mijając Lamberta śpiącego na ławie. Twarz miał przykrytą płaszczem, jedna ręka spoczywała na zimnych kamieniach podłogi, druga na jego piersi. Ława była stanowczo zbyt wąska. Ciri zastanowiła się, czy Lambert w ogóle znalazł sobie którąś sypialnię, zaniósł tam swoje rzeczy i nocował, czy po prostu spał tutaj. Przechodząc koło niego zatrzymała się na chwilę i delikatnie, bardzo delikatnie chwyciła jego nadgarstek i przeniosła dłoń z powrotem na pierś. Uśmiechnęła się krzywo, bo rozpoznała uczucie, które ją do tego pchnęło, a o którym myślała, że dawno w niej wygasło: współczucie.
Było naprawdę mroźno, padał rzadki śnieg. Okolica wygladała bajkowo, tak, jak Ciri zapamiętała: w oddali szczyty gór, w dole przełęcze i wstęgi rzek, zupełna cisza i pustka, brak chat, wiosek czy ludzi. Mury, zapewniające osłonę od wiatru. Stare, pocięte, drewniane manekiny do ćwiczeń.
Osłaniając płomyk świecy dłonią skierowała się do wyłomu w murze, wygryzionej wybuchem jakiegoś zaklęcia wielkiej dziury. Przeszła niezgrabnie na drugą stronę, lądując w śniegu po kolana i, brnąc w zaspach, ruszyła w stronę niewielkiego sosnowego lasku w dole stromizny.
Między dwoma drzewami wyrastał z ziemi duży, okrągły głaz, w nocy ciemnoszary. Jedną dłonią starła z niego śnieg, drugą przysunęła bliżej, by blask płomyka oświetlił napis.
Leo.
Nie słyszała o nim, nie wiedziała, kim był. Ten nagrobek zostawiła w spokoju, szukała innego.
Vesemir.
Duże, wydrapane w powierzchni oszklonej lodem litery. Już raz je widziała, i teraz czuła to samo, co wtedy.
Tutaj spłonął na usypanym przez wiedźminów stosie, jako ich brat, jako ich towarzysz, ojciec i przyjaciel.
Żegnaj, stary przyjacielu...
Miała twarz sztywną od mrozu i bladą jak śnieg. Uklękła przed pustym grobem, przed tym marnym upamiętnieniem, i upuściła świecę w zaspę. Już nie była jej potrzebna. Przytknęła obie dłonie do głazu, przesunęła palcem po napisie. Pomyślała o tych, którzy zginęli przez nią lub z jej ręki, nie umiałaby ich zliczyć. Ktoś jej kiedyś powiedział, że jest śmiercią – i miał rację.
Ale Vesemir... Dlaczego Vesemir?
Nie płakała, trawiące ją uczucie nie wywoływało płaczu, a słoną, gorzką tęsknotę. Nie powinna była więcej rozpamiętywać, nie powinna się dławić tymi uczuciami, przyjechała tu tylko po to, aby po raz ostatni go pożegnać, bo przecież tyle dla niej znaczył... Dla nich wszystkich... Zasługiwał na to, aby o nim pamiętać.
Po jej dłoniach, opartych na kamieniu, prześlizgnęły się błękitne iskierki, oplotły jej palce, nadgarstki i łokcie. Tańczyły.
Ciri zrozumiała nagle, co czuła Yennefer wtedy, kiedy próbowała uleczyć Geralta. Że nad sobą nie panowała, nie potrafiła ujarzmić magii wypływającej z niej razem z rozpaczą. Pożałowała swoich ostrych słów, co jest warta ta wasza magia? Magia nie była nic warta. Nic. Ale miłość Yen, o, ona była coś warta. Była warta Wyspy Jabłoni i wieczności, z której została wyrwana.
Sącząca się moc wyczerpywała, Ciri poczuła krew na wargach. Strużka pociekła po brodzie i zamarzła. A później? Później wszystko zabrała ciemność, ciemność w której chłód mieszał się z nicością, w którą wreszcie mogła opadać bez poczucia winy.
- Ciri? Ciri, słyszysz mnie? Ciri!
Ciri próbowała wymamrotać coś pod nosem, ale udało jej się tylko otworzyć zmartwiałe usta.
- Żyjesz, co za ulga – faktycznie, coś na kształt ulgi brzmiało w jego głosie. – Gdybyś umarła będąc tu ze mną, Geralt by mnie zabił. Co ja gadam, obdarłby ze skóry, uciął jaja, język, a potem oskalpował.
- Zacząłby od kastracji – wybełkotała. Język miała suchy i sztywny.
- Coś ty najlepszego zrobiła? – teraz był zły. Słyszała wyraźnie.
- Nie twoja sprawa – odparła, ale poczuła się głupio. Faktycznie, popełniła błąd idąc tam sama, i to w nocy. W ogóle popełniła błąd idąc tam... i tak się rozklejając.
- Prawie zamarzłaś, do cholery!
- Czuję.
Lambert rozpalił ogień w kominku, więc jadalnię wypełniało już ciepłe powietrze, i ułożył Ciri na ławie w niejakim oddaleniu od płomieni. Gdy paraliż ustępował z kończyn zastępowała go fala nieznośnego, mrowiącego bólu, i Ciri zagryzła wargę, powstrzymała łzy.
- Dam ci spokój, bo widzę, że nie jesteś w stanie rozmawiać. Ale i tak ci nie odpuszczę – zagroził.
- Zgoda – wydusiła. Trzęsła się cała, dopiero teraz krew wracała do palców i twarzy.
Lambert wstał i odwrócił się.
- Gdzie idziesz? – spytała zmienionym głosem. Starała się nad nim panować, ale wszystkie hamulce puściły przez ból i teraz z zawstydzeniem usłyszała błaganie we własnym głosie. Natychmiast zacisnęła wargi, gdy na nią spojrzał miała już nieprzeniknioną maskę, utajającą emocje.
- Idę się przejść. Siedzę tu z tobą bez ruchu od czterech godzin, moje stare kości tego nie zniosą.
- Miłego spaceru – wymamrotała i odwróciła głowę, wbijając wzrok w ścianę.
Faktycznie, zrobiła straszną głupotę. Naraziła siebie i jeszcze Lamberta dla tak bezsensownego celu. Po raz kolejny okazało się, że gdy uczucia biorą górę, nie należy podejmować decyzji. Co prawda nie zamierzała się przyznawać do błędu, ani dziękować za pomoc, ale i tak miała niejakie poczucie winy.
Gdy jego kroki ucichły pojęła, że nieważne, co przeszła, jak wiele razy ludzie, którym ufała ją zawiedli i ile goryczy w sobie nosi. Zrozumiała, że najgorsze, co ją spotkało, to nie były krew, mrok, zło, ucieczka, tułaczka, obrzydzenie do siebie ani ból, a samotność. Zupełna, całkowita samotność, taka sama, jaką czuła teraz, w tej pustej sali, w której nigdy nie zabrzmią już znajome głosy. Samotność małej dziewczynki, zagubionej w śnieżnej zamieci.
