IV. Gra na przysługi
Ból był nie do wytrzymania. Chata Vysogoty wydawała się majakiem, ułudą utkaną z oparów bagna i wilgotnej mgły. A jednak tam była, a wewnątrz był starzec, który uratował ją i podarował drugie życie i możność dokonania zemsty. A potem umarł.
Powrót tam, nawet we śnie, nie był łatwy. Łzy same cisnęły się do oczu, kiedy otwierała niematerialne drzwi, a okutane w szmaty na wpół rozłożone szczątki znowu leżały obok łóżka. Upiorne wycie Beann'shie wstrząsnęło nocą, rozmigotane od świateł błędnych ogników kępy rozjarzyły się na chwilę mocniej, prowadząc elfią zmorę tu, do tej chaty...
Wszędzie były cienie, Ciri drżała.
- Stary Kruku – wyszeptała zmartwiałymi ustami.
A później koszmar wszedł za nią do izby. Miał twarz Bonharta, a ona nie miała miecza.
Lambert nie ma połowy czaszki, zamiast niej jest krwawa dziura. Zaplata ręce na piersi, łypie na nią białkiem, okrągłym, obracającym się w obnażonym oczodole. Dobrze, Ciri, dobrze, wiedźminko... Możesz już zejść, saltem w dół. Ale gdy zeskakuje, ziemia rozstępuje się pod jej stopami i nie ma nic, nic, żadnego oparcia...
Na cmentarzu dwa otwarte groby, w jednym Geralt, w drugim Yennefer, z dłońmi złożonymi na piersiach, każde z nich ma na palcu obrączkę. Upiory Gonu, dziksze i straszniejsze niż te prawdziwe, tańczą wokół w deszczu iskier. Rechot lelków nad wsią, domy pogrążone w ciszy, a po nieboskłonie mkną potworni jeźdźcy na szkieletach koni.
Ciri otwiera drzwi, jedne po drugich, za każdymi więcej mroku, więcej strachu. Więcej wizji.
- Krzyczałaś – powiedział Lambert. Miał zmęczoną, bladą twarz, ubrany był w poplamioną winem koszulę i jakieś spodnie z grubego materiału. Wyglądał jak medyk: podwinął sobie rękawy do łokci, przy pasku miał sakiewkę z ziołami, a pot zraszał jego czoło, jakby właśnie dokonał niezwykle trudnej operacji. – A poza tym walnęłaś mnie w twarz i powyklinałaś jak pierwszy lepszy krasnolud.
- Co? – zainteresowała się Ciri i spróbowała usiąść. Była we własnej komnatce, tej małej i obskurnej, na własnym, wąskim i niskim, skrzypiącym łóżku. Lambert nie miał prawa tu przebywać.
Gdy tylko oderwała głowę od twardej, niewygodnej poduszki, natychmiast poczuła pulsujący ból w potylicy i karku i położyła się z powrotem, nieruchomo jak kamień.
- Nie słyszysz? Straszliwie się darłaś, umarłego byś obudziła, co dopiero mnie... Myślałem, że może była tu jakaś mysz...
- Myszy się nie boję – wymamrotała.
- ...ale potem przypomniałem sobie, że myszy się nie boisz – dokończył ironicznie. – Przyszedłem sprawdzić, czemu próbujesz pozrywać sobie struny głosowe.
- Nie próbowałam.
- Zorientowałem się, kiedy zobaczyłem, że śpisz.
- I czemuś nie wyszedł? Tak, miewam koszmary, przyznaję się...
- Umiem rozpoznać normalne koszmary, miewam je co jakiś czas – prychnął, ale ten wygląd medyka oraz fakt, że siedział wymęczony na brzegu jej łóżka sprawiały, że nie umiała traktować jego cynizmu jak zwykle.
- Więc jakie to były, jeśli nie normalne? – zapytała Ciri, powoli odzyskując rezon. Najgorsze sceny z sennych wizji zacierały się już powoli, wracały też siły.
- Aktywne. To były sny aktywizujące.
- Co? O czymś takim nie słyszałam.
- Poznałem po tym, że nie dało się ciebie dobudzić. Że tęczówki miałaś niewidoczne, kark sztywny, a tętno prawie niewyczuwalne. No i drgawki, jak w malignie. To bardzo klasyczne objawy.
- Ale co to są te aktywizatory? Skąd o nich wiesz?
- Od znajomego onejromanty. Spróbuję ci to objaśnić. Masz pewnie jakąś pulę koszmarów, prawda? Każdy ma. Ja na przykład śnię o... – urwał gwałtownie, zacisnął wargi. – Dajmy na to o kuroliszkach. Powiedzmy, że boję się kuroliszków. Śni mi się zatem co tydzień, co dwa, albo codziennie taka paskuda, a ja we śnie nie mogę się ruszyć, ani jej zabić, ani uciec... I tak zawsze, raz po raz. Rozumiesz? Schemat jest ten sam, chociaż raz jestem na strychu, a raz w lochach, a czasem bestia zmienia się w moją teściową. Potem w moim życiu dzieje się coś złego, o, na przykład walczę ze strzygą i przeraża mnie to, więc do puli dołącza strzyga. Miesza się z wydarzeniami z przeszłości, już przeżytymi, które zostawiły traumę, i takimi, które zazwyczaj przypadkowo i losowo tworzy mój mózg. One wszystkie łączą się i dzięki temu śnię o tym, co przeraża mnie na jawie, co sobie wyobrażam, albo co już się stało.
Skinęła głową na znak, że rozumie.
- Twoje koszmary są nieco inne. Ty śnisz, a sen żyje własnym życiem, napędza sam siebie. Z jednego, który generuje twój umysł na normalnej, zdrowej zasadzie, rodzą się następne, zazwyczaj łączące w sobie najgorsze przeżycia i wizje – to one są niebezpieczne – i majaczenia, trochę jak takie w gorączce, przewidujące przyszłość. Tym różnią się od najgorszych nawet koszmarów; często się sprawdzają i zdarza się, że śniący już się nie budzi. Poza tym głośno krzyczy – spojrzał na nią wymownie. – O czym śniłaś?
- O... Wieży Jaskółki... O Bonharcie. O walce. O krwi... Geralt i Yen, martwi, Dziki Gon nad nimi, nad wioską. Nie wiem... Nie pamiętam...
- A zatem o przeszłości – ocenił. – Coś jeszcze?
- Nieskończone drzwi. I ty.
- Ja? Czyżbyś aż tak się mnie bała, mała Jaskółko?
- Nie! – zaprzeczyła gwałtownie. Usiadła znowu, zignorowała tym razem paraliżujący ucisk w kręgosłupie. – Byłeś... Nie miałeś twarzy. Krew, wszędzie była krew. To zrobił gryf, pozrywał mięśnie, wydarł oko... I... Nie mogłeś... – Usta miała suche jak pieprz i spierzchnięte, powietrze jakoś nie chciało wpływać do płuc. Dusiła się.
- A więc umierałem? – spytał spokojnie, niemal pogodnie.
Ciri zorientowała się, że Lambert faktycznie przejął na jakiś czas rolę medyka. Dopiero teraz poczuła unoszącą się w powietrzu słabą woń wymiocin, którą wiedźmin musiał zamaskować. Zrozumiała, że odchorowała swoje koszmary bardziej, niż myślała.
- Żyłeś, choć nie powinieneś był – zaprzeczyła słabo. – Ale wszyscy inni umarli.
Skinął głową. Westchnął. I wstał.
- Uderzyłam cię, tak? – spytała.
- Tak. Zaczęłaś miotać się po całym łóżku jakby cię gzy kąsały w tyłek, ale gdy tylko złapałem cię za nadgarstki, żebyś nie narobiła szkód, wyrwałaś się i przylałaś mi w twarz. Nie powiem, mocno. Masz impet. A potem jeszcze chciałaś mnie opluć, ale nie trafiłaś.
- Przez sen?
- Nie wiem. Oczy miałaś otwarte.
- Na pewno nieświadomie, wybacz.
- Sprawiasz sporo kłopotu jak na tak małą osóbkę – skomentował. Rozejrzała się; faktycznie, w komnacie pojawiło się mnóstwo wiader, szmat, futer i dodatkowe prześcieradła, które Lambert porozdzierał i którymi wycierał jej twarz. Musiał tu spędzić sporo czasu.
- Przepraszam – chciała wzruszyć ramionami, ale nie mogła. Była cała obolała.
- Odwdzięczysz się później.
- To już drugi raz, Lambert – powiedziała cicho.. – Wybacz mi, że kosztuję cię tyle zmarnowanego czasu. Najlepiej będzie chyba, jeśli szybko...
- Jeśli szybko umilkniesz i dojdziesz wreszcie do zdrowia, bo ktoś musi polować, gotować i sprzątać ten burdel, który robię, kiedy jestem pijany – przerwał jej szorstko. Prychnęła, ale po chwili wybuchnęła śmiechem. – Nie masz się z czego śmiać, jesteś mi winna wzorowe obiady.
- Masz to jak w banku. Obiecuję.
Zaczął zbierać wiadra pełne wody, brudne i czyste prześcieradła, klnąc przy tym jak szewc. Ciri nie wytrzymała i po raz drugi wybuchnęła śmiechem. Tym razem ból uderzył mocniej, tak mocno, że aż poczuła łzy na policzkach, ale śmiała się nadal.
- I z czego się śmiejesz, co? No, z czego? Że musiałem zbierać z kurtki, derki i podłogi twoją przetrawioną kolację? Co? Odpowiadaj, jak pytam!
Wreszcie atak radości minął.
- Lambert, powiedz mi... Kiedy te aktywne sny minęły? Ile trwały?
Zastanowił się.
- Kilka godzin. A minęły... Hm... wszystko ustało po tym twoim ataku wściekłości.
Opadła z powrotem na poduszkę, jęknęła głucho.
- Powiedz mi, czemu na szlaku radzę sobie bez zarzutu, wszystko idzie mi świetnie... A wystarczy miesiąc w Kaer Morhen żebym okazała się słabą babą? – wymamrotała.
- Nikomu nie powiem – uśmiechnął się perfidnie. – Ani słóweczka.
- Wcale a wcale.
- Racja, skłamałem. – wykrzywił usta w swoim okropnym grymasie.
- Więc czemu ty mi w ogóle pomagasz? Rozumiem, żeś mnie przyniósł wtedy z mrozu, bo umarłabym na pewno. Ale dzisiaj? Nic mi nie groziło.
- Po pierwsze, domyśliłem się, że twoje koszmary to aktywizatory, a z takimi poradzi sobie tylko profesjonalna śniączka... Albo czarodziejka.. Po drugie, tego typu sny mogą być groźne i uszkadzać mózg. Po trzecie, spać się nie dało przy tych wrzaskach. A po czwarte, wisiałem Geraltowi dwie przysługi.
- Jakie niby?
- Dwie. A więc limit wyczerpany.
- No trudno.
- Jeszcze jedno. Ciri...
- Tak?
- Nie zachowujesz się jak baba. Walnęłaś mnie mocniej, niż bił Eskel. Będę miał ślad.
Gdy tylko odzyskała odrobinę sił, wstała i wyruszyła na polowanie. Wróciła kilka godzin później, zakrwawiona, zmarznięta, ale szczęśliwa, taszcząc na ramieniu sarnę, a na drugim sporego zająca.
- Głodny? – spytała, oprawiając mięso. Lambert przytaknął.
- Widzę, że już się pozbierałaś – ocenił protekcjonalnie. – Będziesz mogła zrobić pranie.
Westchnęła teatralnie, odchyliła się na ławie, oparła plecami o ścianę i położyła stopy w wysokich butach na stole. Ręce miała unurzane w zajęczej krwi aż po łokcie, ale nie przeszkadzało jej to, splotła je na piersiach.
Wstydziła się. Tego, że okazała słabość, najpierw psychiczną, a potem fizyczną. Miała do tego prawo, Geralt wielokrotnie powtarzał jej, że nie ma się czego wstydzić, że to, co przeżyła, pozostawiło naprawdę trwałe piętno, ale jednak wstyd jej było, że odsłoniła się właśnie przed Lambertem. Był dla niej zagadką, nie miała pojęcia ani o jego przeszłości, ani o jego charakterze – musiał coś ukrywać pod maską obojętnego sarkazmu – a ona, choć usilnie chciała przedtem zamaskować się tak dobrze, jak on, to po prostu nie umiała. Przeklinała się w myślach, ale było już za późno.
To musiała być wina Kaer Morhen. Lata spędzone samotnie zahartowały ją i podczas podróży nie miewała ani koszmarów, ani załamań; wystarczyło kilkanaście nocy w ciepłym – no, dosyć ciepłym – łóżku, przy kominku, ze stałymi porami podawania posiłków i czyimś towarzystwem aby ta mroczna strona, którą dotąd udawało jej się uciszyć, wydarła się na wolność.
Żałowała. Ale nie mogła nic na to poradzić.
- Lambert, co takiego zrobił dla ciebie Geralt, że zgodziłeś się oddać mu przysługę?
- Założyliśmy się kiedyś – odparł wiedźmin. Siedział u brzegu stołu i wertował jakąś grubą księgę. – Graliśmy w gwinta, ale żaden z nas nie znał zasad i szybko straciliśmy całe pieniądze. Zaczęliśmy wtedy grać o przysługi.
- I on miał więcej szczęścia?
- Nigdy nie miałem powodzenia w kartach – wykrzywił się Lambert. – Wyszło na to, że bilans się wyrównał, ale Geralt wygrał dwie dodatkowe rundy. Stąd moje dwie przysługi.
- I czemu akurat teraz? Nie przedtem? Czemu teraz się wypłacasz?
- Była okazja, nietrudna, powiedzmy, że sama wpadła w ręce. To czemu nie skorzystać? Jeszcze by mnie poprosił o coś głupiego, jak to on ma w zwyczaju, na przykład o pójście w góry i przyniesienie mu bezoaru.
- Naprawdę myślisz, że jest tak mściwy? – roześmiała się.
- Po nim można się wszystkiego spodziewać – Lambert wrócił do lektury. – Kiedy ten obiad?
- Jak pomożesz mi oczyścić sarnę, to będzie.
- To będziemy głodować przez całą zimę.
- Bardzo śmieszne.
- A żebyś wiedziała.
