V. Moje Wzgórze

Ciri poklepała Kelpie po szyi, westchnęła, rozkoszując się chłodem. Niebo było zachmurzone, ale powietrze przejrzyste, prawie skrzące się od mrozu, pachniało żywicą i zimą. Śnieg skrzypiał pod kopytami klaczy, gdy wspinała się po niemal pionowej ścieżce.

Ciri wyruszyła przed świtem, początkowo planując zjechać w dolinę, ale potem zmieniając zdanie. Przez ostatnie miesiące poznała tereny wokół Kaer Morhen jak własną kieszeń, zaczęła nawet kreślić szczegółową mapę, której w twierdzy brakowało – ale zabrakło jej kartograficznych umiejętności. Z tego względu postanowiła z jak największej wysokości poobserwować okolicę i zapamiętać jej wygląd, a potem przynajmniej spróbować przenieść go na pergamin. Dni w zamku dłużyły się, były nudne i jednostajne, szukała więc sobie zajęć, gdzie mogła. Lambert zdawał się być mniej wymagający, część dnia przesypiał, a drugą spędzał na przejażdżkach, spacerach, jedzeniu, czytaniu albo ostrzeniu mieczy. Raz przyłapała go na ćwiczeniach, na dziedzińcu; był niewiarygodnie szybki. Co prawda nie robiło to wrażenia na osobie, która widywała w walce Geralta, ale z przyjemnością obserwowała przez chwilę płynne, elastyczne ruchy, uniki, wypady, estetyczną grę nadgarstka ściskającego miecz.

Miała rację, okolica z tej perspektywy wyglądała zachwycająco. Skryte we mgle kotliny, skute lodem jeziora połyskujące srebrnawo, korony wysokich drzew falujące w dole wieczną, gęstą zielenią. Przysiadła na obalonym pniu drzewa, naciągnęła na palce rękawy wełnianego, grubego swetra, noszonego pod kurtką. Była sama tym lepszym, innym rodzajem samotności. Tym, z którego łatwo wrócić tam, na dół, do Lamberta, do jego oschłej, ale materialnej obecności.

Jakoś łatwiej było znosić kolejne godziny, gdy ktoś obok oddychał. Nie musiał mówić, musiał po prostu tam siedzieć, istnieć.

Zamknęła oczy, wyczuliła zmysły. I tylko dlatego usłyszała kroki, odwróciła głowę w samą porę, by uchylić się przed lekkim ciosem w ucho.

- Co ty robisz? – syknęła, jednocześnie zsuwając się z omszałego pnia.

- Przyszedłem się trochę rozruszać – uśmiechał się bezczelnie, połową ust, jego oczy błyszczały nieładnie. – No już, wyciągaj miecz, sprawdzimy, ile się nauczyłaś. Geralt tyle opowiadał, że aż wstyd byłoby nie sprawdzić...

Prychnęła wściekle, jak kotka, sprężyła się do skoku, ale miecza nie wyciągnęła. Za to on, Lambert, trzymał już swój w dłoni. Odskoczyła, kiedy zamarkował wypad.

- Niebezpiecznie! – krzyknęła z uśmiechem. – Tak sobie pogrywasz?

Zamarkował następny cios, po raz kolejny upiornie wolno – jak na wiedźmina – i ospale, po to tylko, by zdążyła się uchylić.

- Nudzisz mnie, stary ośle, nie udawaj! Chcesz mnie sprawdzić? To się postaraj! – wykrzyknęła, obracając się wokół niego i chichocząc.

- Nie wiesz, o co prosisz – fuknął, ale jego ruchy faktycznie przyspieszyły, teraz ciął prędko, z gracją właściwą wyszkolonym, wprawionym zabójcom, teraz nie bawił się już, choć to nadal była zabawa.

Zaśmiała się jak demon, wycięła salto w powietrzu, gdy jego ciężko i nisko zadany atak pociągnął go nieco do przodu, opadła na kolana i poderwała się.

- Nie uciekaj, księżniczko, daj się sprowokować – powiedział, i usłyszała coś...

Wyciągnęła miecz w ostatniej chwili, bo zwinął się do uderzenia szybko, za szybko, by to zobaczyła. Dopiero kątem oka dostrzegła odblask lodu na klindze opadającej ku niej, z boku, z dobrej, za dobrej pozycji... W ostatniej chwili stal zadzwoniła o stal, krzesząc iskry, a Ciri wygięła rękę, półobrotem wydostała się z patowej sytuacji, odskoczyła z błyskiem w oku.

- Co mi jeszcze pokażesz? – spytała wyzywająco, przyjmując obronną pozycję.

- A może to ty zatańczysz, Jaskółko? – odparł, zawinął mieczem, klinga wydała znajomy odgłos, tnąc powietrze.

Nie kazała mu długo czekać, prześliznęła się pod paradą, odwróciła błyskawicznie. Znowu spletli miecze, ale teraz Lambert odepchnął ją, a ona przeszorowałaby po śniegu, gdyby nie oparła się na nadgarstku... I zablokowała go, siła ciosu wyniosła mu ciężar ciała poza pion, Ciri popchnęła go dłonią w żebra, chcąc, by się przewrócił.

Nie trafiła, przeliczyła się. Był za szybki.

Stał za nią, już bez miecza, z rękami w kieszeniach. Miał wzrok spokojny, nieco pogardliwy, usta jak zawsze wykrzywione.

- Nieźle – mruknął, gdy strzepnęła śnieg z ramion i kolan. – Całkiem nieźle.

- Ty za to wypadasz z formy – zakpiła.

- Żaden to wstyd, przegrać z wiedźminem – odrzekł.

- Kto powiedział, że przegrałam? – rzuciła pozornie lekko, a sekundę później była już obok niego, w dłoni miała kordzik wyciągnięty zza paska, wbijała mu go delikatnie w bok. Nawet nie drgnął, uśmiechnął się tylko krzywo.

- Gdybym chciał, nie...

- Nie zdążyłabym, wiem. Więc czemu nie chciałeś?

Miał coś na końcu języka, widziała, ale powstrzymał się.

- Bo nie zniosłabyś porażki – oznajmił w końcu jakoś bez przekonania, ale z paskudnym grymasem.

Wieczory zimą zapadały zbyt szybko, za ciemno robiło się w twierdzy, by czytać, światło świec mamiło oczy i męczyło. Ciri odsunęła od siebie tom „Historii Świata" Rodericka de Novembre. Znała to dzieło niemal na pamięć, czytała je już w Ellander. Wosk stopił się, spływał po drewnianym blacie stołu. Lambert milczał uparcie, bawił się dogasającym płomykiem.

Przeciągnęła się, westchnęła głośno, by rozgonić uporczywą ciszę, drażniącą jej wyczulone uszy.

- Lambert, powiedz mi, jak to było z Aidenem? – spytała po chwili, nie mogąc pohamować ciekawości.

- Już ci powiedziałem – odparł, a w jego głosie zabrzmiała złowróżbna nuta.

- Nic mi nie powiedziałeś – warknęła. – Naprawdę nie możesz mi czegoś opowiedzieć? Czegokolwiek? Zaraz z nudów zacznę łapać pająki!

- Przynajmniej byłby z ciebie pożytek – mruknął.

- Lambert...

- A może, dla odmiany, ty mi coś opowiesz? Dajmy na to o twoich niezliczonych przygodach.

Zmarkotniała.

- Wszystko już wiesz. Od Geralta, od Yennefer i od innych... Przecież o tym mówili wszyscy. Czarodzieje, Loża...

- Może jednak nie wiem? Zaryzykuj.

Westchnęła że znużeniem.

- Czego nie wiesz? Nie wiesz, że uciekłam przed Nilfgaardem, pakując się w prosto w wypaczony portal? Że wyrzuciło mnie na pustyni, na Korath, i prawie tam umarłam, zupełnie sama, wycieńczona i słaba... Że uratowała mnie magia zaczerpnięta z ognia... Z płomieni... Krwi...

- Ciri?

- Nie!

Ból, tętniący w piersiach, sutkach, podbrzuszu. Ból zamieniający się w paraliżującą, gorącą rozkosz, straszny ból, straszna moc.

Mam tę moc, mogę wszystko. Ja mogę wszystko. Mogę się zemścić. Mogę?

Mogę zabić ich wszystkich, tych, którzy mnie zostawili samą sobie, porzucili na pastwę Losu, obiecali, przyrzekli pomóc... Zabić Yennefer, zbyt zimną, zbyt złą, zabić Cöena, który uczył mnie miecza, miecza, który w świecie się nie przydaje, który niesie tylko łzy... Zabić Lamberta, z jego złą twarzą, pogardą w oczach, zniszczyć, patrzeć na ich krew, czuć radość z tego, że odeszli, że ich już nie ma... Eskela z paskudną blizną, Geralta... Mogę czuć satysfakcję z tego, że już mnie nie skrzywdzą fałszem i kłamstwem...

Nie! Ja nie chcę! Nie mogę!

Kat, szafot, krew... Wiedźmini posłusznie zginają karki...

Nie, to nie ja, to ta moc, wyrzekam się, wyrzekam, nie chcę!

Wyrzekam się tej mocy!

- Ciri, do cholery! Ciri!

Potrząsnęła głową, odrzuciła tamto wspomnienie, wytarła łzę, która wyciekła z kącika oka.

- Widziałam was wszystkich, martwych. Martwych przeze mnie – wyszeptała.

- Wyciągnęłaś moc z ognia? – zapytał dziwnie niskim głosem. – Powinnaś się cieszyć, że żyjesz...

- Widziałam was. Wiedźminów. Na szafocie... Kat ostrzył topór... Tłum żądny krwi... Odmieńcy, mutanci, wszyscy mnie zdradzili, oszukali... To wtedy czułam. Wiesz?

- Wiem.

- Czułam, że wy umieracie. I wtedy... Ja się wyrzekłam się tej mocy. Ja... Ja jej nie chciałam.

Zamilkł na chwilę, potarł policzek pokryty ciemnym zarostem.

- Wiesz, jak zginął Eskel? – spytał cicho, starając się coś zamaskować, ukryć.

- Nie. Nikt mi nie powiedział.

- Eskela ścięto. Ścięto go w Gulecie, a polecenie wydał łowca czarownic, tamtejszy rządca.

Przerażenie odbiło się w jej zielonych oczach, zbladła nagle.

- Ale... To przecież nie ja... Ja nie chciałam tego czuć, myśleć... Nie ja!

- Nie, Ciri, nie ty.

- Ja nie przepowiedziałam... Śmierci... Nie byłam jej powodem...

- Nie.

Zatrzęsła się nagle, zagryzła wargę. Cisza wisiała między nimi, straszna, pełna niewypowiedzianych lęków i nienawiści. A potem Lambert odwrócił wzrok.

- Nie histeryzuj – powiedział lekko. – To w żaden sposób nie była twoja wina.

Skinęła głową, ale dalej widział, że jest wstrząśnięta, przerażona.

- Ty go... Ja... – wymamrotała. – Wy byliście... Jak bracia, ja wiem. I nie myśl, że...

Przysunął się do niej na ławie, spojrzał z bliska na potwornie białą twarz, białą jak papier, jak śnieg. Położył na jej ramieniu ciężką dłoń, pocieszył tak, jak pocieszał Geralta, tak, jak umiał, bo ona nie była niczemu winna, bo to świat był parszywą suką. Poczuł, że Ciri drży.

- Nie myślę, że to twoja wina – powiedział powoli i poważnie. – Wierz mi.

A później wstał, aby dolać sobie wina, a ona przyjęła fakt, że ustało to przyjemne i zarazem straszne mrowienie, jakie powodował dotyk wiedźmina, z ulgą i rozczarowaniem jednocześnie.

Gdy udało jej się rozgonić to przytłaczające, chore uczucie, poczucie winy i lęk, opuściła głowę, zawstydzona swoją przesadzoną reakcją. Nie zakpił z niej jednak, zdziwiło ją to i zaskoczyło. Gdy na niego spojrzała, dostrzegła w wyrazie twarzy jakąś upartość i zaciętość, jakiś żal i gorycz.

- Lambert, co się stało? – spytała szeptem. Sama nie wiedząc, dlaczego.

Spojrzał na nią i to było złe, bardzo złe spojrzenie. Bardzo wrogie, agresywne, wręcz tętniące wściekłością. Ale kiedy się odezwał, jego ton nie współgrał z tymi oczami, głos miał spokojny, nawet łagodny.

- Przypomniałaś mi... O czymś, o czym wolałbym zapomnieć.

- Powiedz mi... Powiedz, proszę.

Zasępił się wyraźnie, długo zastanawiał. Tak długo, że myślała już, iż nie odpowie. A jednak jego głos przeciął ciszę.

- Przypomniałaś mi o śmierci Merigold.

Zamarła, poczuła pot spływający po karku i nagle dłonie zrobiły się jej zimne, bardzo, bardzo zimne.

- Triss – wyszeptała niemalże bezgłośnie. – To ona... Jak to? Ona... Ona nie żyje?

Skinął głową w zamyśleniu, patrzył na dogasającą świecę.

- Nie żyje, Ciri. Nie ma jej. Myślałem, że wiesz.

- Nie wiedziałam o tym... Nikt mi nie powiedział. Dlaczego?

- Merigold umarła rok temu. Geralt prawdopodobnie wie o tym od Yennefer, ty natomiast nie pojawiłaś się w Kaer Morhen, nie było wiadomo, gdzie cię szukać, i nie było czasu... Sądziłem, że ktoś cię powiadomi.

- Jak to się stało? Skąd ty o tym wiesz?

- Ona umarła tutaj – powiedział oschle, ochryple, głosem zupełnie wypranym z emocji. W Ciri wrzały natomiast uczucia, żal, ból, tęsknota, strach wirowały w niej, powodując mdłości...

Siostrzyczko... Czy cię jeszcze kiedyś zobaczę?

- Tutaj? – powtórzyła tępo.

- Tutaj. W Warowni. Przyjechała szukać pomocy, zatruta eliksirem. Merigold była...

- Uczulona na magię – dokończyła pusto Ciri. – Wiem.

- To była zemsta. Ktoś systematycznie podtruwał ją, a gdy się zorientowała, szukała pomocy u innych czarodziejek... Ale było już za późno.

- Kto jej to zrobił? – spytała wiedźminka, nuta stali zadźwięczała w jej głosie.

- W Kovirze przebywała pewna dziewczyna. Bardzo mało ważna, powiedziałbym, że w ogóle nieważna adeptka magii... I Merigold przyjęła ją na uczennicę. A adeptka miała już innego nauczyciela. Osobę, która do Loży miała ogromne pretensje.

- Morderstwo – wyszeptała Ciri. – Jak się nazywała ta... Adeptka? I jej zleceniodawca?

- To już nieistotne. Ci, którzy pozbyli się Triss, nie żyją.

Ciri uniosła nagłym ruchem głowę, zobaczył w jej oczach dziwny odblask. Płakała, miała wilgotne, skrzące oczy.

- Dlaczego Triss tutaj przyjechała? Czemu nie wolała pozostać w Kovirze aż do końca?

- Dość pytań. Dosyć.

- Przyjechała tu do ciebie. Nie powiedziałeś „Merigold", powiedziałeś „Triss". Coś było między wami. Tak? Tak?

- Powiedziałem: dosyć! – wrzasnął, wstał, opierając się o stół i przechylając w jej stronę. Łzy ciekły po jej twarzy, ale patrzyła wprost na niego, a on nagle poczuł, że przegrał, że się zdradził i ujawnił.

- Tak – odpowiedziała sama sobie, bynajmniej nie przestraszona jego wybuchem.

Chciała wstać, jej usta już drgały od tłumionego szlochu, ale uderzył pięścią w stół.

- Chciałaś wiedzieć – warknął. Zamarła. – Więc się dowiesz.

- Przestań... Miałeś rację, nie czas na to...

- Ucisz się – przerwał jej ostro. – Wysłuchaj mnie, póki chcę mówić. Będziesz miała czas na żałobę.

Skinęła krótko głową. Cała się trzęsła.

- Triss Merigold przyjechała tutaj tuż po wyjeździe Geralta i Yennefer. Przyjechała zrozpaczona, utraciła go na zawsze. Wiedziała, że to się stanie, ale tamta chwila... Była ostateczna. I Triss Merigold przyjechała tutaj, do Kaer Morhen, żeby odciąć się od świata. A tak się złożyło, że byłem tu tylko ja.

Ucichł na chwilę, ale zaraz podjął opowieść.

- Od słowa do słowa wyjaśniła mi wszystko. Opowiedziała o Geralcie i o sobie. A mnie się jej zrobiło żal, po prostu żal... I do niczego by nie doszło, gdyby nie to, że kiedy wyjechała wiosną, było jakoś inaczej. A zimą... Zimą wróciła. Wróciła i byliśmy tu znowu sami, znowu rozmawiając, upijając się i dusząc w przeszłości. Którejś nocy powiedziała „cholera, dosyć mam tego rozpamiętywania", i... Ale nie, nieważne. To już nieważne. W każdym razie później nie mogła na mnie patrzeć, miała wyrzuty sumienia, bies jeden wie. Wyjechała. A kiedy wróciła... Zeszłej zimy... Była już chora. Od progu mi o tym powiedziała. Spędziła tu ostatnie sześć dni, a ja woziłem ją na koniu, w moim siodle po tych dolinach, bo pod koniec była tak słaba, że nie mogła nawet chodzić, a chciała popatrzeć na las. A ja grzałem jej codziennie wodę do mycia, zmieniałem jej pościel, przynosiłem amulety, które odpędzały ból. Prosiła o pomoc, i jej pomogłem.

Ciri była blada jak śmierć. Wbijała wzrok w stół, drgały jej wargi. Miała zmarszczone brwi. Milczała.

- Któregoś wieczora przyniosłem ją tu, na dół, z jej sypialni. Powiedziała że wyczuwa... Że wie. I że chciałaby być przy ogniu, że marznie. Dałem jej swój płaszcz... Owinąłem ją. Była bardzo blada, ale się uśmiechała. Kaszlała krwią. I chwilę później...

- Przestań – przerwała mu. – Ja muszę... stąd wyjść.

Zerwała się z miejsca. Trzęsła się jak osika, dygotała, pot perlił jej się na czole. Pobiegła w głąb sali, słyszał jej kroki na spiralnych schodach do na wpół zrujnowanej wieżyczki, trzaśnięcie drzwi, potem długą, bardzo długą, nieskończoną ciszę.

A później usłyszał krzyk, wizg rozpaczy, żałoby, ujście szoku i żalu. To był straszny, przeszywający dźwięk, niosący się wewnątrz zimnych, kamiennych murów, wibrujący w nich okropnym echem. Szloch, rozdzierający powietrze.

Świeca zgasła. Lambert siedział z czołem opartym na dłoniach, siedział w mroku, słuchając zawodzącego płaczu wiedźminki. Gdyby umiał płakać, płakałby właśnie tak.

Czarodziejka leży nieruchomo, kasztanowe włosy wiją się na czarnej skórze płaszcza. Krew perli się w kąciku warg jak rubiny, błękitne oczy mają mdłą, zamierającą barwę.

- Wiesz, Lambert, czuję...

- Co?

- Wiatr na twarzy. Słońce. Jest ciepłe. Trawę pod stopami... Pachnie kwiatami...

- Wszystko w porządku?

- Widzę... Wzgórze. Moje Wzgórze. Stoję na Wzgórzu. Obelisk z nazwiskami... Nie ma wśród nich mojego. Ale będzie. To głupia i żałosna śmierć, wiedźminie.

- Co się dzieje?

- Bitwa pod Sodden już się skończyła, ale każdy ma własne Wzgórze i kiedyś ktoś powiedział mi, że i moje się o mnie upomni – mówi czarodziejka spokojnym głosem. – I oto jest. Stoję na Wzgórzu. Widzę... Wszystko.

- Triss? – dopiero teraz pojął, zerwał się z miejsca, uklęknął przy ławie, na której leżała. Uśmiechała się ładnie, łagodnie.

- Dobrze jest móc czuć wiatr na twarzy – szepnęła. – Popłynę teraz... Popłynę barką... We mgle...

- Triss? Nie bredź, proszę, co się dzieje? Triss!

- Czekałam – mówi Triss bardzo cicho, Lambert nie wie, do kogo, i wtedy jej głos zamiera, rubinowa kropla krzepnie na policzku, a w oczach zostaje tylko lodowaty blask, odbicie nieba nad Wzgórzem Sodden, które widziała.

Lambert przeklina głośno, ale w tej klątwie nie ma wściekłości, a tylko bezradne niezrozumienie, rozpaczliwe i złe. Mężczyzna najpierw wstaje, kręci się po sali, nie wiedząc, co robić, jak zwierzę w klatce, a pózniej przypada do ławki, na której spoczywa ciało owinięte wiedźmińskim płaszczem jak całunem, dotyka włosów czarodziejki, plamki krwi na jej skórze. Nie wierząc, ale musząc uwierzyć.

Lambert siedział bez ruchu, trawiąc w sobie nadal żywą gorycz, jak płomień liżącą serce. Siedział i czekał, aż ciche łkanie, histeryczne, tłumione, przepełnione żalem, umilknie.

Nie milkło. Czekał.