VI. Bestia z Velen

Ciri zeszła do jadalni dopiero po południu. Miała twarz bladą, a oczy podkrążone, zmęczone i zaczerwienione. Lambert natomiast właśnie wrócił z przejażdżki w dół stoku, miał jeszcze resztki śniegu we włosach.

Usiadła naprzeciwko, wzięła duży łyk piwa z jego kubka. Nie patrzyła na niego.

Rozumiał tę nagłą erupcję żałoby doskonale, on sam mógł przeżyć swoją w spokoju i ciszy. To on zawiózł przecież ciało Triss do najbliższego miasta, on załatwił transport trumny do Koviru i powiadomił listownie Geralta, choć ten na pewno już wiedział. A potem wrócił do cichego, chłodnego Kaer Morhen i siedział sam aż do wiosny, nie roniąc ani jednej łzy, nie mogąc spać, jeść, nawet się upijać. Wszystko było złe, niewygodne, niesprawiedliwe. Nieprzyjazne. Lambert rozumiał zatem Ciri i jej smutek.

- Zjedz coś – polecił szorstko. Stłumiła odruch wymiotny, zauważył to i zmarszczył brwi.

- Nic mi nie jest – zareagowała szybko. – Nic.

Przykry grymas wykrzywił jej twarz, na sekundę, ale szybko zamaskowała go neutralną miną, opanowała się. Lambert westchnął.

- Nie będę jednym z tych, którzy opowiadają, że tak łatwo jest się pozbierać – zaczął ochryple. – Ale jesteś w domu, Ciri.

- Wiem.

- Przykre, że nasz dom to rozwalająca się ruina, ale lepsze to, niż nic – ocenił.

- Chcę wyjechać.

- Słucham?

- Chcę stąd wyjechać, Lambert. Ona tu umarła. I Vesemir tu umarł. Nie chcę tu być. Myślałam, że to żadna różnica, ale... Jest różnica. Czuję ją.

Otworzył usta, znowu je zamknął. Potarł czoło.

- Nie mogę cię tu zatrzymać. Kiedy wyjedziesz?

- Dziś w nocy. Prześpię się tylko przed podróżą... Spróbuję... Bo dzisiaj spać nie mogłam.

- Więc...

- Tak, Lambert. Bywaj.

W komnacie było ciemno, zimno i brudno, Lambertowi nie chciało się w niej sprzątać. Pierwszej nocy przyniósł tu juki pełne zapasowych ubrań i potrzebnych rzeczy, ale po prostu cisnął je wszystkie na stertę pod ścianą, nie segregując. Zamiast łóżka w kącie stała prosta prycza, na posadzce leżały resztki starej, spleśniałej słomy. Spał tutaj może trzy razy, wolał główną izbę z jej kominkiem i echami głosów jego braci, które słyszał, gdy zasypiał.

Leżał w ciszy na wznak, w pełni ubrany, nie mogąc ani zasnąć, ani w pełni się rozbudzić. To była zła noc, bardzo zła i zimna noc. Wiatr jęczał głośno w szczelinach muru.

Wiedźmin drgnął.

Ciri stała w drzwiach. Wahała się wyraźnie. Lambert usiadł.

- Coś się stało?

- Chciałam się pożegnać.

- Poczekaj.

Złożył palce w skomplikowany sposób, uniósł dłoń. Świeca, stojąca w plamie zastygniętego wosku obok pryczy, strzeliła iskrami, rozjaśniła wysokie, brudne sklepienie, grzyby na ścianach. Pająki umknęły w mrok z szelestem.

- Obrzydliwe miejsce – mruknęła Ciri, siadając obok wiedźmina, ostrożnie, na samym brzegu niewygodnego, twardego posłania.

- Więcej mi nie trzeba – wzruszył ramionami.

- Będę... Powinnam już jechać. Miałam przezimować, ale może szlak zatrze ten smutek, może i zarobię coś... Zatrzymam się u Jaskra, w Novigradzie, powiem mu o Triss. Może jakoś łatwiej będzie znieść ból tam, wśród ludzi, na dole.

- Bo ze mną znieść go trudno?

- Trudno.

Przetarł twarz dłońmi.

- Opowiem ci coś.

- Słucham z uwagą.

- Parę lat temu byłem w Velen. Ot, dla odświeżenia starych wspomnień, poza tym sporo tam zleceń, zawsze ktoś sypnie groszem. Dojechałem do takiej małej wsi, już nazwy nie pamiętam... No i wyszedł sołtys ze zleceniem, prawie od razu.

Ciri uniosła brwi, oparła się o ścianę. Zimną, wilgotną ścianę.

- Okazało się, że tak mu było spieszno, bo chodziło o jego zięcia i córkę. Zięć, wystaw sobie, został obłożony klątwą przez miejscowego kapłana Wiecznego Ognia, bo nie dał na ofiarę i coś tam nabluzgał.

- Wystawiam sobie. Takie sprawy są bardzo... Popularne. Zazwyczaj klątwa to dwa słowa wykrzyczane w gniewie, wystarczy amulet, względnie prośba do kapłana i po sprawie, oni nie mają mocy magicznej, czerpią z mocy świątyń, kapliczek i czego tam jeszcze...

- A ten właśnie, najwyraźniej, miał. I to na tyle, że klątwa już miesiąc trapiła biednego zięcia sołtysa. W każdym razie płacił nieźle, przyjąłem zlecenie, poszedłem do przeklętego. Normalny, zdrowy chłop. Jego żona też nie wyglądała mi na dziwną. Niczego się nie dowiedziałem, nie chcieli nic powiedzieć, chamsko zatrzasnęli drzwi przed nosem, toteż postanowiłem poczekać.

- Klątwa była aktywna tylko o danej porze?

- Tylko od północy do południa. Niezbyt klasyczne, ale pomyślałem że kapłan wymamrotał jakieś bzdury i przesunął mu się rytm dobowy...

- A co to była za klątwa?

- No właśnie, szkopuł w tym, że nie chcieli mi powiedzieć. Poczekałem do północy, waliłem w drzwi, dobijałem się... I nic. Nie otworzyli. Następnej nocy zażądałem noclegu w ich chacie, a jako że sołtys przemówił im do rozsądku, zgodzili się. No i odkryłem tajemnicę.

Lambert uśmiechnął się krzywo.

- Zięć sołtysa co noc zamieniał się w owcę. Wielką, cholernie wielką, grubą, białą owcę.

Ciri parsknęła, ni to ze śmiechu, ni z niedowierzania.

- Wierz albo nie, ale wielka owca łaziła po chacie, stukając kopytkami, siadała na krześle, piła piwo – nie mając przeciwstawnego kciuka ciężko o złapanie kufla, ale od czego ma się żonę? – i spała pod kołdrą na sienniku. Oczywiście, zięć zdawał sobie sprawę, że jest owcą, ale taka dola, co miał robić, wtopić się w stado i udawać, że go nie ma? Był dwa razy większy od innych przedstawicieli swojego gatunku, a poza tym chodził na tylnych nogach. Ciężka sprawa.

- Co zrobiłeś?

- Poszedłem do kapłana. Stary dziad, nie wiedział, co się dzieje, chciał mnie przepędzić. Według niego byłem posłańcem piekieł. Nic nowego, ale tak się przeraził, że ani słowa nie wydusił. Następnej nocy znowu poszedłem do zaklętego, przerżnęliśmy w karty całą noc... Żebyś ty widziała, jak on grał! I podpatrzyłem moment przemiany. To była klątwa z rodzaju tych nieprzypadkowych, bo nie zmieniał się gwałtownie, nie jęczał i nie krzyczał, nie miotał się po izbie. Po prostu chrupnęło, wykręciło mu kark i ręce, zaczęło wyrastać runo, i proszę, owca, wszystko na czysto, powolutku.

- Więc jak odczyniłeś urok? – spytała. Widział, że w jej oczach rozgorzała ciekawość, zniknęło chorobliwe zmęczenie.

- Po pierwsze, jasnym się stało że to nie kapłan go rzucił, bo był to urok zbyt skomplikowany jak na takiego. Ale też za trudny nie był, bo przecież w owcę zmienić łatwo, gdyby rzucał klątwę mag, zrobiłby z zięcia sołtysa wilkołaka raczej, albo inne paskudztwo. Tak czy siak, wybadałem sprawę, i wyszło na jaw, że to zazdrosny kochanek tej dziewczyny, żony zaklętego, wyszukał w jakiejś księdze zaklęcie, spróbował... I, cudem czy nie, udało mu się. Na moje nieszczęście spalił tę księgę, ze wstydu albo żeby zatrzeć ślady. Przepytywanie go nic nie dało.

- Udało się w końcu zdjąć klątwę?

- Szkopuł w tym, że nie. Nie udało mi się. Próbowałem wszystkich podstawowych metod, szycia koszul z pokrzyw, picia wywarów, zaleciłem współżycie z żoną, gdy będzie w normalnej postaci, a nawet próbę zahamowania przemiany... Ale nic się nie udało. Owca pozostała owcą.

Ciri znowu parsknęła, pociągnęła nosem.

- Przypadkowo sposób znalazła żona. Szła zima, a ona marzła, więc ogoliła męża z bujnego runa i wykonała całkiem przyzwoity kocyk. Siedzieliśmy tak w nocy, on z tymże kocykiem na ramionach, ja z piwem, i mija północ, mija pierwsza, a on się nie zmienia.

- Klątwa Zerwanej Skóry! – zdziwiła się wiedźminka. – Ona jest skomplikowana i trudna, dziwię się, że...

- Ja też się dziwię, że tamtemu udało się ją rzucić, i dziwię się zaiste że wpadł akurat na pomysł zamiany w owcę. W każdym razie zaleciłem uplecenie z runa wąskiego naszyjnika, splecenie go z rzemykiem i zawieszenie na szyi. Jak się spodziewasz, podziałało. Klątwy tej, niestety, na zawsze zdjąć się nie da, ale sołtys był zadowolony, zapłacił umówioną kwotę, to i ja nie narzekam.

Ciri zaśmiała się dźwięcznie, przechyliła głowę.

- Nie do wiary, co za zlecenie – zachichotała. – Sama bym chciała takie miewać.

- A wiesz, co jest najśmieszniejsze? Że kiedy tam jechałem, ludzie podawali sobie z ust do ust informację o zaklętym mężczyźnie, który co noc zamieniał się w potwora, bo bluźnił. A nazywali go „bestią z Velen".

Ciri śmiała się tak głośno i spazmatycznie, że łzy znowu naszły jej do oczu i opluła sobie brodę. Gdy już uspokoiła się trochę, Lambert wstał.

- Wyjedziesz, czy zostaniesz jeszcze i wypijesz ze mną strzemiennego? – spytał.

- Wypiję – odparła.

- Uważasz nadal, że ze mną aż tak trudno i ciężko?

- Nie mitręż – fuknęła. – Chodź, Lambert.

Ciri odchyliła się na ławie, oparła stopy w jeździeckich butach o kant stołu, przeciągnęła się. Strzemienny zamienił się w drugiego, siódmego i dwunastego, i Ciri zupełnie zapomniała, o co w tej szlachetnej tradycji chodziło. Zupełnie straciła rachubę czasu, poza tym długo nie piła alkoholu i teraz czuła, że jest w stanie głębokiego upojenia. Błędem było picie z wiedźminem, który odporność na wódkę miał sporą, a i doświadczenie większe.

- Spać mi się chceeee – wybełkotała niewyraźnie, niemrawo przecierając załzawione oczy. Usilnie walczyła o zachowanie przytomności, ale nie było łatwo.

- To idź – odparł Lambert, tylko trochę mniej wstawiony. – To chyba po schodach na górę... Albo nie?

- Nie wiem – zająknęła się. – Ej, Lambert, powiedz mi, ty to zlecenie wymyśliłeś, co? Żeby mnie rozbawić?

- A skąd. Prawdziwe, najpra... najprawdziwsze.

Pokiwała głową, zwalczyła falę mdłości, która temu kiwnięciu towarzyszyła.

- Skąd tu tyle wódki?

- A, jakoś się nazbierało.

- Powiedz mi jeszcze... Czemu tu wracasz? Każdej zimy? Hm?

Popatrzył na nią mętnie, wpatrywał się chwilę.

- No, odpowiedz!

- A o co pytałaś?

Chwila ciszy.

- Nie pamiętam.

Minuty mijały, Ciri bawiła się swoim medalionem, zezując na niego i co chwila czkając cicho.

- Odłóżże to, mówiłem ci! – zezłościł się Lambert.

- A bo co mi zrobisz?

- Krzywdę.

- Nie odłożę.

Pokręcił głową.

- Jak widzę medalion Kota, to mnie szlag trafia. Aiden to był dobry druh, cholera, dobry, jak mało który. Nigdy nie zawiódł, nie okłamał, zawsze i do popitki, i do bitki, i uczciwy, i w ogóle... Aż tu nagle pojawił się ten, no, sukinsyn, Tauler... I trzask-prask, po wiedźminie.

- Co?

- Polował na niego, i w końcu znalazł. A potem ja jego wytropiłem. Mogłem go zabić. Mogłem. Zemścić się za to, że brat zabił brata. Co tak patrzysz? Tauler to też był Kot, tylko że chuj, a nie porządny facet. Ale nie zabiłem. Bo założył rodzinę. Przygarnął sieroty, jakąś babę, rzucił fach łowcy głów. – Wiedźmin postukał się w czoło pokazując, co uważa o znalezieniu sobie baby i przygarnięciu dzieciarni.

- Wiedźmin łowcą głów?

- Opłacalna robota – wybełkotał poważnie Lambert. – Wszystkie Koty się sprzedały, zaczęły polować na ludzi, odpieprzyło im. Za wyjątkiem Aidena, dlatego musiał zginąć.

- Darowałeś temu... Tablenowi... I co?

- I nic. Żałuję. W rzyć mu powinienem był wsadzić miecz, aż po rękojeść. Ale trudno, przeżył, to niech żyje. A Aidenowi to różnicy i tak nie zrobi.

- Jaki miłosierny, patrzcie go.

- Druh druhem, a życie życiem.

Ciri oparła ciężką głowę na ramionach. Lambert bawił się w strącanie pustych butelek Znakiem Aard. Celował w palenisko, ale trafiał obok.

- Tęsknię za nimi – powiedziała głucho, przytomnym i trzeźwym głosem, choć oczy dalej miała mętne i rozmyte.

- Ja też, Ciri – wymamrotał bardzo cicho.

- Za Eskelem, Cöenem, Geraltem, Vesemirem... Za tobą też tęskniłam, ośle.

- A ja za tobą nie. Ale oni... Jak bracia dla mnie byli. Na dobre, na złe, na zawsze... – łyknął po raz kolejny, sala zniknęła za oparami alkoholu.

- No, tylko mi się tu nie rozklej! Lambert!

- Nie piszcz.

Ciri pochyliła się ku niemu, objęła go ramionami, uwiesiła się, jakby straciła czucie w rękach, westchnęła, a potem zwaliła się na bok, na ziemię. Kiedy upadała, już spała.