VII. Gdybym tylko potrafił

Obudziła się. Tylko tyle umiała stwierdzić, nic ponad to. Ból, tętniący w czole i skroniach, rozsadzający głowę, skutecznie utrudniał percepcję.

W końcu pokonała zawroty głowy, ucisk żołądka, udało jej się usiąść.

Pamiętała tylko tyle, że wieczorem ocknęła się na chwilę, rozciągnięta przed paleniskiem w jadalni, wstała i pokracznie przekroczyła leżącego obok i chrapiącego Lamberta. Najwidoczniej jej zaćmiony procentami mózg poprowadził ją bezpiecznie do sypialni i kazał zwalić się jak kłoda do łóżka.

Zdrętwiała jej cała lewa strona ciała. Ciri jęknęła głucho. Już wiedziała, jak czuli się wiedźmini po swoich słynnych „rozmowach".

Zebrała się w końcu w sobie, wstała, oparła rękami o ścianę. Chłód trochę ją otrzeźwił, ale nie wyleczył kaca. Łupiący ból w głowie ani odrobinę nie zmalał.

Woda, potrzebowała wody. Pamiętała dzbanek, stał na stole, w ogóle go wczoraj nie tknęli, więc musiał być pełny... Powieki miała ciężkie, ale udało jej się odpędzić sen, zanim się przewróciła. Woda, trzeba iść po wodę.

Wyszła ze swej sypialni, zeszła po schodach, w strasznym ćmoku, bo pochodnie na ścianach nie płonęły. Przeszła do jadalni i potknęła się o Lamberta.

Lambert spał z otwartymi ustami na podłodze przed kominkiem, w którym dogasał żar. Miał ręce rozrzucone na boki, a koszulę rozpiętą prawie do pasa. Obok niego leżały potłuczone butelki, które wcześniej strącał Znakiem.

Ciri zahaczyła stopą o jego bark i runęła na stół, robiąc sporo hałasu. Nie ocknął się, spał dalej, oddychał z głośnym, śmiesznym sapaniem. Ciri, przeklinając, zebrała się z podłogi, i wtedy dotarło do niej, dlaczego marznie. Nie miała ani spodni, ani butów, była okryta tylko bardzo cienką koszulą i bielizną. Stała chwilę bez ruchu, ze zmarszczonymi brwiami, zastanawiając się, co się stało z jej odzieżą, ale pragnienie zwyciężyło i pochyliła się po dzbanek z wodą. Nie myliła się, był pełny, wypiła połowę duszkiem.

Napój rozjaśnił jej w głowie, zniknęło falowanie krawędzi, nieostrość konturów. Całkiem już w niezłej formie, Ciri odwróciła się, by wrócić do sypialni i poszukać ubrań, i po raz kolejny potknęła się o Lamberta, zupełnie zapomniawszy, że tam był.

Tym razem wpadła prosto w potłuczone butelki, zawyła i zaklęła, obudziła go. Usiadł i od razu padł na wznak.

- O żeż w mordę – wymamrotał.

Ciri wstała i skontrolowała pokaleczone kolana.

- Wstawaj, pijaku! – prychnęła obcesowo.

Dopiero teraz wracały do niej jakieś urywki wspomnień, dopiero teraz przypomniała sobie, że miała wyjechać, i dlaczego miała to zrobić. Grymas natychmiast wykrzywił jej twarz, coś ciężkiego znowu zawarło kleszcze na jej sercu, a żołądek zjechał w dół.

- Wstawaj – powtórzyła i potrąciła ramię Lamberta stopą. Otworzył jedno oko, jęknął przeciągle.

- Moja głowa... Moja cholerna głowa...

- Nie narzekaj!

- Nie krzycz! I odziej się, co ty tak w negliżu...?

- Nie gap się!

- Nie krzycz, mówię!

Ciri zostawiła go, próbującego zebrać się z podłogi i wyleczyć kaca, i wróciła, nie bez trudu, do swej komnatki. Rozejrzała się, zajrzała nawet pod łóżko, odkrywając różne rzeczy, ale odzieży i obuwia nie odnalazła. Marznąc coraz bardziej, i coraz bardziej wściekła, przeszukała każdy kącik, ale nie było ani zrzuconych wczoraj bryczesów i oficerek, ani kuferka z ubraniami zapasowymi.

- Lambert! – wrzasnęła bez zastanowienia. – Ty cholerny złodzieju!

Odpowiedział jej dramatyczny jęk rozpaczy. Owinęła się derką z łóżka, zbiegła szybko po schodach.

- Gdzie są moje ubrania? Coś z nimi zrobił?

- Co?

- Sama sobie przecież nie ukradłam! Gadaj!

Lambertowi nadal nie udało się wstać, siedział, zamroczony. Zakaszlał, co najwyraźniej nie było dobrym pomysłem, bo widziała, że zbiera mu się na wymioty.

- Ktoś zabrał mi wszystkie ubrania. Wszystkie. Na pewno nie zrobiłam tego sama, więc wniosek jest taki, że zrobiłeś to ty. Wytrzeźwiej natychmiast!

- Co ty mówisz? Czy to są jakieś głupie żarty?

- Czy ja wyglądam, jakbym żartowała?

- Faktycznie, poczucia humoru to ty nie posiadasz. – Podźwignął się na stole, wstał chwiejnie, otrząsnął się lekko. – No, mów o co chodzi, jeszcze raz. Tylko błagam, ciszej.

- Kiedy schodziłam do ciebie, żeby się pożegnać, spakowane ubrania czekały na krześle w moim pokoju. A teraz ich nie ma. Więc z łaski swojej wyjaśnij mi, gdzie są?

- Co ty, pierwszy raz byłaś pijana? Mogłaś je wynieść do piwnicy i nie mieć o tym zielonego pojęcia. I teraz już ich nie znajdziesz.

- Niczego nie wynosiłam! Pamiętam, jak szłam spać. Byłam mniej pijana od ciebie! Pamiętam, gdzie zostawiłam spodnie i buty, a teraz ich nie ma!

- Nie krzycz, bo zwariuję.

- Jak mam wyjechać bez spodni?

- Jak na mój gust, normalnie – otaksował ją spojrzeniem, zrobiła się czerwona. Raczej ze złości niż ze wstydu.

- Dobra, daruj sobie, lepiej mi pomóż. Jest mróz, a ja muszę jechać.

Ostentacyjnie powoli przeciągnął się, coś strzeliło mu w kręgosłupie.

- Muszę dojść do siebie – odparł bezczelnie. – Sama schowałaś swoje ubrania, to ich teraz szukaj. Ja kulturalnie przespałem całą noc przed kominkiem, jak sama widziałaś, snem sprawiedliwego.

- Snem alkoholika! – wrzasnęła. – I gdzie mam niby szukać?

- A gdzie by poszła pijana wiedźminka? – uniósł brwi.

Fuknęła.

- Dobrze już, czekaj. Tylko się napiję wody, bo mnie w głowie łupie... No, możemy iść. Zaczniemy od góry...

- Lambert? Zimno trochę, nie uważasz?

- A, tak, racja. Nie masz spodni. Hm... To może... Poczekaj, zaraz wrócę.

Owinęła się ciaśniej derką, cienką i kłującą.

- Masz, trzymaj.

- Co? Chyba żartujesz. Nigdy!

- Dobrze, możesz odmrozić sobie tyłek. Mnie to bez różnicy.

- Och, no dobra, masz trochę racji... Dobrze, ubiorę twoje. Ale te buty... Będą za duże, prawda? Szlag, Lambert, ale ty masz wielkie stopy!

- Wiesz, co mówią o dużych stopach...?

- Zamilknij, zanim przeholujesz.

- No już, księżniczko.

- I co, jak wyglądam?

- Źle.

- Ha-ha... Wystaw sobie, że ty zawsze tak wyglądasz.

- Ja nie żartuję.

- Ani ja.

Przetrząsnęli połowę Kaer Morhen, zeszło im do południa. Znaleźli rzeczy ciekawe, jak stare gobeliny przedstawiające nagie driady, które Vesemir zapewne zdjął, by nie kłuły w oczy, a Lambert ze znawstwem ocenił jako „całkiem, całkiem", rzeczy niepotrzebne, jak stosy zardzewiałych mieczy, i rzeczy zabawne, jak kolekcję manekinów do ćwiczeń, którym ktoś kiedyś kolorowymi farbami domalował twarze i poubierał w spódnice. Skąd w zamczysku spódnice, Ciri nie wiedziała.

Nie odwiedzali miejsc, w których gruba na kilka cali warstwa kurzu na posadzce była nietknięta. Wiadomo było, że nikt nie postawił tam stopy od dawna, bardzo, bardzo dawna.

Ciri była wściekła.

Zmierzchało już, gdy Lambert wrócił z polowania, zostawił jelonka w kuchni i bezceremonialnie wyciągnął Ciri przed Kaer Morhen, po czym wskazał jej dach stajni. Na niedużym wypłaszczeniu pokrytym warstwą śniegu, tuż obok oblodzonej rynny, leżał czarny, drewniany kuferek, otwarty i przewrócony na bok. Wysypywała się z niego bliżej nieokreślona zawartość.

- Znalazłem – oznajmił z dumą.

- To teraz właź tam i zdejmuj – zakomenderowała.

Wykrzywił się.

- Podziękuj mi i sama tam właź, będę cię asekurował z dołu – prychnął.

Potrząsnęła głową w dobrze mu znany sposób, zmrużyła oczy. A potem zdjęła pożyczoną od niego kurtkę z ramion, ostentacyjnie rzuciła ją w zaspę, podciągnęła rękawy cienkiej koszuli i w kilka chwil była już niemalże na dachu, wspinając się po oblodzonym murze i rynnie zwinnie niczym jaszczurka. Zawisła na goncie, wsparła stopę o szczelinę w ścianie i wskoczyła efektownie na wypłaszczenie.

Przyklękła, zgarniając wymieszaną, wymiętą zawartość kuferka z powrotem do środka. Wszystkie bryczesy, legginsy, bluzki, cały skromny zestaw bielizny, butów, a nawet powycierany, wiązany kubrak były na miejscu, ale wszystkie mokre, brudne. Zaklęła bezgłośnie, rozprostowując na kolanie piękną koszulę, prezent od Yennefer: szarą, aksamitną, z perłowymi guzikami, która teraz wyglądała nie lepiej od ścierki.

Po chwili Ciri była już na dole, pod pachą ściskając cenną odzież.

- Tam, mój drogi, na dachu, są ślady wielkich, męskich stóp w wielkich, męskich buciorach, i to bynajmniej nie ja je zrobiłam – powiedziała z uśmieszkiem, mijając Lamberta. – Zrobisz pranie i rozwiesisz je, a potem pozbierasz i poskładasz, żeby na podróż moje ubrania prezentowały się nienagannie.

Skrzywił się, ale nie skomentował.

Lambert nie przyznał się w dalszym ciągu do wyniesienia kuferka na dach, utrzymywał też, że nie ma pojęcia, jak znalazły się tam ślady jego butów.

Ale pranie zrobił.

Zapadał wieczór, powoli robiło się ciemno. Ciri opierała się o kamienny murek, obserwowała stromiznę góry, podziwiała smużki mgły płożące się po śliskich kamieniach, wodę spływającą ze źródeł, krystalicznie czystą, wesoło chlupocącą, chłonęła wzrokiem zabarwioną fioletem kreskę zachodniego horyzontu. Podpierała brodę na prawej pięści, drugą dłonią bawiła się wiedźmińskim medalionem, automatycznie, z przyzwyczajenia. Lambert miał rację, na niej ten Kot był martwy, nie drgał, nie sygnalizował niebezpieczeństwa. Zimny, nieruchomy kawałek metalu.

W nagłym porywie wściekłości zerwała medalion z szyi, zamachnęła się.

Coś chwyciło jej nadgarstek, ścisnęło silnie, ale nie za silnie. Jakiś dreszcz przebiegł ją od dłoni aż po podbrzusze, zapiekł mocno, rozkosznie i boleśnie.

- Co ty robisz, dziewczyno? – spytał wiedźmin dziwnym głosem. Odwróciła wzrok, wbiła go w zaśnieżoną dolinę, w dal.

- Nie jestem Kotem. Nie mogę tego nosić – wyszeptała. – Chcę... Chcę jechać, Lambert, chcę już być na trakcie, w dole. Czemu zabrałeś mi ubrania, czemu nie pozwoliłeś mi wczoraj odjechać?

- Niczego ci nie zabrałem – odrzekł, puszczając jej dłoń. Nie założyła medalionu, schowała go do kieszeni na piersi. – To nie ja. A nawet jeśli, to pijany ja.

- Lambert, nie chcesz tu zostać sam? Powiedz. Powiedz prawdę.

- Wszystko mi jedno, Ciri.

- Jeśli chciałeś mnie zatrzymać, to dlaczego w taki sposób? Czemu nie inaczej? Czemuś nie powiedział?

Odwróciła twarz, wreszcie na niego spojrzała. Miał minę jak zwykle, zaciętą, zimną, obojętną.

- Pranie wyschło, księżniczko – rzucił. – Zbierał go nie będę.

Odszedł, zanim zdołała wymyślić odpowiedź.

Potarła zmęczoną twarz. Na Kaer Morhen spadł nocny mrok, na razie szary i rzadki, mający zaraz zgęstnieć, zalać gęstym atramentem dziedziniec i mury zamku. Trupie światło gwiazd tkało w górze dziwną, nieznaną jej konstelację, ale księżyc jeszcze nie wzeszedł.

Zawróciła cicho w stronę wrót, z dłońmi owiniętymi wokół ciała, pochylając głowę. Lambert stał niedbale oparty o ścianę, stał i czekał. Kiedy zniknęła w jasnej plamie rozwartych drzwi, zamknął oczy.

- Gdybym tylko potrafił – powiedział w pustkę złym, wściekłym głosem. – Gdybym potrafił powiedzieć, to moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej, Jaskółko.

Ciri wyrównała fałdy na ostatniej koszuli, domknęła wieczko kuferka. Lśniące drewno odbiło blask ognia z kominka, wiatr zaświszczał pod sufitem.

Poczuła się nagle sama, bardzo, bardzo samotna, mała i zagubiona w ciemności. Zamczysko szeptało do niej, opowiadało o śmierci i o bólu, o tym, jak umierała Triss... Przy stole siedzieli wiedźmini, ale wszyscy byli smutni i posępni, ich twarze blade, wychudłe, a widmowe dłonie skostniałe z zimna. Zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła, wizje rozwiały się, zniknęły.

Strząsnęła z ramion ciężar, który ją nagle przytłoczył, ciężar lęku. Ten mrok był jakiś lepki, znajomy, dziwny...

Szczeliny w murze lśniły blado, krwawo. Podeszła bliżej drzwi, wyjrzała, spojrzała.

Nad dziedzińcem unosiła się czerwona jak płomień tarcza wyszczerzonego potwornie księżyca, tarcza wielka, nisko zawieszona, paskudna.

Patrz jaki piękny dziś księżyc, jaki wielki i jaki czerwony! Wujku, spójrz!

Nie patrz, Ciri, chodź do jadalni. To jest zły księżyc, nie wolno na niego patrzeć.

Czerwony. Jak krew.

Dziedziniec zalany drgającą, lepką barwą pożogi.

Zła noc na podróż. Bardzo zła. Ale i w zamku czają się demony, i tutaj są potworności, których Ciri widzieć nie chce. I dziwi się Lambertowi, dziwi się bardzo, że po tym wszystkim tutaj został. Sam. Zupełnie sam. Godząc się na to i przyjmując tę samotność. To tak, jakby zamieszkał na cmentarzu.

Przyłapała się na tym, że mu współczuje, że trochę podziwia jego upór i siłę, że zazdrości tego, jak swoim cynizmem buduje wokół siebie mur nie do zburzenia, taki, który chroni przed strachem. Ona sama się bała, nie mogła już temu zaprzeczyć, jej dłonie drżały, gdy domykała kuferek, gdy po raz setny sprawdzała, czy miecz jest ostry, czy ma przy sobie bandaż, szmatkę, manierkę... Bała się, bała strasznie.

Drgnęła, kiedy wszedł do jadalni, głośno tupiąc. Usiadł za to niezwykle cicho.

- To nie jest dobra noc na podróż, Ciri, ale nie będę cię zatrzymywał – mruknął zgryźliwie, poczuła się zarazem urażona i upokorzona. Tamte słowa wyrwały jej się, być może Lambert wcale nie chciał jej tutaj zatrzymać, może przeceniła własną wartość. Ze złością wyprostowała się, wstała.

- Cóż, żadna noc nie jest na nią dobra – powiedziała hardo, ale jej głos łamał się zauważalnie. Z jednej strony nie mogła dłużej znieść odbijających się w mroku ech dawnych głosów, dawnej kompanii, dawnej rodziny; z drugiej krwawa pełnia, wisząca za oknem na rozjątrzonym jak rana niebie, zwiastowała niebezpieczny szlak.

- Przestań, Ciri. Usiądź.

Usiadła posłusznie.

- Denerwujesz mnie, jaskółeczko, wszędzie cię pełno, rządzisz się i marudzisz – powiedział, ale nie patrzył na nią, tylko na swoje dłonie. Jego ton też nie był szczególnie złośliwy. Sala zalała się tym chorym, ostrym blaskiem, płonącym, karminowym światłem. – Ale nie jedź dziś, nie tej nocy. To jest bardzo zły księżyc, bardzo zły.

- Od kiedy jesteś taki przesądny, co, wiedźminie? – spytała. – I cóż może mnie spotkać gorszego od Dzikiego Gonu?

- Raczej nic gorszego – odparł. – Ale na pewno nic lepszego. Tak by ci doradził Geralt, tak by ci doradził Vesemir.

Zamilkła, poczuła się nagle słaba, bezsilna, głupia i mała, taka, jaka czuć się nie powinna i nie chciała.

- Po co mnie zatrzymywałeś? – rzuciła ostro. – To już nie jest moje miejsce.

- Jesteś wiedźminką?

Uniosła wzrok, poderwała wysoko brodę wrodzonym, naturalnym gestem przywódczyni.

- Jestem.

- Więc Kaer Morhen jest twoim domem, czy tego chcesz, czy nie.

Westchnęła zrezygnowana.

- Przygotuję Kelpie. O świcie wyruszam – oznajmiła po chwili pustym głosem.

- Dobrze – skinął głową. – Ciri...

- Tak?

- Czy wrócisz na kolejne zimowanie?

Wzruszyła ramionami. Nie nalegał.

- Dziękuję ci za pomoc – powiedziała nagle cicho, szybko, jakby bała się, że zgubi gdzieś słowa, że zapomni. – Dziękuję, Lambert, i przepraszam cię, naprawdę.

- Nie ma za co – odrzekł sucho.

- Nie spodziewałam się tego po tobie.

- Bo ty mnie nie znasz. W ogóle mnie nie znasz, Jaskółko.

Wstała.

- Nie pojedziesz ze mną?

- Nie. Zostanę do ostatnich śniegów.

- Rozumiem.

- Ciri? Nadal masz na sobie moje spodnie i moje buty. Czy...?

- Ach, tak, jasne, zapomniałam. Już ci je zwracam.

Usiadła na brzeżku ławy, zsunęła wysokie, skórzane oficerki, rozpięła pas, rozsznurowała spodnie i zdjęła je, złożyła starannie, odłożyła na bok i sięgnęła po swoje własne.

- Jaskółko.

Odwróciła się z pytającym wyrazem twarzy, a mdły, karminowy blask krwawej pełni wpływający przez szczeliny w murze padł na jej bliznę, rozjarzył policzek świeżą czerwienią. Białe włosy spływały na ramiona, teraz płonąc wokół głowy eteryczną, dziwną aureolą.

- Co się stało?

Blask padał na jej ramiona okryte cienkim, białym materiałem, na odsłonięte uda, zarys szczupłych łydek i pokaleczonych kolan. Blask przyciągał, nie pozwalał odwrócić wzroku. Lambert zapomniał, co chciał jej powiedzieć, o co zapytać.

Siedziała tak, zawieszona w ciszy, w nienaturalnej, gęstej i lepkiej ciszy, półprofilem odwrócona ku niemu, zatopiona w myślach, nagle nieobecna i odległa. Na pewno nie piękna, zeszpecona blizną, nieładnie wykrzywiona, ale pod warstwą tego, co z nią zrobiono, nadal dumna.

- Spójrz mi w oczy – powiedział nagle, budząc się z oszałamiającego marazmu.

Uniosła wzrok i spojrzała.

Oczy żmii, oczy wilka, zielonożółte oczy wiedźmina kryjące tajemnicę, jakąś straszną, niepoznawalną prawdę, zetknęły się z oczami o okrągłych źrenicach, oczami, które za dużo widziały, które zmęczyło to widzenie, które widzieć nie chciały. I w tym spojrzeniu było dużo, dużo więcej niż powinno, i znacznie mniej, niż mogło być.

Lambert nie pamiętał, kto zrobił pierwszy ruch, nie chciał pamiętać, to nie było ważne. Ważne było tylko, jak gwałtowny to był gest, jak nagły, jaki pożądliwy.

Zastanawiał się, czy ma ją skomplementować, była przecież księżniczką. Rozważał to długo, jednocześnie całując jej szyję, obojczyki, przyciskając jej ramiona do uginającego się blatu stołu, boleśnie w niej zagubiony, starający się szukać, ale niedojrzale, nieumiejętnie, bezradnie i niezdarnie. Pomagała mu ostrożnie, łagodnie, niewprawnie, ale z pełnym zaangażowaniem, i to w zupełności wystarczyło. Jedna z ostatnich pustych butelek stoczyła się na ziemię, potłukła z głośnym brzękiem. Nie zareagowali, i choć białowłosa szarpnęła głową, zrobiła to z innego powodu.

W końcu zdecydował się, spojrzał na jej twarz, na zmrużone oczy, szukając w myślach porównań, czegoś wyszukanego, subtelnego, lepszego niż te epitety, którymi szafował zazwyczaj.

- Ciri, popełniasz mezalians... – wyartykułował wreszcie z trudem, przerywając rozedrganą, ciepłą ciszę.

Zorientował się, co powiedział, dopiero po chwili, sklął się w myślach za ironię i głupotę.

- To miał być komplement? – spytała, ściskając jego wilczy medalion, przyciągając go bliżej, tak blisko, że niemal niemal zetknęli się czołami.

- Tak... Nie... Nie wiem...

- Lambert...

Zrozumiał bez słów. Wsunęła dłonie pod szorstką kurtkę, objęła go łydkami, znowu odważnie, ale nie za odważnie, ostrożnie, ale nie za ostrożnie.

Łza stoczyła jej się po policzku, na szczęście nic nie zauważył. Zniknęła w jego czarnych włosach; Ciri stłumiła krzyk.

Dotyk wiedźmina odzywał się mrowieniem w całym dziele, wiedźmin emanował, przyjemnie, nisko, wibrująco.

Miała blizny, jak on. Rozpoznał te blizny opuszkami palców, dziwiąc się, ile w nim goryczy i nienawiści dla tych, którzy te blizny zadali.

Miała dłonie szkolone do trzymania broni, do zadawania ciosów, tak, jak on. Szorstkie, ale zadziwiająco gładkie.

Miała twarde, grające pod skórą mięśnie, wyrobione od wędrówki, od nieskończonego szlaku, tak jak on; zdziwił się, jak silna jest, gdy tego chce, i jak słaba, gdy on tego pragnie.

Miała wyzywające spojrzenie, które miękło, kiedy uśmiechała się delikatnie, może odrobinę cynicznie, z jakąś dziwną pewnością, z zaskakującą świadomością.

Była lekka, podniósł ją bez wysiłku, szczupła, blada. Jak zjawa, niematerialne widmo. Ale zarazem burzyła się w niej krew, czuł to, czuł pulsowanie, nierytmiczne tętno, ciepło przelewające się przez żyły i arterie, rozbudzone bicie serca, tak jak ona wyczuwała jego.

To była dziwna, bardzo dziwna noc, noc ciężka i czuła na dotyk, na wspólną gorycz i słodycz.

I żadne z nich nie wiedziało, kto pierwszy wyciągnął dłoń, kto pierwszy złożył na czyich ustach głodny, brutalny pocałunek, kto kogo objął, kto w kim się zatracił.

On był czernią, ona była szarością. I wpasowali się w siebie, znaleźli siebie, choć wydawało się to niemożliwe, znaleźli się wśród tętniącej złowróżbną magią nocy, i kiedy spojrzała mu w oczy, dostrzegła to, czego przedtem nie widziała, to, co było ukryte za złą, zimną zasłoną.

Było chłodno, Ciri nie spała. Patrzyła na Lamberta. Patrzyła długo na jego poznaczoną bliznami pierś, na rękę przylegającą do boku, na ciemny zarost na policzkach, rozchylone usta, nawet we śnie zmarszczone brwi, duże dłonie o długich palcach. Patrzyła, tylko patrzyła, zagadkowo przechylając głowę.

Westchnęła bezgłośnie, położyła obok jego łokcia medalion, wyobrażający głowę kota. Nim to zrobiła zatargał się w jej dłoni, na chwilę ożył.

Patrzyła jeszcze długo, dosyć długo, by czerń nocy zmieniła się w szarość. Dopiero później wstała.