Epilog. Va'esse eigh faidh'ar
Lambert spojrzał na ponure, pogrążone w mroku zamczysko. Błękit nieba powoli zmieniał się w pomarańczową, przybrudzoną szarość, od gór dalej wiało chłodem, ale z dolin nieustannie płynęło cieplejsze, lżejsze powietrze, powietrze pachnące wiosenną świeżością, rześkie i czyste. Twierdza, osadzona w zboczu, bezkształtna i sina od mchu jak wielki menhir, żegnała go swoim upiornym majestatem, swoją straszliwą powagą. Westchnął bez żalu, poprawił puślisko, które zawinęło się pod łydką, odchylił się w siodle aż na tylny łęk. Ostry, urywisty brzeg ścieżki był już zielony od młodziutkiej trawy, miękki i wilgotny od roztopów. Powietrze przecinały ostre dźwięki ptasich kłótni, łagodzone melodyjną muzyką spływających w dół potoków.
Lambert popędził konia, spieszno mu było do gwaru, do ludzi, do grodów i znajomych szlaków. Spieszył się i do kogoś jeszcze, chociaż nie wiedział, gdzie szukać. Z niepokojem pomacał kieszeń kurtki, odkrył, że koci medalion nadal tam jest, dopiero wtedy pogonił wierzchowca do ciężkiego kłusa.
Nie obejrzał się ani razu.
Coś uciskało gardło wiedźmina, dusiło i męczyło. Wreszcie zrozumiał i zaśmiał się, krótko i szczekliwie, a górskie, zwodnicze echo poniosło ten śmiech, płosząc zające z pobliskiej łąki.
Lambert wsłuchał się we własny głos, zmieniony, może szalony głos, przypomniał sobie swoje rozważania, swoje myśli. Tutaj, w obliczu płożącej się po obu stronach zieleni, narastającej wiosennej nocy, nie miały już znaczenia. W ogóle nie miały znaczenia.
I zaśmiał się jeszcze raz, głośniej, odważniej, dziwiąc się, że tak potrafi. Zaśmiał się tak, jakby oszalał do reszty, jakby...
Jakby coś się zaczynało.
