Rozdział 2

Następnego dnia, gdy Carla odpoczęła i poczuła się pewniej wśród nowych opiekunów, szła już pieszo razem ze strzelcami, nie wypuszczając jednak z dłoni ręki Hagmana. Pozostali żartowali trochę z przyjaciela, jednak nikt nie był tym faktem specjalnie zaskoczony. Dan zawsze bez trudu zdobywał sobie przychylność dzieci oraz zwierząt.

– To dlatego, że je lubię, sir – wyjaśniał właśnie stary strzelec Hoganowi, który ze śmiechem skwitował fakt, że gdy puścił do niej oczko, mała natychmiast wtuliła się w rękaw żołnierza. – One to czują i wiedzą, że ich nie skrzywdzę. – Teraz dla odmiany to Hagman mrugnął do dziewczynki, a ta zamiast się speszyć, zachichotała głośno.

– Jakbyśmy my mieli zaraz obedrzeć ją ze skóry – mruknął Perkins pod nosem. Carla zaczynała już powoli ośmielać się wobec pozostałych, jednak jego, Sharpe'a oraz Harrisa nadal traktowała z rezerwą. Rudowłosy strzelec z jakiegoś powodu budził jej lęk. Porucznik budził lęk połowy oddziału, to więc także nikogo nie dziwiło. Ben natomiast nie rozumiał ani dlaczego mała za nim nie przepada, ani też dlaczego właściwie pozostali tak zabiegają o jej względy.

– Czyżbyś był zazdrosny, Perkins? – prychnął Cooper, który, idąc tuż przed nim, najwyraźniej usłyszał jego uwagę.

– O co, o tę smarkulę? – prychnął chłopak z irytacją. Będąc zaledwie nastolatkiem, złodziejaszkiem wychowanym na ulicach Bristolu, Ben nie miał pojęcia, jak postępować z małymi dziewczynkami. Poza tym to on był od zawsze dzieckiem oddziału i choć nieraz właśnie tak go traktowano, nie miał z tego tytułu żadnych przywilejów. Żołnierz jest przede wszystkim żołnierzem, nieważne, ile ma lat. Rozumiał, że nie ma co porównywać się z małą sierotką, jednak, gdy patrzył na swoich towarzyszy, zachowujących się przy niej jak rozanielone stare ciotki, Perkinsa ogarniała coraz większa złość.

Dzień minął, po partyzantach wciąż nie było śladu, porucznik Sharpe ciskał gromy na prawo i lewo, tym bardziej wściekły, im bardziej Hogan zachowywał stoicki spokój. Byli już coraz bliżej granicy, a zarazem coraz bliżej Francuzów, na których mogli natknąć się w każdej chwili. Porucznik zwiększył warty i zakazał palenia ognisk po zmroku w obawie, by nie zostać dostrzeżonym przez wroga. Groziło to wprawdzie również tym, że przegapią ich także ludzie Félixa, jednak partyzanci byli wciąż panami tej ziemi i strzelec liczył, że obecność jakichkolwiek oddziałów, czy to francuskich, czy angielskich, raczej nie umknie ich uwadze.

Noc minęła jednak spokojnie i strzelcy wraz z dowódcą obudzili się wprawdzie zmarznięci, jednak nieco bardziej optymistycznie nastawieni wobec losu. Gdy się rozjaśniło, rozpalili niewielki ogień, by zagotować trochę wody. Nic tak nie poprawiało humoru Anglika jak parę łyków porządnej herbaty. Herbata strzelców nie była wprawdzie najwyższego sortu i zalatywała nieco prochem, gdyż jej liście nosili zwykle w ładownicach, ale dla nich smakowała w tej chwili jak ambrozja. Dobry nastrój nie trwał jednak długo.

– Gdzie właściwie jest Carla? – O dziwo to Perkins jako pierwszy zauważył brak dziewczynki.

– Pewnie poszła z Danem. – Tongue wzruszył ramionami. Hagman swoim zwyczajem wymknął się jeszcze przed świtem, by sprawdzić, czy coś złapało się w zastawione przezeń zeszłego wieczora wnyki.

– Na pewno nie – odparł Ben zdecydowanie. – Obudziłem się, kiedy Dan wychodził, smarkula jeszcze spała.

Wartownicy potwierdzili, że Hagman wychodził sam, żaden z nich nie widział jednak opuszczającej ich niewielkie obozowisko dziewczynki.

– Powinienem zlać te wasze przeklęte angielskie tyłki! – zgromił ich ostro sierżant Harper. – Do diabła z taką wartą, całe stado Żabojadów byście przepuścili, wy patałachy! Żołnierze za dychę! Wstydzilibyście się, banda uczniaków z patykami lepiej by nas upilnowała niż wy!

Okazało się, że jeden ze strzelców widział wędrującą pomiędzy śpiącymi i bacznie przyglądającą się im dziewczynkę, nie przyszło mu jednak do głowy, by zareagować i zaraz znowu zasnął. Moment, kiedy Carla postanowiła opuścić bezpieczne obozowisko i udać się na poszukiwanie nowego przyjaciela – bo wszyscy zgodnie założyli, że taki właśnie był powód jej zniknięcia – umknął czyjejkolwiek uwadze.

– Może dogoniła Dana? – powiedział Sharpe, czując rosnącą irytację faktem, że wymarsz się opóźni.

Hagman, który wrócił niedługo później, nie spotkał jednak dziewczynki i był niezwykle przybity wieścią o jej zaginięciu.

– To moja wina – szepnął, pochyliwszy głowę.

– Nie pleć bzdur – mruknął sierżant Harper pocieszająco, jednak niewiele to pomogło.

– Wiedziałem, że ona tylko przy mnie czuje się bezpiecznie. Po kiego czorta lazłem po te przeklęte zające? Copper mógł pójść. Tongue. Ktokolwiek. Mogliśmy jeść suchary – mówił gorączkowo zazwyczaj małomówny stary kłusownik, rozglądając się wokół, jakby spodziewał się, że Carla wyskoczy zaraz zza jakiegoś krzaka, śmiejąc się ze zrobionego strzelcom dowcipu. W końcu jednak otrząsnął się i zwrócił się do porucznika.

– Sir, proszę o pozwolenie na podjęcie poszukiwań.

Sharpe zawahał się przez moment. Nie miał najmniejszej ochoty tracić czasu na szukanie małej, do tego wiedział, że rozproszenie ich niewielkiego oddziału na obcym terenie byłoby dość ryzykowne. Z drugiej jednak strony mimo niebezpieczeństwa nie potrafił skazać na pewną śmierć dziecka, które miał pod opieką. Nie był może dżentelmenem, jednak zanim jeszcze został oficerem, a nawet nim w ogóle wstąpił do armii, zawsze czuł, że obowiązkiem mężczyzny jest obrona słabszych.

– Musimy ją znaleźć, Richardzie – wtrącił się tymczasem Hogan. – Biedna mała sama nie ma szans, a jak jeszcze natknie się na Francuzów... – Nie musiał kończyć, wszyscy wciąż mieli przed oczami zwłoki nieszczęsnych wieśniaków pochowanych zeszłej nocy.

– Nie martw się, Dan, znajdziemy ją – wymamrotał niepewnie Perkins, dotykając lekko ramienia przyjaciela. Czuł się nieco winny, mimo swojej niechęci do dziewczynki nie życzył jej przecież źle. Przypomniawszy sobie zdziczałe psy, których szczekanie słyszeli nocami, chłopak zadrżał mimowolnie.

– Sir? – Przeniósł spojrzenie z Hagmana na porucznika.

Sharpe westchnął ciężko.

– Poszukamy wszyscy. Nie mogła przecież odejść daleko. Idziemy parami. Podwójna warta zostaje i pilnuje bagażu. Kapitanie, może pan też zostanie? Potrzebujemy kogoś, żeby siedział na miejscu i zarządzał akcją.

Hogan wyraźnie miał ochotę iść ze strzelcami, ostatecznie przystał jednak na tę propozycję, uświadomiwszy sobie, że Sharpe'owi najprawdopodobniej chodziło o to, że oficer wywiadu był zbyt ważny, by pozwolić mu błąkać się samotnie po lesie.

Szukali przez kilka godzin, jednak bezskutecznie. W końcu Sharpe, zmęczony i zły, niechętnie musiał wypowiedzieć to, co części z nich chodziło już po głowie od dłuższej chwili.

– Nie możemy szukać w nieskończoność.

Odpowiedziało mu kilka pełnych wyrzutu spojrzeń. Na szczęście Hagman i Perkins jeszcze nie wrócili, bo porucznik naprawdę nie miał ochoty na dyskusję z udręczonym przez niepokój i poczucie winy kłusownikiem.

– Obawiam się, że masz rację, Richardzie. – Po chwili milczenia Hogan postanowił jednak go poprzeć.

– Sierżancie, każcie zwołać chłopaków. Za godzinę wyruszamy.

Harper nie wyglądał na zachwyconego tym rozkazem, miał jednak dość rozumu, by nie dyskutować.

– Biedny Dan – mruknął za to Harris, kręcąc głową. Nikt mu nie odpowiedział. Wszystkim było żal dziecka, jednak mieli zadanie do wykonania, zadanie, od którego mogły zależeć losy nie jednej małej dziewczynki, lecz wielu ludzi. Przeczesywanie okolicy nie tylko marnowało ich cenny czas, ale groziło też tym, że w końcu wpadną na jakiś wrogi patrol i cała misja weźmie w łeb.

Jak się okazało, groźba ta miała wkrótce się ziścić. Nie uszli jeszcze zbyt daleko od lasku, w którym spędzili ostatnią noc, gdy nagle zza jednego z najbliższych wzgórz wyłonił się oddział kawalerii.

– Huzarzy, sir! – oznajmił Hagman, który, wciąż targany emocjami, dobrowolnie zgłosił się do pikiety.

Huzarzy byli równie zaskoczeni widokiem wroga co Anglicy i prawdopodobnie właśnie to uratowało strzelców. Nie był to cały regiment, a jedynie szwadron, wysłany zapewne na patrol lub też, co było nawet bardziej prawdopodobne, na poszukiwanie ukrywanych przez portugalskich chłopów zapasów. W przeciwieństwie do armii sir Arthura Wellesleya, Francuzi maszerowali przez wrogi im kraj i zaopatrzenie wojska przychodziło im ze znacznie większym trudem niż Brytyjczykom.

– Formować czworobok! – zarządził natychmiast Sharpe, który jako pierwszy otrząsnął się z zaskoczenia. – I bagnet na broń!

Kapitan Hogan nie wtrącał się, świadom tego, że Sharpe doskonale wie, co robi. Zatrzymał konia w środku czworoboku, wyjął tabakę i spokojnie czekał na rozwój sytuacji. Strzelcy byli lekką piechotą, nawykłą do walki w tyralierze, jednak w takim ustawieniu nie daliby rady kawalerii. Ich jedyną szansą było zbicie się w ciasną grupę, najeżoną bagnetami. Jak długo nie pozwolili jeźdźcom rozerwać ich szyku, huzarzy nie byli w stanie im zagrozić. Żołnierze Sharpe'a byli doskonale wyszkoleni, a bliskość wroga dodatkowo dodała im adrenaliny, więc nim wróg rozwinął się w szyk bojowy, czworobok był już gotowy na jego przyjęcie.

– Zaczekać! – rozkazał porucznik, chcąc dopuścić jeźdźców na tyle blisko, by być pewnym, że żaden z jego ludzi nie chybi. – Jeszcze moment, chłopcy... Pierwszy szereg, ognia! – Klęczący z przodu żołnierze równo nacisnęli spusty. Trzech huzarów osunęło się na ziemię, jeden zgiął się w pół, piąty zaś przewrócił się razem z koniem, jednak podniósł się zaraz i wskoczył na siodło jednego z poległych towarzyszy. Gładkolufowe karabinki wroga były bezużyteczne na taką odległość, ale zbici w kupę Anglicy stanowili dość łatwy cel i zduszony okrzyk w ich szeregach powiedział Sharpe'owi, że przynajmniej jedna z francuskich kul trafiła. Nikt jednak nie upadł, nie było też czasu, by przejmować się rannymi. Walka toczyła się o życie.

– Drugi szereg, ognia! – W przeciwieństwie do zwykłej piechoty strzelcy zazwyczaj uważnie wybierali cele, strzelając i przeładowując każdy w swoim czasie, jednak w razie potrzeby potrafili walczyć jak ich koledzy w czerwonych mundurach i porucznik Sharpe miał nadzieję, że kilka salw skutecznie ostudzi zapał wroga. Miał rację. Straciwszy ośmiu ludzi, nim nawet zdążyli użyć szabel, huzarzy wycofali się na bezpieczną – jak im się wydawało – odległość i zaczęli przeładowywać broń. Najwidoczniej żaden z nich nie miał nigdy wcześniej do czynienia z konikami polnymi, jak wrogowie zwykli nazywać angielskich strzelców, ponieważ zatrzymali się w odległości jakichś pięciuset jardów, wyraźnie wahając się nad wyborem dalszej taktyki. Muszkiet, będący standardowym wyposażeniem piechoty, był właściwie bezużyteczny przy strzelaniu do wroga oddalonego o więcej niż sto jardów. Karabin Bakera, używany tylko i wyłącznie przez brytyjskich strzelców, dzięki swojej gwintowanej lufie umożliwiał trafienie w cel znajdujący się znacznie dalej. Z tego samego powodu ładowało się go znacznie dłużej niż muszkiet, ale, naładowany, w rękach doświadczonego człowieka stanowił broń iście zabójczą.

– Na co czekacie, wy angielskie bękarty, przeładować, ale to już! – zawołał wesoło sierżant Harper do swoich towarzyszy.

Wykonanie tego rozkazu musiało zająć im odrobinkę dłużej niż zwykle ze względu na utrudniające przybicie ładunku w lufie bagnety, ponieważ jednak Sharpe, zajęty obserwacją huzarów, nie wystrzelił jeszcze ze swojego karabinu, odwrócił się teraz i odnalazł wzrokiem swojego najlepszego strzelca.

– Dan. Masz. – Przywołał Hagmana i podał mu swoją broń. – Trafisz ich oficera?

– Żaden problem, sir. – Strzelec wysunął się przed szereg, przyklęknął, wycelował, pociągnął za spust i francuski kapitan osunął się na ziemię. Brytyjczycy jak jeden mąż wydali tryumfalny okrzyk. Hagman uśmiechnął się pod nosem, nareszcie mogąc wyładować na kimś swoją frustrację.

– Teraz sierżanta? – zaproponował.

Sharpe, który nie zdążył jeszcze przeładować karabinu kłusownika, obejrzał się na pozostałych.

– Za Irlandię! – Harper, szczerząc zęby, ochoczo wręczył Danielowi swoją broń.

Ułamek sekundy później francuski sierżant półleżał na swoim koniu, ściskając się za żebra, a huzarzy, dostawszy nauczkę, wycofali się jeszcze dalej. Na to właśnie liczył Sharpe. Gdy tylko dostrzegł wrogą kawalerię, zaczął rozglądać się za jakimś schronieniem i odnalazł je w postaci pobliskiego zagajnika. Młode, niewysokie jeszcze drzewa, a pomiędzy nimi wyjątkowo bujne zarośla wyglądały dostatecznie obiecująco, by podjąć ryzyko.

– Czworobok, pięć kroków w prawo – rozkazał. Jego ludzie posłusznie wykonali manewr, pilnując, by nie złamać przy tym szyku. Huzarzy, zdezorientowani po utracie zarówno dowódcy, jak i sierżanta, nie zareagowali od razu, porucznik zarządził więc kolejne pięć kroków.

– Zamierzasz schować się w krzakach? – zawołał ze środka czworoboku Hogan, odgadując zamiar Sharpe'a.

– Ich konie tam nie wlezą. – Pieszo zaś siły były dość wyrównane, a ukryci w zaroślach strzelcy w swoich ciemnozielonych kurtkach stanowiliby twardy orzech do zgryzienia.

– Richardzie, mam ci przypomnieć, że ja też mam konia? – wytknął kapitan z wyrzutem.

– Więc radzę z niego zsiąść, sir – odburknął Sharpe półgębkiem, nie spuszczając wzroku z Francuzów.

– Chyba nie sądzisz, że zostawię Seamusa na pastwę tych barbarzyńców – oburzył się Hogan.

Porucznik wzruszył ramionami.

– Albo koń, albo pan, sir – powiedział beznamiętnym tonem. Lubił irlandzkiego inżyniera, jednak w tym momencie musiał skoncentrować się na zachowaniu przy życiu swoich strzelców. Jeśli Hogan miał zamiar ryzykować dla cholernego czworonoga, Sharpe nie zamierzał mu w tym przeszkadzać.

Tymczasem huzarzy zorientowali się wreszcie, że nim zdecydują, co dalej, zwierzyna gotowa im się wymknąć i zaczęli z powrotem formować szyk bojowy. Zagajnik był już jednak dość blisko, Richard postanowił więc zaryzykować.

– Strzelcy, biegiem marsz! – zawołał i rzucił się pędem w kierunku zarośli. Czworobok rozsypał się jak rozbity kryształ, kiedy tworzący go żołnierze złamali szyk i ruszyli w poszukiwaniu schronienia. Sharpe obejrzał się przez ramię. Huzarzy przechodzili właśnie w galop, jednak Anglików od drzew dzieliło już tylko kilka kroków. Zdążyli więc dopaść azylu i teraz, kiedy nie musieli już kłębić się w grupie, a mogli rozwinąć się w tyralierę i razić wroga ze wszystkich – prawie czterdziestu – luf, Francuzi nie mieli szans. Strzelcy walczyli w parach – kiedy jeden strzelał, drugi w tym czasie przeładowywał – huzarzy znajdowali się więc pod ostrzałem niemalże bez ustanku. Kilku z nich zmusiło swoje konie do wjechania niczym tarany w zagajnik, kilkunastu zeskoczyło z siodeł, by ruszyć do walki pieszo, z szablą w prawej dłoni, a pistoletem w lewej, jednak Anglicy byli już ukryci pod osłoną drzew, a tego dnia dopisywało im szczęście. Huzarzy byli rozwścieczeni zadanymi im stratami i pragnęli się zemścić, jednak wydawali się zaskoczeni niespodziewaną skutecznością wroga, który na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie dość niepozornego. Kiedy już niemalże połowa z nich była martwa lub przynajmniej ranna, Francuzi ostatecznie podjęli decyzję o wycofaniu się.

– No i widzisz, Richardzie? Już po krzyku – odezwał się Hogan, wciąż nieco naburmuszony po utracie konia, który, będąc zwierzęciem stadnym, pogalopował za rumakami huzarów, kiedy tylko kapitan zostawił go samego.

– Mieliśmy cholerne szczęście, sir – warknął Sharpe w odpowiedzi. Wiedział, że inżynier, choć nie ma jego doświadczenia, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jak wielkim byli niebezpieczeństwie, jednak był wciąż zirytowany bezskutecznymi poszukiwaniami oraz niespodziewaną walką i nie był w nastroju na tolerowanie humorów Hogana.

– Ci dranie nie spodziewali się nas i pewnie nigdy jeszcze nie walczyli przeciwko strzelcom, więc zdążyliśmy pozbawić ich dowództwa i zdezorientować ich na tyle, żeby im się wymknąć – tłumaczył jak dziecku. – Gdybyśmy trafili na kogoś bardziej doświadczonego, i pan, i ja gryźlibyśmy już pewnie piach. Więc lepiej ruszmy się stąd i znajdźmy wreszcie tych przeklętych partyzantów, bo jeśli Żabojady zechcą zainteresować się bliżej, co w tej okolicy robi garstka Anglików, będziemy w nie lada kłopotach, sir – powiedział ostro, po czym, nie czekając na odpowiedź kapitana, obrócił się na pięcie i przywołał sierżanta Harpera.

– Jaki mamy rachunek od rzeźnika, Pat? – zapytał przyjaciela, modląc się w duchu, by nie było w jego oddziale ciężko rannych, którzy mogliby opóźnić marsz.

– Czterech draśniętych, sir. Wszyscy zdolni do marszu.

Sharpe odetchnął z ulgą.

– Świetnie. Opatrzcie ich i wynosimy się stąd.