Rozdział 3
O ile to było możliwe, Sharpe starał się unikać otwartej przestrzeni, co jednak oznaczało przedzieranie się przez chaszcze. Ponieważ karabin Bakera był krótszy od Brown Bess – muszkietu będącego standardowym wyposażeniem brytyjskiej piechoty – bagnety strzelców nie miały kształtu nasadzanych na lufy szpikulców, ale przypominały raczej długie noże czy sztylety z szeroką klingą i rękojeścią. Ten kształt umożliwiał używanie ich jak tasaków, co porucznik i jego ludzie wykorzystywali teraz, wycinając sobie drogę przez gąszcz.
Kapitan Hogan szedł na tyle oddziału, dzięki czemu miał przed sobą wydeptaną przez poprzedników ścieżkę, jednak mimo to był wciąż wyjątkowo marudny, czy to ze zmęczenia, czy też z powodu utraty wierzchowca.
– Jeszcze dorwiemy tych huzarów i skopiemy im tyłki, sir – zagadnął go Cooper pocieszająco. – A wtedy złapiemy panu jakiegoś konia, panie kapitanie. Słowo strzelca.
Inżynier wzruszył ramionami.
– Seamus to nie był jakiś tam koń. To był rodowity Irlandczyk – odparł z żalem w głosie. W tej samej chwili oddział zatrzymał się gwałtownie, tak nagle, że żołnierze powpadali na siebie, nim zdołali złapać równowagę.
– Co do... – mruknął Hogan i zaczął przepychać się naprzód. Jeszcze zanim dotarł na czoło kolumny, zrozumiał przyczynę postoju. Spomiędzy gałęzi wysunęło się co najmniej kilkanaście luf. Strzelcy byli otoczeni.
Na szczęście jednak żaden z napastników nie miał na sobie munduru. Widząc cywilne ubrania, Hogan odetchnął z ulgą i zawołał parę słów po portugalsku. Partyzanci cofnęli się nieco, dając strzelcom trochę przestrzeni, nie opuścili jednak broni. Ostry głos nakazał dowódcy Anglików wystąpienie naprzód.
– Czekaj – mruknął Sharpe, obawiając się, czy nie jest to pułapka. – Sir – dodał po chwili, przypomniawszy sobie, że zwraca się do wyższego stopniem.
– Twoja troska jest doprawdy wzruszająca, Richardzie, ale całkiem zbędna. – Hogan uśmiechnął się w odpowiedzi. – Wiem, co robię. – I najwyraźniej rzeczywiście wiedział, bo po paru minutach rozmowy kapitana z kimś, kogo Sharpe nie był w stanie dostrzec pomiędzy drzewami, partyzanci opuścili broń, a niektórzy z nich posłali nawet Brytyjczykom przepraszające uśmiechy. Przede wszystkim zaś zwrócili porucznikowi trzech strzelców stanowiących jego zwiad – niezbyt skuteczny, skoro dali się zaskoczyć i pojmać Portugalczykom, jednak na ich obronę należało przyznać, że wypatrywali przede wszystkim kawalerii, Félix zaś oraz jego ludzie zostawili gdzieś konie i zasadzili się na Anglików pieszo.
Dowódca partyzantów był znacznie młodszy zarówno od Sharpe'a, jak i Hogana. Nie było to specjalnie zaskakujące, gdyż ze względu na specyfikę okoliczności towarzyszących jego awansowi, Richard, mający niewiele ponad trzydzieści lat, był dość stary jak na porucznika. W Korpusie Inżynierów natomiast nie istniała możliwość zakupu patentu, jak to miało miejsce w piechocie i kawalerii, na wyższy stopień trzeba więc było sobie zasłużyć, przez co promocja była znacznie wolniejsza. Hogan lada dzień spodziewał się zostania majorem, jednak pomimo swoich niemal czterdziestu lat oraz obowiązków, które znacznie przekraczały uprawnienia zwykłego inżyniera, na razie wciąż był zaledwie kapitanem.
Félix, szczupły, wysoki mężczyzna o surowej, poprzecinanej kilkoma bliznami twarzy, przypominał nieco Sharpe'owi drapieżnego ptaka. Miał jednak w sobie coś takiego, że Richard był skłonny uznać przynajmniej częściowo jego autorytet, choć jednocześnie nie czuł do partyzanta zbyt wielkiej sympatii.
– Czemu właściwie znaleźli nas dopiero teraz? – porucznik odezwał się cicho do Hogana, gdy upewnił się, że eskortujący ich Portugalczycy byli dostatecznie daleko. – Krążymy po ich przeklętej okolicy już ładnych parę dni. Spalonej wioski też nie zauważyli? Może ci pańscy partyzanci wcale nie są taką potęgą, jak się o nich mówi? – zakpił.
– Zapewniam cię, Richardzie, że są – odparł Hogan spokojnie, ale bez niechęci. Najwyraźniej wybaczył już towarzyszowi stratę Seamusa, gdyż Félix rozkazał dwóm swoim ludziom przesiąść się na konie kolegów, a swoje oddać brytyjskim oficerom. Sharpe miał ochotę odmówić. Nie znosił tych zwierząt i czuł się na nich bardzo niepewnie, ostatecznie jednak uznał, że zależy mu na tym, by partyzanci zauważyli jego pozycję jako faktycznego dowódcy oddziału strzelców, dlatego niechętnie przyjął pożyczonego mu wierzchowca.
Jechali wciąż przez las, lecz po ubitej drodze i, pomijając momenty, kiedy jeźdźcy musieli uchylać się przed zwisającymi niżej gałęziami, podróż stała się zdecydowanie bardziej komfortowa niż przedtem. Richard wahał się przez moment, czy wysyłając własne pikiety nie urazi Félixa, ostatecznie doszedł jednak do wniosku, że poprawne stosunki z Portugalczykiem nie są problemem jego, lecz Hogana, wysłał więc trzech ludzi naprzód i trzech na tyły, każąc im wypatrywać huzarów.
– Nie spotkaliśmy się z nimi wcześniej – ciągnął tymczasem Hogan – ponieważ pojechali na północ, by udzielić wsparcia hiszpańskiemu oddziałowi, rozbitemu przez pułk huzarów. – Kapitan posłał towarzyszowi uśmiech, który zdaniem Richarda sprawiał wrażenie znaczącego, jednak porucznik nie miał pojęcia, co mógłby oznaczać.
– Naszych huzarów? – zapytał więc, ignorując ten fakt.
– Najprawdopodobniej. – Hogan skinął głową. – Huzarzy im się wymknęli i podczas gdy nasi sojusznicy ganiali po przygranicznych lasach, Francuzi, zachęceni sukcesem, wybrali się najprawdopodobniej na poszukiwania Félixa.
– I nie znaleźli, więc wyżyli się na wieśniakach – domyślił się porucznik. – Jakim trzeba być żałosnym bękartem, żeby zabijać kobiety i dzieci? – warknął, czując jak złość powraca do niego nowymi falami. Nie musiał dodawać, że prawdopodobnie Carla dostała się w ręce innego szwadronu tego samego pułku. Wolał nie wiedzieć, co stało się z dziewczynką.
– Jednego tylko nie rozumiem – dodał, siląc się na spokój. – Ci huzarzy nie zachowywali się jak ktoś, kto ma doświadczenie w walce z partyzantami. Zbyt łatwo się im wymknęliśmy.
Hogan wzruszył ramionami.
– Jak sam powiedziałeś, mieli doświadczenie w walce z partyzantami, ale może niekoniecznie z regularną, dobrze wyszkoloną piechotą. I założę się, że pierwszy raz w życiu walczyli przeciw strzelcom. – Roześmiał się na wspomnienie zaskoczenia Francuzów, gdy dosięgły ich kule wystrzelone z odległości, przy której czuli się całkowicie bezpieczni.
Kryjówka partyzantów znajdowała się w niewielkiej dolince, w środku nieco szerszej, a kończącej się stromym skalistym podejściem prowadzącym do jaskini. Tak przynajmniej powiedziano Sharpe'owi, ponieważ porucznik pozostał wraz ze swoimi ludźmi na małej, pełnej ludzi, koni i szałasów polance. W dolinie znajdowały się w tej chwili dwa oddziały: Portugalczycy Félixa oraz uratowani przez nich przed paroma dniami ich hiszpańscy koledzy. Dowódcy obu oddziałów znajdowali się wraz z Hoganem na górze, w jaskini, na naradzie wojennej, na którą porucznik nie został zaproszony. Sharpe'owi nie było z tego powodu przykro. Polityka, będąca celem wyprawy irlandzkiego kapitana, niezbyt go interesowała, znalazłszy się więc nareszcie w bezpiecznym miejscu, był szczęśliwy, mogąc po prostu rozłożyć się na trawie i obserwować kręcących się wokół partyzantów.
Sielanka ta nie trwała jednak długo. Chwilę po tym, jak znużony porucznik zapadł w lekką drzemkę, padł na niego cień zbliżającej się postaci. Portugalczyk (lub też Hiszpan, Richard nie był pewien) łamanym angielskim przekazał mu zaproszenie na naradę.
– Współczuję wspinaczki, sir – odezwał się sierżant Harper z żartobliwą złośliwością i dla poparcia swoich słów poprawił zwinięty koc pod swoją głową.
– A co, masz ochotę iść ze mną? – odgryzł się porucznik, podnosząc się z ziemi. Przypiął z powrotem rapier, zarzucił karabin na ramię i ruszył za partyzantem.
Wspinaczka nie była na szczęście długa, choć odrobinę uciążliwa, gdyż w swoich zdartych butach Sharpe ślizgał się nieco na rozgrzanych słońcem skałach. Przed wejściem do jaskini płonęło ognisko, a wokół niego siedziała trójka dowódców. Na ich widok Richard natychmiast przypomniał sobie zagadkowy uśmiech Hogana. Pomiędzy Félixem a inżynierem dostrzegł bowiem osobę płci żeńskiej ubraną w prosty męski strój, z włosami splecionymi w potargany wiatrem warkocz i ze strzelbą myśliwską na kolanach. La Aguja. Teresa Moreno. Drugiej tak fascynującej kobiety Sharpe dotychczas nie spotkał.
– Ach, Richard – przywitał go tymczasem Hogan. – Siadaj, chłopcze. Znasz już przecież Teresę, prawda?
– Poruczniku. – Kobieta sztywno skinęła głową, beznamiętnym wzrokiem odwzajemniając zaskoczone spojrzenie strzelca.
– Comandante – odparł Sharpe tym samym tonem, tłumiąc rosnącą irytację. Znali się naprawdę krótko, przypominał sobie, i dawno się nie widzieli. Kiedyś może coś ich łączyło, jednak nie znaczyło to, że mógł czegokolwiek od niej wymagać. Skąd więc ta nagła złość?
– Planujemy właśnie atak na pułk francuskich huzarów, który rozbił oddział comandante Moreno – wyjaśnił tymczasem Hogan, ignorując wzburzenie podkomendnego. – Uważamy, że twoi strzelcy mogą nam się przydać – dodał tak, jakby pytał Richarda o zdanie, jednak porucznik nie dał się nabrać na ten ton.
– Jak dokładnie brzmi plan, sir? – zapytał, starając się unikać patrzenia na Teresę.
– Panna Moreno... – Kobieta skrzywiła się nieznacznie. – Przepraszam, comandante Moreno – poprawił się natychmiast Hogan. – A więc comandante Moreno pojedzie przodem z częścią swoich ludzi, odnajdzie huzarów i ukaże się im, wciągając ich wprost pod lufy naszych sojuszników oraz twoich strzelców.
– Nie podoba mi się ten plan – stwierdził Sharpe kategorycznie, nie czekając na szczegóły. Félix uśmiechnął się w wyjątkowo nieprzyjemny, na poły kpiący sposób i Richard poczuł, że Portugalczyk przejrzał go na wylot.
– Ależ Richardzie, obawiam się, że to jest najlepszy plan, na jaki nas stać – wyjaśnił tymczasem cierpliwie Hogan. – Francuzi wiedzą, że Hiszpanom nie zostało zbyt wiele ludzi, natknąwszy się na nich, będą chcieli dokończyć, co zaczęli. Kiedy zobaczą Teresę, od razu będą wiedzieli, że to ten sam oddział, z którym walczyli ostatnio. To dobry plan.
– Możliwe, ale to nie znaczy, że musi mi się podobać – odparł Sharpe butnie.
– Czy możemy zatem liczyć na pańską pomoc, poruczniku? – zapytał go Félix, zdaniem Anglika odrobinę ironicznie.
– Jeśli taki dostanę rozkaz, wykonam go, senhor – mruknął strzelec niechętnie i podniósł się z ziemi. – To wszystko, sir? – zwrócił się do Hogana.
– Oczywiście, Sharpe, oczywiście. Odpocznijcie, wyruszamy jutro rano.
Porucznik skinął głowom siedzącym, mimowolnie na moment zatrzymał wzrok na Teresie, która obojętnie odwzajemniła jego spojrzenie, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył wąską ścieżką w dół.
Nie minęła nawet minuta, gdy usłyszał za sobą lekkie kroki. Podejrzewał, do kogo należą, zatrzymał się więc, choć nie spojrzał za siebie. Dogoniwszy go, Teresa przystanęła obok i przez chwilę stali tak w ciszy, przyglądając się widocznym w dole wśród drzew ludziom.
– Co masz do naszego planu? – zapytała w końcu nieco wyzywającym tonem.
– Nie lubię walczyć przeciw konnicy bez wsparcia własnej kawalerii – odparł Sharpe z udawanym spokojem.
– Będziesz miał wsparcie. – Kobieta wskazała na pasące się nad niewielkim strumykiem konie partyzantów.
Sharpe prychnął cicho.
– To nie jest kawaleria. Może i są dobrymi jeźdźcami, ale na pewno nie są kawalerią. Nie mają pojęcia o taktyce. Nie wiedzą, jak wesprzeć piechotę, by nie musiała formować czworoboku i mogła wykorzystać każda lufę. Nie osłonią nas tak, jak należy. – Mówił prawdę, jednak oboje wiedzieli, że nie tylko o to mu chodziło.
– Więc naucz ich jak – odparła Teresa zdecydowanie i, nie czekając na odpowiedź, ruszyła energicznie na dół.
Chcąc nie chcąc, Sharpe podążył za nią.
– Nie powinnaś tak ryzykować – powiedział w końcu.
– Bo jestem kobietą? – La Aguja groźnie zmarszczyła brwi.
– Bo jesteś dowódcą. Kto będzie dowodził twoimi ludźmi, jak dasz się zabić?
– Moimi ludźmi? – Teresa na moment podniosła głos. – Straciłam prawię połowę oddziału, Richardzie. Widzisz ten szałas? Tam umiera jeszcze kilkunastu. – Znaleźli się już na dole i kobieta umilkła na moment, by za chwilę z zaskakującym spokojem i opanowaniem przyjąć pozdrowienia uradowanych jej widokiem strzelców. Sierżant Harper puścił nawet oczko porucznikowi, który mimo irytacji wiedział, że nie ma nawet jak skarcić Irlandczyka. W końcu jednak strzelcy zostali za nimi, a Richard zorientował się, że towarzyszka prowadzi go w stronę jednego z mniejszych szałasów.
– Nie robię tego ze złości i czy z pragnienia zemsty – odezwała się znów Teresa, gdy upewniła się, że nikt ich nie słyszy. – Robię to dlatego, żeby przypomnieć moim chłopcom, jak smakuje zwycięstwo. – Pochyliła się i weszła do szałasu z pewnością siebie wskazującą, że należał on do niej. Sharpe podążył jej śladem.
– To nie twoja wina, że huzarzy was pokonali – powiedział miękko, kiedy znaleźli się w środku.
Teresa uśmiechnęła się smutno. W jej szarych oczach nie było już obojętności jak tam na górze. Kłębiło się w nich tak wiele uczuć, że Richard nie potrafiłby nazwać nawet połowy z nich.
– To nieważne – powiedziała. – Widzisz we mnie kobietę, kogoś słabszego, kogo chciałbyś bronić, ale tak naprawdę wcale tak bardzo się nie różnimy, Richardzie. Oboje jesteśmy przede wszystkim żołnierzami. Dowódcami. Ty, kiedy prowadzisz swoich strzelców do bitwy, dbasz o to, żeby jak najwięcej z nich ją przeżyło. Oni o tym wiedzą i właśnie dlatego idą za tobą. – Gdy się poznali, jego strzelcy byli właśnie w trakcie wcielania w życie planu buntu oraz dezercji, żaden z nich nie przepadał za porucznikiem Sharpe'em, który z kolei nie wiedział, jak z nimi postępować. Kiedy natomiast rozstawał się z Teresą, był już prawdziwym dowódcą, zaskarbił sobie szacunek i zaufanie podwładnych, a wiele tego zawdzięczał właśnie comandante Moreno.
– Twoi ludzie też ci ufają – nieudolnie spróbował ją pocieszyć.
– Wiem. Ale zawiodłam ich i muszę to naprawić. Dlatego właśnie pojadę tam jutro i zrobię, co do mnie należy. – Kobieta odwróciła się od niego i podeszła do rozłożonego w kącie posłania, by przysiąść na jego brzegu.
– Nie powstrzymam cię? – bardziej stwierdził niż zapytał porucznik.
– A chciałbyś? – La Aguja uniosła głowę i utkwiła w nim intensywne spojrzenie.
– Chciałbym – przyznał Sharpe szczerze, czując, że cała wcześniejsza irytacja całkiem już z niego uleciała. – Ale nic z tego, prawda?
Teresa nic na to nie odrzekła. Uśmiechnęła się tylko i gestem przywołała go do siebie.
– Tęskniłam za tobą – szepnęła cicho, gdy znalazł się tuz przy niej.
Zamiast odpowiedzieć Richard sięgnął do guzików przy jej kurtce. Jutro mieli wyruszyć wraz ze swoimi ludźmi na poszukiwanie francuskich huzarów, ale ta noc wciąż należała tylko i wyłącznie do nich.
PS. Kryjówka partyzantów wzorowana jest na tatrzańskiej Dolinie ku Dziurze.
