Rozdział 4

Kiedy następnego ranka Sharpe odnalazł swoich strzelców, powitały go szerokie, bezczelne uśmiechy.

– Dobrze się spało, sir? – Harper wyszczerzył zęby i Richard, korzystając, że ogromny Irlandczyk siedział na ziemi, zdzielił go w ucho.

– Doskonale, sierżancie. A wam, chłopaki? – odparł wesoło, dostrzegłszy pośród swoich żołnierzy kilka portugalskich kobiet.

Siedzący nieopodal Hagman zanucił cicho:

Farewell and adieu to you, Spanish ladies

Farewell and adieu to you, ladies of Spain

For we've received orders to sail back to England

But we hope in a short time to see you again.*

Tknięty jakimś przeczuciem Sharpe odwrócił się w sam raz, by ujrzeć Teresę dosiadającą konia i ruszającą na czele swojego oddziału ku ujściu doliny. Zaklął cicho. Nawet się nie pożegnała. Wiedział jednak, że nie miał prawa tego od niej wymagać. Jeśli wolała zniknąć po kryjomu, niech tak będzie. Mógł tylko mieć nadzieję, że spotkają się raz jeszcze, gdy bitwa dobiegnie końca.

– Za godzinę ruszamy, doprowadźcie się do porządku – zwrócił się do strzelców, świadom, że ci wiedzieli dobrze, o czym myślał. – Za kwadrans inspekcja broni, sierżancie – dorzucił mściwie i odwrócił się na pięcie, by skierować się ku w niewielkiemu strumieniowi.

Harper podniósł się i ruszył za nim.

– Lodowata, sir. Zimna jak serca Anglików – ostrzegł, widząc zamiar porucznika. – I Hiszpanek – dorzucił po chwili, niby mimochodem.

– Nie przeciągaj struny, Pat – warknął Sharpe w odpowiedzi, podając kolejno przyjacielowi swój karabin, rapier i kurtkę.

– Szeregowy Morris dostał gorączki, sir. – Sierżant posłusznie zmienił temat. Morris był jednym z ludzi, którzy ucierpieli we wczorajszej potyczce z huzarami. Nie była to ciężka rana, jednak najwyraźniej zaczęło się wdawać zakażenie.

– Niech na razie zostanie tutaj – zdecydował porucznik. Po bitwie będzie miał zapewne więcej rannych, jednak jeśli się uda, okolica zostanie przynajmniej na chwilę oczyszczona z Francuzów i może zdoła przekonać Félixa, by użyczył mu wozów oraz przewodników.

Partyzanci wybrali doskonałe miejsce na pułapkę. Kręty, zwężający się ku końcowi wąwóz na początku wyglądał dość niewinnie, jednak kiedy rozochoceni pościgiem za comandante Teresą i jej ludźmi huzarzy zapędzili się w jego głąb, trafili w sam środek piekła. Droga przed nimi zabarykadowana była kilkoma zwalonymi drzewami, których rozłożyste gałęzie uniemożliwiały koniom ich przeskoczenie. Za barykadą krył się Félix z gromadą podwładnych, kiedy zaś zawrócili, okazało się, że oddział La Agui liczył sobie teraz ponad dwa razy więcej luf niż przed momentem. Partyzanci byli uzbrojeni w niezwykle różnorodną broń: strzelby myśliwskie, francuskie lub angielskie muszkiety, zabytkowe rusznice, kilku ludzi Teresy, która ku uldze Richarda bezpiecznie dotarła do celu, miało nawet ze sobą karabiny Bakera. Szczyty obu ścian wąwozu obsadzone były z kolei brytyjskimi strzelcami, którzy na taką odległość nie zwykli chybiać.

Francuzi nie mieli szans. Mimo to bez wahania podjęli nierówną walkę, wiedząc dobrze, że partyzanci nie zwykli brać jeńców. Mając do wyboru śmierć w bitwie lub tortury, huzarzy zgodnie wybrali to pierwsze. Widząc ich męstwo, Sharpe mimowolnie poczuł odrobinę współczucia.

– Biedne bękarty. – Siedzący nieopodal Tongue potrząsnął głową, zupełnie jakby czytał w myślach porucznika. Bitwa w dole powoli przeradzała się w rzeź.

Widząc, jak Portugalczycy dopadają francuskiego pułkownika, zabiwszy jego eskortę, ściągają go z konia i, odciągnąwszy go na bok, poczynają pastwić się nad rannym, Sharpe podjął decyzję.

– Strzelcy, bagnet na broń. Schodzimy na dół.

Gdy tylko Francuzi dostrzegli wśród wroga regularną piechotę, prowadzoną przez angielskiego oficera, wielu z nich opuściło szable, wołając, że gotowi są się poddać. Porucznik skinął głową, nakazując swoim ludziom rozbroić jeńców i osłonić ich przed partyzanckim okrucieństwem.

– Co pan wyprawia, Sharpe! – warknął Félix, który wyrósł przy nim jak spod ziemi, ociekając potem i krwią, która raczej nie była jego własna.

– Ci ludzie się poddają – odparł porucznik ostro i splunął, usiłując pozbyć się słonego smaku prochu.

– Nic mnie to nie obchodzi – odwarknął partyzant. – To Francuzi. I mordercy. Zasłużyli na śmierć.

– Przeprowadzimy śledztwo. Ci, którzy uczestniczyli w masakrze wioski, zostaną ukarani – powiedział Sharpe, siląc się na spokój. – Nie jesteśmy barbarzyńcami, senhor. – Nie wiedział dokładnie, co oznacza słowo barbarzyńca, ale pamiętał, jak często znani mu oficerowie zwracali się z tym argumentem do swoich podkomendnych. Ponad ramieniem Félixa dostrzegł uśmieszek Hogana, który najwyraźniej słyszał całą rozmowę i, choć wolał się do niej nie wtrącać, zgadzał się z porucznikiem.

– Sir, tam jest Carla! – zawołał tymczasem Hagman gdzieś z tyłu, natychmiast przyciągając uwagę pozostałych. W środku grupki wciąż usiłujących się bronić huzarów znajdował się młody kapitan, który w prawej ręce trzymał szablę, lewą zaś przyciskał do siebie usadowioną przed nim w siodle dziewczynkę. Mała siedziała jak zaczarowana, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w toczącą się wokół walkę. Zanim Sharpe i jego ludzie zdążyli zareagować, koń huzara, trafiony zabłąkaną kulą, zarżał przeraźliwie i osunął się na ziemię. Ci ze strzelców, którzy byli w tej chwili wolni, natychmiast rzucili się w jego kierunku, jednak partyzanci byli szybsi. Padając, koń kapitana podciął sąsiednie zwierzęta i wprowadził dość chaosu w ten ostatni bastion francuskiej obrony, że Portugalczycy i Hiszpanie z tryumfalnym okrzykiem wdarli się w jego szeregi. Przez krótką chwilę nikt nie był w stanie dojrzeć w tym zamieszaniu burej sukienki Carli, po czym walka ustała nagle i definitywnie. Pozostali przy życiu huzarzy rzucili broń, błagając o litość we wszystkich językach, jakie znali. Ktoś wywlókł z tłumu wciąż opierającego się kapitana, a dziewczynka, nietknięta, choć wyraźnie przerażona i skołowana, podążyła za nim.

– Carla, kruszynko! – zawołał Hagman z ulgą.

Słysząc znajomy głos, mała otrząsnęła się z wcześniejszego stuporu i biegiem ruszyła w jego stronę. Dan porwał ją na ręce i przytulił mocno, a choć zaraz ukrył twarz w jej potarganych włosach, Sharpe przysiągłby, że stary kłusownik ma łzy w oczach.

Wkrótce jednak uwagę porucznika znów odwrócił Félix. Partyzant zbliżył się do pojmanego kapitana i uśmiechnął się paskudnie.

– Tamci jeńcy są wasi, ale ten jest nasz, Sharpe – wycedził i wydobył długi zakrzywiony nóż.

Francuz drgnął na jego widok i zaczął mówić coś szybko, rzucając gorączkowe spojrzenia to na Portugalczyka, to na stojących w tyle Anglików.

– Co on mówi, sir? – Sharpe zwrócił się do Hogana.

– Mówi, że to nie on wybił tych wieśniaków. Że to wina ich pułkownika, człowieka bez honoru. Że opiekował się Carlą i ocalił ją przed pozostałymi.

– I myśli, że to go ocali? – Félix przesunął czubkiem noża po policzku jeńca. Z rany natychmiast zaczęła sączyć się krew. Kapitan szarpnął się, jednak partyzanci trzymali go mocno.

– Félix! – Ostry głos Teresy sprawił, że partyzant drgnął i odrobinę cofnął rękę. – Zapytajmy jej – powiedziała La Aguja ciszej, spoglądając na trzęsącą się w ramionach Hagmana dziewczynkę. Dan odruchowo przytulił ją mocniej. Nie czekając na odpowiedź Portugalczyka, kobieta zbliżyła się do nich, uśmiechając się ciepło.

– Qual é o seu nome? – zapytała po portugalsku.

– Carla. – Słysząc kobiecy głos, dziewczynka nieco się ośmieliła.

– Quantos anos você tem, Carla? – Mała odjęła ręce od szyi Hagmana, by pokazać siedem paluszków.

Dalszego ciągu rozmowy Sharpe nie był w stanie zrozumieć, jednak dziewczynka najwyraźniej szybko pojęła, czego chce od niej La Aguja. Coraz odważniej odpowiadała na zadawane jej pytania, a gdy skończyła, Teresa rzuciła Félixowi wyzywające spojrzenie. Partyzant wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że owszem, słyszał, ale niewiele go to obeszło. Nadal nie opuszczał noża, oddalonego zaledwie o parę cali od oka francuskiego jeńca. I wtedy Carla wyrwała się z objęć Hagmana i zanim ktokolwiek zdołał ją powstrzymać, przypadła do nóg huzara. Przytuliła się do niego mocno, podnosząc oczy na zaskoczonego Félixa. Powiedziała coś, tak cicho, że tylko on i trzymający jeńca partyzanci byli w stanie to usłyszeć. Ku zdziwieniu zebranych, Portugalczyk powoli opuścił ostrze. Gestem nakazał podwładnym, by puścili huzara, po czym oddał odebraną mu wcześniej szablę.

– Proszę się zająć pańskimi jeńcami, poruczniku – powiedział cicho do Sharpe'a, a następnie, nie czekając na odpowiedź, oddalił się.

– Co ona mu powiedziała? – zapytał Sharpe stojącej obok Teresy, odesławszy swoich strzelców, by zrobili to, co powiedział Félix.

Kobieta uśmiechnęła się nieznacznie i wzięła Richarda pod rękę.

– Nie wiem dokładnie – wymruczała mu niemalże do ucha. – Ale najwyraźniej przypomniała Félixowi, że nie jest barbarzyńcą.

Bitwa dobiegła końca. Pozostali przy życiu huzarzy wyglądali na pogodzonych z losem, który i tak okazał się lepszy, niż się spodziewali. Byli wprawdzie jeńcami Brytyjczyków, mogli jednak liczyć na to, że oficerowie spędzą resztę wojny w cywilizowanych warunkach gdzieś w Anglii, żołnierze zaś, wymienieni za swoich angielskich odpowiedników, już wkrótce znów staną do bitwy przeciw armii generała Wellesleya. Kilku z nich zmartwiła wprawdzie utrata koni, które razem z bronią Francuzów miały przejść na własność partyzantów jako zadośćuczynienie za zadane Portugalczykom i Hiszpanom straty, jednak patrząc na zmasakrowane ciała towarzyszy porozrzucane po całym wąwozie, nie narzekali zbyt głośno na swój los.

Tymczasem partyzanci zajęli się przeszukiwaniem poległych i układaniem ich na dwa stosy odpowiadające dwóm stronom konfliktu. Chosen Men, niezatrudnieni przy pilnowaniu kopiących groby jeńców, ochoczo dołączyli do nich. Harris pochylił się nad zwłokami poległego młodziutkiego porucznika i zanurzył ręce w jego kieszeniach.

Nowa Heloiza – zawołał tryumfalnie, wydobywszy z jednej z nich podniszczoną książkę. Rudzielec był jednym z niewielu strzelców, którzy potrafili czytać, a jedynym czytającym również po francusku.

– A co, starą gdzieś posiałeś? – spytał z zainteresowaniem Cooper, obrabiający właśnie sąsiednie zwłoki.

– Nie, Francis, to taki tytuł: Nowa Heloiza. To nawiązanie do średniowiecznej historii... – Harris przerwał w pół zdania, uświadomiwszy sobie, że przyjaciel i tak go nie słucha. Wzruszył ramionami, przyzwyczajony do tego, że nikt w armii nie docenia jego prób uzupełnienia braków w ich edukacji, po czym wrócił do przeglądania kieszeni zmarłego.

Hagman nie brał udziału w łupieniu zwłok, nie chcąc, by Carla naoglądała się jeszcze więcej okropieństw. Zamiast tego zabrał ją na skraj wąwozu i zachęcił do zbierania kwiatków, które miały przydać się potem do ozdobienia zbiorowych mogił poległych. Tak odnalazł ich Perkins. Chłopak uśmiechnął się nieśmiało i podszedł do dziewczynki, która zatrzymała się, łypiąc na niego nieufnie. Rzuciwszy spojrzenie na siedzącego spokojnie nieopodal Hagmana, przekonała się jednak najwidoczniej, że nic jej nie grozi, bo, mimo pierwszego odruchu, nie uciekła, a pozwoliła nastolatkowi się zbliżyć. Ben ukucnął przed nią i niepewnie wyciągnął zza pazuchy sznurek pereł, który znalazł przed chwilą przy jednym z poległych huzarów.

– Masz, to dla ciebie. Zabezpieczenie na przyszłość czy coś.

Speszona Carla przez moment nie reagowała, ostatecznie jednak sięgnęła po prezent i założyła go sobie na szyję, a następnie dała zaskoczonemu chłopakowi szybkiego buziaka w policzek, po czym, chichocząc głośno, uciekła, by schronić się za rozbawionym Hagmanem.

– Jeszcze parę lat i będziecie mogli się pobrać – zażartował się stary strzelec i roześmiał się głośno na widok przerażonej miny nastolatka.

Następnego dnia po bitwie nadeszła dla sojuszników pora rozstania. Hogan załatwił już, cokolwiek miał do załatwienia z Félixem, droga powrotna do reszty brytyjskiej armii była oczyszczona. Teresa uznała, że dopóki jej ludzie nie odpoczną i nie wyleczą ran, nie będzie angażowała się w walkę, zostawiwszy więc podwładnych wraz z Portugalczykami, sama zdecydowała się towarzyszyć strzelcom w charakterze przewodnika. Mając ze sobą francuskich jeńców, nie mogli powrócić do kryjówki partyzantów, Félix obiecał jednak Sharpe'owi, że odeśle mu szeregowego Morrisa, jak tylko Anglikowi się polepszy lub też pochowa go z należytymi honorami, jeśli poprawa nie nastąpi. Poza nim porucznik nie stracił w starciu z huzarami ani jednego ze swoich ludzi, nawet rannych miał stosunkowo niewielu, był więc tego ranka w wyjątkowo dobrym humorze.

Félix sam przyszedł do niego poprzedniego wieczora i przeprosił za swoje wcześniejsze zachowanie.

– Zaślepiła mnie nienawiść, Sharpe – powiedział cicho. – Właśnie po to ich potrzebujemy – wskazał na Teresę, zajętą w tej chwili rozmową z Carlą. – Żeby przypominały nam, kim naprawdę jesteśmy i dlaczego walczymy.

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, porucznik skinął tylko głową.

– Co teraz stanie się z małą, senhor? – zapytał po chwili. Choć wiedział, że Hagman będzie zrozpaczony, nie mogli zabrać dziewczynki ze sobą. Armia nie była miejscem dla dziecka.

– Mam w moim oddziale paru chłopców z jej wioski. Mówią, że Carla ma ciotkę w jednym z okolicznych miasteczek. Spróbujemy ją tam umieścić.

– A co jeśli ciotka jej nie zechce? – Richard sam był zdziwiony, że tak bardzo troszczy się o los małej.

– Nasze dziewczęta się nią zajmą. Nie martw się, Sharpe. Nie dam jej zginąć. – Félix uśmiechnął się łagodnie, sprawiając, że jego ostre rysy zmiękły. W tej chwili sprawiał nawet dość sympatyczne wrażenie i porucznik pomyślał, że może Portugalczyk nie różni się aż tak bardzo od comandante Moreno. Za zewnątrz stal, pod spodem wrąca lawa.

– Dziękuję, senhor – odparł po prostu i na tym skończyła się ich rozmowa.

Teraz, odchodząc na czele swego niewielkiego oddziału, z ręką opartą na szyi konia towarzyszącej im Teresy, odwrócił się jeszcze raz i odszukał wzrokiem Félixa. Partyzant stał na skale, a u jego boku Sharpe dostrzegł Carlę w naszyjniku z pereł na szyi, machającą im na pożegnanie. Wzrok porucznika przesunął się z Portugalczyków na idącego na końcu kolumny Hagmana. Stary strzelec maszerował ze wzrokiem wbitym w ziemię i dopiero kiedy partyzanci całkiem zniknęli im z oczu, podniósł głowę i zaintonował piosenkę. Niemalże wszyscy strzelcy przyłączyli się do śpiewu i już po chwili przygraniczny las rozbrzmiewał słowami:

Over the hills and over the main

Through Flanders, Portugal and Spain

King George commands and we obey

Over the hills and far away.*

KONIEC


* Spanish Ladies: Ta osiemnastowieczna angielska szanta jest znana także w Polsce i jestem pewna, że wielu z nas śpiewało kiedyś gdzieś przy ognisku „żegnajcie nam dziś, hiszpańskie dziewczyny", nie zdając sobie nawet sprawy, jak stara jest ta piosenka.

Over the Hills and Far Away: również pochodzi z osiemnastego wieku i z pewnością była śpiewana przez żołnierzy brytyjskich w czasie wojen napoleońskich. Przede wszystkim jednak jest to piosenka, która funkcjonuje jako nieoficjalny theme song filmów o Richardzie Sharpe'ie. Pojawia się w prawie każdej części cyklu, najpierw z tradycyjnymi tekstami zwrotek, potem ze słowami dopisanymi przez Johna Tamsa (odtwórca roli Hagmana) tak, by pasowały do treści konkretnego filmu.