Eh, miałam kryzys, bo...od dawien dawna nie pisałam tylko po polsku i powiem tak, jest mi ciężko pisać w ojczystym języku. No, cóż, ale się przemogłam i oto jest, coś tam, co mam nadzieję, że się spodoba.


Wbrew pozorom coś, co przypominało wilczą skórę, a przynajmniej tak to wyglądało dla Tony'ego, wcale nie było wygodne, zwłaszcza do spania na zimnej podłodze w komnacie Lokiego. Książę wziął go, jako swojego osobistego sługę, ale nie pomyślał, żeby zapewnić Starkowi jakiekolwiek posłanie w pomieszczeniu. Z okrutnym bólem w plecach Tony podniósł się z ziemi i rozejrzał po pokoju. Loki jeszcze spał, choć jego ciche pochrapywanie było ledwo słyszalne, nawet gdy Tony stanął dosłownie stopę od krawędzi łóżka. Mężczyzna nachylił się w stronę czarnowłosego, by upewnić się, że śpi, co dałoby mu chwilę na myszkowanie po komnacie - cóż, był ciekaw, kim tak naprawdę jest Loki - i właśnie wtedy, w mgnieniu oka a nawet krócej, Tony został chwycony w pasie i przewrócony na ziemię. W następnej nanosekundzie poczuł na sobie spory ciężar, jego ręce zostały jakoś unieruchomione i coś zimnego znajdowało się zbyt blisko jego arterii. Brązowe oczy Starka rozszerzyły się w przerażeniu, serce przyspieszyło swe i tak nienaturalne bicie. Tony bał się choćby odetchnąć, gdy ujrzał zielone oczy, świecące się niczym lampka, którą Tony zbudował sam, mając ledwo siedem lat. Stark odważył się przenieść wzrok z pustego wyrazu twarzy Lokiego i spojrzał w dół. Książę siedział na nim okrakiem, przyciskając kolanem zbyt mocno jego rodzinne klejnoty, trzymając coś, co najprawdopodobniej było sztyletem, nożem, przy jego szyi. Choć równie dobrze owe coś mogłoby być plastikową łyżeczką, Tony był pewien, że i czymś takim Loki bez problemu mógłby go zabić.

Zdawało się, że minęła wieczność, przynajmniej dla Tony'ego, który wciąż był na muszce broni Lokiego, nim oczy czarnowłosego księcia wróciły do swojego normalnego odcienia zieleni, a nie do dziwnie świecącego. Mężczyzna spojrzał, po raz pierwszy dobrze na drugiego mężczyznę pod sobą i oderwał sztylet od szyi Tony'ego- owo coś okazało się być sztyletem z ostrzem na około dwadzieścia centymetrów, z pięknie zdobioną złotem rękojeścią.

- Ty głupcze! - pierwsze słowa wyszły z jego ust. Ton głosu Lokiego był pełen wściekłości i czegoś jeszcze, czego Tony nie mógł do końca rozgryźć. - Mogłem cię zabić!

- Na razie jak nie zleziesz ze mnie, to pozbawisz mnie jakiejkolwiek szansy na bycie ojcem. - Tony próbował zrzucić z siebie Lokiego, ale o dziwo, w tym chudym jak patyk ciele, krył się pokaźny ciężar. Może to, dlatego, że Loki był kosmitą, Asem, czy jak oni to tu nazywają. - Złaź ze mnie!

Nim Loki zszedł z Tony'ego, jeszcze raz mocniej go przyciskając do ziemi, do komnaty weszła Eir, trzymając tacę ze śniadaniem dla Lokiego. Gdy tylko jej oczy spoczęły na dwójce mężczyzn na ziemi, na jej policzki wstąpił delikatny rumieniec. Naprędce odstawiła tacę na ziemię i prawie wybiegła z pomieszczenia, zatrzaskując za sobą wrota i mrucząc pod nosem ciche przeprosiny za przeszkodzenie im.

- No złaź!

Loki w końcu zdawał się usłyszeć prośbę śmiertelnika i podniósł się z niego, chwytając z ziemi swój sztylet. Odłożył narzędzie na kamienny stolik, w zasadzie był to kwadratowy kamień, w kolorze przypominającym jasny marmur, stojący obok jego łoża. Książę wziął do dłoni prosty, złoty kielich i uniósł go w stronę Tony'ego. Mężczyzna był tym gestem co najmniej zdziwiony.

- To dla mnie? - zapytał, na co Loki tylko prychnął.

- Nie, idioto, masz mi nalać wody. Jestem spragniony.

- No to sobie nalej - mruknął śmiertelnik, w końcu podnosząc się z ziemi. Loki obrzucił go zezłoszczonym spojrzeniem i podszedł bliżej niego. - Czego?

- Ty chyba nie pojmujesz, jakie masz tu obowiązki, Midgardczyku.

- Tony. Moje imię to Tony.

- To nie jest twoje prawdziwe imię - rzucił Loki, przymykając na chwilę oczy. Pod nosem wyszeptał kilka słów, w języku, którego Tony nie znał, a moment później kielich, który trzymał w dłoni, wypełnił się wodą. Loki pociągnął z niego porządny łyk i spojrzał na śmiertelnika. - Jak brzmi twe prawdziwe imię.

- Tony.

- Oszukujesz mnie? W wielu królestwach jestem nazywany bogiem kłamstwa. Nie łatwo jest mnie okłamać. - Tony tylko wzruszył ramionami. - Jak brzmi twe prawdziwe imię, Midgardczyku?

- Anthony Edward Stark, ale wolę, jak się do mnie zwraca Tony.

- Anthony. - Sposób, w jaki Loki wypowiedział jego imię, powinien być zakazany. Jego głos był niski, głęboki i posyłał dreszcze ekscytacji w te miejsca, w które nie powinien. Gdyby tylko Tony nie przygryzał z całej siły dolnej wargi, pewnie by cichy, albo i głośny jęk wymsknął się z jego ust. - Anthony. Tak będę cię nazywał.

- O...Ok. - Nawet nie miał siły się sprzeciwić, nie kiedy Loki wypowiadał jego imię w tak cudowny sposób. Normalnie Tony nie cierpiał, gdy ktoś wołał na niego Anthony, kojarzyło mu się to z przykrymi doświadczeniami z dzieciństwa, głównie z jego ojcem, ale gdy Loki tak do niego mówił, brzmiało to jak najpiękniejsze słowo na świecie, jak orgazm dla uszu.

- A teraz przynieś mi jadło, Anthony.

- Jasne… - Loki pokręcił głową na słowo Tony'ego, na co ziemianin posłał mu spojrzenie pełne zdziwienia. - Co teraz?

- Tak jest, panie albo tak jest, mój książę. Tak powinieneś się do mnie zwrócić, Anthony. Więc powtórzmy - Loki mówił spokojnym tonem - podaj mi jadło, Anthony.

- Tak jest, panie. - Loki zdawał się nie słyszeć albo po prostu zignorował sarkastyczny ton głosu Tony'ego. Mężczyzna ruszył po tacę zostawioną przez elficę kilka chwil wcześniej.

Śniadanie dla Lokiego stanowiło miskę jakiejś żółto-brązowej pseudo zupy, pachnącej mięsem i ziołami. Jak się mocniej przyjrzeć mogło to przypominać ziemski rosół z dużą ilością magi. Dalej kawałki żółtego chleba pokrojone w podłużne kawałki, mniej więcej 4 na 10 centymetrów i 3 centymetry grubości. Loki maczał to pieczywo w mazi. Tuż obok złotej miski - cholera, czy tu wszystko jest ze złota?! Tony się zastanawiał i pewno by trwało to jeszcze przez dłuższą chwilę, gdyby mu nie zaburczało w brzuchu. Dźwięk był tak głośny, że w mgnieniu oka rozszedł się po książęcej komnacie i dotarł do uszu zielonookiego. Jak na zawołanie Loki parsknął śmiechem, plując zupą i kawałeczkami chleba na swoje skóry na łożu. Tony nie zamierzał tego sprzątać, nie było takiej opcji. Loki nadal się śmiał, gdy z brzucha Tony'ego po raz kolejny wydobył się głośny dźwięk oznaczający głód. - Podzielisz się ze mną?

- Anthony, Anthony, objaśnię ci zasady panujące w pałacu Wszechojca. - Loki wskazał Tony'emu krzesło z jasnego drewna, stojące obok stołu. Brązowooki posłusznie siadł na nim i z pragnieniem wymalowanym w oczach wpatrywał się w tacę, z której raz po raz Loki brał kawałki chleba i mięsa, najprawdopodobniej pochodzącego od zwierzęcia, którego nazwy Tony nie byłby w stanie wymówić. - Twoim obowiązkiem jest zapewnić sobie jadło, nim ja rozpocznę dzień. Kuchmistrzowie przygotowują strawę dla służby bladym świtem, nim powstaną członkowie rodziny królewskiej. Takie tu panują zasady. Musisz się dostosować, jeśli pragniesz tu pozostać.

- A jeśli nie chcę tu zostać?

- Ta kwestia jest mą decyzją i Wszechojca.

- Znaczy tego z przepaską na oku? Twojego tatusia? - zapytał Tony. Na twarz Lokiego wkradł się ponownie pusty wyraz, jego oczy zdawały się zamglić, gdy milczał przez dłuższą chwilę. Stark zaczął się zastanawiać, czy nie nacisnął na jakiś wrażliwy punkt. Nie jemu było oceniać problemy z ojcami, sam miał ich od groma i trochę, choć Howard już od tylu lat nie żył.

- Tak...mój...ojciec…- Loki wahał się w tej odpowiedzi, wpatrując się tępo w okno, tuż za głową Starka.

- Dobra...to, gdzie znajdę kuchnię? Bo zaraz zejdę z tego głodu. Nie jadłem nic normalnego od dłuższego czasu. Założę się, że nie macie tu żadnych hamburgerów czy shawarmy? Eh, teraz to bym i konia z kopytami wciągnął. - Loki przyglądał mu się z zaciekawieniem, zastanawiając się, czy kiedykolwiek ten mężczyzna umiał być cicho, choćby przez minutę. - No, serio, zjadłbym coś. Może być kawał mięcha, byleby to nie był jeleń. Kiedyś lubiłem Bambi.

- Czy twoje usta kiedykolwiek się zamykają? - Loki przerwał mu paplaninę.

- Tak, kiedy mam coś w nich. - Mimowolnie Stark wzruszył sugestywnie brwiami, kompletnie zapominając o tym, z kim jest w pomieszczeniu. Choć nie, Tony był znany z flirtowania w najdziwniejszych momentach i to z kim popadnie, byleby ten ktoś był atrakcyjny. A Loki był atrakcyjny, niemal bosko atrakcyjny. Jego kruczoczarne włosy w cudowny sposób komponowały się z alabastrową cerą. Zielone oczy, pełne wigoru, teraz wpatrywały się w niego. I różowe, wąskie usta, które się poruszały. Loki coś mówił do niego. Tony szybko otrząsnął się z chwilowego podziwiania Lokiego. I chwała za to bogom, bo inaczej musiałby się gęsto tłumaczyć, czemu nagle jest podniecony. Z drugiej strony, Stark mógł się podniecić teraz wszystkim, nie uprawiał seksu od...dawien dawna.

- Co? - nagle mruknął Stark, gdy przestał rozmyślać o ustach i skórze Lokiego, która musiała być miękka i przyjemna w dotyku.

- Gdybyś był na tyle inteligentny…

- Hej! Jestem geniuszem, tak w gwoli ścisłości - wszedł mu w słowo.

- Doprawdy? Bogowie nie poskąpili ci rozumu, Anthony? A jednak tu trafiłeś. Dlaczego?

- Długa historia. - Tony wzruszył ramionami, wyciągając nogi na podłodze w komnacie.

- Zapewniam cię, iż czas tu nie gra roli. Mam jeszcze go wiele, nim będę musiał udać się na spotkanie z Wszechojcem. Praw o swych dziejach, Anthony.

Więc Tony opowiedział wszystko, co mógł. Począwszy od życia playboy'a i milionera na Ziemi. Przez epizod z Iron Man'em, dalej o wojnie z Chitauri, Red Skullem i Doomem. O tym, jak heroicznie i idiotycznie wleciał w przestrzeń z pociskiem. O tym, jak trafił na Xandar, jak ukradł topór Ronana Oskarżyciela. O tym, jak trafił na Wanaheim, gdy Ronan zdecydował, że lepiej go będzie sprzedać i mieć za niego złoto Asów.

Przynajmniej tyle Tony mógł mu powiedzieć, na tyle pozwalało mu to dziwne magiczne coś, co zrobił mu Thanos, Inny i córka Thanosa, a także Ronan Oskarżyciel, za pomocą halabardy zagłady, którą dzierżył uprzednio Doom w ataku na Ziemię.

Loki przyglądał się Tony'emu przez cały czas, jego oczy skupione na każdym, najdrobniejszym ruchu wykonanym przez śmiertelnika. Wydawał mu się być ciekawym, niecodziennym zjawiskiem, nie tylko dlatego, że był z Midgardu, ale dlatego, że niegdyś był wojownikiem, jak Loki i Thor. Tony również bronił swej ojczyzny, do samego końca, aż trafił do pałacu Asgardzkiego.

- I to cała moja historia. - Tony posłał Lokiemu krzywy uśmiech. - A twoja? Widziałem, jak patrzysz na twojego ojca, normalnie jakby wybił ci pół rodziny, co jest kompletnym idiotyzmem, bo…

- Bo sam zabiłem własną rodzinę. - Oczy Tony'ego otworzyły się w szoku. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. - Nie jestem Asem, Anthony. Nie należę do ich rodu. Pochodzę z Jotunheimu.

- Jotun...czego?

- Jotunheimu, krainy wiecznego lodu i zimy.

- Trochę jak w opowieściach z Narni, koleś. - Loki nie zrozumiał tego porównania. - Taka ziemska książka, nieważne. To nie jesteś taki jak reszta bandy wesołków?

- Bandy wesołków?

- No, jak Obelix, Xena, Robin Hood, Jackie Chan i Blond mięśniak, który siedział obok kapitana przepaski. - Twarz Lokiego wyrażała czystą konsternację. - No wiesz, gruby, dziewczyna, wesoły, czarujący blondyn, cicho-ciemny z kitką i blond osiłek.

- Ah! - żywo powiedział Loki. - Mówisz więc o Volstaggu, Hogunie, Fandralu i Lady Sif. A ten blond osiłek, mięśniak, to jak mniemam mój osłowaty brat, Thor. Jestem wojownikiem, jak oni, ale jestem również magiem, potężnym magiem. Jednak, jeśli pytasz, czyżem jest Asem, jak większość z nich, to rzec muszę nie. Jestem jotunem, choć wychowałem się pośród Asów, naiwnie wierząc, żem jest jak oni. - Loki prychnął sam do siebie, na wspomnienie tego, jak odkrył prawdę o swym pochodzeniu. Choć wciąż nie pogodził się z tym, że go okłamywano przez tyle lat, to nie dawał tego po sobie poznać, zwłaszcza w obecności sługi. Wziął głęboki oddech i wstał z łóżka. - Przygotuj mi kąpiel, odzienie na dzisiejsze spotkanie z Wszechojcem, poskładaj me zwoje z zaklęciami. A jeśli choć jedno z nich zniszczysz, zetnę ci głowę, Anthony.

- Sam se to rób. Nie jestem twoim sługusem!

- Właśnie, że jesteś - odrzekł mu książę, ruszając w jego stronę z palcem wycelowanym w stronę mężczyzny. - I mądrzej dla ciebie będzie, jeśli to zrozumiesz jak najszybciej, nim moja cierpliwość sięgnie zenitu, Midgardczyku.

Nim Tony mógł się odgryźć, przed oczami zatańczyły mu zielone iskry, które oplotły jego ciało. Po chwili Tony znalazł się w łaźni, tuż przed drewnianą balią. Zaskoczony tym, rozejrzał się dookoła, nie było tu nikogo prócz niego samego. Mężczyzna wydał z siebie głośny wark i ruszył w stronę wrót, tylko po to, by odkryć, że są zamknięte. Próbował je pchnąć do przodu, by je otworzyć, ale, albo nie miał tyle siły, albo były czymś chronione. Stark zgadywał, a w zagadkach był całkiem niezły, że to magia Lokiego, w końcu wspomniał, że jest magiem. Mrucząc pod nosem, jaki to Loki jest wredny, Tony ruszył do przygotowania księciu kąpieli. Próbując powtórzyć wszystkie czynności, które wcześniej wykonała Eir, przygotowując kąpiel dla niego, w końcu udało mu się napełnić balię nawet gorącą wodą. Przez umysł przebiegła mu myśl, że może powinien zrobić to na odwrót i nalać lodowatej wody, by odegrać się na Lokim za to magiczne voodoo, ale nie miał takiej sposobności. Ni stąd, ni zowąd, nagle rozległ się za nim głęboki głos Lokiego.

- A jednak potrafisz być moim małym, wiernym sługą, Anthony.


A/N: I jak wrażenia?

W następnym: Loki omylnie rzuca czar na Tony'ego, bo Tony nie umie siedzieć cicho przez pięć minut. I zjawia się Ronan Oskarżyciel wraz z niebieskoskórą towarzyszką, a wraz z tym, Tony rozmawia ze swym panem.

Opinie będą mile widziane.

Intoxic

PS. Zapraszam również do czytania moich oryginalnych opowiadań. Obecnie 'The Great Darkness' bierze udział w konkursie 'Reinvent Reality' na inkitt - link w bio.