Jak wspominałam, pojawia się Ronan Oskarżyciel. A wydarzenia mające miejsce w tym rozdziale, jeszcze będą miały swój wpływ na te późniejsze.
Tak z grubsza, Ronan Oskarżyciel, Thanos, Nebula, Xandar jeszcze się znajdą w opowiadaniu, może nawet dodam Strażników Galaktyki.
Miłego czytania.
- A co tak z grubsza robisz? - Anthony zapytał po raz enty tego poranka. Loki zabrał go ze sobą do studium, w którym trzymał fiolki z magicznymi miksturami przygotowanymi w ciągu ostatnich stu nocy, odkąd został na stałe wypuszczony z celi. Pomieszczenie nie było wielkie, w zasadzie niegdyś stanowiło przechowalnie dziecięcych zabawek jego i Thora, głównie drewnianych mieczy i rzeźbionych w drewnie zwierzątek, którymi Loki uwielbiał się bawić, nim opanował pierwsze magiczne sztuczki.
- Przygotowuję mikstury lecznicze, nim udamy się w podróż.
- Podróż? My? - dopytywał śmiertelnik, chodząc za plecami Lokiego. Jotun był pogrążony w studiowaniu księgi z miksturami, jednak nieustanne pytania i kroki Midgardczyka niezmiernie go denerwowały.
Anthony został jego osobistym sługą trzy midgardzkie miesiące temu. I w ciągu tego czasu, Loki miał ochotę zabić go już niejednokrotnie. Brązowooki mężczyzna był najgorszym sługą, jakiego przyszło posiadać Lokiemu i czarnowłosy często się zastanawiał, czy matka specjalnie nie przysłała go do jego komnaty, by zakpić z niego. Z drugiej strony, pomimo faktu, że Anthony był tak samo irytujący jak Thor, albo i bardziej, Loki nie umiał się go pozbyć. W głębi ducha - choć nie przyznałby się, nawet gdyby grożono mu ścięciem głowy - Psotnik go lubił. Lubił jego cięty język, zwłaszcza w potyczkach z Fandralem. Lubił ten błysk zainteresowania w jego czekoladowych oczach, gdy Loki opowiadał mu o Asgardzie i pozostałych królestwach. A przede wszystkim Loki nie mógł przejść obojętnie obok wyjątkowo atrakcyjnego wyglądu jego sługi. Zwłaszcza teraz, gdy o jego wygląd dba Eir, ubierając go w czerwone i zielone szaty, które bardzo mu pasują, pięknie współgrają z jego ciemnymi oczami.
- Udamy się w podróż na Alfheim i Xandar. Wszechojciec dziś ustali, kiedy tam ruszymy. - Anthony nie był zachwycony tym faktem, skrzywił się, słysząc te słowa. - Jestem twoim panem, Anthony. Wyruszysz tam ze mną. Byłeś wojownikiem na Midgardzie, jak ci idzie walka wręcz?
- Ehhhh… - mruknął Tony, drapiąc się niezręcznie w kark. - Powiedzmy, że gdy miałem swoją zbroję, szło mi całkiem całkiem.
- Zbroję? - zapytał Loki z zaciekawieniem, odrywając wzrok od ksiąg i flakonów i przenosząc go na Midgardczyka.
- No tak, sam ją zrobiłem. Mówiłem już Ci o tym, helloł, Iron Man. - Loki pokiwał głową. Rzeczywiście Anthony wspominał o swoim życiu jako Iron Man, tuż nim trafił w przestrzeń i przybył do Asgardu. - Szkoda, że tu w waszej Nibylandii nie ma żadnych mocnych metali, już dawno bym sobie zrobił nową.
- Och, ale mocne metale, jak to ująłeś, są na Nidavellirze. Tam również się udamy. - Tym Loki zakończył ten temat i zamknął księgę magiczną. Wyszeptał pod nosem zaklęcie i po chwili księga uniosła się w powietrzu i poleciała wprost na trzecią półkę od góry na drewnianym regale, gdzie wcisnęła się między księgę zaklęć Friggi i księgę o magii Alfów. Loki wyprostował się na fotelu, pokrytym czerwoną, miękką tkaniną i zwrócił się ponownie do Tony'ego. - A teraz, zaklinam cię na wszystko, w co wierzysz….
- Jestem niewierzący, tak przy okazji. - wtrącił brązowooki od niechcenia. Loki uszczypnął się w czubek nosa, by nie wyrwać języka Tony'emu. Powoli jego przerywanie i gadanina działała mu na nerwy.
- Tobie chyba nie zamykają się nigdy usta, Anthony. A teraz, zaklinam Cię, nie wydawaj z siebie żadnego dźwięku, bowiem muszę się skupić na trudnym zaklęciu.
- Co to za zaklęcie? - mężczyzna ponownie się odezwał nieproszony. Loki posłał mu wymowne spojrzenie, nim odpowiedział. - Hej, a przy okazji. Jesteś czarodziejem, prawda?
- Jestem magiem.
- A masz różdżkę? - nieme pytanie malowało się w zielonych oczach półboga. - Taką jak Harry Potter? Masz czy nie?
- Zapewniam cię, że do rzucania zaklęć nie potrzebna jest jakaś tam różdżka. Starczy wiedza i magiczne zdolności. A teraz - zrobił przerwę, wciągając głośno powietrze - nic nie mów, a najlepiej to wyjdź z komnaty. Zawołam cię, gdy ukończę zaklęcie.
Tony posłusznie zamknął usta, usiadł na zimnej podłodze w kącie i wpatrywał się w proste plecy Lokiego. Czarnowłosy mężczyzna był mocno skupiony na zaklęciu, które tworzył - w gruncie rzeczy Tony nie miał pojęcia, co to za zaklęcie, Loki mu nic nie powiedział. A Starka zżerała ciekawość. W końcu był człowiekiem nauki, ciekawość nowych rzeczy to jego druga natura. By nie wytrącić księcia ze skupienia, zaczął cicho mruczeć 'Shoot to Thrill', swoją ulubioną piosenkę. Miał nadzieję, że to powstrzyma go od ponownego odezwania się, ale jego ciekawska natura i wszech-uwielbienie własnego głosu wzięło górę.
- No to powiedz, co to za zaklęcie? - W skali od jednego do dziesięciu, to, co stało się w następnej chwili, byłoby na miejscu siódmym, według Tony'ego. W chwili, gdy tylko ponownie otworzył usta, cała postura Lokiego natychmiast się napięła, a sam mężczyzna - prawdopodobnie nieświadomie, choć może i było to świadomie, w akcie zemsty - odwrócił się naprędce do Tony'ego i obrzucił go swoimi zielonymi iskrami.
A potem przed oczami Starka zatańczyło tysiąc gwiazd - tym razem w złym znaczeniu - i osunął się na podłogę, pozwalając, by otoczyła go ciemność.
Loki spoglądał z przerażeniem w oczach na osuwającego się Anthony'ego. Z końców jego palców nadal wydobywały się resztki jego sediru.
- Na brodę Odyna - westchnął, wstając z krzesła. Podbiegł do midgardczyka i klęknął obok jego nieruchomej formy. Loki przyłożył palce do jego szyi i wyszukał pulsu. Szczęśliwie, odnalazł go po chwili. Psotnik zaczął delikatnie klepać człowieka po twarzy z jednej i z drugiej strony, próbując go wybudzić. - Anthony, Anthony.
- Mmmggmgh - nieokreślony dźwięk wydobył się z ust sługi. Zaczął mrugać obojgiem oczu, zbyt szybko, by cokolwiek zarejestrować.
- Anthony. - Otworzył szerzej oczy i wpatrywał się w Lokiego, z dziwnie przyjemnym uśmiechem.
- Umarłem i trafiłem do nieba? A ty jesteś moim pięknym, czarnowłosym aniołem? - Ten anioł wpatrywał się ze zmartwieniem wymalowanym w magicznych zielonych oczach. Tony nie chciał, aby jego Anioł martwił się o niego. Wyciągnął dłoń w górę i przystawił ją do wyjątkowo chłodnego policzka anioła i musnął go. - Jesteś taki piękny.
- Anthony! Obudźże się z tego otępienia! - O dziwo ten głos był znajomy mężczyźnie, bardzo znajomy, jakby go wielokrotnie słyszał w przeszłości. - Wróć do mnie, ty głupcze!
Powoli wszystko stawało się coraz wyraźniejsze dla Tony'ego. Pokój wypełnił się ciemnymi kolorami, dookoła było pełno drewna. Tuż nad jego twarzą pochylała się blada twarz, otoczona gęstymi, długimi, kruczoczarnymi włosami. Oczy o odcieniu elektryzującej zieleni, wpatrywały się w niego z intensywnością, zmartwieniem i zdenerwowaniem. Tony rozpoznał, że to Loki, a nie żaden anioł. Wtedy to też do niego dotarło, co się stało.
- Niefajnie, Loki, niefajnie - mruknął, podnosząc się ostrożnie z ziemi. Loki natychmiast ruszył mu na pomoc. Chwycił Tony'ego pod ramiona i uniósł go nad ziemię, co nie było trudne, zważywszy na niski wzrost mężczyzny. Poprowadził go do krzesła, na którym sam uprzednio siedział i posadził go, sam klękając przed nim. Nadal wpatrywał się w niego, próbując odnaleźć jakikolwiek ślad uszczerbku na zdrowiu Midgardczyka, spowodowanego zaklęciem. W gruncie rzeczy to wina Anthony'ego, to on nie umiał trzymać zamkniętych ust, choćby przez chwilę, gdy Loki mu to nakazał. - Co to było?
- Zaklęcie powstrzymujące magię. Próbowałem je na nowo ułożyć, by dodatkowo obezwładniało przeciwnika. A ty nie umiesz siedzieć cicho, Anthony!
- Hej! - odwarknął, gdy Loki poderwał się z ziemi i zaczął przechadzać się po pokoju. - Nie moja wina, że nie jesteś superaśnie dobry w tym całym twoim voodoo!
- Jestem wybitny w magii - odparł oburzony tym stwierdzeniem Loki. Był najlepszym magiem, tuż po swojej matce, we wszystkich dziewięciu królestwach. Jak ten śmiertelnik mógł sądzić, że Loki nie jest 'dobry'. - A teraz opuść studium. Spotkamy się pod salą tronową, gdy przybędzie przedstawiciel Xandar. Idź, Anthony.
- Dobra, Harry Potterze. - Tony wyszedł z komnaty, zatrzaskując za sobą drzwi, najmocniej jak potrafił. W odpowiedzi usłyszał tylko, wrzask Lokiego, że nie trzaska się wrotami.
Tego popołudnia Tony siedział po turecku na podłodze, pod salą tronową, kończąc jedzenie kawałka dobrze upieczonego gołębia – przynajmniej tak sobie wmówił to Stark, gdy podano mu ptaka pochodzącego z jakiegoś tam królestwa blablablaheim. Loki już czekał w środku, wraz z Thorem, z nową dziewczyną Thora, której Tony jeszcze nie widział, ale już pół pałacu plotkowało o jej ziemskim pochodzeniu i o tym, że to nieodpowiednia kandydatka na przyszłą królową Asgardu. W środku również przebywał Odyn, trójka wojów i Lady Sif, a także członkowie Starszyzny - dla Tony'ego to była banda zgredów, którzy i tak mieli niewiele do powiedzenia, w kwestii rządzenia wszechświatem. Czekali na przedstawiciela Xandar - Tony był niemal pewien, że zobaczy tego dnia Ronana Oskarżyciela, bo kto inny mógł przybyć na oficjalną wizytę do złotego królestwa?
I się nie pomylił. Niedługo po tym do pałacu przybył Ronan wraz z niebieskoskórą kobietą. Tony natychmiast w niej rozpoznał Nebulę, córkę Thanosa. Córkę jego pana.
- Ziemianinie - syknęła do niego, przywołując go do siebie ruchem dłoni. Kobieta omiotła go przeszywającym wzrokiem, jakby chciała odczytać jego myśli. Nebula była przedziwną istotą. Była ładna, szczupła, uzbrojona i bardzo przerażająca. Na sam jej widok Tony przełknął mocno ślinę i ociąganym krokiem podszedł do niej i Ronana.
- Taaak? - jęknął niepewnie, przestępując z nogi na nogę.
- Jak się sprawujesz? - zapytał tym razem Ronan, w momencie, gdy wrota od sali tronowej się otworzyły i wystąpił z niej Loki wraz z Thorem. - Książęta Asgardu, przesyłam wam pozdrowienia z Xandar.
- Ronan Oskarżyciel - Loki mruknął, mierząc go wzrokiem. Gdy dostrzegł spojrzenie, które Nebula posyłała jego Anthony'emu, uniósł brew w niemym pytaniu. Tony natychmiast oderwał wzrok od kobiety i spuścił wzrok, przesuwając się w stronę obu książąt. Stanął za Lokim, trochę zbyt blisko niego i poczuł ten nienaturalny chłód bijący od jego szczupłego ciała.
- Witajcie przybysze! - głęboki i głośny głos księcia Thora rozszedł się po korytarzach pałacu. Tony nie zapałał przyjaźnią do blondyna, może było to efektem tego, że Loki wiecznie na niego narzekał, a Tony w końcu spędzał zbyt dużo czasu z zielonookim. Thor wydawał mu się bardzo podobny do Odyna, a jego to już Tony z pewnością nie lubił, głównie przez jego dziwne spojrzenia, które mu posyłał za każdym razem, gdy Tony śmiał się i zachęcał Lokiego do robienia sztuczek przy stole. Cóż, Stark lubił magiczne sztuczki księcia, nawet, jeśli innych one wkurzały. - Wszechojciec już czeka. Spotkanie czas rozpocząć.
Koniec końców Tony nie dowiedział się, o czym debatowali w sali tronowej. Loki nie chciał puścić pary z ust. Gdy tylko książę wrócił do swej komnaty, nakazał przygotować sobie kąpiel i w mgnieniu oka zasnął, nawet nie dając reprymendy Tony'emu za to, że śmiertelnik niechcący porozrzucał jego zwoje z zaklęciami na podłodze.
Gdy Tony położył się na swoim pseudo łóżku - dwie skóry zwierzęce, ogromna poduszka i kawałek grubego materiału w kolorze zielonym do nakrycia (właściwie to mógł wrócić do pomieszczenia dla służby, ale oficjalnie był nałożnicą księcia, więc jego obowiązkiem było zostać z księciem każdej nocy) - nagle poczuł dziwne ciepło na całym swoim ciele. Ciepło to ogarnęło go w całości i powoli pozwalało zatopić mu się w śnie.
Obudził go chłód ogarniający jego ciało. Wywołał w nim dreszcze od stóp do głów. Powoli otworzył oczy, będąc niepewny, czy jest to kolejny koszmar z gatunku tortur na planecie Thanosa, czy wspomnienie z Afganistanu. Stark natychmiast rozpoznał zimne, ziemiste miejsce, pełne skał. Nie była to jaskinia, nie. Znów śniło mu się królestwo Thanosa.
- Witaj, mój mały sługo - mocny głos dobiegł jego uszu, poprzedzając chwycenie jego koszuli przez coś. Owo coś okazało się być fioletowawą, dużą, grubą ręką, z dłonią ukrytą w złotej rękawicy z sześcioma dziurami. W jednej z dziur znajdował się żółty, owalny, niewielki kamień, który teraz dziwnie świecił, gdy Thanos trzymał go za front odzienia.
- Thanos. - Tony wypuścił powietrze, którego nawet nie wiedział, że wstrzymywał.
- Mój mały sługa. - Thanos przesunął swoją dłoń na tył głowy Tony'ego i mocno ścisnął. Śmiertelnik syknął z bólu, próbując wyswobodzić się z ręki kosmity, ale uścisk Thanosa był zbyt silny. - Chyba nie chcesz zawieść swego pana, prawda? Przynieś mi Tesseract!
- Pracuję nad tym, do cholery! Jestem bardzo blisko księcia Lokiego, zmuszę go do pomocy w wykradnięciu tego szajsu!
- Oby tak było, Ziemianinie. - Thanos puścił głowę Tony'ego, przez co ten drugi padł na kolana wprost przed nim. Spojrzał na fioletowego, ogromnego mężczyznę spod wachlarza rzęs. Jego brązowe oczy wypełnione były gniewem. - Nie chcesz mnie zawieść, bowiem ja nie jestem miłościwy dla zdrajców i tych, którzy nie wypełniają rozkazów. Przyniesiesz mi Tesseract. Wkrótce. A potem zdobędziesz dla mnie pozostałe kamienie nieskończoności, mój mały sługo.
Tony wpatrywał się jeszcze przez chwilę w zimne oczy Thanosa. Gdy ten drugi mroził go wzrokiem, Stark poczuł ból w głowie - jakby ktoś mu wiercił dziurę w mózgu. Thanos nachylił się do niego, jeszcze raz łapiąc go za kark.
- Przynieś mi Tesseract!
- Tak jest, panie.
A/N: I jak wrażenia?
W następnym będzie trochę przyjemnie, trochę uścisków i może nawet pocałunek!
Nie jestem pewna, kiedy dam następny, z racji tego, że obecnie pracuję nad nowym opowiadaniem o podobnym temacie.
Opinie będą mile widziane.
Intoxic
