Czas biegł nieubłaganie. Nieodparta chęć władania galaktyką narastała z każdą chwilą. Kamienie go wzywały. Czuł ich rosnącą moc.
Musiał je mieć. Wszystkie.
Pierwszy był kamień umysłu, który odzyskał z Ziemi. Nie pozwolił, by śmiertelnicy poznali moc obiektu i użyli go do własnych, małostkowych celów. Musiał się nie lada natrudzić, by odzyskać kamień i berło z więzienia, w którym osadzono jego sługi Red Skulla i Dooma. Do tej pory słyszał wspaniałe dźwięki konania śmiertelnego czarownika, gdy wbijał mu ostrze berła w serce. Przede wszystkim nienawidził porażki. A ludzie go zawiedli. Jednak Fatum zdawało się znów spojrzeć na niego przychylnie i podesłać mu sługę, który w końcu spełni jego oczekiwania.
Śmiertelnik zwany Iron Manem. Słyszał o nim, w zasadzie to wyciągnął informacje o nim ze słabego umysłu Dooma, tuż przed jego śmiercią. Iron Man był silnym osobnikiem na Ziemi, choć tak naprawdę to nie jego siła była jego atutem, a jego magiczny obiekt w piersi. Tytan zauważył go już pierwszego dnia, gdy wrzucił człowieka do celi, w swoim królestwie. Jego mechanizm śpiewał, nawoływał Thanosa. Musiał być głęboko związany z Tesseractem, który spoczywał teraz w skarbcu Asgardu.
Ze wszystkich swoich sług, pomijając Innego, Thanos był zadowolony z działań Iron Mana. Mimo faktu, że jego kradzież kostki szła mozolnie, człowiek nie przestawał dążyć do celu. Thanos to wiedział. Kontrolował myśli Iron Mana. Wpływał na niego za pomocą kamienia mocy.
Jednak nie wszystko było takie kolorowe, jakby mogło się zdawać.
Od pewnego czasu, coraz ciężej było mu sprawować kontrolę nad sługą. Nie był pewien dlaczego. I musiał przyznać, że początkowo go to irytowało. Nie miał pojęcia, dlaczego jego wpływ przestaje działać. A wtedy śmiertelnik zaskoczył go. Sam się z nim skontaktował. Niekoniecznie przekazując dobre wieści.
Ronan Oskarżyciel zdradził.
Thanos podejrzewał Kree o dwulicowość już od pewnego czasu. Jego droga córka Nebula mu o tym donosiła, lecz dopóty nie miał dowodu na jego zdradę postanowił nie działać wcześniej. Jednak zewsząd napływające szepty o jego podwójnej grze - ponadto jego druga córka, Gamora, również szukała Oskarżyciela w związku z niedawnymi atakami na Xandar - popchnęły Thanosa do dania wiary słowom śmiertelnika.
Ruszył na Dark Aster i odkrył prawdę. Wyczuł moc kamienia na statku.
- To kłamstwo! - krzyknął, gdy Thanos trzymał ostrze berła na jego tętnicy. - On kłamie!
- Gdzie jest mój kamień?! Uważasz, że możesz robić ze mnie głupca?! Gdzie jest kamień mocy?!
- Ta dziwka musiała mi ukraść! - wydusił z siebie, gdy Thanos rozciął mu klatkę piersiową. Jeszcze chwila i wyrwie mu serce. - Odzyskam ten kamień i ci go oddam, Panie.
- Masz dwa dni albo tym razem, wyrwę ci serce.
Teraz pozostało mu czekać na zwrócenie kamienia mocy i na Iron Mana, który miał mu wkrótce przynieść Tesseract. Thanos mu przyrzekł, że jeśli nie dostarczy mu kamienia przestrzeni, zabije go. Tytan i tak planował jego śmierć, gdy już przestanie mu być potrzebny. W odpowiedniej chwili pozbędzie się wszystkich swoich wrogów.
Thanos nie ufał żadnemu z nich, jednak musiał ich wykorzystać do swojego celu. Bowiem nikt inny nie mógł rządzić galaktyką.
Tylko on będzie Wielkim Imperatorem Galaktyki.
I zrobi wszystko, by osiągnąć swój cel. Bez względu na to, jak wiele istot straci życie.
Było coś frasującego w Anthonym, gdy po raz drugi wrócił z Dark Aster. Jednak Loki, mimo swej całej przebiegłości i wrodzonego talentu do wyczuwania kłamstw na kilometr, nie mógł tego rozgryźć. Jego sługa zdawał się inny, choć nic się w nim nie zmieniło. Jego umysł tak samo bystry, jak wcześniej. Ciało to samo - właściwie to nie do końca. Tony miał obecnie kobiecą formę, która była elementem jego planu uwiedzenia Ronana Oskarżyciela, w celu wyciągnięcia informacji na temat kamieni nieskończoności. Loki musiał przyznać, że pomimo tego, iż nowe ciało Tony'ego było nieskazitelnie piękne, to jemu brakowało męskiej formy śmiertelnika.
I chyba nie tylko jemu.
- Kurwa, zrób coś, Loki! Krwawię jak zarzynany świniak. - Ach tak. O poranku, Loki został obudzony bardzo głośnymi jękami i przekleństwami wychodzącymi z ust Anthony'ego. A gdy tylko otworzył oczy, został natychmiast zaskoczony krwią wydobywającą się spomiędzy ud człowieka. - Ja pierdzielę, co to ma by… O kurwa… - Tony wyszedł z małej łaźni w pokoju motelowym i spojrzał na niego spod byka. - Przypomnij mi, żebym nigdy więcej nie zamieniał się w kobietę, ok?
- A więc wiesz, co jest przyczyną owego krwawienia? - Loki wskazał na czerwoną strużkę wolno spływającą po wewnętrznym udzie Midgardczyka. - Nie zraniłem cię poprzedniej nocy?
- Nie. O dziwo to nie twoja...w zasadzie, to twoja wina. To ty mnie zamieniłeś - mruknął, opadając na łoże. Natychmiast przykrył swoje nogi szarawym prześcieradłem. - Najwyraźniej twoje voodoo, znaczy ta twoja miksturka, zrobiła ze mnie prawdziwą kobietę, Rudolf. Ziemiankę. I właśnie dostałem okres. Paskudna sprawa. Pamiętam, jak Pep zwijała się raz z bólu...rany… - złapał się za podbrzusze. Loki natychmiast znalazł się obok niego, gotowy, by ulżyć swojemu ukochanemu słudze. - Weź, machnij jakieś zaklęcie, co? Odwdzięczę się w nocy.
Wzruszył sugestywnie brwiami.
Loki pokiwał głową i wsunął w niego palce, bacznie obserwując grymas, który wystąpił na twarzy brązowookiego. Szepnął zaklęcie i wycofał swoje palce, posyłając nieme pytanie drugiemu mężczyźnie. Tony wstał z łóżka i stanął na środku pokoju. Stał tam przez kilka chwil, w ciszy, jakby czekając na coś, co się nie zdarzyło.
Uśmiechnął się szeroko.
- Czasem twoje voodoo jest nawet przydatne.
- Moja magia jest zawsze pomocna, moja gwiazdo.
Loki wstał i magią przyzwał swą asgardzką zbroję. Tony spojrzał na niego, unosząc brew w zapytaniu. Mag wyczarował dla niego suknię - tym razem bardziej wyszukaną, prosto z kolekcji sukien, które pozostały po jego matce - Loki sprzeciwił się pozbycia się jej odzień, chciał je zachować na pamiątkę, nawet jeśli było to bolesne. Gdy już oboje wyglądali przyzwoicie, Loki przyzwał Tony'ego do siebie. Gdy śmiertelnik znalazł się w zasięgu jego ręki, mag porwał go w swoje objęcia i kazał mocno się trzymać.
Czekała ich mała podróż.
- Heimdallu, otwórz Bifrost! - W okamgnieniu poświata Bifrostu wciągnęła ich w swój bezkres. Loki był przyzwyczajony do jego działania, w przeciwieństwie do Midgardczyka. Tony wtulił się w jego pierś, zaciskając ramiona wokół jego pasa. Oczywiście mag tego nie odczuł, w końcu był potężną istotą.
Podróż mostem trwała kilka chwil. Nim się spostrzegli stali pośrodku pustynnego terenu. Wokół nich nie było nic, dopiero gdzieś w oddali dało się dostrzec krańce dachów jakichś domostw. Zaskakujące, poprzednim razem, gdy tu był, miejsce było bardziej chaotyczne.
- Co to? Alfheim znowu? - zapytał Tony, odklejając się od zielonookiego. Midgardczyk rozejrzał się po przybytku - Trochę tu piaskowo.
- Cóż, mogłem przenieść nas w bardziej fortunne miejsce - westchnął Loki, kładąc dłoń na ramieniu Anthony'ego. - Pragnąłem nas przetransportować do ostatniego miejsca, które tu zwiedził…
- Ej! Ruszcie tyłki, stoicie na samym środku! - rozległ się jakiś głos za nimi. Oboje odwrócili się i dostrzegli człowieka, mężczyznę z białymi włosami. Głowę miał wystawioną przez okno jakiegoś czerwonego pojazdu. Loki był pewien, że mrozi ich wzrokiem przez swoje ciemne szkła na oczach. - Dalej! Dalej!
- Chwilunia…- Tony zaczął, przyglądając się mężczyźnie. - Ja pierdzielę! To samochód! Ziemia! - Jego oczy otworzyły się w zdumieniu, a chwilę później przeniósł wzrok na Lokiego. Na ustach malował mu się piękny uśmiech. - Midgard! Jesteśmy na Ziemi?
- Tak - potwierdził mag, nim śmiertelnik wskoczył na niego, owijając nogi wokół jego bioder. Tony zarzucił ramiona na szyję Lokiego i wpił się w jego usta. - To moja niespodzianka dla ciebie, moja gwiazdo.
- Dziękuję! Dziękuję! - mówił między pocałunkami. Oboje ignorowali krzyki mężczyzny wymieszane z dziwnymi dźwiękami, wydobywającymi się z jego pojazdu.
Okazało się, że miejsce, do którego zabrał ich Loki, było nieopodal miejsca, gdzie poprzednio mag zesłał Destroyera na swojego brata. Co nie umniejszało faktu, iż znajdowali się w odludnym miejscu, w którym nie znajdowało się prawie nic. Jednak Loki w miarę szybko naprawił ten mankament. Dzięki żywym wspomnieniom Tony'ego, które śmiertelnik mu przekazał za pomocą prostego zaklęcia łączącego umysły. Co prawda w przypadku jego sługi to zaklęcie okazało się trudniejsze do rzucenia, bowiem istniała jakaś blokada w jego pięknym umyśle, taka, którą Lokiemu było ciężko pokonać. Mag nie wiedział, co go blokowało, ale przypuszczał, iż po prostu umysł człowieka jest nad wyraz rozwinięty. Jednak po kilku chwilach miał nikły dostęp do środka głowy Anthony'ego, który teraz był wypełniony obrazami świetlnego miejsca na Midgardzie.
Miejsce było chaotyczne i było w nim pełno ludzi. Wszędzie roiło się od Midgardczyków. Poruszali się tak szybko, jak mrówki w gniazdach. Loki przyglądał się temu z grymasem na twarzy, w przeciwieństwie do Tony'ego. On patrzył na wszystko z podziwem i zachwytem. Loki słyszał westchnięcia wychodzące z jego ust, westchnięcia zadowolenia.
A więc niespodzianka się udała, pomyślał Loki. To ucieszyło maga, od dawna chciał sprawić przyjemność swojemu ukochanemu słudze. Bardzo mu zależało na jego szczęściu, może nawet bardziej niż na swoim. Ostatnimi czasy Jotun zastanawiał się, kiedy dokładnie jego serce zabiło mocniej dla śmiertelnika. Czy było to tuż po ich pierwszym zbliżeniu? Czy może po śmierci jego matki, gdy Anthony objął go czułą opieką?
Kiedykolwiek to było, Loki teraz był niemal pewien, iż kompletnie oddał swe serce młodemu Midgardczykowi.
- Oh! To kiedyś była moja wieża - nagle z zamyślenia wyrwał go kobiecy głos jego sługi. Cóż, Tony nadal pozostawał w żeńskiej formie. Eliksir pewnie zadziała z opóźnieniem jak poprzednim razem. Loki podążył za smukłą, karmelową dłonią Anthony'ego. Wskazywał na wysoki, niemal cały szklany budynek z wielką, czerwoną literą 'A' na szczycie. - Ciekawe, do kogo teraz należy. Chodź!
Tony pociągnął go za ramię w stronę szklanych drzwi. Przez chwilę coś majstrował przy prostokącie wypełnionym białymi przyciskami. Jednak przez chwilę nic się nie działo. Aż nagle odezwał się jakiś elektroniczny, męski głos.
- Odejść z posesji!
- JARVIS? - Tony powiedział do powietrza. - JARV, stary druhu, wpuść tatusia.
Tatusia? Anthony ma dzieci, tu na Midgardzie?
- Proszę natychmiast odejść z posesji - po raz kolejny powiedział do nich głos. - Nieautoryzowanym wstęp wzbroniony.
- To ja, Tony - mruknął ponownie. - Może zapomniałeś, ale to ja cię stworzyłem, kolego. No dalej, wpuść mnie, Jarvis.
- Niech pani odejdzie z posesji - powtórzył. - Nim naślę na panią i pani towarzysza ochroniarzy Stark- Potts Industris.
- Pepper jest teraz właścicielką? - zastanawiał się, po czym uderzył się w czoło. - Racja, ona nadal figuruje w moim testamencie, tak samo, jak Rhodes.
Nagle szklane drzwi się rozsunęły. Tony bez zastanowienia wciągnął Lokiego do środka, do jakiegoś ogromnego holu. Wszystko tu było metalowe, zimne i bez wyrazu. Prawie jak złoto Asgardu. Przytłaczające.
- Nie ma was w żadnych oficjalnych bazach danych. Wasze imiona?
- Jarv, to ja, Tony Stark, a to mój… - Tony niepewnie spojrzał na Lokiego, nim ponownie się odezwał - znajomy, Loki Odinson.
- Tony Stark nie żyje od przeszło dwunastu lat. - To wyraźnie zdziwiło Midgardczyka. - Kim jesteście?
- Jarvis… - zaczął ponownie, opierając się plecami o klatkę piersiową Lokiego. - To naprawdę ja, tylko mam inne ciało. Może to ci pomoże… Loki cofnij tę iluzję… - Mag wykonał szybki ruch nad klatką piersiową Tony'ego, a po chwili zostali oślepieni poświatą wydobywającą się z reaktora łukowego. - Widzisz, Jarv? To ja, Tony.
- Sir? - odezwał się znów ten bezformowy głos. Loki począł się zastanawiać, kim jest ów Jarv i gdzie się teraz znajduje. Jego magia nie wyczuła żadnych ludzkich organizmów w całej wieży. Nagle ze ściany wysunął się jakiś płaski kwadratowy ekranik. Wyglądało to jak kontroler, bardzo przypominający ten na statku Mrocznych Elfów. Tony najwyraźniej wiedział, co to jest i do czego to służy. Podszedł do ściany i położył swoją dłoń na ekranie. Coś zapikało i pojawiły się na ekranie zielone punkty. A chwilę później, znów usłyszeli Jarvisa. - Ale jak to możliwe, Sir? Pan… Pan nie żyje. T.A.R.C.Z.A. ogłosiła pański zgon dwanaście lat temu.
- Dwanaście? Tyle lat minęło...rany...musiało się tu nieźle pozmieniać - mówił. - Jarvis, tęskniłeś za mną?
- Oczywiście, Sir.
- Kłamczuch. - Na twarzy Midgardczyka pojawił się zawadiacki uśmiech. - To, Jarv, opowiadaj, co się zmieniło? I kto tu teraz rządzi.
- Doktor i Pani Banner. Właśnie wrócili, sam może pan z nimi porozmawiać.
- Pani Banner? - dopytał Tony. - Z kim nasz groszek się ożenił? Znam ją?
- Och tak - odpowiedział Jarvis. - To agentka Natasha Romanow-Banner.
Tony obrócił się ponownie do Lokiego z uśmiechem na twarzy.
- Możemy tu zostać kilka dni? - Mag pokiwał głową twierdząco, otaczając go ramieniem w pasie. - Przynajmniej odpoczniemy trochę od tych pieprzonych kamieni, nim znowu zaczniemy ich szukać. - Na to, Loki westchnął ze zrezygnowaniem. - Nie przejmuj się, Rudolf, znajdziemy je. Zaufaj mi.
O tak, Loki ufał, że znajdą kamienie, prędzej czy później. Ufał także, iż jego umiłowany sługa pomoże mu w tym zadaniu. W końcu Anthony jest jego wiernym, małym sługą, który zawsze pomaga swemu ukochanemu panu.
Tylko wtedy nie wiedział, jak bardzo się wtedy mylił.
A/N I jak wrażenia?
W następnym kilka wyznań i zobaczymy Hulka w akcji!
W gwoli wyjaśnienia, próbowałam wyjaśnić dlaczego Loki nie podejrzewa jeszcze niczego i dlaczego Thanos uwierzył Tony'emu. Aczkolwiek nie wiem, czy dość dobrze to wyjaśniłam, niemniej jednak, myśli Lokiego jeszcze się pojawią.
Opinie będą mile widziane.
Intoxic
