Tony biegł, na tyle szybko na ile mógł, będąc w ósmym miesiącu ciąży - tak pi razy oko, wyliczył. Dyszał, z trudem łapiąc powietrze w płuca. Korytarz prowadzący do skarbca zdawał się o wiele dłuższy, niż Tony go zapamiętał. A może to tylko złudzenie?
- Szybciej! - krzyknęła za nim Eir. Alfka ubezpieczała go, jak najlepiej mogła.
Gdy tylko opuścili komnatę Lokiego, kobieta ogłuszyła dwoje strażników przed drzwiami, przygotowaną wcześniej miksturą. Każdego, kogo napotkali na swej drodze, także traktowali kroplami eliksiru, sporządzonego z ziół, zebranych na Alfheim. Eir udała się tam pod osłoną nocy, za pozwoleniem księcia Lokiego, z misją przywiezienia ziół, które mają ulżyć w koszmarach Tony'ego.
Gdzieś w oddali usłyszeli tupot stóp. Heimdall musiał już wezwać straże, musiał dostrzec ich plan, gdy tylko wybiegli z komnaty. Początkowo Eir chciała ich przetransportować do skarbca, jednak oboje z Tony'm stwierdzili, iż jej magia przyda im się na później.
- Przecież biegnę!
W końcu dotarli do skarbca. Na podestach stały dwie niebieskie szkatuły, które rzucały światło na Tony'ego i Eir.
Mój Panie, przybyłeś po mnie. Zabierz mnie stąd.
Stark ponownie słyszał w swojej głowie ten głos. Zaczął się zbliżać do Tesseraktu. Czuł przyciąganie kamienia i pozwolił mu w całości przejąć nad sobą kontrolę.
Położył dłonie na kostce, czując jak jej magia powoli zaczyna przepływać przez jego ciało, wprost do reaktora łukowego. Każda cząstka jego ciała wypełniała się mocą Tesseraktu. Z każdą chwilą czuł jego potęgę, czuł się silniejszy.
- Tony… - usłyszał przerażony głos Eir. Chwycił Tesserakt w dłonie i obrócił się do kobiety. Tuż przed nią stał wysoki na pięć metrów metalowy robot, z płonącymi oczyma.
- Niszczyciel. - Stark uniósł kostkę w górę, na wysokość podbródka. W tym samym czasie maszyna wycelowała w nich swój promień. Jednak Tesserakt i Tony byli szybsi. Śmiertelnik strzelił promieniem Tesseraktu wprost w sam środek Niszczyciela. Na jego oczach, maszyna zmieniła się w kupkę popiołu.
Potężna fala mocy Tesseraktu przepłynęła przez serce i reaktor w piersi Tony'ego. Poczuł ostry ból w sercu, jakby ktoś przebijał je sztyletem. Krzyk wydostał się z jego ust, gdy upuszczał Tesserakt na ziemię. Tony padł na kolana, łapiąc się za reaktor i próbując odetchnąć.
- Tony! Tony! Tony! - Słyszał spanikowany głos Eir nad sobą. Chciał jej coś odpowiedzieć, ale nie mógł. Czuł, że jego ciało się pali. Przerażenie ogarnęło jego umysł.
- Muszą być jeszcze w skarbcu! - usłyszeli zza drzwi. Po chwili do środka wparowało pięciu strażników z Lokim i Thorem na czele.
- Tony! - wrzasnął mag, materializując się tuż przed nim. - Odłóż Tesserakt, a nic ci się nie stanie.
- Za późno - sapnął, zaciskając dłonie na kostce. - Kocham Cię. I robię to dla ciebie.
- Brać ją - rozkazał Thor swoim strażnikom. - Wtrącić oboje do lochu.
- Tony… - Eir zbliżyła się do śmiertelnika. Tony chwycił ją za rękę. Zamknął oczy i pomyślał o jedynym miejscu, w które teraz mogli się udać. Czuł, jak magia Tesseraktu aktywuje się w jego ciele. Głośne krzyki Thora i Lokiego z każdą sekundą stawały się cichsze, aż w końcu zamarły.
Stark miał ochotę wyrzygać swoje wnętrzności, jak wtedy, gdy pierwszy raz podróżował Bifrostem. Cała licha kolacja, którą pochłonął - dla dobra Frey'a - podeszła mu do gardła. Nie wytrzymał. Zwymiotował, cudem omijając swoje stopy. Eir podtrzymywała jego słabe ciało, mamrocząc coś do siebie w języku Alfów.
- Musimy się ukryć - powiedziała, przykładając dłoń do jego brzucha. - Nie wiem, na jak długo jestem w stanie zamaskować nas i Tesserakt. Nie wiem także, czy książę Loki nie będzie w stanie wytropić nas przez dziecię.
- Miejmy nadzieję, że nie - wymamrotał Tony, masując brzuch. - Frey, kopnij dla mamy i daj znać, że wszystko jest w porządku. - Jego syn posłusznie kopnął. - Z małym wszystko dobrze. Możemy ruszać.
- Mój nauczyciel udzieli nam schronienia na tę noc. Nabiorę sił - wyjaśniała - i o świcie wyruszymy dalej. Tony. - Spojrzał na nią z zapytaniem w oczach. - Jesteś pewien swojego planu?
-Nie - oświadczył pewnie, wsuwając zmniejszoną wersję Tesseraktu do środka reaktora - ale tylko to nam pozostało, jeśli chcemy nadal żyć.
Tony opracował plan już kilka nocy temu, tuż po nawiedzeniu jego snów przez Thanosa. Z Alfheim, Eir zabierze ich na Ziemię, gdzie Tony zabierze kamień mocy. Później, posiadając moc dwóch kamieni, spróbuje odnaleźć pozostałe cztery. Jeden z nich, kamień umysłu, ma z pewnością Thanos. Inaczej nie byłby w stanie wcześniej kontrolować Tony'ego. Jednak Stark był pewien, iż posiadając większość kamieni, odzyska również kamień mocy. A wtedy stanie się Imperatorem Galaktyki…
Nie! - Otrząsnął się z chwilowego otępienia. - Wtedy ocali Lokiego, Frey'a, Eir i całą galaktykę.
- To już niedługo - usłyszał głos przyjaciółki. - Mój nauczyciel mieszka w pustelni, w świętym lesie.
- Święty las? Trochę zalatuje mi to Asteriksem i Obeliksem - zaśmiał się.
- Słowo święty oznacza coś innego w moim języku. To coś czystego i niedostępnego dla zwykłych… istot. - Tony wszedł za nią do lasu, ogarniętego ciemnością. Czarne niebo pozbawione było gwiazd i księżyca. Mgła unosiła się nad ziemią, sięgając ich kolan. Trąciło to tanim horrorem, ale naturalny instynkt dał mu się we znaki. Zaczął się bać. Nie o siebie, ale o Frey'a i Eir. Co jeśli ten niby nauczyciel zabije ich, albo odda Thorowi? Król Asgardu bez wahania zetnie im obojgu głowy. I jeszcze gotów wtrącić Lokiego do lochu za sypianie ze Starkiem. Albo jeszcze coś gorszego…
- To tu - słowa Eir wytrąciły go z zamyślenia. Tony spojrzał przed siebie.
Pustelnia wyglądała na starą, zapuszczoną chatkę drewnianą, którą oplatało jakieś zielsko, przypominające bluszcz. Za małym, okrągłym okienkiem panowała ciemność. Kto normalny mieszkałby na takim odludziu?
- Nie otwieraj ust niepytany. I na Norny, rób to, co ja, Tony. - Stark tylko potaknął, stając tuż obok niej. Eir podniosła dłoń, by zapukać w drzwi, jednak nim jej kłykcie dotknęły drewna, drzwi otworzyły się na oścież i dziwna moc pchała ich do środka. W naturalnym odruchu, Tony złapał rękę Eir w swoją, a drugą położył na brzuchu w obronnym geście, choć i tak wiedział, że z magią nie wygra, o ile to była magia.
- Fagna, Eir, min barn - odezwał się głęboki głos dookoła nich.
- Fagna, Alvis, min faðir. - Tony zdziwił się na to słowo. Posługiwali się językiem Asów? Ojciec? Przecież Eir mówiła, że jej rodzicie zginęli. - Jeg kom med min venn i nød.
- Ach, oczywiście - tym razem odezwał się po angielsku, co zdziwiło Starka jeszcze bardziej. Skąd jakiś facet, żyjący na odludziu na planecie elfów znał angielski? - Mój seiðr pozwala mi mówić w twym języku, Midgardczyku. Och...obdarzony zostałeś mocą kamienia przestrzeni. - Tony nadal nie widział właściciela głosu w tych ciemnościach i coraz mniej mu się to wszystko podobało. Nagle przed nim wyrosła para białych jak ściana oczu z zielonymi punkcikami w środku. A chwilę później całe pomieszczenie się rozjaśniło.
Pustelnik-nauczyciel był podstarzałym mężczyzną z długimi, białymi włosami, w które miał wplecione liście ziół. Na sobie miał białą szatę. W prawej dłoni dzierżył drewniany kontur. Tony poczuł się, jakby właśnie na jego oczach rozgrywała się scena z Władcy Pierścieni. Tyle, że Gandalf nie był elfem ze spiczastymi uszami.
- Anthony Stark, Midgardczyk, którego przeznaczeniem jest zbawienie Wszechświata. Alvis składa pokłony zbawcy i jego dziecięciu. - Ukłonił się grzecznie, zbliżając niebezpiecznie dłoń ku brzuchowi Tony'ego. Śmiertelnik zareagował natychmiastowo odpychając dłoń elfa i oplatając obronnie brzuch z dzieckiem. Możliwe, iż również warknął ostrzegawczo w stronę starca. - Nie obawiaj się, mój mały śmiertelniku. Nikt nie skrzywdzi twego dziecka.
- Ta...uwierzę, jak zobaczę…
- Pani Skuld cię chroni.
- Że kto? - Z każdą sekundą Tony miał wrażenie, że starzec postradał zmysły i nie wie, o czym mówi.
- Przyszłość. - Ok. Zdecydowanie był stuknięty, zdrowo stuknięty. - Chcesz odnaleźć pozostałe kamienie. Jednak ja nie znam ich położenia.
- Chcemy, byś nałożył na nas ochronne czary. Moja magia nie jest tak mocna, jak twoja, faðir minn - odezwała się Eir. - Ani książę Loki ani Heimdall nie mogą nas znaleźć…
- Muszę mieć ochronę dla siebie, dziecka i Eir - wtrącił stanowczo Tony. - Jeśli mam uratować galaktykę, muszę wiedzieć, że mój syn i Eir będą mieli miejsce do spokojnego życia.
Alvis milczał przez chwilę, spoglądając na nich przenikliwie. Jego oczy przyciemniały, rozszerzyły się. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nic z nich nie wyszło. Nagle zamknął usta, obrócił się na pięcie i podszedł do kamiennego stolika w rogu izby, stojącego tuż obok małego paleniska. Na stoliku stała prosta, żeliwna szkatuła. Alvis otworzył ją i wyciągnął z niej dwa proste, naszyjniki z zielonkawo-żółtymi kamieniami. Wręczył po jednym Tony'emu i Eir.
- Ukryją was przed okiem wielkiego Heimdalla i magią tego, którego zwą bogiem psot i kłamstwa.
- Przed księciem Lokim - dodała Eir, jakby Tony nie wiedział, jak mówią na jego ukochanego.
- Dopóki będziecie je nosić na szyi, dopóty pozostaniecie niewidzialni dla każdego, kto będzie was szukał. - Eir podziękowała mu w języku alfów. Już miała coś powiedzieć do Tony'ego, gdy ten zapinał łańcuszek na szyi, gdy nagle odezwał się Alvis, przerażonym głosem. - Musicie natychmiast uciekać. Bifrost się otworzył.
To był jasny znak dla Eir i Tony'ego. Kobieta chwyciła go za dłonie i kazała zamknąć oczy. Przyłożyła dłoń do jego reaktora, by zaczerpnąć mocy Tesseraktu. Tony poczuł delikatne ukłucie w klatce piersiowej i ciepłe powietrze liżące jego nagie ramiona.
- To jest Midgard? - głos Eir był zdziwiony, gdy odezwała się po kilku chwilach. - A co to ma być?
Tony otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Stali po środku ruchliwej ulicy...Nowego Jorku? Tony rozpoznał wieże Emipre State Building. Usłyszeli dziwne dźwięki, które Tony znał, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd. Spojrzał za siebie. Nadjeżdżała ciężarówka FedEx'u, której kierowca trąbił na nich, jak oszalały.
Stark pociągnął Eir w bok, bliżej krawężnika, by samochód mógł ich minąć.
- Głupie gówniary! - krzyknął na nich kierowca.
- Co to było? - zapytała Eir.
- Środek transportu na Ziemi - objaśnił, prowadząc ją na chodnik. Zdawało się, że nikt nie zarejestrował ich nagłego pojawienia się na środku ulicy. Żaden z przechodniów nie posyłał im zdziwionego spojrzenia, przynajmniej nie bardziej dziwnego niż to, które mogło się odnosić do ich niecodziennych strojów, rodem ze średniowiecza. - Chodź. - Wziął Eir pod ramię i poprowadził w znajomym kierunku. - Musimy się spieszyć.
- Dokąd idziemy?
- Do jedynego miejsca, w którym otrzymamy pomoc.
Eir spoglądała na budynek przed sobą. Nigdy wcześniej nie widziała tak wysokiej wieży. Żaden budynek na Alfheim i w Asgardzie nie mógł się równać z potęgą tego budynku. Kobieta trzymała się blisko swojego przyjaciela, jedna dłoń spoczywała na pasie je sukni, za którym miała sztylet nasączony, eliksirem z proszku z kości dökkálfar, szkodliwym dla większości istot we wszechświecie. Tony zdawał się znać dobrze miejsce, do którego przybyli. Wstukał coś na miedzianej tabliczce przy szklanych drzwiach i położył swoją dłoń nań.
- Jay, wpuść tatusia do środka. - Szkło się rozsunęło i Tony wciągnął Eir do środka. - Cześć Jarvis - powiedział do powietrza, co było szalone. - Jak się masz, stary druhu?
- Dobrze, Sir - rozległ się dziwny głos. Eir rozejrzała się dookoła. Nikogo poza nimi nie było w dużej, białej sali z czarnymi drzwiami na ścianie. Mimowolnie ścisnęła mocniej przyjaciela za ramię. - Sir, zdaje się, iż pańska towarzyszka jest przestraszona.
- Spokojnie, Eir. - Tony obrócił się do niej, posyłając ciepły uśmiech. - To Jarvis, sztuczna inteligencja, którą stworzyłem lata temu. Nie ma ciała, tylko głos. Jarvis, proszę poznaj, to Eir z Alfheim, moja przyjaciółka. Eir, to Jarvis. - Tony zamachnął się rękoma dookoła, nie wskazując nigdzie konkretnie. - Jarvis jest wszędzie.
- Miło mi panią poznać. - Alfka się krzywo uśmiechnęła, nadal nie puszczając ramienia Eir. - Sir, widzę, iż muszę pogratulować. - Tony pogładził swój brzuch z tym radosnym uśmiechem, który Eir tak często widywała. Nie spodziewała się, że Tony tak pokocha dziecko, które tak trudno było mu zaakceptować. - Jeśli mogę spytać, książę…
- Nie wypowiadaj jego imienia! - wybuchnęła Alfka. - Strażnik z pewnością nasłuchuje. Nie wolno nam wspominać ich imion. Nie wiem jeszcze, jak potężne są nasze medaliony, Tony.
- Masz rację - odparł. - Jay, nie wspominajmy jego imienia, ani nikogo stamtąd, ok?
- Tak jest, Sir - odpowiedział Jarvis. - Czy mam poinformować doktora Bannera i panią Banner o pańskim przybyciu?
- Tak, potrzebuję ich pomocy.
Krótką chwilę później, czarne drzwi otworzyły się i Tony pociągnął Eir do niewielkiego, metalowego pomieszczenia z miedzianym prostokątem na jednej ścianie. Znajdowały się na niej dziwne symbole, których Eir nie rozumiała. Tony ich nie dotknął, tylko kazał się jej trzymać mocno. Nagle pomieszczenie ruszyło w górę. Alfka podskoczyła ze strachu, a z jej ust wydobył się krótki krzyk.
- Spokojnie, to winda, zabierze nas na górę wieży. - Tony poklepał ją pokrzepiająco po dłoni. - Widzisz - mruknął, głaszcząc brzuch - Frey'owi też się nie podoba jazda windą. Już dobrze, kochanie - zwrócił się do dziecka - zaraz wysiądziemy.
- A więc to chłopiec - odezwał się Jarvis, tuż przed tym, jak owa winda się zatrzymała i otworzyły się drzwi.
- Tak, Jay, będziesz miał młodszego brata. Ty, Dummy, U, Butterfingers.
- Nie mogę się doczekać, by go poznać.
Weszli do pomieszczenia tak ogromnego, jak komnata księcia Thora. Eir rozejrzała się dookoła. Ściany były w kolorze jasnego piasku pustyń Alfheim. Po lewej stronie stał długi stół, choć nie przypominał biesiadnych stołów w pałacu Asgardzkim. W drugiej ścianie znajdowało się sprytnie ukryte palenisko. Tuż nad nim wisiał portret Tony'ego, tylko o wiele młodszego, niż Eir go znała. Obok znajdował się portret jakiejś dziwnej czerwono-złotej, metalowej istoty.
- To ja - rzucił Tony, wskazując na metalową istotę. - Jako Iron Man. Bruce trzyma ten portret chyba na pamiątkę.
- Sir, doktor Banner będzie tu za dziesięć sekund. - Tony tylko potaknął.
- Bruce to jeden z moich przyjaciół. Super inteligentny jak ja. A jego żona to super szpieg. Tylko oni mogą nam pomóc odnaleźć kamienie i pokonać Thanosa. No - dodał z zawadiackim uśmiechem - tylko on potrafi wskoczyć w zieloną skórę groszka.
Winda ponownie się otworzyła, a ze środka wybiegł niezbyt wysoki mężczyzna w ciemnych włosach, z których gdzieniegdzie prześwitywała siwizna. Na sobie miał białą szatę, przypominającą płaszcz. Na oczach miał dwa szkiełka okolone metalem.
- To...ny… - wydyszał, stając jak wryty, gdy jego oczy spoczęły na odmiennym stanie Tony'ego.
- Cześć Brucie. - Podszedł bliżej mężczyzny, delikatnie się uśmiechając. - Wiem, że obiecałem, iż nie wrócę...ale potrzebuję twojej pomocy.
- Ty dupku! - Porwał Tony'ego w ramiona, ściskając mocno. Pokój wypełnił się pociąganiem nosem i pochlipywaniem. Oboje zdawali się płakać. - Powinienem pytać? - wskazał na brzuch Tony'ego. - A gdzie… - Spojrzał za Anthony'ego, i zatrzymał wzrok na Eir. - A to, kto?
- Bruce Eir, Eir Bruce. - Mężczyzna wyciągnął rękę w jej stronę. Alfka niepewnie skopiowała jego gest. Było w nim coś dziwnego, jakby w środku niego znajdowała się druga, potężniejsza istota. Eir zmierzyła go wzrokiem ostrożnie. Zdawał się być miły, uśmiechnął się do niej nieśmiało. Odwzajemniła uśmiech. - Dobra, koniec przedstawiania się, przejdźmy do szczegółów. - Tony wziął głęboki wdech i skrzywił się, dotykając brzucha. - Kochanie, nie kop teraz mamy. Mama musi się skupić.
- Jak to…
- Nie pytaj, sam nie do końca to ogarniam, Brucie. Skupmy się teraz na czymś ważniejszym, niż moja ciąża. - Ponownie się skrzywił, sycząc z bólu. - Frey, błagam cię… Ah. - Podszedł do dziwnego pół łoża i usiadł, masując brzuch. - Bruce...am...muszę odnaleźć pewne magiczne obiekty...nosz kurwa… - Jego twarz wyrażała ból. Eir natychmiast siadła obok niego, przykładając dłonie do brzucha i szepnęła zaklęcie. Frey zdawał się przesuwać w łonie Tony'ego, tak, jakby miał wkrótce je opuścić. - Bruce...kamienie nieskończoności. Mam Tesserakt i kamień mocy. Muszę znaleźć...cholera jasna!
Usłyszeli dźwięki spadających kropel, gdzieś w pobliżu nich. Nagle doktor Banner wykrzyczał imię Tony'ego.
- Co?!
- Wody ci odeszły. - Oboje spojrzeli w dół, na podłogę. Pod nogami Tony'ego znajdowała się przezroczysta plama. - Tony?
- O cholera. Ja rodzę.
A/N: I jak wrażenia?
W następnym pov Lokiego i Thanosa.
Dziękuję za komentarze, polubienia i śledzenia.
Intoxic
