Na kilometr pachniało katastrofą. Tony był tego tak pewien, jak tego, iż w Kalifornii ciągle świeci słońce. Nie miał zbyt wiele czasu, by pomyśleć nad jakimś planem ucieczki. Wiedział, że nawet nie dałby rady. Przecież przed chwilą urodził dziecko.

- Oni się dobijają, doktorze - powiedział Jarvis. - Agent Campbell przygotowuje się do spalenia mojej matrycy.

- Wpuść ich - rozkazał Bruce, po czym zwrócił się do Tony'ego i Eir. - Wy tu zostańcie z dzieckiem. Ja spróbuję dowiedzieć się, o co chodzi, ok?

Oboje tylko potaknęli. Gdy tylko Banner opuścił skrzydło medyczne, Tony spojrzał na przyjaciółkę. W jego brązowych oczach malowała się obawa.

- Musimy być gotowi. W każdej chwili będziemy musieli stąd wiać. Muszę iść po kamień mocy.

- Nie powinieneś się tak szybko ruszać - odrzekła, kończąc zaklęcie leczące. - Jesteś w połogu.

- Muszę…

- Ja po niego pójdę. - Tony kręcił głową. Nie miał pojęcia, jak na Eir wpłynie kamień. Może tak jak na Lokiego w jego wizji? Nie mógł ryzykować. - Tony…

- Nie, Eir. Nie mogę ryzykować, że moc kamienia źle na ciebie wpłynie. Ja go zabior…

- Sir, doktor Banner nadchodzi z T.A.R.C.Z.Ą…

O cholera…- pomyślał Stark - teraz dopiero będzie katastrofa.

Jadąc windą do penthouse'u, Bruce zastanawiał się, dlaczego T.A.R.C.Z.A., zaszczyciła go swoją obecnością. Czyżby coś stało się Natashy na misji? Jego żona od tygodnia przebywała w Rosji wraz z młodymi agentami, jako ich mentorka. Mieli odnaleźć pewnego handlarza artefaktami z inwazji Mrocznych Elfów sprzed dwudziestu lat. Skąd je miał? Tego ani Tasha, ani Banner nie wiedzieli. Przecież T.A.R.C.Z.A. miała wszystko w swoich skarbcach.

Cała trójka stała w salonie, gdy Bruce dojechał na miejsce. Obrzucili go wymownym spojrzeniem i zatrzymali wzrok na jego zakrwawionych dłoniach. Tak, zapomniał umyć ręce po tym, jak wziął Freję w ramiona i przecinał pępowinę. Otarł szybko dłonie o czarne, lniane spodnie, za co pewnie ukochana małżonka go zabije.

- Doktorze Banner - zaczęła dyrektorka Johnson - mamy do pogadania.

- Co się stało? Coś z Natashą?

- To nie dotyczy pańskiej żony, doktorze - wtrącił Coulson, posyłając mu mały uśmiech. - Chodzi o dzisiejsze zdarzenie. A konkretnie o dwoje pańskich gości.

- Nie rozumiem…

- Nie zgrywaj idioty, Banner - wtrącił wrogo Campbell. - Gdzie one są?

- Kto?

- Bruce… - Phill podszedł bliżej do niego, z tabletem w dłoni. Włączył nagranie i wręczył urządzenie Bannerowi. Na filmiku znajdowały się dwie młode kobiety, jedna ciężarna, w których Bruce bez problemu rozpoznał Tony'ego i Eir. Zjawiły się ni stąd, ni zowąd na środku ruchliwej ulicy. Zmaterializowały się, prezycyjniej. - Gdy ktoś nam się materializuje praktycznie znikąd, zaczynamy go śledzić. - Przesunął palcem na kolejny filmik. Tym razem pokazana była wieża, do której wchodziły owe kobiety. - A teraz mnie zaprowadź do nich.

Bruce już otwierał usta, by coś powiedzieć, zagrać na zwłokę i dyskretnie dać znak Jarvisowi, by coś zrobił, ale został ubiegnięty, przez głośny płacz dziecięcy, który rozniósł się po całej wieży. Kto by pomyślał, że taka mała istotka potrafi tak głośno płakać?

- Dziecięcy płacz? - zapytała Daisy Johnson. - Doktorze Banner, o ile mi wiadomo, pański syn ma trzynaście lat. Z pewnością to nie jego płacz. A to oznacza, że ktoś tu jeszcze jest. Albo nas pan do nich zaprowadzi z wolnej woli, albo sama ich znajdę. Ale obiecuję, nie będzie to przyjemne dla nich. - Cała podłoga w salonie się zatrzęsła. - Ruszamy?

Bruce przełknął ciężko ślinę i poprowadził nieproszonych gości do windy. Wiedział, że Jarvis z pewnością ostrzegł Tony'ego. I może, jakimś cudem to nie będzie kompletną katastrofą.

Tony próbował usiąść na łóżku, ale jego ciało się poddało po kilku sekundach. Każdy mięsień i każda kość bolały go niemiłosiernie. Zastanawiał się, dlaczego nikt mu nie powiedział, że poród jest taki koszmarny. Oczywiście, gdy tylko wziął Freję w ramiona od razu poczuł, że warto było pocierpieć tyle godzin dla niej, ale i tak cholernie bolało.

- Ja będę gadał - rzucił do Eir, przykrywając nogi. - Podaj mi tę bluzę. - Wskazał na wiszące, czarne odzienie, należące z pewnością do Bruce'a. Założył ją na siebie i zapiął zamek tak, by nie było widać reaktora. - Ty zajmij się małą.

Szklane drzwi się rozsunęły i do środka weszła trójka agentów z Bruce'em na czele. Banner posyłał mu przepraszające spojrzenie. Tony zmierzył ich wzrokiem i zatrzymał się na Coulsonie. Wtedy coś go trafiło. Wcześniej jego myśli musiały być zbyt chaotyczne, owładnięte jeszcze porodem i radością z ujrzenia dziecka, by dostrzec pewną nieprawidłowość i niemożliwość. Przecież Coulson był martwy. Zginął w ataku Chitauri. Zabił go Red Skull. A jednak teraz, tutaj, stał przed nim, jak gdyby nigdy nic. Jakby tamto zdarzenie nie miało miejsca.

Phill 'Agent' Coulson się postarzał. Niegdyś ciemne włosy teraz zdobiła siwizna. Zmarszczki na jego twarzy oddawały wiek. Niebieskie oczy stały się bardziej przygaszone. Jednak nawet starszy, nadal miał w sobie coś z dawnego Coulsona, tego, którego Tony pamiętał. Miał tę bijącą od niego naturalną pewność i przywództwo.

- Witam - odezwała się młoda kobieta. Wyglądała na około trzydzieści lat, może trochę więcej. Krótkie, brązowe włosy były zmierzwione, być może od wiatru na zewnątrz. Na sobie miała strój, podobny do tego, który niegdyś nosiła Natasha. Obcisły i z lateksu. Gdyby Tony nie był szaleńczo zakochany w swoim psotniku, może i by na nią poleciał. Obok niej stał blondyn z brodą, w wieku podobnym do niej i z ponurą miną. Z wrogością wpatrywał się w Tony'ego i Eir. - Nazywam się Daisy Johnson, jestem dyrektorką Tajnej Agencji Rozwoju Cybernetycznych Zastosowań Antyterrorystycznych. W skrócie Tarcza.

- Słyszałam - opowiedział Tony. - Wybaczy pani, że nie podam ręki, ale… - zrobił pauzę, by na szybko wymyślić imię dla swej żeńskiej wersji, brzmiące bardziej ziemsko niż Kenaira. - Antonia Smith, a to moja siostra. - Wskazał na Eir. - Eleanor. Jestem…

- To moje siostry cioteczne - wtrącił Banner, podchodząc bliżej do nich. - Wpadły w odwiedziny i niespodziewanie, Tonia zaczęła rodzić, trochę przedwcześnie...więc...wolałbym, byście przyszli kiedy indziej.

- Bruce - zaśmiał się Coulson. - Znamy się tyle lat, a ty nadal nie umiesz kłamać. Z której planety jesteście? Asgard? Nie. Bifrost się nie otworzył. Wprawdzie mieliśmy odczyty użycia dziwnej, kosmicznej energii, ale to nie Bifrost. Svartalfheim?

- Nigdy bym nie mogła pochodzić z krainy Döckálfar - stanowczo oświadczyła Eir. Tony westchnął i pacnął się w czoło. To już po ich przykrywce. Wziął Freję w ramiona i raz jeszcze spróbował wstać. Tym razem, z oporem jego mięśni i stękaniem, udało mu się. Stanął obok Bruce'a. Doktor natychmiast złapał go w pasie i podtrzymał. Alfka również podbiegła do niego i przystanęła przy drugim boku.

- Więc? - zapytał raz jeszcze Coulson. - Skąd jesteście?

- Ja z Ziemi - odpowiedział mu Tony. - Wiesz, powinienem ci skopać tyłek, Agencie. Tobie i Fury'emu za to, że nas oszukaliście. Red Skull wcale cię nie zabił…

- To niemożliwe… - mówił z niedowierzaniem. - Tylko jedna osoba nie wiedziała o moim powrocie do świata żywych...tylko ta osoba, która sama zginęła...która wleciała do porta… - Tony krzywo się uśmiechnął, rozpinając fragment zamka od bluzy i ujawniając niewielką część reaktora łukowego. - Tony…

- We własnej osobie. Nadal żywy. Jak ty. - Zszokowany Coulson wskazywał na jego kobiece ciało, otwierając i zamykając usta, jakby chciał coś powiedzieć. - Tak...to teraz ja. Ukrywam się i wolałbym, by tak zostało.

- Am… pogubiłem się - nagle odezwał się Campbell. - Coulson...wiesz, o co tu chodzi…

Phill przez chwilę milczał, wpatrując się w Tony'ego, jakby szukał odpowiedzi w jego oczach. Cokolwiek w nich wyczytał, wystarczyło mu, bo po chwili odpowiedział.

- Dobra, dzieciaki. Nic tu po nas. Wracajcie do agencji. - Wypchnął dwójkę zmieszanych agentów za drzwi lecznicy i nakazał Jarvisowi nikogo nie wpuszczać. - Żądam wyjaśnień. Chcę wiedzieć wszystko, po kolei, ze szczegółami.

Tony zdążył dokończyć opowiadanie, nim Freja zaczęła płakać. Stark nie miał pojęcia, co robić. Była przewinięta, wyspana, więc dlaczego płakała?

- Musisz ją nakarmić - oświadczył Bruce i obrócił się do niego plecami. Phill zrobił to samo. Och...nakarmić...noworodki są karmione mlekiem z piersi matki. Ok. Tony mógł to zrobić, mimo tego, że nie potrafił sobie tego wyobrazić. Bądź co bądź był całe życie facetem. Zwrócił się do Eir o pomoc.

Szczęście, że jego przyjaciółka ma pojęcie o zajmowaniu się dziećmi. Wytłumaczyła mu wszystko krok po kroku. Pokazała, jak trzymać dziecko podczas karmienia, jak je oklepać. Dobrze, że Eir była przy nim.

- Więc ten Lo…

- Nie wypowiadaj jego imienia! - ostrzegła Eir. - Z pewnością nasłuchują.

- Dobrze. On jest ojcem dziecka. A ten drugi Thanos, tak? On nam zagraża ? - Tony potwierdził ruchem głowy, całując czule czoło córki. - I ty ukrywasz się, bo ukradłeś kamienie?

- Dokładnie. I muszę znaleźć pozostałe.

- Ok. Zapewnię ci ochronę, Tony - stwierdził, uśmiechając się do niego. - Znam kogoś, kto może ci pomóc odnaleźć te kamienie. Kogoś, kto z pewnością słyszał o nich co nieco.

Minął tydzień, gdy Tony został sprowadzony do placówki T.A.R.C.Z.Y. Coulson umówił mu spotkanie z tajemniczym mężczyzną, który podobno ma wiedzę na temat kamieni nieskończoności. Stark zastanawiał się, skąd Phill może go znać i kim on tak naprawdę jest.

Czekał w biurze dyrektorki Johnson, która była tak miła i udostępniła go Phillowi i Starkowi do rozmów z owianym tajemnicą profesorem Elliotem Randolphem.

- To znawca takich artefaktów - rzucił Coulson, stawiając szklankę wody przed Starkiem. - On będzie wiedział, gdzie ich szukać.

- Z pewnością. - Sięgnął po szklankę i upił łyk. Wyciągnął komórkę, którą dał mu Bruce i spojrzał na wyświetlacz. Ani Eir, ani Jarvis nie dzwonili, więc z Freją wszystko było w porządku. Tony odetchnął, choć w środku ściskały go nerwy. W końcu nie rozstawał się jeszcze ze swoją córką na dłużej niż dziesięć minut. Z jednej strony było to szalone, że może aż tak kochać taką małą istotkę. A z drugiej, było to całkiem naturalne. - To, kto to jest i skąd go znasz?

- Sam opowie ci swoją historię. - W tym momencie drewniane drzwi się otworzyły i do środka wszedł szczupły mężczyzna z aktówką w ręku. Biło od niego coś dziwnego, czego Stark nie mógł rozgryźć. Na sobie miał kraciastą marynarkę, której mankiety miał pobrudzone od białej kredy. Widać było, iż to profesor starej daty, który nie lubi nowinek technicznych takich jak tablica elektroniczna. - Profesorze Randolph, witam.

- Agencie Coulson, jak to się dzieje, że spotykamy się tylko, gdy potrzebuje pan mej pomocy? - Rozejrzał się po pokoju. - Och, gdzie moje maniery! - Podszedł bliżej do Tony'ego. - Elliot Randolph, profesor na uniwersytecie Columbia.

- Antonia Smith - niepewnie podał mu rękę, w której wierzch zaraz został ucałowany, jak dama. - Dziękuję, że zgodził się pan na spotkanie, profesorze. Przejdźmy od razu do meritum. - Mężczyzna przystał na to. - Słyszałam, że wie pan co nieco o kamieniach nieskończoności. I może wiedzieć, jak je odnaleźć.

- Tylko ten, który zostanie przez nie wybrany, będzie w stanie je wszystkie odnaleźć i użyć… - Elliot podszedł do niego, a Tony mimowolnie zrobił krok w tył. - Tesserakt...czuję magię Tesseraktu… I magię, której nie czułem od wieków...magię królowej Friggi…

- Jesteś Asem… - Tony zrobił jeszcze jeden krok w tył. - Jak to?

- Profesor Randolph należał do klanu Berserkerów. Wojowników Asgardzkich. Teraz jest naszym sojusznikiem, Antoniu. - Coulson starał się go uspokoić. - Profesorze…

Randolph spojrzał mu głęboko w oczy, jakby starał się coś odczytać.

- Nosiłaś... w sobie dziecko Lokiego. Nie mylę się, prawda? - Instynktownie dłoń Tony'ego powędrowała do jego brzucha, w ochronnym geście; zwykł tak robić całą ciążę, gdy wyczuwał zagrożenie dla siebie i dziecka. - Oczywiście, to ty. Całe dziewięć królestw huczało od plotek o niedługich narodzinach nowego członka królewskiej rodziny. Widzę, że dziecię już przybyło na ten świat. Kiedy mogę poznać nowego księcia Asgardu?

- Księżniczkę - rzekł ostrożnie Tony, przeszywając wzrokiem swego rozmówcę. - Mam córkę.

- Ją także ukrywasz przed jej ojcem, czyż nie? Nie chcesz, by Loki was znalazł. - Stark pokiwał głową. - Intryguje mnie coś. Bądź łaskawa odpowiedzieć. Ile minęło od twego przybycia na Ziemię?

- Tydzień. - Randolph podrapał się w brodę, kalkulując coś w głowie.

- W takim razie w Asgardzie minęło kilka godzin od twej ucieczki. - To by się zgadzało z kalkulacją Tony'ego. - Muszą już cię szukać. Z pewnością Heimdall szuka cię wśród wszystkich królestw.

- Nie on jeden. Loki też mnie będzie szukał. I Thanos, może Ronan Oskarżyciel też - dopowiedział. - Dlatego muszę jak najszybciej odnaleźć resztę kamieni.

- Resztę?

- Tak. Mam już Tesserakt i kamień mocy - wyjaśnił. - Wiem, gdzie jest kamień umysłu. Muszę znaleźć resztę, nim Thanos się tu zjawi.

- Jest tylko jeden sposób na odnalezienie kamieni. - Stark zaczął nasłuchiwać z zaciekawieniem. - Kamienie muszą ci na to pozwolić. Jeśli cię wybiorą, pokażą ci drogę do pozostałych. Wielu przed tobą próbowało je odnaleźć. Jednak ten, który ich nie okiełzna, ten, który nie zostanie przez nie wybrany, zostanie przez nie pochłonięty. Tylko silna jednostka jest w stanie posiąść całą moc kamieni nieskończoności. A gdy to zrobi… otrzyma boską moc. Prawdziwie boską moc.


A/N: I jak wrażenia?

W następnym Tony rusza na poszukiwanie pozostałych kamieni.

Dzięki za komentarze, polubienia, śledzenia.

Intoxic