A/N:: Witam,
Dominixa - Oczywiście, że to było zamierzone ;)
Evita - Mam nadzieję, że pierwsza reakcja jest w miarę dobra.
Dzięki za komentarze, polubienia i śledzenia.
Miłego czytania.
Tony ponownie siedział w swoim dawnym laboratorium/obecnie graciarni, próbując rozwikłać zagadkę kamieni nieskończoności. Rozmowy z profesorem Randolphem i cała historia kamieni rzuciła na nie trochę światła. Jednak wciąż nie miał pojęcia, gdzie mogą się znajdować pozostałe klejnoty.
Doprowadzało go to do frustracji.
Tony strącił z biurka tablet i kubek z kawą.
- Cholera! - krzyknął zirytowany. Po chwili rozległ się donośny płacz. Tony zdał sobie sprawę, że na moment zapomniał o córce. Wstał z obrotowego krzesła i podbiegł do kołyski, stojącej przy skórzanej kanapie, na której spała Eir. Kobieta musiała odpłynąć w trakcie jego pracy. Stark wziął małą w ramiona i przytulił. - Wybacz myszko, nie chciałem krzyczeć. No już dobrze, nie płacz, kochanie.
Eir zbudziła się, gwałtownie podnosząc się na kanapie.
- Przepraszam Tony, nie chciałam zas…
- Spoko. Wybacz, że moje krzyki cię obudziły… - Freja nie przestawała zawodzić. Jej płacz stawał się coraz głośniejszy. - Już dobrze kochanie, nie płacz, mama tu jest.
Freja ani myślała przestać. Co więcej, jej szloch wymusił na niej przemianę w jotuńską formę. Instynktownie, na początku, Tony chciał się odsunąć od źródła zimna, jednak to było jego dziecko. Ignorując chłód jej maleńkiego ciałka, przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie, rozpiął przód koszuli i przytulił do nagiej piersi, myśląc, iż może zgłodniała. Głód jej nie doskwierał. Stark zachodził w głowę, co może być przyczyną tak okrutnego płaczu, które łamało mu serce.
- Sir - Tony ledwo słyszał głos Jarvisa, przebijającego się przez płacz małej. Na chwilę przestał ją kołysać w ramionach - nie żeby to jakoś pomagało - i zwrócił się w stronę komputera. - Mam niecodzienne odczyty energii pochodzącej z Tesseraktu. Porównałem je z badaniami doktora Selviga sprzed lat. - Na ekranie pojawiły się wykresy i liczby. - Zdaje się, iż Tesserakt się aktywował.
Tony wciągnął gwałtownie powietrze. Jego wzrok powędrował w stronę kostki, nieopodal której leżał kamień mocy. Anthony studiował je przez kilka ostatnich dni.
- Zajmę się Freją, a ty kamieniami. - za jego plecami rozległ się melodyjny głos Eir. Podał jej dziecko, wcześniej całując czoło dziewczynki. Alfka przytuliła ją i rozpoczęła nucić jedną z alfickich pieśni.
- J, pełna analiza. - AI pokazało na ekranie wyniki analizy aktywności kostki wraz z porównaniami badań Selviga. Tony studiował je z ostrożnością. Moc kamienia była aktywniejsza.
- Sir. Dzwoni agent Coulson, mówi, że to ważne.
- No dawaj go. - Na ekranie, tuż obok wyników pojawiła się skonsternowana twarz Coulsona. - Cześć Phill, co tam?
- Tony. Odbieramy dziwną aktywność - zaczął wyjaśniać - magii asgardzkiej. Ze zdjęć satelitarnych wiemy, iż w Nowym Jorku otworzył się Bifrost. Ktoś z Asgardu przybył na ziemię. Zabieram swoich ludzi i postaram się dowiedzieć, kto to jest i czego tu szu…
- Nie musisz sprawdzać - przerwał mu Stark. - To musi być Loki… Cholera! Randolph wypowiedział imię jego i Heimdalla. Strażnik musiał to zauważyć i wysłać tu Rudolfa. Do jasnej cholery!
Ściany i podłoga laboratorium zaczęły się trząść. Mechaniczne części starej zbroi Starka zaczęły się rozpadać i latać po całym pomieszczeniu, jakby coś je przyciągało. Szkło na drzwiach zaczęło pękać, aż w końcu skruszyło się doszczętnie.
- Zabierz stąd Freję! - Tony krzyknął do Eir. - Natychmiast!
- Sir! Aktywność Tesseraktu rośnie. Odczyty zaczynają wariować! - Jarvis próbował przebić się przez dziwny, ostry dźwięk wydobywający się z sześcianu. - Sir! Sir! … promieniowanie gamma...
- Jarvis, spróbuj go wyłączyć! - Tony chwycił się rantu stołu, by nie upaść na podłogę, gdy mocniej zatrzęsło laboratorium. - Jarvis?! Jarvis?!
AI nie odpowiadało. Tony dalej próbował przekrzyczeć ten dźwięk, byleby ktoś go usłyszał. Tesserakt zaczął wypuszczać promienie po całym pomieszczeniu, spalając napotkany sprzęt mechaniczny i elektroniczny. Stark podbiegł do najbliższego komputera i próbował manualnie wprowadzić komendy na odłączenie zasilania. Nic nie pomagało.
Nagle Tony usłyszał głośny huk. Tesserakt wystrzelił wiązkę niebieskiej energii wprost na niego. Śmiertelnik poczuł, iż jego ciało rozpada się na miliony kawałków.
A potem ogarnęła go ciemność.
…
Poczuł zimny piasek na języku. Automatycznie otworzył oczy i spróbował wstać, co było złym pomysłem. Tony uderzył się w głowę i padł z powrotem na ziemię. Minęło kilka chwil, nim się ponownie ocknął. Tym razem powoli, uważnie podniósł głowę i rozmasował jej wierzch. Tępy ból niemal rozsadził mu czaszkę.
Rozejrzał się dookoła. Wszędzie ciemność, a w oddali mały, jasny, pomarańczowy punkt. Jakaś dziwna siła kazała mu wstać i podejść do tego światełka. Jednak jego ciało jeszcze odmawiało mu posłuszeństwa. Tony zmusił się do podczołgania się do owego punktu, licząc na to, że jest tam wyjście z miejsca, w którym się znajduje. Wiedział, że to z pewnością nie jego laboratorium.
Za cholerę nie wiedział, gdzie jest.
Do jego uszu dochodziło ciche mruczenie, układające się w melodię, którą znał, choć nie mógł przypomnieć sobie skąd. Zamknął oczy, a jego ciało czołgało się szybciej. Pomarańczowy punkt stawał się coraz większy, coraz mocniej go przyciągał. Anthony zaczął odczuwać przeszywający ból w piersi w okolicy reaktora. Mimo tego nie przestawał się czołgać do światła, które go wzywało.
Był coraz bliżej i bliżej. Aż w końcu podniósł rękę, by sięgnąć do światła.
Tony został oślepiony blaskiem. Usłyszał wesołą muzykę, którą już kiedyś słyszał. Gdzieś rozległy się radosne głosy.
- Tony! - Próbował się zorientować, skąd dochodzi głos, który wydawał mu się bardzo znajomy. - Wyjdź spod stołu.
- Paniczu Tony, proszę wyjść, ubrudzisz spodnie. - Ciepło rozlało się w jego sercu, gdy usłyszał brytyjski akcent.
- Jarvis? - Stark podniósł się i ponownie uderzył w głowę o coś nad nim. Cholernie bolało. Gdy otworzył oczy, które musiał wcześniej instynktownie zamknąć, jego wizja została zablokowana przez przystojnego, około pięćdziesięcioletniego blondyna z ciepłym uśmiechem na twarzy. - Edwin Jarvis! - Wykrzyknął radośnie i rzucił się na niego. Jego opiekun i lokaj z domu rodziców tu był i przytulał go, masując czubek głowy, gdzie się uderzył. - Edwin, jesteś tu.
- Oczywiście, Tony. Gdzież miałbym być? - Zaśmiał się mężczyzna. - Bardzo boli? - Tony nie przejmował się bólem, tylko dalej wtulał się w Jarvisa. - Gotowy do drogi? Musimy ruszać. Twój ojciec czeka na nas w szkole.
- Anthony, ruszajmy już, wiesz, że twój ojciec jest zły, gdy się spóźniamy. - Tony oderwał się od Jarvisa i spojrzał ponad jego ramię. Przy drewnianym kredensie z alkoholem stała jego matka, w białej sukni w drobne kwiaty. Jak zwykle wyglądała dystyngowanie. Dokładnie tak, jak ją zapamiętał Tony, z włosami upiętymi w idealny kok i perłami na szyi.
- Mama? - Stark nie mógł uwierzyć w to, co się działo na jego oczach. Nie tylko Jarvis tu był, ale też Maria. Jakim cudem? Nie miał pojęcia.
Jarvis wyciągał w jego stronę rękę, którą Tony chwycił automatycznie. Wtedy dostrzegł, iż jego dłoń jest mała w porównaniu z dłonią lokaja. Spojrzał w dół na siebie. Był niższy niż normalnie i o wiele chudszy. Nie wspominając, iż miał ciało dziesięcioletniego chłopca. Zatrzymał oczy na swej klatce piersiowej, skrytej pod niebieską koszulką z Kapitanem Ameryką. Poklepał się po piersi. Sama skóra. Podciągnął koszulkę do góry. Nie było pod nią reaktora.
To wszystko było coraz dziwniejsze.
- Tony? Tony? Tony? - Przeniósł wzrok na Jarvisa. Postać lokaja i matki powoli się rozmazywała i ginęła w przestrzeni. Tony wołał ich, próbował zatrzymać, ale poległ.
Nagle znalazł się w środku jakiegoś zimnego i piaszczystego miejsca, pochłoniętego w ciemności. Poczuł coś w dłoniach. Gdy skupił na nich wzrok, dostrzegł w jednej z nich fioletowy klejnot, a w drugiej pomarańczowy.
Wtedy zrozumiał, iż zdobył kolejny kamień nieskończoności.
…
Loki skończył z ceregielami. Gdy tylko znaleźli się w Midgardzie, chciał ruszyć do Jane Foster, by pomogła mu odnaleźć Anthony'ego. Jednak zdziwił się, gdy znalazł się w dużym mieście, pełnym świateł i chaosu. To nie było miejsce, w którym mieszkała Foster i w którym Loki kiedyś się znalazł.
- Halo, zechcą panowie zejść ze środka ulicy? - Ktoś się odezwał. Loki spojrzał w bok. Dostrzegł mężczyznę w ziemskim garniturze, którego pamiętał sprzed lat, gdy odwiedził Thora na Midgardzie.
- Ty. Znam cię.
- Agent Phill Coulson, z Tarczy. A wy? - Lustrował wzrokiem Hoguna i Fandrala.
- Zważaj, jak się odnosisz, Midgardczyku - rzekł Hogun. - Masz przed sobą księcia Asgardu.
- Ah, Loki, brat Thora. Słyszałem - odpowiedział Coulson. - Co was sprowadza na Ziemię, tu do Nowego Jorku?
- Nowy Jork? - dopytał Loki. Dlaczego Heimdall ich tutaj wysłał? Loki nie chciał się nad tym dłużej zastanawiać. Nie było na to czasu. Musiał czym prędzej odnaleźć Anthony'ego. - Pomożesz mi odnaleźć Anthony'ego Starka.
- Anthony Stark nie żyje od piętnastu lat. Zginął…- Loki przyparł go do muru jakiegoś budynku i zacisnął dłoń na jego szyi. Garstka mężczyzn ubranych na czarno wyciągnęła dziwne, małe obiekty i skierowała je na maga. - Podrasowałem bronie, odkąd mieliśmy najazd kosmitów. Na was pewnie też podziałają. Radzę mnie puścić. Ten tam potrafi nieźle podsmażyć. - Wskazał głową na blondyna niedaleko Fandrala. Loki cofnął dłoń i zrobił krok do tyłu. - A teraz pogadajmy…
- Wiem, że jest w Midgardzie. Ma teraz kobiece ciało i jest brzemienny. Polują na niego potężne kreatury. Muszę go odnaleźć, nim będzie za pó… - Coś mu się nagle przypomniało. - Nowy Jork...powiedziałeś, iż jesteśmy w Nowym Jorku… - Loki spojrzał na Fandrala i Hoguna. - Wiem, gdzie on jest. Ta wieża, do której mnie zabrał. Tam, gdzie była bestia i jego kobieta…
Podszedł do swoich kompanów i złapał ich za ramiona. W głowie wizualizował sobie wieżę doktora Bannera i szepnął zaklęcie teleportacyjne. Chwilę później stał na środku salonu penthouse'u. Na ścianie wciąż wisiały portrety Anthony'ego. Na podłodze leżały porozrzucane kolorowe figurki. Na kanapie siedziała Eir z zawiniątkiem w jasnym kocu przyciągniętym do piersi. Loki natychmiast podszedł do niej. Dostrzegł, iż po jej bladych licach płyną łzy, a ona coś mamrocze pod nosem.
- Eir. - Podniosła na niego wzrok. Jej oczy były pełne przerażenia. Po chwili rozległ się donośny, dziecięcy płacz. Alfka przytuliła zawiniątko i poczęła śpiewać jakąś pieśń. - To mój syn…
- Córka - głos Alfki drżał. - Tony urodził dziewczynkę. - Mag podszedł do niej, by wziąć dziecko w ramiona. - Freja Maria Stark.
Loki odwinął kocyk i wziął swą córkę po raz pierwszy na ręce. Dziewczynka była podobna do niego. Blade lica, kształtny nos po matce, drobne, różowiutkie usteczka. Gdy otworzyła oczy, mag został ujęty jej czekoladowymi tęczówkami, jak u jej matki. Była piękna, wspaniała.
- Freja Maria - szepnął do niej. - Moja córka. Przypominasz swą siostrę, Helę. A włosy masz skręcone jak twój brat, Fenrir, gdy jeszcze miał ludzką formę. - Loki złożył czuły pocałunek na jej czole. - Freja. - Loki jeszcze raz spojrzał na Eir. - Gdzie Anthony?
- Nie mam pojęcia, mój książę. - Zielonooki uniósł lewą brew w zdziwieniu i czekał na wyjaśnienia.
- Jeśli mogę, książę - mechaniczny głos Jarvisa przestraszył Fandrala i Hoguna. Wojowie wyciągnęli swe miecze, przybrali pozycje bitewne i rozejrzeli się dookoła. Jednak nikogo nie dostrzegli. - Tesserakt się uaktywnił i pan Stark zniknął. Promieniowanie sześcianu zakłóciło działanie mojego systemu i byłem zablokowany przez kilkanaście sekund. Jedyne co wiem to, to, iż zniknięcie Tony'ego ma związek z aktywnością kostki i kamienia mocy. Gdyby zechciał pan spojrzeć na Tesserakt, może będzie pan w stanie odnaleźć mojego stwórcę. Jest pan potężnym magiem.
Loki oddał Freję w ręce Eir i podążył do windy, która zabrała go do dużego pomieszczenia. Laboratorium - bo tak je nazwał duch Tony'ego - było kompletnym bałaganem. Wszędzie leżały odłamki zbroi, mechaniczne elementy. W całej przestrzeni można było wyczuć energię sześcianu. Mag uniósł dłoń ku górze i dotknął pozostałości działania przedmiotu.
- Tak - mruknął. - Tesserakt się uaktywnił. Portal zabrał Tony'ego do jakiegoś innego królestwa. Nie wiem, gdzie się teraz znajduje. A co ważniejsze, czy moc Tesseraktu go nie zabiła?
- Potrafi go pan odnaleźć? - zapytała maszyna. W mechanicznym głosie Loki usłyszał obawę. - Panie Loki?
Mag westchnął z bezsilności.
- Miejmy nadzieję, iż będę w stanie go odnaleźć nim Thanos to zrobi. A także, że będzie wciąż żywy.
A/N: I jak wrażenia?
Prawdopodobnie kolejny rozdział będzie ostatnim, chyba, że coś jeszcze dopiszę.
Postaram się go napisać jak najszybciej.
Opinie będą mile widziane,
Intoxic
