- Myślałeś, że możesz się przede mną ukryć, śmiertelniku? - Thanos zbliżał się coraz bardziej do niego, na prawej dłoni miał założoną złotą, metalową rękawicę z trzema kamieniami nieskończoności, które Tony musiał zdobyć. - Zabrałeś coś, co nie jest twoje, nędzniku. A teraz… - Thanos uniósł rękę w górę i skierował w stronę człowieka - oddaj kamienie, swojemu panu, śmiertelniku, nim cię zabiję i rozniosę w pył tę planetę.
Tony przybrał stoicką maskę, kierując złączone kamienie mocy, czasu i przestrzeni, połączone z jego reaktorem, wprost na Tytana. Z obu stron wystrzeliły wiązki mocy. Gdy się spotkały w połowie drogi, rozległ się wielki huk. Wszyscy dookoła zostali oślepieni jasnym światłem. Stark gdzieś w tym chaosie słyszał głos swojego ukochanego, który nawoływał jego imię.
Tony! Tony! Tony!
…
72 godziny wcześniej.
Gdzieś w przestrzeni,
prawdopodobnie jedno z Dziewięciu Królestw.
Tony biegł ile sił w jego szczupłych, kobiecych nogach. Serce waliło mu niczym Mjolnir, płuca zaraz miały pęknąć od tego szybkiego, płytkiego oddechu. Nie przestawał uciekać przed jakimiś niskimi, ciemnymi, brodatymi istotami. Wyglądały jak krasnoludy we Władcy Pierścieni. Kto wie, może to i były krasnoludy? Tony nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Gonili go z toporami, chcąc go zabić za wtargnięcie na ich teren i kradzież skarbu. Nie ukradł im nic cennego, zabrał tylko kamień, o którym i tak nie mieli pojęcia. Toteż nie do końca rozumiał, o co im chodzi, może dlatego, że nie rozumiał ani słowa z tego, co za nim krzyczeli. Musiało być to coś okropnego, skoro gonili go z toporkami.
- Zadziałaj do cholery! - Uderzył w swój reaktor, w którym nadal znajdowała się część magii Tesseraktu. - Zabierz mnie stąd.
Oczywistością było, że kamień go nie posłucha. Czemu nagle miałby to zrobić?
Umrę tu. Posiekają mnie i zjedzą - myślał, wciąż biegnąc przed siebie. - Mam nadzieję, że Eir zajmie się moją małą.
Freja.
Obraz jego córeczki nie opuszczał jego myśli odkąd Tesserakt wciągnął go do jakiejś zapiździałej dziury w środku wszechświata. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek ją jeszcze zobaczy. Z każdą sekundą coraz bardziej wierzył, że nie będzie mieć takiej sposobności.
Tony poczuł, jak ziemia się pod nim zatrzęsła. Jego koniec był blisko. To było nieuniknione. Stark wkrótce miał trafić do Hellheim, do krainy umarłych i poznać Helę, drugą córkę Lokiego. To ci będzie spotkanie…
Nagle, znikąd jego ciało zaczęły owijać zielone obłoki. Ukłucie bólu przeszło przez jego serce. Czuł, jak staje się coraz lżejszy, jakby jego ciało się odrywało od wszystkiego dookoła.
Jasne światło go oślepiło i coś go popchnęło w dół.
Spadał długo, z sekundy na sekundę stawał się coraz cięższy. Jego ciało było rozrywane przez jakąś niewidzialną siłę. Potem był jeden, wielki ból i nicość.
…
- Min stjerne - słyszał w oddali głos Lokiego. - Mój ukochany. Wróć do mnie, Anthony.
- Loki! Rudolf! - wołał, ale Jotun zdawał się nie słyszeć. - Zabierz mnie stąd! Zabierz mnie do Frei!
- Tony, błagam cię...wróć do mnie. - Słowa maga mieszały się z łkaniem. Tony pragnął unieść dłoń i otrzeć mu łzy. Przytulić, powiedzieć, iż wszystko będzie dobrze. - Jeg elsker deg også, minn sváss. - Tony poczuł chłodne dłonie Lokiego na swojej klatce piersiowej. - Wróć do mnie i naszej córki, Anthony. Wróć do mnie i do Frei.
Freja.
Gdzieś w tej nicości usłyszał płacz swojej córeczki. Tak głośno płakała, że serce mu się łamało z każdą łezką. Wołał ją, wołał Lokiego. Chciał ją wziąć w ramiona, przytulić, uspokoić.
Wszystkie dźwięki ustały. Miejsce, w którym był się rozjaśniło . Znajdował się w niewielkim pomieszczeniu, o ścianach bielszych niż zwykła biała kartka. Nie było tu nic poza zwykłym, prostym, czarnym, drewnianym krzesłem z połamanym oparciem. Siedziała na nim czarnowłosa, młoda dziewczyna, o brązowych, ciepłych oczach. Obok niej stał brązowowłosy chłopczyk z radosnymi, zielonymi oczkami, wlepionymi w punkt przed siebie.
- Mama! - Uśmiechnął się tak szeroko, iż musiała go zaboleć szczęka. - Mama!
- Mówiłam, że mama wróci do nas, Eddie. Mama zawsze wraca do nas - powiedziała dziewczyna, wolno przeczesując półdługie włosy chłopca. - Witaj matko. Minęło trochę czasu. Eddie zdążył podrosnąć. - Chłopiec - Eddie - się przewrócił. - Edwinie Ulvie Lokisonie, jesteś taki niezdarny, jak wuj Thor. - Wzięła małego w ramiona i przytuliła, pocieszając czułymi słówkami. - Już dobrze, dobrze. Zobacz, mama tu jest.
- Mój mały synek, chodź do mamy. - O dziwo, Tony usłyszał własny głos. Jakaś siła zmusiła go do wyciągnięcia ramion w stronę dziecka. Już miał je brać w ramiona, gdy nagle zniknął z ramion dziewczyny.
Pomieszczenie ogarnęła ciemność. Dziewczyna zbliżyła się do niego ze smutnym uśmiechem i oczami pełnymi łez.
- Wróć do nas, mamo. Do mnie i do taty. Wróć do nas.
- Freja… - szepnął i chciał ją chwycić w ramiona. Rozpłynęła się w powietrzu, nim zdążył jej dotknąć. Tony począł rozpaczliwie ją wołać. - Freja! Freja! Freja!
Jego ciało się paliło, choć nie dostrzegał ognia. Ból wypełnił każdy centymetr jego skóry i mięśni. Miał wrażenie, że zaraz umrze. Modlił się o to. Byleby zaraz był koniec tej męczarni.
Błagał o śmierć.
…
Loki strzelał wiązkami swojej magii wprost w serce - to prawdziwe - Anthony'ego. Z drugiej strony Eir rzucała elfickie zaklęcia na śmiertelnika. Mag modlił się do Nornów, by nie było za późno. Nie był gotowy na taką stratę.
Gdy tylko udało mu się namierzyć Tony'ego na Nidavellirze, natychmiast użył Tesseraktu do otworzenia portalu. Nie było łatwo, sześcian nie chciał go z początku słuchać. Jednak w końcu, udało się. Z pomocą swej magii i magii kostki sprowadził na Midgard swojego ukochanego, tylko po to, by odkryć, iż jest ledwo żywy.
- Czuję jego esencję! - krzyknęła Eir. - Jeszcze kilka chwil i go odzyskamy, książę!
Loki wypowiedział kolejne, silniejsze zaklęcie, nie zważając na to, iż siły go opuszczały. Tony był ważniejszy. Musiał go odzyskać.
Usłyszał głośne wciągnięcie powietrza, wymieszane z imieniem jego córki. Spojrzał na twarz Anthony'ego. Miał otwarte oczy, był przytomny. W chwili euforii, Loki chwycił go za ramiona i przyciągnął do swojej piersi, całując czubek jego głowy. Dłonie maga wędrowały po plecach ukochanego, jego ramionach, by wyczuć w nim oznaki życia. Odsunął się od niego na kilka centymetrów. Tony był przytłoczony tymi chwilami, co chwila szeptał imię Frei i rozglądał się dookoła. Loki chwycił jego podbródek i wpił się w jego usta. Pocałunek był pozbawiony wszelkiej finezji czy romantyzmu. Był szybki, krótki i mocny.
Odsunęli się od siebie, jednak Loki nie wypuścił go ze swoich ramion.
- Freja… - szepnął Tony.
- Jest z panią Banner - odpowiedziała Eir. - Jest na górze.
- Loki… - Anthony oparł głowę na piersi maga. - Loki… Freja… - Jeszcze nie był w stanie wypowiedzieć czegoś więcej niż imion. - Eddie… Freja…
- Musisz odpocząć, mój kochany. - Loki wsunął rękę pod kolana, a drugą oplótł wokół pleców. - Musisz odpocz…
Reszty Tony nie usłyszał. Odpłynął w ramionach ukochanego maga.
…
- Jeśli zamierzasz zabrać mnie do Asgardu, to nie pozwolę - rzucił do Lokiego, gdy wykłócali się w salonie penthouse'u. Eir kołysała Freję w kołysce, rozmawiając jednocześnie z Bruce'm o fizyce kwantowej. - Eir też nie zabierzesz. Thor pewnie chce nam ściąć głowy.
- Głupcze - warknął Loki - nic nie rozumiesz. Nie jesteście tu bezpieczni. Thanos nadchodzi. Wkrótce dotrze na Midgard.
- Wiem - odparł Tony, zaciskając dłonie w pięści. - Myślisz, że nie znajdzie mnie w Asgardzie? On wie, że mam trzy kamienie. Pozostałe trzy on musi mieć. Przybyłem tutaj, by tobie się nic nie stało, idioto. Miałeś siedzieć w Asgardzie!
- Myślisz, iż pozwoliłbym ci na taką śmierć?! Jesteś matką mojego dziecka i moim sługą…
- Przestałem być twoim sługą już jakiś czas temu - przerwał mu z uśmieszkiem na twarzy. - Byłem prawie twoją żoną...nie czekaj, to dziwnie brzmi...w końcu normalnie jestem facetem...właśnie. Przemienisz mnie? Myślę, że już mogę karmić Freję mlekiem dla dzieci, takim ze sklepu. Chciałbym mieć swoje ciało, przynajmniej do czasu drugiego dziecka. - Loki miał zdziwioną minę. - Najwyraźniej urodzę ci jeszcze syna. Edwin Ulv Lokison. Tak było w mojej dziwnej wizji…
- Edwin to okropne imię. Nadamy mu Asgardzkie imię, godne syna Lokiego.
- Hej! - Tony pacnął go w ramię. - Edwin to bardzo dobre imię. Po najważniejszym facecie w moim życiu, do czasu aż spotkałem ciebie. Edwin był dla mnie jak ojciec. Mój syn będzie nosił imię po nim.
- Czuję, że zgubiliśmy wątek - usłyszeli cichy głos doktora Bannera.
- Sir. Agent Coulson na linii - odezwał się Jarvis.
- No dawaj go. A my. - Wskazał na Lokiego. - Pogadamy jeszcze o tym, kochanie - dodał z przekąsem. - Agencie, co tam?
- Tak jak prosiłeś, profesor Randolph rzucił okiem na kamienie. Ten trzeci to kamień czasu - wyjaśnił Coulson. Jego cyfrowe oblicze zlustrowało Lokiego od stóp do głów. - Więc brak ci kamienia umysłu, duszy i rzeczywistości. Profesor jest zdania, że dzięki kamieniowi mocy, będziesz silniejszy niż Thanos.
- Dobrze wiedzieć - skomentował. - Dzięki za informację. Cześć. - Jarvis rozłączył połączenie. - Dobra, muszę pomyśleć, co mam zrobić. I jak go pokonać. Jakieś pomysły? - Spojrzał z nadzieją na Lokiego, Eir i Bruce'a. Milczeli. - Taa… dobra. Najpierw. - Obrócił się po raz kolejny do maga. - Zabierz Eir i Freję na Alfheim i ukryj je tam. Mają być bezpieczne.
- Nie! - zaprotestowała Alfka, oddawszy dziecko w ręce Bannera. - Nie zostawię cię tutaj. Zostaję z tobą. Stanę przy tobie w walce z Thanosem.
- Nie - zareagował Tony. - Muszę zadbać o twoje bezpieczeństwo. Twoje i Frei. - Podszedł do kobiety i wziął jej dłonie w swoje. - Jesteś dla mnie rodziną, siostrą, której nigdy nie miałem. Ty i Freja musicie być bezpieczne. Jeśli...jeśli mi się nie uda...zajmij się nią. I powtarzaj, że mama ją kocha.
- Tony…
- Obiecaj mi. - Przytaknęła ze łzami lecącymi po jej bladych policzkach. - Loki uda się z wami. Macie oboje siedzieć na Alfheim, dopóki to nie się nie skończy. Nie mogę żadnego z was stracić… Boże...nigdy nie sądziłem, że zrobię się taki sentymentalny… - Wypuścił głośno powietrze. - Muszę pomyśleć, jak połączyć kamienie i użyć ich całej mocy. A wy. - Wskazał na Lokiego i Eir. - Zbierajcie się.
Tony podszedł do Bruce'a i wziął od niego dziecko. Złożył pocałunek na jej czole i przytulił ją mocno.
- Kocham cię, myszko. Najmocniej na świecie. Dbaj o ciocię Eir i tatę. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy, moja Frejo. - Oddał małą w ramiona alfki. - Mam nadzieję, że się spotkamy, Eir. Dbaj o moją małą księżniczkę.
- Jak o własną córkę.
Patrzył ze łzami, jak Loki oplótł swe ramiona wokół Alfki i po chwili kazał Heimdallowi otworzyć Bifrost. Gdy tylko zniknęli, Tony otarł swoje mokre policzki i zwrócił się do przyjaciela.
- Wiesz, że to się skończy paskudnie. Jesteś pewien, że nie chcesz się gdzieś zaszyć z Tashą i Tonym Jr.?
- Mój syn jest w pełni bezpieczny z Tashą. A ja i Hulk staniemy przy tobie, Iron Manie - powiedział Banner, wyciągając telefon z kieszeni. Wstukał kilka klawiszy i przyłożył do ucha. - Nie tylko ja. Daj mi... Cześć. Słuchaj, wpadnij do mnie...w zasadzie, wszyscy wpadnijcie do wieży.
Kilka godzin później salon był pełen ludzi. Jednego z nich Stark rozpoznał w trymiga. Pozostali byli mu całkiem nieznani.
- Niektórych znasz - zaczął Bruce. - A pozostali to Scarlett Witch, Quicksilver - wskazał na dwójkę młodych ludzi. - To Falcon, Bucky. A Steve'a pamiętasz.
- Znamy się? - zapytał z ciekawością Kapitan Ameryka. - Nie przypominam sobie, bym poznał taką piękność.
- Bo się zarumienię, Gwiazdko. - Uśmiechnął się krzywo. - To są teraz Avengersi? A Clint?
- Barton jest na emeryturze - odparł Banner. - Poznajcie… jak mam cię przedstawić?
- Tony Stark. Iron Man. - Quicksilver parsknął śmiechem. - Coś cię śmieszy, dzieciaku?
- Twój żart, paniusiu.
- Trochę szacunku, dla starszych od siebie - odrzekł, mierząc go wzrokiem. Doprawdy, Tony czasem się zastawiał, kiedy tak wydoroślał. Już nawet pouczał małolaty. Tak, to oficjalne. Tony Stark dojrzał i się starzeje.
- Na pewno jesteś młodsza ode mnie, kotku. - Chłopak dostał kuksańca w bok od dziewczyny obok niego. - Co? Jest seksi.
- I jest zajęta - odezwał się za nimi głęboki, chłodny głos. - Jest żoną księcia Asgardu, matką księżniczki.
- Co ty tu robisz?! - wrzasnął Tony. - Kazałem ci siedzieć z Eir i Freją na Alfheim! - Loki tylko posłał mu wymowne spojrzenie. - Ugh! Nigdy mnie nie słuchasz.
- Ej, to nie czas na rodzinne, trudne sprawy - rzucił Falcon. - Mów, kim jesteś. Bo na pewno nie Tony'm Starkiem. On nie żyje od wielu lat.
- Lokes, zmień mnie, bo nie chce mi się wyjaśniać wszystkiego, ok? - Mag podszedł do niego i wyciągnął dłonie. Zielone iskry jego magii oplotły ciało Starka i po chwili stał przed nimi w swoim męskim ciele i obcisłej sukni. - Ta… pójdę się przebrać. Ta suknia już mi nie pasuje.
- Tony… - wymsknęło się kapitanowi. Stark spojrzał na niego przez ramię. - Tony Stark…
- Zaraz wracam i obgadamy wszystko, Kapitanie.
Minęło kilka godzin, nim Tony wyjaśnił im wszystko, co się zdarzyło w ciągu kilku ostatnich lat. W zasadzie dla Starka to był może rok, dla nich prawie dwadzieścia. Nie wszyscy od razu uwierzyli mu, iż jest Tony'm, toteż przekonał ich ostatecznie, ujawniając swój reaktor. Wierzyli mu, czy nie, nie było to najważniejsze. Najważniejsze było to, że zgodzili się mu pomóc w walce z Thanosem.
Tony z zawziętością konstruował nową zbroję w laboratorium. Loki pomagał Wandzie nauczyć się nowych, pomocnych zaklęć. Kapitan i jego przyjaciele ćwiczyli sztuki walki.
- Brakuje mi jej - mruknął do Bruce'a. - Frei. Budziłem się w nocy, bo czułem, że muszę ją nakarmić...mimomimo że już nie mam kobiecego ciała...gadam bzdury?
- Nie - odpowiedział Banner. - To normalne, chyba. Jesteś matką, biologiczną… to chyba instynkt macierzyński. Dobrze zrobiłeś, że je odesłałeś. Będą bezpieczne w Asgardzie, pod okiem samego Thora.
- Nadal nie rozumiem, czemu Loki odesłał je tam, a nie na Alfhe…
- Sir. T.A.R.C.Z.A. dzwoni.
- Dawaj ich. - Jarvis nawiązał połączenie. - Dyrektor Johnson, witam.
- Stark, mamy dziwne odczyty na naszych radarach. Otwiera się portal. Już czas. - Zrobiła krótką pauzę. - Ja zbieram swoich ludzi. Przesyłam ci odczyty. Avengersi do boju.
Gdyby sytuacja nie była tak dramatyczna, Tony by się uśmiał na to stare zawołanie.
Tony wezwał swoją zbroję i połączył się z resztą zespołu.
- Avengersi...do boju.
…
Tony nie spodziewał się aż tylu Chitauri. Skąd Thanos ich wytrzasnął? Przecież Stark większość z nich zabił, gdy rzucił bombę na ich statek-matkę. A teraz była ich tu setka albo i więcej. Szczęśliwie zajmowali się nimi Avengersi i Loki.
A Tony stał oko w oko z ich panem i władcą. Thanosem. Szalonym Tytanem.
Jego przeciwnik śmiał się złowieszczo. W jego lewej dłoni znajdowała się włócznia, choć była zdecydowanie bez kamienia umysłu. Lustrowali się wzajemnie. Jeden starał się być bardziej straszny od drugiego.
- Myślałeś, że możesz się przede mną ukryć, śmiertelniku? - Thanos zbliżał się coraz bardziej do niego, na prawej dłoni miał założoną złotą, metalową rękawicę z trzema kamieniami nieskończoności, które Tony musiał zdobyć. - Zabrałeś coś, co nie jest twoje, nędzniku. A teraz… - Thanos uniósł rękę w górę i skierował w stronę człowieka - oddaj kamienie, swojemu panu, śmiertelniku, nim cię zabiję i rozniosę w pył tę planetę.
Tony przybrał stoicką maskę, kierując złączone kamienie mocy, czasu i przestrzeni, połączone z jego reaktorem, wprost na Tytana. Z obu stron wystrzeliły wiązki mocy. Gdy się spotkały w połowie drogi, rozległ się wielki huk. Wszyscy dookoła zostali oślepieni jasnym światłem. Stark gdzieś w tym chaosie słyszał głos swojego ukochanego, który nawoływał jego imię.
Tony! Tony! Tony!
A potem nastała ciemność.
A/N: I jak wrażenia?
Został już tylko epilog.
Opinie będą mile widziane,
Intoxic
