29 sierpnia 1997r.

Wczoraj nie wychodziłam z pokoju. Po moim napadzie szału spędziłam resztę nocy na podłodze. Dopiero po jedenastej obudził mnie skrzat – Tęczówka – przynoszący śniadanie. Wtedy też przeniosłam się do łóżka.

Nie zjadłam kanapek z serem, ale skrzatka i tak przyniosła mi obiad i kolację, których również nie tknęłam. Parę razy przyszła też Narcyza, ale za każdym razem albo spałam, albo udawałam, że śpię. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Nadal nie mam na to ochoty, ale biorąc pod uwagę to, że lada chwila mam wziąć ślub, a jeszcze tylu rzeczy nie wiem – na przykład jak spojrzeć na pana młodego i go nie zabić – nie mam zbyt dużego wyboru.

Godzinę temu pani Malfoy przyniosła mi ubrania na zmianę i eliksir o czerwonej barwie i metalicznym, ohydnym smaku. Teraz chodzę po pokoju i czekam, aż po mnie przyjdzie. To tak zabawne, że aż parskam śmiechem. Czekam w moim pokoju, w Malfoy Manor, na Narcyzę Malfoy – moją przyszłą teściową.

Podnoszę książkę z podłogi, z miejsca, w które ją rzuciłam. Kiedy otwieram ją na stronie z opisanymi objawami, do pokoju wchodzi Narcyza. Wygląda na nieco zmartwioną.

– Musimy cię przenieść – mówi, a ja patrzę na nią z zaskoczeniem. – Nie ma czasu na pytania. Podaj mi rękę.

Chyba wiem, o co chodzi. Remus Lupin na początku wakacji wspominał, że dom Malfoyów podobno jest teraz miejscem spotkań śmierciożerców oraz Voldemorta. Bez chwili zawahania łapię Narcyzę za wyciągniętą dłoń, a chwilę później czuję mocne szarpnięcie w okolicy pępka.

Teleportujemy się przed drzwiami średniego domu. Nie mogę mu się dobrze przyjrzeć, bo Narcyza otwiera je szybko i wpycha mnie do środka. Potem ciągnie mnie za sobą korytarzem, wchodzimy do małej kuchni i stajemy przed drzwiami znajdującymi się w niej.

– Wrócę za pół godziny, poczekaj na mnie w jadalni za tymi drzwiami.

– Ale... – Nie słucha mnie, już dawno wyszła z pomieszczenia i zniknęła za rogiem. Wzruszam ramionami i otwieram drzwi. Od razu tego żałuję, jak i tego, że posłuchałam tej podstępnej kobiety. W pomieszczeniu, na samym końcu podłużnego, z miejscem dla dwunastu osób, stołu, na miejscu pana domu, siedzi nie kto inny jak Draco Malfoy, paląc papierosa. Jest zdenerwowany; ręce mu się trzęsą, a dolna warga drży niebezpiecznie, jakby zaraz miał się rozpłakać. Patrzy prosto na mnie z nieodgadniętym błyskiem w oku.

– Weasley. – Jego głos jest tak chłodny, że aż dreszcz przechodzi mi po plecach. – A może powinienem powiedzieć... Malfoy? – Arogancki jak zwykle. Nawet teraz potrafi stroić sobie żarty.

– Widzę, że nawet jak umierasz, to twój głupi humor cię nie opuszcza. – Podchodzę do krzesła stojącego naprzeciwko Malfoya i siadam. Kładę na kolanach książkę, którą zabrałam ze sobą z Malfoy Manor. Stąd widzę, że klątwa i na Malfoyu zostawiła ślad. Jego blada cera jest jeszcze jaśniejsza niż normalnie, a szare, zimne oczy opuchnięte i przekrwione.

– Gdzie jesteśmy? – pytam, kiedy Malfoy gasi papierosa w popielniczce stojącej przed nim.

– To, Weasley, jest nasz dom – mówi, uśmiechając się w ten swój wredny, malfoyowaty sposób. Widać, że to całe dogadywanie mi sprawia mu wielką przyjemność. – Twój i mój. Pewnie różni się trochę od tej nory, w której wcześniej mieszkałaś, co? Jak ona się nazywała? A no tak, Nora.

Unoszę brwi. Chciałabym wiedzieć, co znaczy „nasz dom", ale nie pytam go, bo raczej nie udzieli mi żadnej mądrej odpowiedzi.

– Co tam u ciebie? Nadal zabijasz niewinnych ludzi? – odgryzam się. Jeśli w jakikolwiek sposób go to uraziło, nie okazuje tego.

– Dobre, punkt dla ciebie, Ruda – mówi. – A ty jak, nadal gonisz za Bliznowatym?

Gdyby nie dzieliły nas dobre trzy metry, kopnęłabym go w piszczel. Już otwieram usta, by powiedzieć, co myślę o tych jego zaczesanych na żel blond kudłach, kiedy do jadalni wchodzi Narcyza. Szybkim ruchem różdżki otwiera okno w pomieszczeniu, a potem siada na krześle po mojej lewej stronie.

– Mal... Draco powiedział, że jesteśmy w naszym domu...

– Tak – odpowiada. – To prezent ślubny od nas.

To mnie bardzo zaskakuje, ale milczę.

– Czy Draco opowiedział ci w tym czasie coś więcej o klątwie?

Marszczę brwi. Jasne, wszystko mi powiedział.

– Nie.

Narcyza mruczy coś pod nosem, po czym pociera skronie. Chyba zastanawia się, od czego zacząć.

– Jutro o dziesiątej rano przyprowadzę urzędnika, by połączył wasze dusze, jednak papiery o tym ślubie nie trafią do Ministerstwa. Nikt nigdy nie znajdzie informacji na ten temat – mówi, patrząc mi prosto w oczy. – Czarny Pan nie wie i nie może dowiedzieć się o tym małżeństwie, inaczej nigdy nie będziecie mogli się rozwieść.

– Rozwieść? – powtarzam po niej i wcale nie kryję nadziei w głosie. Serce mi przyspiesza. Może jednak nie będzie tak źle.

– Chyba nie liczyłaś na to, że już na zawsze będę z tobą dzielił łoże, co?

– Och, zamknij się, Malfoy. – Przewracam oczami.

Narcyza odchrząkuje.

– Tak, po jakimś czasie będziecie mogli się rozwieść. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to za rok o tej porze to wszystko będzie za nami. Ale nikomu nie możesz powiedzieć o tym małżeństwie, rozumiesz?

– Tak. – Nie wiem po co pyta, to nie tak, że bym chciała, nie?

– Dobrze. Przez cały czas musicie nosić obrączki, ale po włożeniu na palec będą one niewidoczne. Jeśli będziecie musieli się ze sobą skontaktować...

Że co?

– Wystarczy, że ściągniecie je i stukniecie różdżką, myśląc o tym, co chcecie przekazać drugiemu. – Narcyza cichnie na chwilę i zerka to na mnie, to na swojego syna. – Jako że klątwa wymaga od was spędzania ze sobą czasu, po przyjeździe do Hogwartu dostaniecie dormitorium małżeńskie, ale nadal będziecie mieli swoje pokoje. Severus wam wszystko pokaże.

Co? Snape? Dormitorium małżeńskie? I co niby mamy tam robić? Czytałam kiedyś w Historii Hogwartu, że gdzieś w zamku znajdują się takie pokoje. W końcu niecałe sto lat temu jeszcze zawierano małżeństwa w wieku szkolnym. Tylko nie przypuszczałam, że my takie dostaniemy.

Próbuję znaleźć na twarzy Malfoya coś, co pokazałoby, że jest równie zaskoczony jak ja, ale nie udaje mi się to. Musiał o tym wiedzieć.

– Spędzać ze sobą czas? – pytam.

– Musicie przebywać blisko siebie przynajmniej pół godziny dziennie, żebyście zbytnio nie odczuwali skutków klątwy.

Wypuszczam głośno powietrze przez usta. Może jeszcze mamy trzymać się za ręce?

To tylko rok, uspokajam się w myślach, tylko rok, jeśli wszystko dobrze pójdzie...

To wszystko wydaje się tak proste, że aż podejrzane, ale nie kwestionuję tego. Jeszcze nie teraz, ale coś tu nie gra.

– Muszę wracać do domu. Wrócę jutro razem z urzędnikiem. – Narcyza spogląda na zegar wiszący na ścianie, odsuwa krzesło i wstaje od stołu. – Draco pokaże ci twój pokój. Jest tam już twój kufer, twoja mama przysłała go wczoraj.

Ta, dzięki, mamo.

Kiedy Narcyzy nie ma już w pokoju, Malfoy wyciąga z kieszeni spodni paczkę papierosów – są to te same czarodziejskie szlugi, jakich kiedyś próbowali moi bracia - i wysuwa jednego.

– Ekhem. Malfoy, mój pokój, pamiętasz?

– Nie wolisz poczekać do nocy poślubnej? – Podnosi się z krzesła i szybkim krokiem rusza w kierunku drzwi, mijając mnie.

Dupek.

Naprzeciwko kuchni są schody. Są ładne, drewniane i nie mają półpiętra. Prowadzą prosto na piętro. Na górze skręcamy w lewo i zatrzymujemy się przy pierwszych drzwiach po prawej.

– To jest twój pokój, a mój jest tu – mówi Malfoy, wskazując na drzwi znajdujące się za moimi plecami, te naprzeciwko moich. – Więc jakbyś poczuła się samotna w nocy, to wiedz, gdzie nie wchodzić.

Fuj.

Nie patrząc na niego, naciskam klamkę i wchodzę do mojej sypialni. Nim zdąży coś jeszcze powiedzieć, zatrzaskuję mu drzwi przed nosem. Nareszcie jestem sama.

Rozglądam się. Ściany są w przepięknym kolorze piaskowego brązu. Jest tu łóżko z kolumienkami i baldachimem, dwie szafki nocne, duża szafa i stolik z dwoma krzesłami. Podoba mi się to wnętrze.

Na środku pomieszczenia, na ciemnobrązowych panelach stoi mój kufer. Klękam obok i otwieram go w poszukiwaniu rzeczy, które przydadzą mi się przez najbliższe trzy dni. Przekładam je na wierzch. Nie ma sensu ich wypakowywać.

Kiedy mój wzrok pada na podręcznik z OPCM, przypominam sobie, że zostawiłam na dole Klątwę Obłąkanej Gwendolyn. Przez chwilę rozważam, czy naprawdę chcę schodzić na dół i użerać się z Malfoyem, ale niemal od razu dochodzę do wniosku, że lepiej, żebym dowiedziała się wszystkiego przed ślubem, a nie po. Wolę być przygotowana.

Najszybciej jak potrafię przemykam na dół po schodach, licząc, że Malfoy mnie nie zauważy.

Nadzieja matką głupich.

Malfoy jest w salonie, siedzi na fotelu, z którego widać wejście do kuchni, domu i na schody. Musiałabym mieć pelerynę-niewidkę, żeby go ominąć. Śmierdzi tu papierosami. Niezadowolona, podchodzę do okna i otwieram je na oścież.

– Mógłbyś palić na zewnątrz? Albo przy otwartym oknie? Śmierdzi tu gorzej niż w Dziurawym Kotle.

– Dobrze. – Wzrusza ramionami. Jak zawsze ma tę swoją pokerową twarz i ciężko mi powiedzieć, co jest przyczyną jego pokojowego zachowania. Nie żeby mnie to interesowało. Marszcząc brwi, wychodzę z pokoju i idę do jadalni.

Książka leży na stole. Siadam tam, gdzie wcześniej i czytam.

OBJAWY:

Bóle głowy, mięśni, stawów, osłabienie, omdlenia, krwotoki z nosa i oczu, pogorszenie i utraty wzroku, koszmary, wymioty, utrata apetytu i smaku, depresja, niedokrwistość.

Aby je załagodzić, można sporządzić eliksir wzmacniający z dodatkiem krwi narzeczonego. Można go podać maksymalnie trzy razy przed ślubem.

Przełykam ślinę z niesmakiem. Już wiem, skąd ten metaliczny smak eliksiru, który podała mi Narcyza. Chcąc zignorować obrzydzenie, które odczuwam na samą myśl o tym, że dwa razy wypiłam krew Malfoya, przewracam kartkę.

Po ślubie młoda para powinna spędzać ze sobą dużo czasu. Im więcej, tym szybciej ustąpią objawy klątwy i tym słabsze będą. Jeśli nie będzie przebywać dostatecznie blisko siebie, złe samopoczucie powróci. Najlepszym sposobem na poprawę zdrowia, jest dotyk.

Zamykam książkę i odchodzę od stołu. Zbyt wiele informacji, które mi się nie podobają, jak na jeden dzień.

Gdy wchodzę do salonu, Malfoya już w nim nie ma. Wspinam się więc po cichu po schodach, a kiedy jestem przed drzwiami. Z pokoju Ślizgona dobiega dźwięk tłuczonego szkła. Przystaję na chwilę, nasłuchując. Do moich uszu dobiega skrzypienie, jakby przesuwanie mebli, potem słychać głośny huk. Malfoy głośno przeklina. Później słyszę kroki, jednak zanim zdążę się schować do pokoju, chłopak jest już na korytarzu.

Jest zdenerwowany. Policzki ma czerwone, jakby się zarumienił, a wzrok przepełniony złością.

– Na co się gapisz, Weasley? – Nawet na mnie nie patrzy. Wymija mnie szybko i zbiega na dół. Po drodze potrąca coś, co z trzaskiem spada na podłogę. Następnie głośno trzaskają drzwi wejściowe. Opieram się plecami o ścianę i zamykam oczy.

To będzie długi rok.

30 sierpnia 1997r.

W nocy źle mi się śpi. Leżę na plecach bez ruchu. Eliksir musiał przestać działać, bo jest mi strasznie niedobrze. Już dwa razy wymiotowałam, raz nawet na korytarzu, bo nie mogłam znaleźć łazienki.

Jest trzecia nad ranem. Malfoy nadal nie wrócił. Przez cały czas zastanawiam się, gdzie jest. Może Harry miał rację i Lord Voldemort naprawdę przyjął go do grona śmierciożerców? Wzdrygam się na samą myśl o tym, że być może Ślizgon zniknął, by z nim się spotkać.

Niedługo później zasypiam. Śni mi się Gwendolyn. Wygląda inaczej niż zwykle. Ma krótsze włosy, a rysy twarzy bardziej wyostrzone. Już nie nosi białej sukienki, jej ubranie bardziej przypomina moje czasy niż jej. Ma na sobie spodnie i zwykłą bluzkę. Jest środek nocy, a ona pochyla się nad kimś śpiącym w łóżku. To moja pierwsza doba w tym domu, więc dopiero po chwili poznaję pokój, w którym się znajdujemy. To mój pokój. Gwendolyn stoi nade mną.

Budzę się.

I mogłabym przysiąc, że kątem oka widzę znikającą Śnieżkę.