6. W stolicy
Prawdą okazały się słowa Gandalfa, że podróż przez stepy Rohanie nie będzie usłane różami. Zostali zaczepienia przez sporej liczebności oddział pod dowództwem Eomera, który chciał dostarczyć przestępców do stolicy.
- Ależ nie ma takiej potrzeby, przyjacielu. Czyż nie widzisz, że właśnie tam zmierzamy? - odparł na to Gandalf
"Czyżby uciekli z jakiegoś psychiatryka? - pomyślał Eomer - A zresztą, tam się już nimi zajmą. Mam pilniejsze sprawy na głowie"
- Milej podróży -powiedział tylko ze złośliwym uśmiechem.
Po długiej drodze, którą znacząco uprzykrzyły prace remontowe na głównej rohańskiej autostradzie, kompania dotarła do Edoras. Gandalf zaprowadził ich prosto pod siedzibę lokalnych władz.
- Coś zamąciło umysł władcy, kiedyś był moim wielkim przyjacielem, ale nie liczcie dziś na miłe przyjęcie. - ostrzegł Gandalf
- No co ty nie powiesz... - mruknął Gimli.
- Nie możecie stanąć tak przed Jego Wysokością - rzekł ochroniarz u drzwi budynku.
- A czemóż to? - rzekł Aragorn, który przypomniał sobie, że od nieoczekiwanego powrotu do żywych Gandalfa prawie w ogóle się nie odzywał. Ochroniarz zamyślił się, polecono mu wymyślić solidną wymówkę, jednak myślenie nie było widać jego mocnym punktem:
- Booo...Macie przy sobie niebezpieczne przedmioty.
- Nie ma problemu, możemy je zostawić.
- A twój kij jest zbyt długi - zwrócił się do czarodzieja - możesz zarysować sufit
- Spokojnie, będę bardzo ostrożny - odparł Gandalf i nie czekając na kolejne przeszkody związane z przepisami BHP i brakiem stroju galowego wszedł do środka. Za nim podążyła reszta Drużyny.
- Po cóż tu przybywasz, Gandalfie, zwiastunie libacji? Czyż nie wiesz, że cały zapas alkoholu z tego kraju jest utylizowany? - doszedł do ich uszu głos władcy
- Co z nim robicie? - zapytał pośpiesznie Aragorn
- Na moje osobiste polecenie moi słudzy wylali wszystko do Rzeki - Ścieki. Teraz już wszystko jest gdzieś za Morzem.
- Aha, teraz już rozumiem, czemu te wszystkie elfy tak upodobały sobie wycieczki w tamtą stronę. I czemu żaden jeszcze nie wrócił. - mruknął Legolas
- Co skłoniło Cię do takiego obłędu, przyjacielu? - zapytał troskliwy Gandalf
- Zamilcz, Durniu! - wzburzył się Theoden - doskonale znasz przyczyny tego "obłędu" - ironicznie zaakcentował ostatnie słowo - Czyż nie dobiegła Cię wieść, że po twojej ostatniej wizycie, gdy uciekłeś z wieży Sarumana na jakimś tamptaku, mój syn, Theodred, zatruł się śmiertelnie alkoholem metylowym.
- Masz pełną rację, mój panie - do rozmowy włączył się jeden z doradców króla - przecież ten staruch jeszcze nigdy nie przyniósł nam nic dobrego. I jeszcze ma zatargi z naszą służbą graniczną.
Tego już Gandalfowi było za wiele. Nie pozwoli przecież, aby ktokolwiek kpił z jego niebezpiecznych wypraw i, co jeszcze gorsze, obarczał jego wyroby alkoholowe winą za jakieś tam nieszczęśliwe przypadki:
- Trzymaj swój jadowity język za zębami, gadzie! - wykrzyknął - nie wiem, czy wiesz, Najjaśniejszy Panie, ale twój wierny sługa nie wypełnij twojego polecenie. Cały alkohol wysłał do Sarumana, któremu służy. Widziałem go u niego, gdy byłem wtedy u niego z wizytą, choć bardzo starał się ukryć przed nim swoją tożsamość. Powiedz co obiecał Ci w zamian?
Twarz króla spochmurniała:
- Czy to prawda, Grima?
- Skądże znowu, zawsze służyłem tylko tobie panie. - odparł sługa
- Czy przedstawisz mi jakikolwiek dowód, Gandalfie?
- Ja mogę potwierdzić, że Gadzi Język ciągle nadawał paczki do Isengardu - powiedział pracownik Urzędu Pocztowego, który akurat przyszedł przyjrzeć się gościom z zagranicy.
W tym momencie świadom swego beznadziejnego położenia Grima wybiegł z pałacu, wskoczył na konia i odjechał w stronę siedziby czarodzieja.
