12. Rozstrzygające uderzenie

Z Helmowego Browaru witają państwa Dariusz Szpakowski i Wlodzimierz Szaramowicz - Saruman usłyszał dobiegający z półki na magiczną kulę znajomy głos. Nareszcie zaczęła się bitwa, na którą od tak dawna oczekiwał. Rozsiane się wygodnie i nadawał oczy ratując go widokiem. A było czym, bo nawet czarodziej nie spodziewał się, że hodowcy koni okażą się tak mało wymagającym przeciwnikiem. Jeżeli było to w ogóle możliwe, z każdą minutą losy bitwy przybierały dla nich coraz gorszy obrót. Żołnierze Sarumana dosłownie zalewali fortecę z każdej strony. W całej okolicy było słychać płacz matek, których synowie zostali wyznaczenie do pilnowania bramek. Ten błogi stan duszy Sarumana przerwał dzwonek telefonu służbowego.

- Szefie, mamy mały problem - czarodziej z całego serca nienawidził tych słów. Czasami mogliby po prostu powiedzieć ze są tępymi półki wami i nie wypełnili powierzonego im zadania. Inna sprawa, że w takiej sytuacji spaliłby ich żywcem. Jednak Saruman nie mógł przecież upokorzyć się wyznawaniem swoich problemów tępym orkom, więc rzucił tylko suche "Co znowu?", które zwykle sprawiało, że podwładny nie był w stanie powiedzieć nic przez dobre 15 sekund. Ale nie tym razem:

-Chcieliśmy podpiąć się do tego ich przeklętego nagłośnienia, ale nasi chłopcy za nic w świecie nie mogą odczytać CAPTCHA. - powiedział mózg operacji "Wp****dol". Saruman nie wytrzymał tak wielkiej głupoty swego podwładnego i rzucił przez okno słuchawką. Leciała ona dość długo z luksusowego apartamentu na 33 pietrze Orthancu, po czym Saruman usłyszał dość głośny plus. Zaciekawiony wyszedł na balkon i w tym miejscu pozostawimy go, wraz z ogromnym zdziwieniem oraz jeszcze większym potokiem słów niecenzuralnych.

Tymczasem Aragorn że środka Helmowego Browaru obserwował swoje położenie i do głowy zaczęły napływać mu myśli samobójcze. Właściwie to co mi szkodzi - pomyślał (chociaż to słowo niezbyt do niego pasowało) i wskoczył na mur budowli. - Witajcie przyjaciele - krzyknął, co dość mocno zaciekawiło jego wrogów stojących na dole - Przybywam z Wami negocjować.
- Ale Co to znaczy negocjować? - zapytała intelektualna elita oddziałów wroga
- Pokojowo porozmawiać - wytłumaczył cierpliwie Aragorn
- A pokojowo? - urukowie nie dawali za wygraną
- Że nie możecie we mnie w tym czasie strzelać! - w ostatniej chwili krzyknął nasz bohater, bo w jego stronę skierowanych było już kilka łuków - Przejdźmy jednak do konkretów: gdzie przekroczyliście granicę?
- Na granicy - ze zdziwioną miną odpowiedzieli żołnierze spod znaku Białej Ręki
- No tak, racja. A przeszliście kontrolę graniczną?
- A co to takiego?
- No, ehmm, to polega na tym, że przeszukują cię czy nie przewozisz broni, alkoholu ani narkotyków.
- K****, chłopcy, to akurat jedyne trzy rzeczy, które przywozimy. Co teraz zrobimy? - powiedział jeden z dowódców ku uciesze Aragorna, który postanowił kontynuować swój wywód:
- A tak w ogóle macie bilety?
- A co to? - powtórzył wróg
- Taki papierek, który pozwala wam tu wejść
- Saruman nam pozwolił tam wejść. Nie potrzebujemy WASZEGO pozwolenia!
- Ale bardzo mi przykro, lecz wymagania bezpieczeństwa zabraniają nam wpuszczać was dopóki nie będziecie mieli biletu, z określonym miejscem na widowni, od oficjalnego dystrybutora - powiedział Aragorn łagodnym tonem, by nie rozgniewać urukó, po czym pomachał im na pożegnanie i zeskoczył z muru, aby udać się na ważną rozmowę z Theodenem i resztą sztabu zarządzania kryzysowego.

Gorąca narada rozgorzała w obozie wroga. Przecież Saruman nie pozwalał im deptać zieleni ani łamać prawa w żaden inny sposób. Ale w Isengardzie nie mieli jakichś idiotycznych przepisów dotyczących biletów. Po sześciu godzinach kłótni ujrzeli staruszka odzianego na biało jadącego koniem w kierunku ich obozu. Początkowo myśleli, że to Saruman zamierza ich ukarać. Ale armia, która pojawiła się za jego plecami oraz radosne okrzyki ze strony Browaru uświadomiły im jaka była prawda. Gandalf i jego liczni przyjaciele jak zwykle uratowali im tyłki.