Długi korytarz tonął w mroku. Po obu stronach ciągnęły się kraty, za którymi można było zobaczyć zmęczone twarze wygłodzonych i nękanych ludzi. Właściwie ich sylwetki powoli przestawały wyglądać na ludzkie, a na pewno nie traktowano ich tak. Teraz byli niewolnikami. Nawet ze zwierzętami często lepiej się obchodzono.
Za załomem korytarza znajdował się jakiś cień. Od dłuższego czasu kucał tam i nie drgnął nawet, gdy chwilę wcześniej przeszła obok niego grupka strażników.
Była to mała dziewczynka. Na oko trzy-, czteroletnia. Miała na sobie brudną, zniszczoną, szarą sukienkę. Ledwo sięgała jej do kolan. Poplątane brązowe włosy opadały jej tłustymi strąkami na bladą twarz. Szeroko otwarte, piwne oczy wyrażały skrajne przerażenie ale i determinację. Nogi bolały ją od długotrwałego kucania, ale ona nie ośmieliła się nawet poruszyć, by im ulżyć. Zresztą, była przyzwyczajona do bólu. To był jej towarzysz praktycznie od urodzenia.
W tej chwili nasłuchiwała. Strażnicy poszli, ale czasami nachodziła ich ochota, by ponownie przestraszyć więźniów. Jeżeli dobrze wszystko obliczyła ( a podejrzewała, że tak jest ), to jeżeli za jakieś pięć minut się nie pojawią, to nie wrócą do świtu. Na wszelki wypadek postanowiła poczekać piętnaście.
Gdy po tym czasie nikt się nie pojawił, wyprostowała się. Na jej twarzy pojawił się grymas bólu, gdy mięśnie zaprotestowały. Szybko się opanowała i zaczęła iść wzdłuż krat. Po kilkunastu krokach, znalazła się tam, gdzie chciała być. W celi naprzeciw niej siedziała grupka ludzi, ale jedna kobieta poderwała się do góry natychmiast, gdy zauważyła dziewczynkę. Zaraz po niej podniósł się jakiś mężczyzna. Obydwoje podeszli niepewnie do przybysza.
-Jak... jak ci się udało? - zapytała z niedowierzaniem w głosie kobieta, powstrzymując łzy napływające jej do oczu.
-Nie zdążyli zrobić większej obroży, a stara już by mnie udusiła. Zamknęli mnie, ale uciekłam. Póki mnie nie złapią nic mi nie zrobią. - odpowiedziała, a na jej twarzy pojawił się niepewny uśmiech. Przejechała dłonią po czerwonym śladzie na szyi, wyraźnie odznaczającym się na tle jasnej skóry. W tym samym miejscu, gdzie pozostali więźniowie mieli żelazne obręcze.
-Dlaczego wróciłaś? Powinnaś uciec jak tylko miałaś okazję. - wyszeptał mężczyzna. Wyciągnął rękę i pogłaskał ją delikatnie po policzku.
-Ja... chciałam się pożegnać. I powiedzieć, żebyście się nie martwili. - powiedziała. Usta jej zadrżały, a w oczach pojawiły się łzy. - Ja nie chcę was zostawiać. - dodała nagle. Głos jej się załamał przy ostatnim zdaniu.
-Nie masz innego wyjścia, kochanie. Proszę, zrób to dla nas i uciekaj stąd.
-Mamo...
-Błagam, posłuchaj jej. Pamiętasz wszystko, co ci powiedziałem?- zapytał mężczyzna, a gdy dostał nieme potwierdzenie, kontynuował.- Plany całego kompleksu i wyspy powinnaś znać na pamięć. Znasz wszystkie drogi, przejścia i skróty lepiej niż większość z nich. Dasz radę uciec. Jak tylko znajdziesz się poza murami, natychmiast biegnij do portu. Nie pytaj mieszkańców o pomoc, bo i tak cię wydadzą. Znajdź jakiś statek i odpłyń najdalej jak potrafisz. Jeżeli trafisz na rewolucjonistów, użyj swojego nazwiska. Wtedy ci na pewno pomogą. Jeśli zajdzie taka potrzeba to kłam, oszukuj i manipuluj ludźmi. Zdobądź wiedzę, stwórz najlepszy plan, jaki świat widział i przeżyj.
Dziewczynka pokiwała głową i spróbowała powstrzymać łzy.
-Dziękuję, tato.
-Nie patrz za siebie. Nigdy się nie odwracaj. Bez względu na to, co musiałabyś zrobić. Mam jedną prośbę. Żyj, bądź wolna i szczęśliwa. Nigdy nie żałuj swoich decyzji. Tak bardzo chciałabym zobaczyć jak dorastasz... Ale nie tutaj. Mam nadzieję, że znajdziesz ludzi, którym będziesz mogła zaufać, ale bądź ostrożna...
Kobieta chciała kontynuować, ale nagły szloch jej na to nie pozwolił. Mężczyzna objął ją ramieniem i spojrzał w oczy swojej córce.
-Uciekaj. Kochamy cię.
Dziewczynka pokiwała głową, zagryzając dolną wargę. Szybko przytuliła rodziców przez kraty i pocałowała ich na pożegnanie. Odwróciła się na pięcie i odbiegła. Jednak zanim zdążyła zrobić choć kilka kroków, spojrzała za siebie i wyrzuciła:
-Przepraszam. Kocham was!
Pognała korytarzem tam, skąd przyszła. Minęła zakręt i kontynuowała bieg. Zwolniła dopiero, gdy zobaczył solidne drzwi na końcu. Za nimi było niewielkie pomieszczenie, w którym spało kilku strażników. Dopiero dalej było wyjście. Ale dla małej i chudej osoby, był jeszcze inny sposób na ucieczkę.
Skręciła gwałtownie i małym korytarzykiem dostała się do pomieszczenia, które służyło za łazienkę. Upewniwszy się, że jest pusta, dziewczynka weszła do środka. Złapała się rury, która doprowadzała na dół wodę i zaczęła się wspinać. Przecisnęła się przez dziurę w suficie i opadła na podłogę niewielkiego przewodu. Zaczęła się czołgać.
Po jakiś trzech godzinach w końcu udało jej się dostać na mury posiadłości. Poczuła potrzebę, by rzucić okiem po raz ostatni na to wszystko, co było jej całym światem odkąd się urodziła. Jednak słowa matki zabrzmiały jej w głowie. Zaczęła wędrować wzdłuż zewnętrznej krawędzi, szukając odpowiednio bliskiego drzewa, by zejść na dół. Słońce powoli pojawiało się na horyzoncie. W dole brzmiał alarm. Zauważyli brak jednego niewolnika już pół godziny temu. Nagły krzyk zmusił zbiega do poderwania głowy. Na platformę na środku zaciągnięto dwie osoby. Mocne światło, które ich oświetliło, pozwoliło jej poznać nieszczęśników.
Zakryła dłonią usta, by nie krzyknąć.
-No dobra, mała. Wyłaź, bo oni zginą! - groźny głoś szefa straży.
„Nie patrz za siebie. Nigdy się nie odwracaj. Nigdy nie żałuj swoich decyzji."
Odwróciła się i wyskoczyła. Złapał się drzewa i spuściła po nim na ziemię. Zajmie im trochę czasu nim dojdą, że jest już poza posiadłością.
Puściła się biegiem w stronę portu. Już nie była w stanie powstrzymywać łez. Mimo mokrej twarzy biegła przed siebie. Nie zatrzymała się nawet na odgłos dwóch wystrzałów z pistoletu. Żaden dźwięk nie opuścił jej ust. Biegła w stronę wschodzącego słońca, gnana strachem, poczuciem straty i bólem. Oraz silnym postanowieniem, że jej rodzice będą z niej dumni. Teraz już mogli się jej przypatrywać. Z góry.
Ritsu gwałtownie otworzyła oczy. Rozejrzała się z przerażeniem. Dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie gdzie jest. Odetchnęła z ulgą i usiadła. Znowu śniła jej się tamta noc. Razem z kolejnym dniem była to zarazem najgorsza i najlepsza doba w jej życiu. Wtedy wszystko się zmieniło. Choć minęło trochę czasu, nim mogła zacząć naprawdę inne życie.
Dziewczyna potrząsnęła głową i podniosła się. Wiedziała, że i tak już nie zaśnie. Po cichu ubrała się i wyszła na pokład. Słońce pojawiło się już na widnokręgu. Odetchnęła głęboko świeżym powietrzem. Pozwoliła chłodnej bryzie przez chwilę owiewać swoje ciało i przegonić resztki koszmaru z jej umysłu. Potem się rozejrzała.
Zorientowała się, że ktoś już jest w kuchni, więc tam poszła. Po wejściu do środka jej nozdrza uderzył zapach smażonych jajek. Poczuła, jak ślinka napływa jej do ust. Popatrzyła na Sanji'ego, który stał przy kuchni, tyłem do niej.
-Dzień dobry, oniisan. - zawołała wesoło.
Kucharz obrócił głowę, by spojrzeć na przybyłą.
-Dzień dobry, Ritsu-chan. Czemu wstałaś tak wcześnie? - zapytał, ponownie skupiając się na przygotowywanym jedzeniu.
Wspomnienia znowu uderzyły w nią z pełną mocą. Przegnała je jak najszybciej.
-Och... Po prostu nie mogę się doczekać, kiedy dopłyniemy. - odpowiedziała nie do końca szczerze. Blondyn wyczuł fałsz w jej głosie, ale postanowił nie naciskać.
-Usiądź. Śniadanie zaraz będzie gotowe.
Ritsu posłuchała polecenia. Po chwili stał przed nią pełny talerz. Niedługo potem zebrała się reszta załogi, obudzona kuszącą wonią jedzenia.
-Oi, widzę ląd! - wykrzyknął Usopp, zwracając na siebie uwagę całej załogi. Sanji zostawił mycie naczyń i wynurzył się z kuchni. Zauważył, że dziewczyny siedziały na środkowym pokładzie. Nami zaplatała młodszej koleżance warkocza. Gdzieś z przodu zarysował się kształt wyspy.
-Louge Town, nareszcie! W końcu zobaczę miejsce śmierci króla piratów!- krzyczał Luffy.
Nawet Zoro otworzył jedno oko, by spojrzeć na cel ich podróży.
-Przygotujcie się do cumowania. Wszyscy na pozycje! - rozkazała Nami, podnosząc się z leżaka.
Członkowie załogi posłuchali i popędzili na odpowiednie miejsca. Już po paru minutach Zoro wyrzucił kotwicę, a Usopp wiązał cumy do pomostu. Przed nimi stały budynki, głównie magazyny. Między nimi ciągnęły się uliczki, prowadzące do centrum miasta. Gdzieniegdzie widać było spacerujących ludzi.
Słomkowi zeskoczyli ze statku i zebrali się na nadbrzeżu.
-Jaki plan? - zapytał szermierz, patrząc na kapitana.
-Pójdę zobaczyć platformę egzekucyjną. - odpowiedział.
-To może się rozdzielimy? - zaproponowała Nami. - Ja planuję zrobić zakupy, a nie chcę łazić za Luffym.
-Tylko ustalmy kiedy i gdzie się spotkamy. - dodała Ritsu.
-Może na statku? Za... Trzy godziny? - zaproponował Sanji, robiąc w głowie listę zakupów.
-Okej! - krzyknął Luffy i już go nie było. Reszta spojrzała za nim, ale jakoś to nikogo nie zdziwiło.
-Muszę znaleźć jakiś sklep z katanami. - powiedział Zoro do siebie i zrobił krok w stronę miasta, ale komentarz nawigatorki skutecznie go zatrzymał.
-Masz pieniądze? - zapytała słodko.
Zielonowłosy przypomniał sobie o tym drobnym szczególe i podrapał się nerwowo w tył głowy.
-Hmmm... Nami, nie mogłabyś mi pożyczyć trochę kasy? Jak będę miał to ci oddam... - zaczął ostrożnie. Wiedział, że z rudowłosą jest to dość niebezpieczny temat.
-Oczywiście, że mogę. - odpowiedziała z przebiegłym uśmiechem. - Pożyczę ci... 100 tys. beri. Oczekuję, że oddasz mi 300%.
-Co? Ty jędzo...
-Hej, jak nie chcesz, to nie musisz brać. Ale od kogo innego weźmiesz?
Szermierz rozejrzał się. Luffy'ego już dawno nie było. Z resztą pewnie też nic nie miał. Sanji i Usopp też zdążyli już się ulotnić. Została jedynie Ritsu, która przyglądała się temu lekko rozbawiona.
-Ritsu... Nie masz może trochę pieniędzy, które mogłabyś mi pożyczyć?
Dziewczyna przez chwilę udawała, że się nad tym zastanawia. Potem zlitowała się nad przyjacielem.
-W zasadzie trochę mam, a wszystkiego na pewno nie wykorzystam...
-Och, dzięki. Na pewno nie będziesz mnie tak wykorzystywać jak ta wredna baba, prawda?
-Nie, oczywiście, że nie. Ja żądam tylko 200%...
Zoro mocno przygasł, a Nami popatrzyła z podziwem na przyjaciółkę.
-Nawet ty przeciwko mnie? Nami, nie powinnaś się targować, czy coś?
-Nie ma opcji.
-Och, dobra. Ritsu, wygrałaś.
Brązowowłosa z uśmiechem na ustach podała mu niewielki zwitek banknotów, który wcześniej wyciągnęła ze swojej torby.
Szermierz ruszył w stronę miasta, marudząc pod nosem coś o „sępach" i „zdzierstwie". Gdy już się oddalił, obie dziewczyny spojrzały na siebie, po czym wybuchnęły śmiechem. Ramię w ramię ruszyły na zakupy.
Okej! W końcu dopłynęli. Formę historii już wybrałam. Będą to flashbacki, w formie snów (jak już się pojawiło) lub wspomnień. Słowniczka nie ma, bo nie ma z czego. Miłego czytania i zapraszam do komentowania!
