-Zoro-
Czas wydawał się stanąć w miejscu. Wszyscy obecni wpatrywali się w wirującą katanę, która miała zaraz odciąć rękę Zoro. Wszyscy oprócz samego szermierza.
On stał tylko spokojnie z wyciągniętym ramieniem. Przymknął lekko oczy i czekał. Nie mógłby być w załodze z królem piratów, gdyby nie potrafił pokonać głupiego miecza!
Poczuł drżenie powietrza, które zapowiadało, że ostrze jest tuż nad jego ręką. Poczuł delikatne muśnięcie stali o skórę. Dreszcz zniecierpliwienia przeszedł mu przez kręgosłup. Zaraz wszystko się okaże, bez względu na wynik.
Miecz okręcił się wokół ramienia zielonowłosego, delikatnie tylko muskając go tępą stroną, po czym wbił się w podłogę. Prawie po samą rękojeść. To była naprawdę ostra broń.
Z uśmiechem na ustach Zoro zignorował gwałtowne reakcje na wynik sprawdzianu. Wyciągnął katanę z ziemi i jeszcze raz się jej przyjrzał.
-Podoba mi się. - powiedział. - Wezmę ją. Ej, ty! - zwrócił się do kobiety w okularach, która klęczała na podłodze. Szermierz zmarszczył lekko brwi: „co ona tam robi?" - Wybierz mi jeszcze jakiś miecz i przynieś go tutaj.
-T...tak. - wydukała, podnosząc się niepewnie.
-Poczekaj! - zawołał sprzedawca i wbiegł przez drzwi za swoimi plecami. Po chwili wrócił ze stojakiem, w którym była jeszcze inna katana. Miała czarną rękojeść i pochwę ze złotymi wykończeniami. - To jest najlepszy miecz, jaki mam w sklepie. Yubashiri. Należał do mojej rodziny od pokoleń. - wyjaśnił, stawiając broń na blacie.
-Już mówiłem, nie mam tyle pieniędzy. - stwierdził Zoro.
-Nieważne. Dawno już nie widziałem tak wspaniałego szermierza. Weź Yubashiri i Sandai Kitetsu za darmo. Przepraszam, że próbowałem cię oszukać. Jak mawiają, to miecze wybierają właścicieli.
Roronoa uśmiechnął się. Podziękował i wyszedł ze sklepu. Czuł się dużo lepiej, mając przy sobie trzy katany. I nie musiał za nie płacić! Zadko zdarzało mu się zaoszczędzić. Postanowił przejść się jeszcze po mieście. I może uzupełnić, kurczące się w zastraszającym tempie zapasy odzieży...
-Kwatera marynarki-
-Tashigi dalej tu nie ma?! - zapytał zniecierpliwiony białowłosy mężczyzna. Skierował to do młodszego stopniem żołnierza marynarki, stojącego w drzwiach jego gabinetu.
-Nie, Smoker-taisa. Poszła odebrać swój miecz ze sklepu z bronią. - zameldował posłusznie zapytany.
Jego przełożony, kapitan Smoker, siedział na kanapie. W ustach trzymał dwa cygara, które produkowały niesamowicie wielką chmurę białego dymu.
-Ile czasu ona potrzebuje, żeby to zrobić? Dostaliśmy listy gończe piratów, którzy są w Louge Town. Idź i sprowadź ją tutaj natychmiast! - zarządził mocno już zdenerwowany Smoker.
-Tak jest, Smoker-taisa! Tylko... jeszcze jedna sprawa. - niepewnie dodał żołnierz.
-O co chodzi?
-Dwie kobiety przyszły do kwatery. Twierdzą, że muszą się z panem spotkać.
-Kto to?
-Nie mam pojęcia...
Smoker westchnął, zirytowany niekompetencją swoich ludzi.
-Przyprowadź je tu.
-Tak jest!
Gdy jego podwładny wyszedł, białowłosy podniósł się i otworzył okno, by trochę wywietrzyć. Normalnie nie przejmował się takimi drobiazgami, ale skoro już ktoś miał przyjść...
Zarzucił na ramiona swój płaszcz marynarki i potrząsnął głową.
-Ta kobieta... jest wstydem, dla całej marynarki. - wymamrotał, myśląc o Tashigi, jednej ze swoich podwładnych. Jednocześnie była jedną z jego najlepszych ludzi, ale tego już nie dodał.
-Sanji-
Sanji chodził po bazarze. Jego oczy raz po raz błyszczały na widok kolejnych pięknych kobiet, które go mijały. Jedna w szczególności przykuła jego spojrzenie. Miała czarne, lekko kręcone włosy i ciemne oczy w kształcie migdałów. Na głowie miała kapelusz, a ciało okrywał jej długi płaszcz, ale mimo to dało się dostrzec, że miała wspaniałe kształty.
Minął stoisko z produktami z morza a w jego oczy rzuciła się olbrzymia ryba.
-Och, dzień dobry. Jak nazywa się ta wspaniała ryba? - zapytał wesoło sprzedawcy. Może spędził trochę czasu oglądając przedstawicielki płci pięknej... No dobra, sporo czasu... Większość... Co nie zmieniało faktu, że był kucharzem, a jego zmysły zawsze wychwytywały najlepsze składniki. Nie mógł pozwolić sobie na podawanie złej jakości posiłków. Nawet, gdy jedzące je osoby nie potrafiły docenić jego starań...
-Witam. To jest słoniowy tuńczyk! Normalnie nie widuje się tych ryb w tych okolicach, ale ten musiał przypłynąć z South Blue. I akurat trafił na moje sieci. - wyjaśnił najwyraźniej dumny właściciel stoiska.
-Pan go złapał? - zapytał blondyn, zastanawiając się, jakie wielkie sieci musiał mieć rybak.
-Odciąć część dla pana?
-Nie ma takiej potrzeby. Wezmę całego.
-Dziękuję za zakupy. - uśmiechnął się jeszcze szerzej sprzedawca, pakując rybę i przyjmując zapłatę.
W międzyczasie Sanji zaczął rozglądać się za pięknością, która jeszcze przed chwilą stała niedaleko. Zamiast niej zauważył jedna Usoppa, który właśnie kupował jajka po bardzo niskiej cenie. Przynajmniej tak wynikało z dość głośnej reakcji strzelca.
Blondyn podziękował za rybę i ruszył w kierunku przyjaciela, gdy w jego głowie zamajaczył bardzo dobry pomysł.
-Dziewczyny-
Nami kątem oka obserwowała Ritsu, jednocześnie zastanawiając się nad spotkaniem, którego przed chwilą byłą świadkiem.
Gdy młodsza z dziewczyn powiedziała, że musi załatwić kilka rzeczy, nawigatorka się zgodziła i zaproponowała, że będzie jej towarzyszyć, jak już odłożą zakupy na statek. Brązowowłosa przyjęła propozycję, ale nie wyjawiła co dokładnie chciała zrobić. Nami mocno się zdziwiła, gdy zatrzymały się w końcu przed kwaterą marynarki, ale nie skomentowała tego w żaden sposób. Po wejściu do środka, Ritsu zatrzymała przebiegającego obok żołnierza i poprosiła o spotkanie z ich dowódcą. Jednocześnie odmówiła zdradzenie jakichkolwiek danych o sobie. Tamten zrobił tylko niepewną minę i powiedział, że przekaże dowódcy pytanie, ale nic nie obiecuje.
Po kilku minutach znalazł się przy nich ten sam człowiek i zaprowadził prosto do jednego z biur wewnątrz budynku. Nami przez cały czas rozglądał się niepewnie. W końcu były piratami i w każdej chwili mogły zostać zatrzymane. Nawet, jeżeli rudowłosa nie dostała jeszcze swojego listu gończego.
Wewnątrz gabinetu, zobaczyła dobrze zbudowanego mężczyznę, z białymi włosami i dwoma cygarami w ustach. Na ramiona miał narzuconą kurtkę, która potwierdzała jego status kapitana. Kapitan Smoker, jak został im przedstawiony.
-Dlaczego chciałyście się ze mną spotkać osobiście i nie zawracałyście sobie głowy nawet przedstawieniem się? - zapytał na wejściu, uraczając je niezbyt przyjaznym spojrzeniem. Nami odruchowo zrobiła krok w tył i zastanawiała się, jak przeprosić, ale Ritsu nawet nie drgnęła.
-Szczerze mówiąc, spodziewałam się zobaczyć kogoś innego, ale to nie ma znaczenia. - powiedziała spokojnie, podchodząc bliżej biurka mężczyzny. - Mam coś, co należy przekazać dalej. Żaden z tamtych żołnierzy zapewne nie wiedziałby, co z tym zrobić, a ja nie muszę zdradzać nic o sobie, by to przekazać. Wręcz mam zapewnioną anonimowość. - uśmiechnęła się pogodnie i wyciągnęła coś z kieszeni. Smoker nachylił się, by to obejrzeć, a nawigatorka podświadomie zrobiła to samo.
Była to niewielka tuba, która spokojnie mieściła się w dłoni. Na powierzchni widniał symbol marynarki, a mała kłódka zabezpieczała zawartość przed niepowołanymi spojrzeniami.
Białowłosy przez chwilę spoglądał groźnie na młodszą dziewczynę, ale w końcu pokiwał głową. Schował przedmiot do szuflady biurka po czym podniósł głowę.
-Ale chyba mogę zapytać, dlaczego spodziewałaś się kogoś innego na moim miejscu? I dlaczego masz takie coś? - uniósł nieco brwi, chcąc się czegoś dowiedzieć. Mimo, że był najważniejszym członkiem marynarki w mieście, istniało spore prawdopodobieństwo, że po oddaniu tego przełożonym, już nigdy o tym nie usłyszy.
-Oczywiście. - stwierdziła z uśmiechem. - Pytać zawsze pan może. Tylko to, czy odpowiem to już inna sprawa. - zaśmiała się, widząc jego minę. - Już jakiś czas temu słyszałam debaty na temat tego, kogo umieścić w tym mieście. Niestety, nie doczekałam wyniku i dotąd nigdy nie miałam okazji go poznać. Stąd też moje błędne przypuszczenia.
-A skąd masz to? - dociekał,wskazując miejsce, gdzie schował dziwny przedmiot.
-To już jest tajemnica.
-Rozumiem. - mruknął rozczarowany.
-A teraz, jeśli pan pozwoli, opuścimy pana. Mamy jeszcze coś do zrobienia i bardzo mało czasu.
-Oczywiście.
Pożegnali się szybko, po czym obie dziewczyny opuściły siedzibę marynarki. Od tego czasu Nami nieustannie roztrząsała to spotkanie i nie mogła go zrozumieć. Pirat rozmawiał z kapitanem marynarki! I to tak, jakby żołnierz miał wobec pirata jakieś zobowiązania!
-Kim tak naprawdę jesteś? - zapytała w końcu, nie wytrzymując.
Młodsza spojrzała na nią zdziwiona. Zastanowił się chwilę i odpowiedziała z namysłem.
-Jestem Ritsu. Pirat.
-Tak, ale... skąd? - dopytywała, pokazując ręką na budynek, który zostawiły za sobą.
-Mam paru znajomych w różnych miejscach. Masz ochotę na spotkanie z jednym z nich? - zaproponowała z błyskiem w oku.
Nami westchnęła, ale zgodziła się. Podążała za Ritsu, która prowadziła ją w głąb miasta. Przemykała sprawnie między budynkami, aż w końcu się zatrzymała. Wskazała z triumfem na schody przeciwpożarowe zamontowane na pobliskiej ścianie.
-Wiedziałam, że gdzieś to tu jest. - wymruczała z uśmiechem.
-Wspinamy się na dach? - nie dowierzała Nami.
Dziewczyna wesoło przytaknęła i zaczęła się wspinać, więc rudowłosa nie miała innego wyjścia, jak tylko podążyć za nią. Gdy dotarły na górę, rozejrzała się. Dach był płaski, więc można było na nim spokojnie stać, a ze wszystkich stron otaczał go niewysoki murek. Nawigatorka wciągnęła głośno powietrze, gdy zobaczyła jak przy jednym z końców dachu stoi jakiś człowiek w długim płaszczu z kapturem. Jedną nogę postawił na murku i oparł na niej cały swój ciężar. Spokojnie przyglądał się scenie pod nim.
-Yo, ojisan! - przywitała się wesoło Ritsu. Mężczyzna odwrócił się w ich stronę z zirytowaną miną. Nami zobaczyła tatuaże na jego twarzy i uznała, że wygląda dość strasznie.
-Chyba miałaś tak do mnie nie mówić? - warknął groźnie. Rudowłosa zadrżała, widząc jego spojrzenie, ale Ritsu tylko wyszczerzyła się szerzej.
-Nic takiego nie pamiętam. Miałam przestać nazywać cię Smokusiem, Diamencikiem i Marudzącym Na Imiona Wrednym Przywódcą Rewolucjonistów. O ile pamiętam, nazwę Ojisan uznałeś za: „ostatecznie może być". - odpowiedziała z niewinnym uśmiechem.
-Nic się nie zmieniłaś. - podsumował a jego mina złagodniała.
-Oczywiście. To jest Nami. Jesteśmy w tej samej załodze. A to jest Dragon. Przywódca rewolucjonistów. - przedstawiła ich.
-Mi... miło poznać. - wydukała Nami.
-Wzajemnie. - odparł z lekkim skinięciem głową.- Czyli znalazłaś w końcu jakąś załogę, która cię przyjęła? - zwrócił się z powrotem do młodszej rozmówczyni.
-Tak. Są niesamowici! Właściwie, to przyszłam, żeby powiedzieć, że nie musisz się już martwić. Miałam nadzieję, że będzie tu też oniisan. - wyznała.
-Gdybym wiedział, że tak będzie, zabrałbym go.
Nami podniosła głowę, zaalarmowana gwałtowną zmianą ciśnienia. Przez chwilę obserwowała niebo.
-Ritsu, musimy się zbierać. Zbliża się sztorm. - ostrzegła. Młodsza dziewczyna przez chwilę oceniała sytuację. Przymknęła oczy, koncentrując się na całym mieście. W końcu nieznacznie kiwnęła głową.
-Wracaj na statek. Przygotuj wszystko na wypadek, gdybyśmy musieli odpływać w pośpiechu. Gdy zobaczysz Usoppa, zabierz go ze sobą. Jakbyś znalazła Zoro albo Sanji'ego to przekaż im, że spotkamy się na placu. Obawiam się, że Luffy jest magnezem na kłopoty.
Nawigatorka skinęła głową i szybko zniknęła za krawędzią dachu. Dragon spojrzał z namysłem na dziewczynę, która pozostała.
-Luffy? Kto to? I jakie kłopoty miałaś na myśli?
-To jest mój kapitan. Jest wspaniały ale niezbyt rozgarnięty. Zbliża się do niego spory oddział marynarki. I jest tam też duża grupka ludzi, którzy najwyraźniej źle mu życzą. Możemy tam iść?
-Jak zawsze wszystko wiesz. Zapewne już rozważyłaś wszystkie możliwości? - zapytał z wyraźna dumą w głosie.
-Nie wszystkie... wciąż mam za mało informacji... Ale nie myśl, że coś przede mną ukryjesz! Później będziesz musiał mi powiedzieć, skąd znasz Luffy'ego.
-Jak to, skąd go znam? - zdziwił się.
-Twoja reakcja wskazuje, że jednak go znasz. Idziemy! - zarządziła i, skacząc po dachach, ruszyła w stronę swojego kapitana. Rewolucjonista nie miał innego wyboru jak ruszyć za nią.
-Luffy-
Luffy stał i rozglądał się dookoła. Ludzie wyglądali jak malutkie robaki, przemykające daleko w dole. Słomkowy nie potrafił dobrze oceniać odległości ale mógł stwierdzić, że platforma egzekucyjna, na którą przed chwilą się wdrapał, była dość wysoka. Niższa od otaczających ją budynków, ale wciąż wysoka.
-Łooo, więc to jest widok jaki miał Król Piratów przed śmiercią? - ekscytował się.
-Hej, ty! Zejdź stamtąd natychmiast! - krzyknął jakiś głos z dołu.
-Dlaczego? - zapytał zdziwiony pirat, patrząc na dół. Widział jakiegoś mundurowego, który wrzeszczał do niego przez megafon.
-Ta platforma egzekucyjna jest własnością Światowego Rządu. Masz stamtąd natychmia... - jego wypowiedź została drastycznie przerwana przez wielką maczugę, która uderzyła go w twarz.
-Och, proszę nie kierować się aż tak bardzo zasadami, panie władzo. - odezwał się spokojny kobiecy głos. - Szukałam cię przez długi czas, Luffy. Nie mów mi, że zapomniałeś moją twarz?
Luffy spojrzał na osobę, która do niego mówiła. Była dość ładna, czego chłopak oczywiście nie zauważył, nosiła długi płaszcz i kapelusz. Na ramię zarzuciła sobie żelazną maczugę. Mężczyźni zgromadzeni na placu zaczęli wpatrywać się w kobietę, chwaląc przy okazji jej wygląd.
-Kim jesteś? - zapytał Luffy po krótkiej chwili namysłu.
-Ja w każdym razie o tobie nie zapomniałam. - westchnęła kobieta. - W końcu byłeś pierwszym mężczyzną, który uderzył moją piękną twarz...
-Co? Uderzyłem cię w twarz...? - chłopak był coraz bardziej zdezorientowany.
-Sposób, w jaki mnie potraktowałeś... Odbierał dech w piersiach. Powiedzcie mi, kto jest najpiękniejszą osobą, pływająca po morzach? - krzyknęła w kierunku stale rosnącego tłumu gapiów.
-Oczywiście, że ty! - wykrzyknęli zgodnie.
-Tak, to ja. Nie ma na świecie mężczyzny, który nie padłby na kolana na mój widok. Ale widzisz, ja kocham tylko silnych mężczyzn. Sprawię, że będziesz mój, Luffy.
-Och, zamknij się, jesteś irytująca. Kim jesteś? - zirytował się Słomkowy.
-Wciąż nie wiesz? - nie dowierzała.
-Ej, ty! Nie ruszaj się, tu policja. Jesteś aresztowana za zaatakowanie funkcjonariusza. A ty, zejdź z platformy. - włączyła się kolejna osoba, tym razem w mundurze, krzycząc najpierw do kobiety w płaszczu, a potem do Luffy'ego.
-Myślisz, że możesz mnie aresztować? - zapytała.
-Gińcie! - rozległ się donośny krzyk jeszcze jednej osoby, a razem z nim na plac wpadł duży pocisk, za którym podążała strużka dymu.
-Bomba! - wrzasnęli funkcjonariusze, a ludzie rozpierzchli się na boki. Pocisk uderzył w fontannę i wysadził ją na małe kawałeczki. Jeden z nich poleciał prosto na kobietę w kapeluszu, ale ta nawet nie drgnęła. Niebezpieczny odłamek otarł się o nią, ale nie wyrządził jej żadnej krzywdy.
-Och, to było dość niebezpieczne, prawda? - zapytała spokojnie.
-Co to było, tym razem? - zapytał zszokowany Słomkowy.
-Nami-
W międzyczasie Nami biegła w stronę statku. Na jednym ze skrzyżowań prawie zderzyła się z Usoppem i Zoro, którzy wychodzili z innych uliczek. Szermierz z zadowoleniem szedł przed siebie, a Strzelec pomagał nieść Sanji'emu ogromną rybę.
-Och, Nami. Gdzie się tak śpieszysz? - zapytał Usopp, poprawiając ciężki ładunek na swoich barkach.
-Ciesze się, że was spotykam! - wydyszała, zerkając przy okazji na barometr, który wyciągnęła z kieszeni. - Mamy problem. Albo kilka. Zbliża się sztorm, więc Usopp musi mi pomóc ze statkiem. Luffy ma problemy, chociaż nie wiem jakie. Sanji i Zoro, musicie lecieć na główny plac miasta i mu pomóc. Ritsu powinna tam być. Ale się pośpieszcie, bo jak już zacznie się sztorm, to nie będziemy mogli odpłynąć.
Reszta załogi nie była do końca pewna co się dzieję, ale wszyscy zgodnie przytaknęli. Sanji zostawił rybę, każąc strzelcowi się nią zająć i skierował się ku centrum miasta. Zoro od razu ruszył za nim. Usopp przez chwilę próbował utrzymać równowagę z całym ciężarem ich przyszłego obiadu, po czym od razu pobiegł za nawigatorką w stronę portu. Każdy miał nadzieję, że zdążą.
-Na placu-
-Przepraszam, ale ze swoją gładką skórą nie powinnaś zostać zraniona, Lady Alvido. - powiedział spokojnie mężczyzna w płaszczu z kapturem, który skutecznie maskował całą jego postać.
-Alvida? Gdzie jest Alvida? - Luffy rozejrzał się w poszukiwaniu znajomej, potężnej sylwetki.
-On mnie nazywa Alvidą, idioto! - wykrzyknęła kobieta, zrywając z siebie płaszcz.
-Hmmm... mam wrażenie, że wyglądasz nieco inaczej... - podrapał się niepewnie po głowie.
-Och, więc zauważyłeś? Moje ciało zmieniło się, odkąd zjadłam Diabelski Owoc. Nazywa się Sube sube no Mi. Teraz nie ma ataku, który mógłby zranić moją piękną skórę. Niestety, nie poprawił w żaden sposób mojej urody, ale, jak zauważyłeś, piegi zniknęły.
-To nie to zauważyłem...
-W każdym razie, jeżeli pasujesz na mojego mężczyznę, poradzisz sobie z tym człowiekiem, z którym się sprzymierzyłam by cie znaleźć.
-Od dnia w którym zostałem wystrzelony, szukałem drogi powrotnej do mojej załogi, wierząc, że pewnego dnia będę mógł cię zabić! - krzyknął mężczyzna, zrywając z siebie płaszcz, jak uczyniła cała reszta zakapturzonych postaci, które nie wiadomo kiedy znalazły się na placu. Jego wielki, czerwony nos i twarz klauna, podpowiedziały Luffy'emu, z kim ma do czynienia.
-Och, to tylko ty, Buggy.
-Jesteś tym samym irytującym typem, co wcześniej! - krzyknął zdenerwowany klaun.
-Piraci! - wykrzyknęli zgodnie przerażeni przechodnie.
-Nie ważcie się uciekać, głupcy. Pozwólcie, że zademonstruję wam terror.
Na te słowa piraci zebrani na placu wyciągnęli broń, a z dachu ratusza za platformą, zeskoczył jeden z ludzi Buggy'ego i unieruchomił Luffy'ego, zarzucając mu na szyję i nadgarstki coś na kształt połowy drewnianych dyb.
-Agh! Co... co jest!? - krzyknął Słomkowy po tym jak odkrył, że nie może się ruszać.
-Dawno się nie widzieliśmy, gumiaku. Czy u Roronoy Zoro wszystko w porządku? - zapytał mężczyzna w szaliku, siedzący na uwięzi Luffy'ego.
-Dobra robota, Kabaji! Teraz rozpocznie się egzekucja. Powinieneś czuć się zaszczycony, Słomiany Kapeluszu! Zginiesz w tym samym miejscu, co Król Piratów. - wykrzyknął uradowany Buggy.
-Dach ratusza, obok placu, znacznie wyżej-
Na dachu pojawiły się dwie postacie, zaraz po tym jak Kabaji z niego zeskoczył.
-Uch, już myślałem, że nigdy nie zejdzie. - mruknął Dragon, rozcierając zesztywniały kark.
-Mówiłam, że to tylko kwestia czasu. I nie trzeba go zabijać, ani szukać innego miejsca. - Ritsu wzruszyła ramionami i spojrzała na plac pod nimi.
-Bardzo źle? - zapytał rewolucjonista, stając obok niej.
-Nie kojarzę tych piratów, ale sądząc po reakcji Luffy'ego, on ich zna. Pewnie walczyli zanim ich spotkałam. Trochę ich jest, ale nie wydają się szczególnie silni. Ale pewnie i tak zapewniliby nam walki na dość długi czas. Marynarka się zbliża. Próbują otoczyć plac. Chwilowo nie wykonują żadnych ruchów. Z tego co wyczułam, ich dowódca właśnie... teraz wszedł do pomieszczenia za tamtą ścianą. - wskazała palcem na przeciwległy budynek, mniej więcej na środek najwyższego piętra.
-Dlaczego nic nie robią?
-Pewnie chcą poczekać i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja. Dość sprytnie. Jeżeli pozabijają się wzajemnie, dla marynarki będzie mniej roboty.
-Ilu ich jest?
-Wystarczająco, by myśleć o ucieczce, za mało by ci coś zrobili, jeżeli o to chodzi. - uśmiechnęła się łobuzersko.
-To jest raczej jasne. - mruknął – Martwi mnie bardziej ten sztorm, który przewidziała twoja przyjaciółka i to, czy zdążycie.
Ritsu skrzywiła się nieznacznie na te słowa.
-Wiesz, że nigdy nie byłam zbyt dobra w przewidywaniu pogody. Ani w innych sprawach dotyczących żeglowania i nawigacji. Szczytem moich umiejętności w tej dziedzinie jest wyznaczenie północy... Nie potrafię przewidzieć, czy zdążymy.
-Więc chyba dobrze byłoby się pośpieszyć? - zapytał wesoło. Na niebie powoli zbierały się czarne chmury.
-Chyba tak. Zoro i Sanji się zbliżają. Nami i Usopp już są na statku. Jeśli zdołamy przedrzeć się z powrotem bez większych opóźnień, powinno być dobrze.
-Ilu członków liczy ta załoga? - zapytał nagle Dragon.
-W tej chwili? Sześciu. - odpowiedziała, lekko zdezorientowana nagłą zmianą tematu.
-W tym czterech chłopaków? - dociekał.
-Tak...
-Możesz ich ostrzec, żeby nawet nie próbowali cię krzywdzić. Dowiem się o każdej twojej ranie, nawet najmniejszej i oni za to odpowiedzą.
Ritsu wpatrywała się przez chwilę w mężczyznę z niedowierzaniem, a potem wybuchła śmiechem.
-Naprawdę? Spokojnie, ufam im, więc ty też powinieneś. Pomyliłam się kiedyś w stosunku do kogoś? - zapytała retorycznie.
-Niby nie, ale... - zaczął.
-No właśnie. Więc masz zakaz ich krzywdzenia. I przestań się tak zachowywać. Naprawdę, co by powiedział Światowy Rząd, gdyby się dowiedział, że człowiek, przed którym drży cały świat, zachowuje się jak nadopiekuńczy tatuś? - zapytała ze śmiechem. Rewolucjonista przyłączył się do niej, ale nagle spoważniał, po czym bezwiednie spojrzał na dół.
Ritsu, zaskoczona jego nagłą zmianą nastroju, podążyła za jego spojrzeniem, po czym połączyła szybko kilka faktów.
-Nie. Naprawdę? - zapytała nie dowierzając.
-Nadopiekuńczy tatuś, he? - zapytał ponuro. - Dalej tak twierdzisz?
-Ale... jak to możliwe?
-No wiesz, mężczyzna, kobieta, trochę... aktywności...
-Nie o to... Zresztą, nieważne! On o tym wie?
-Prawdopodobnie nie. Chyba, że mój ojciec mu o tym powiedział.
-Twój... - w głowie Ritsu kolejne trybiki wskoczyły na swoje miejsce. - O chole... przepraszam. - poprawiła się szybko, widząc dezaprobujące spojrzenie starszego mężczyzny. - Ale... Chyba jesteście najsilniejszą i najdziwniejszą rodzinką, jaką kiedykolwiek spotkałam...
-Bardzo możliwe. - mruknął Dragon, spuszczając wzrok. Może i był człowiekiem, przed którym drżał cały świat, ale w dalszym ciągu był człowiekiem, a ta dziewczyna zawsze potrafiła go przejrzeć.
-W każdym razie, trzeba sprawić, by Piraci Słomianego Kapelusza stali się postrachem mórz. Mam nadzieję, że mi w tym pomożesz? Monkey D. Dragon... Mogę ci mówić...?
-Absolutnie nie! - warknął, przeczuwając jeszcze głupszą nazwę niż do tej pory. - Wyróbmy wam sławę. Lub niesławę.
Hej, witam wszystkich. Generalnie, nie mam zielonego pojęcia, dlaczego nie wrzuciłam rozdzialu wcześniej. Mam co prawda chwilowy brak weny, ale rozdział był gotowy jakiś tydzień temu... Jestem właśnie po ponownym przeczytaniu wszystkiego, co do tej pory napisalam i jestem lekko podłamana nieścisłościami w fabule, które się trafiły po drodze... Jednak nic z tym nie mogę zrobić, mam nadzieję, że nikt nie zauważy :D
Co do rozdziału, wyszedł jak wyszedł, nie jestem zbyt dobra w pisaniu długich monologów, więc większość z nich pominęłam. Ten arc, mogę to nazwać arcem?, jest mocno oparty na mandze, więc większość tekstów jest po prostu tłumaczona na bieżąco podczas pisania. Kolejne arce będą bardziej odbiegać od kanonu, przynajmniej mam taką nadzieję i ogólny zarys. Pojawiło się teraz kilka niewyjasnionych wątków, część dość łatwa do domyślenia się, ale nie mam zamiaru w najbliższym czasie dłużej o tego tłumaczyć. No i chyba to tyle... O i jeszcze słowniczek. Miłego dnia.
-Yubashiri, Sandai Kitetsu - nazwy mieczy. Zapewne można gdzieś znaleźć coś więcej o nich, ale ja uznaję to za mało istotne, więc tego nie napiszę.
-taisa - generalnie oznacza pułkownika, ale w mandze/anime tłumaczą to jako kapitan, więc tak też to zostawmy. Nie znam się na stopniach a z tego co kojarzę, w wojsku zwykłym i piechocie morskiej czymś się różnią, więc może stąd ta różnica? W każdym razie jest to stopień wojskowy Smokera, ja będę się trzymała oryginału, tłumaczcie to sobie jak chcecie :)
-Ojisan - z jap. wujek
-Smokuś, Diamencik i Marudzący Na Imiona Wredny Przywódca Rewolucjonistów - przykłady innych przezwisk, jakimi uraczył Dragona Ritsu. Pierwsze odnosi się do imienia, drugie do tatuaży w kształcie diamentów, a trzecie do jego niechęci do pozostałych ksywek. Słodkie, nie? Nie wiem o co mu chodziło...
-oniisan - z jap. brat
-Suba suba no Mi - można tłumaczyć jako owoc gładkości. Sprawia, że skóra Alvidy jest gładka i wszystkie ciosy się po niej ześlizgują.
