Rozdział dziesiąty

Zza pleców chłopaka dobiegł potępieńczy jęk. Grupa antyterrorystyczna zamarła.

– Co właściwie jest za tymi drzwiami? – Lorinaitis spojrzał na Ludwiga. Młodszy Beilschmidt prędzej dałby sobie rękę uciąć niż przyznać się, że nie wie.

– Zapewne jakiś... składzik... – wybrnął niezręcznie, świadom taksującego spojrzenia Wärznera, które nie powinno wzbudzać takich sensacji w podbrzuszu.

Łukasiewicz w goglach ochronnych oglądał dokładnie lampę z bąbelkami. Spróbował ją włożyć z powrotem do przyciasnych spodni złodzieja. Nie chciała się zmieścić. Kierownik Wydziału Klątw zafrasował się, by po chwili odrzucić przedmiot z obrzydzeniem.

– W tym momencie to piętro czwarte – powiedział łagodnie B.A.D. Waselinow, rozsiewając wokół różaną woń walentynek. Wydawał się niezainteresowany zabiegami Łukasiewicza w goglach ochronnych. – Skompresowałem je, wyniosłem, eksplifikowałem nadprzestrzeń, nieco zaginając czas, ale nadal mieszcząc się w odchyleniu Jurta. Dzięki tunelowi podmagii, a także małej pomocy jajecznej pasty paprykowej, przedostałem się do skompresowanego piętra czwartego, rozciągniętego do pięciu wymiarów, gdzie spokojnie składowałem sobie kolekcję zapałek...

Ludwigowi przeskoczyły trybiki w mózgu. To dlatego Instytut cierpiał na permanentny deficyt zapałek, do tego stopnia, że wprowadzono ewidencję wydawania. Żaden porządny magiczny naukowiec nie obejdzie się bez pudełka zapałek! I ten fircyk...

– To ty odpowiadasz za kradzieże! – krzyknął, palcem oskarżycielsko wskazując na Waselinowa, który spoglądał niewinnie spod grzywki.

– Niestety, muszę się przyznać. – Młodzieniec ziewnął ukradkiem. Nie udało się zbytnio, bo nadal trzymał dłonie za głową. – Niestety, obawiam się, że nie pożyjemy dostatecznie długo, żebyście mogli mnie ukarać. W tych pięciu wymiarach coś niedobrego zaczęło się dziać z panem Łušćanskim i potem zrobiło się coś. To coś zawirowało, zafurkotało, zachrumkało, potem zrobiło jeszcze dziwne „pijjjjouuuu" i się wciągło. A pan Łušćanski poszedł za tym. Ja naprawdę bardzo lubię zapałki – wyjaśnił spokojnie. Za spokojnie, zważywszy na fakt, że Bragiński podszedł chłopaka i zaczął go obwąchiwać.

– W co się wciągło? – Łukasiewicz w goglach ochronnych zamrugał, porzucając próbę rozwiązania zagadki, gdzie Waselinowowi się te wszystkie artefakty zmieściły. Prawdopodobnie przeraziła go perspektywa uzyskania bardzo oczywistej odpowiedzi.

– W siebie. Jakoś tak „pijjjjouuuu". – B.A.D. znosił mężnie inspekcję kierownika Wydziału Ściśle Tajnych Badań. Ugiął się dopiero, gdy Bragiński przystąpił do tortur. – Nie, nie, błagam, nie tutaj! – Łzy stanęły w brązowych oczach, jęk zamarł na ustach, ciało zaczęło wić się w konwulsjach. Iwan bezlitośnie łaskotał go pod żebrami.

– Ręce nad głową, towarzyszu, i żadnych sztuczek! – Bragiński chichotał razem z Waselinowem.

– Błagam o życie, panie Bragiński! – odparł młodzieniec łkając.

Wärzner wyciągnął znikąd plik papierów i rzucając chłopakowi przeciągłe spojrzenia, zaczął wypełniać rubryki. Ludwig stał sparaliżowany. Jak to tak, że zwykły złodziejaszek jest w stanie dokonywać kompresji na taką skalę? Całe piętro... Całe piętro z jego zakrzywieniem czasoprzestrzennym i kilkoma wszechświatami tam zawartymi... Von Bock by tego nie wyliczył w ciągu trzydziestu lat! Oxenstierna odpuściłby obowiązkowe noszenie foliowych ochraniaczy na buty w gabinecie lekarskim za taką moc przerobową! A Andrić zastrzeliłby pro forma, ale on w sumie do wszystkich strzela pro forma.

Ludwig stanowczo odepchnął Bragińskiego. Przypominało to nieco przesuwanie szafy. Z ciężkiego drewna. Trzydrzwiowej. Wypchanej trotylem.

– A po co ci Ludowit? – Młodszy Beilschmidt chwycił Waselinowa za poły kurtki.

– Pana Łušćanskiego – odpowiedział chłopak ze łzami w oczach; zazezował na kierownika Wydziału Ściśle Tajnych Badań – bały się demony z czwartego piętra, więc pomyślałem, że mógłbym go poprosić, żeby popilnował mi kolekcji zapałek. Naprawdę lubię zapałki – dodał z nadzieją.

Ludwig jęknął, odepchnął Waselinowa i chwycił się za głowę. Musiał teraz zorganizować ekspedycję poszukiwawczą, odnaleźć Łušćanskiego, nakłonić do współpracy, razem z nim dokonać małych egzorcyzmów na składziku i wygnać czwarte piętro na swoje miejsce.

– Czy jesteś pewien, że to coś zrobiło „pijjjjouuuu"? – zapytał nagle Wärzner, pozornie niezainteresowany, powoli przewracając kartkę. – Nie „nisiouuu" ani nie „piździouuu"?

– Nie, jestem pewien, że to było „pijjjjouuuu" – powiedział Waselinow, rozcierając boki. Spróbował się schować za Lorinaitisem przed Bragińskim, ale szybko miał się dowiedzieć, że dokonał kiepskiego wyboru.

– Fantastycznie – mruknął cicho Wärzner. Ludwiga zmroziło.

– Ale że co? Czemu fantastycznie? Johann, co się dzieje?

Kierownik Wydziału Ściśle Tajnych Badań ujął swą pierożkowatą twarz w wielgachne dłonie i uśmiechając się promiennie, zmasakrował poczucie bezpieczeństwa wszystkich obecnych. – Jasiek wie coś fajnego, fajniutkiego, wszystko wybuchnie i czerwone potwory z fabryki żabich łusek zrobią z nas matrioszki.

Zza zakrętu wynurzył się Gilbert. Beztrosko wgryzał się w zielone jabłko. Jako że plecy Bragińskiego przesłoniły mu cały świat, nie od razu zauważył młodszego brata na skraju załamania nerwowego. Kawałek owocu postanowił zabić starszego Beilschimidta przez uduszenie i tym samym uratować albinosa przed Ludwigiem.

– Ach, och, duck, kurna! – rozkaszlał się. Parokrotnie uderzył pięścią w pierś. – Och, Lud! Joł, tego – przywitał się niepewnie, wiedząc, że tylko cudem uniknął siłowego wcielenia do ekspedycji poszukiwawczej i że tym razem się tak łatwo nie wywinie. – Jeszcze nie znaleźliście tego piętra?

Ludwig zgromił go wzrokiem, który skwasił jabłko w Gilbertowej dłoni.

Zapewne Łukasiewicz nie przepuściłby tak oczywistej okazji do podręczenia przyjaciela, jednak reakcja Wärzner i Bragińskiego wywołała w kierowniku Wydziału Klątw nieprzyjemny skurcz jelit i groźbę rozkurczu zwieraczy.

– Co się dzieje, Jaśku? – zapytał.

Lorinaitis nerwowo przestąpił z jednej nogi na drugą. Zbliżała się szesnasta, pan Roman powinien wziąć niebieskie pigułki. Myliło mu się i czasami brał czerwone, w skutek czego Wydział Zgonów Magicznych musiał odstąpić kilka miejsc do przechowywania zwłok w chłodni. To źle wpływało na samopoczucie pana Romana.

– Zginiemy. – Wärzner wzruszył ramionami.

Wszyscy odetchnęli z ulgą. Bali się, że to może być coś znacznie gorszego.

– Oddaj stetoskop – powiedział Lorinaitis.

B.A.D. Waselinow z niewinną miną badał każdą drobinę kurzu na sztucznym kwiatku. – Słucham?

– Stetoskop. Nie będę z tobą dyskutował.

– Jestem pod wrażeniem, panie wilkołaku – powiedział Borys, podając obrośnięty sierścią stetoskop kierownikowi Wydziału Likantropii.

– Jeśli myślisz, że jesteś cwańszy od Feliksa, to grubo się mylisz. – Stetoskop zawarczał ostrzegawczo. Waselinow zrobił zeza i palcem wskazującym delikatnie pogłaskał słuchawkę. Stetoskop zwinął się wokół szyi Lorinaitisa i fuknął bez przekonania.

– Towarzysze – krzyknął Łukasiewicz w goglach ochronnych, wchodząc na zdziwionego Bragińskiego – nie traćcie ducha, wszak codziennie jesteśmy narażeni na różne niedogodności, jak latające halabardy, śmierdzące satyroryby, niekontrolowane wybuchy, konflikty międzyświatowe, wyładowania magiczne, spopielające nawet mistrzów... Co nowego może się tam czaić?

Bragiński spróbował spojrzeć na obie nogi zwisające z jego ramion, co zaowocowało zezem rozbieżnym i, w przyszłości, kilkoma koszmarami Ludwiga.

– DUPA – powiedział spokojnie Wärzner.

– Jestem konikiem! – krzyknął niespokojnie Bragiński i z Łukasiewiczem pokłusował na barkach przez korytarz.

Kierownik Wydziału Klątw zaklął niegodnie, ale w siodle się utrzymał. Niezgrabnie zawrócił rosyjskim wierzchowcem.

– Powiedziałem „co nowego" – oznajmił, gdy mijali Wärznera. – Francisa nie wymieniłem w niedogodnościach przez litość.

Bragiński zachichotał i wbiegł do składziku, by po chwili z niego wybiec. Starannie zawadzał głową Łukasiewicza o framugę.

– Stój! Stój, ty ruska chabeto! – wrzeszczał Feliks, gdy Iwan manewr powtórzył i prawie strącił mu gogle.

– Nie, nie. – Wärzner spokojnie pokręcił głową. – To jest DUPA. Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu. Bardzo rzadkie wyładowanie magiczne. Charakteryzuje się zalewaniem świata dygresjami, które niszczą wszystko, co napotkają na drodze. Myślę, że obecność Ludowita i pięciu wymiarów mogła poruszyć cząsteczki magiczne do przejścia na ciemną stronę mocy. Myślę także, że zginiemy. A miałem takie plany urlop... Pan mi tu podpisze – zwrócił się do zainteresowanego Waselinowa.

Gilbert nie cierpiał Johanna, bo Wärznerowe szaleństwo było większe niż ego starszego Beilschmidta, a albinos z automatu nie lubił rzeczy większych od jego ego, bo istnienie takich kilku mogłoby prowadzić do sytuacji, w której wszechświat okazałby się za mały. Musiał jednak przyznać, że pracownik Wydziału Administracji i Zarządzania znał się na magii, czarach, Instytucie i życiu jako takim. Wiedział, że kiedy Wärzner mówi o śmierci, to ona się przydarzy, jeśli zaraz czegoś nie wykombinują.

Zastępca kierownika Wydziału Administracji i Zarządzania nie mógł pozwolić sobie na kopnięcie w kalendarz. Nadal miał niewyjaśnioną sytuację rodzinną. Duma wyrosła na zadziorną kurkę i wyprowadziła się do chłopaka, młodego krogulca. Gilbert od początku nie popierał tego związku, ale Duma odziedziczyła po nim upór i hart ducha, więc nie pomogły groźby, że każe jej wyjść za mąż za papużkę nierozłączkę, zamykanie w klatce, racjonowanie ziarna... Była niezłomna i w głębi duszy właśnie tego albinos oczekiwał. Młody krogulec wydawał mu się niezbyt grzecznym pisklakiem, musiał jednak oddać sprawiedliwość, że trochę przypominał samego Beilschmidta z czasów młodości, kiedy uganiał się za Héderváry. Gilbert wciąż pamiętał, ten moment, gdy przyszli mu powiedzieć, że się kochają i planują wspólne życie. Czuł się wtedy oszukany, zdradzony, bezradny i rozsierdzony. Wściekły na młodego ptaka, który odbierał mu Dumę i wściekły na świat, który pozwolił Dumie zakochać się tak fatalnie. Teraz emocje nieco opadły, ale i tak Gilbert czuł się w obowiązku pozostać przy życiu i przypilnować, czy młody krogulec zadba o jego małą ptaszynkę. Jeśli nie, powyrywa mu pióra z ogona, a potem odda Vargasom do eksperymentów.

Starszy Beischmidt pamiętał, że na wieść o romansie Dumy wpadł w szał, toczył pianę z pyska, łypał na wszystkich przekrwionymi oczami, potykał się o własne nogi, dyszał i złorzeczył światu. Mniej więcej tak jak teraz Ludwig.

– Jaka Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu?! – wrzeszczał. – Nigdy o czymś takim nie słyszałem! Dlaczego pozwalacie pałętać się Łušćanskiemu, jeśli jest taki niebezpieczny?! Procedury! Należy wdrożyć procedury i pozbyć się Dygresji! Tak nie może być!

Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania wyjął służbowy długopis, cisnął nim o ziemię i począł po nim skakać i deptać. Łukasiewicz spadł z Bragińskiego z wrażenia. Lorinaitis złapał Waselinowa za ucho i kazał oddać skarpetkę z lewej nogi. Nie musiał przy tym specjalnie naciskać, bo ta niepozorna część garderoby wygryzła dziurę w jednej z kieszeni Borysa, by wydostać się i wrócić do właściciela. Waselinow nie krył podziwu.

– Nie będzie żadnej DUPY w moim Instytucie! – darł się dalej Ludwig, co zaowocowało tym, że z pobliskiego Wydziału Administracji i Zarządzania wyjrzało kilka ciekawskich głów pracowników.

– Te, młody, może nie składaj takich obietnic... – starał się go uspokoić Gilbert.

– Chciałby zauważyć, że do zderzenia zostały nam jakieś trzy minuty – spokojnie zauważył Wärzner. Wszyscy zareagowali zgodnie z procedurami: zaczęli biegać wokoło z rękami w górze, wrzeszcząc i błagając o niebiańską interwencję. Borys przyłączył się zachwycony. Nawet Bragiński musiał przyznać, że złodziej wykazywał niesamowite zdolności adaptacyjne.

W ich stronę podążał wesoły jak kozica górska nad trzystumetrową przepaścią Roderich Edelstein, kierownik Wydziału Psychomagii. Zastany widok nie był dla niego niczym nowym. Każdemu może zdarzyć się całkiem zdrowy odruch paniki. Podszedł z jowialnym uśmiechem. Zręcznie minął rozwrzeszczanego Łukasiewicza w goglach ochronnych, a także sprawiającego wrażenie, że dobrze się bawi Bragińskiego. Ponuro skinął na powitanie Wärznerowi, który nigdy nie bywał u niego na kozetce jako pacjent, ale za to dość regularnie dostarczał mu pacjentów. Poprosił Waselinowa o oddanie notesu z notatkami. Wyciągnął eukaliptusowe cukierki, jakimi uspokajał Ludwiga od dziecka, i poczęstował zestresowanego kierownika Wydziału Administracji i Zarządzania. Uśmiech Edelsteina otoczył wszystkich niczym ramiona matki i mówił: wszystko mam pod kontrolą.

– Dzień dobry – zaczął spokojnie.

– No właśnie niedobry – poinformował Lorinaitis.

– Witaj Taurysie. Spadek humoru? Znowu masz nawrót zespołu pourazowego i ogniskujesz złość za wszystkie swoje niepowodzenia od czasów niemowlęctwa na Feliksie? Powinieneś się do mnie zgłosić, ostatnio terapia przyniosła efekty...

Łukasiewicz aż się zapowietrzył.

– Efekty? Efekty?! Najpierw przyszedł z butelką wina i sękaczem, potem gotował i sprzątał, i gadał jakieś głupoty, potem mi do łóżka wlazł i nie chciał wyjść, aż przyleciały Bella z Elką, żeby zdjęcia robić!

Waselinow odsunął się za Wärznera, bo rysy twarzy Lorinaitisa zaczęły się dziwnie wydłużać. Kierownik Wydziału Likatropii nie zdążył się jednak transmutować, bo stetoskop rzucił się na Łukasiewicza z wyciem. Kierownik Wydziału Klątw nie czekał na ugryzienie, tylko dał nura między nogi Gilberta.

A potem rozpętało się piekło i najmniejszym zmartwieniem starszego Beilschmidta był fakt, że do jego krocza przyczepił się owłosiony stetoskop. Zdecydowanie większy problem jawił się jako przybywanie w polu ochronnym Bragińskiego, kiedy frontowa część Instytutu pozwoliła sobie wybuchnąć.

Huk słyszalny był zapewne nawet na Alfie Centauri. W powietrzu latały części Wydziału Kontroli i Nadzoru oraz Wydziału Magicznych Ingrediencji (z żywym inwentarzem w postaci wrzeszczących Vargasów), śmieszne różowe kiełbaski z Wydziału Neutralizowania Absolutnie Podłych Uroków (zapewne kierownik, Bonnefoy, nie uznałby ich teraz za zabawne), a także przypadkowe rzeczy z wyższych pięter. Został tylko jeden kawałek ściany z wielką dziurą w środku, z której wylewała się Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu. Mieniącymi się mackami dygresji sięgała po wszystko dookoła. Sztuczny kwiatek w wielkiej donicy z białymi kamyczkami z zawrotną prędkością zamieniał się we wszystko: od małpy, po amebę, od jagnięciny w sosie miętowym, po ciasto cytrynowe z rodzinkami, od dziewczynki z balonikiem, po seksowną kobietę z balonikiem o intrygującym kształcie. Po chwili rozprysnął się w niebycie, nie wytrzymując natężenia zmiany tematu. Tęczowa macka wystrzeliła w kierunku Bragińskiego, ale ten zdołał jej uniknąć z zadziwiającą gracją. Nie groziły mu dygresje, zawsze myślał raczej liniowo, od A do B, gdzie A była wódką, a B zagrychą.

Całej zgrai udało się wylądować w pozornie bezpiecznym miejscu, dostatecznie oddalonym od DUPY. Wybuch wysadził sporą część Instytutu. Z góry spadał deszcz niezadowolonych kotów z Wydziału Marzeń Sennych.

Ludwig zerknął nerwowo na towarzyszy. Słowianom jak zwykle nic się nie stało, Waselinow zniknął, Wärzner wyglądał na nieco zdziwionego faktem, że żyje, Lorinaitis dyszał ciężko z różdżką gotową do obrony, a Gilbert kulił się u nóg brata, usiłując odczepić stetoskop od klejnotów rodzinnych. Młodszy Beilschmidt odetchnął, ale zaraz potem zzieleniał. Nieco dalej wiło się w konwulsjach ciało Edelsteina, podczas gdy jego głowa wybrała niezależny byt i usiłowała przeprowadzić się w troszkę bardziej przyjazne regiony.

– No kurwa mać! – wrzasnął Ludwig z furią. – Świetnie, szliśmy na rekord! Trzy dni bez śmiertelnego wypadku poszło w pizdu! Jeszcze rozjebało najlepszego pracownika!

– Ludwig? – zabrzmiał niepewny pomruk podwładnych, których ślepia postanowiły opuścić standardową orbitę.

– Młody, jak ty się wyrażasz? – W Gilbercie odrodziły się starszobraterskie instynkty.

W tym momencie ciecz niewiadomego pochodzenia kapnęła Bragińskiemu na nos. Spróbował zlizać kropkę, męczył się jakiś czas ku uciesze obecnych, a gdy w końcu mu się udało, zbladł, źrenice rozszerzyły się niebezpiecznie, a pod oczami pojawiły się sińce. Wszyscy cofnęli się o krok.

– To piwo – wyszeptał kierownik Wydziału Ściśle Tajnych Badań. Spojrzał w górę. – BIMBROWNIA!

Na wszystkich padł blady strach. Oberwało najważniejsze miejsce w Instytucie. Tymczasem Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu z cichym „pijjjjouuuu" wyciągała macki po nowe ofiary.

DNC.