Rozdział jedenasty
Ciężko oddać ogrom terroru, który spadł na głowy naszych bohaterów, trwoga wniknęła w najwaleczniejsze serca, skaziła najczystsze dusze. Wärzner pożegnał się w myślach z ukochaną, małą czarną, teraz już pozostawioną na wieczne gnicie, chyba że i ją dosięgną macki DUPY, i poleje się jej krew czarna, gęsta jak mrok arabskiej nocy, a przy odrobinie szczęścia może nie zamoczy jakiś ważnych dokumentów. Łukasiewicz stracił oddech, myśląc jak bardzo musiał oberwać jego krewniak, Havel, skoro nie zdołał obronić strategicznego miejsca Instytutu. Jeśli wał z knedlików puścił, to co jeszcze mogli zrobić? Bragiński dyszał i zbierał siły do uderzenia ostatecznego, przy czym on nie użyłby słowa „uderzenie". Ludzie mogą ginąć, nowych pracowników zawsze się znajdzie, ale ideom nie wolno polec. Nie można dopuścić, by te wszystkie promile rozprysły się w nicość albo – co gorsza – zmieniły się w napoje bezalkoholowe.
Dalsze wydarzenia ciężko jest ogarnąć zwykłemu umysłowi człowieczemu. Aż półtora roku zajęło autorce poradzenie sobie z traumą, jaką wywołało wyobrażenie tej sceny. Na szczęście po spędzeniu czterech miesięcy w klasztorach zen, gdzie nażarła się krokietów krabowych i czegoś organicznego z mackami, doszła do siebie. Spróbuje jak najwierniej oddać co zaszło tamtego dramatycznego popołudnia. Prosi o wyrozumiałość.
Ludwig aż przysiadł z wrażenia, nie do końca tak wyobrażając sobie zakończenie tego dnia. To było nawet gorsze od sobotniego barszczu, który rozdął jedynych chętnych do spożywania go, czyli jakiś krewniaków Hondy, tak, że wybuchli i kierownik Działu Wydajności miał potem mnóstwo nieprzyjemności. Obok Gilbert z krzykiem wchodzącym na lekko fałszujący sopran wyzwolił klejnoty rodowe spod stetoskopowego futrzastego jarzma. Lorinaitis nie miał czasu przejąć się tak obcesowym traktowaniem sprzętu z Wydziału Likantropii, bo walczył zaciekle z odnogą Dygresji Ultymatywnej Patrylokacyjnej Akwalungu. Ograł ją w kosza zachwycającym wynikiem 82:43, ale poległ trochę w meczu hokeja na trawie, za to znowu odegrał się w siatkówce, głównie dzięki pomocy Łukasiewicza. Obaj musieli jednak oddać pola w rozgrywce prasowania ekstremalnego. Nie potrafili przebić prasowania żółwiem spódnicy z kontrafałdami na szczycie Ereboru. Stracili zresztą punkty za nierówne wygładzenie przy guzikach od garsonki.
Na szczęście Bragiński najwyraźniej skończył ładowanie i przeszedł w tryb bojowy. Oczy mu rozbłysły niczym gwiazdy, ocalałe ściany pokryły się dywanami, a za dumną postacią kierownika Wydziału Ściśle Tajnych Badań pojawił się Generał Mróz. Jak jeden mąż wznieśli rękę i zamrozili dziurę, z której wylewał się potwór Dygresji. Pracownicy Instytutu, cieszący się chwilowo większą autonomią w dziedzinie życia niż śmierci, zakrzyknęli gromko na wiwat. Jedynie Łukasiewicz pomrukiwał, że on też tak potrafi i co to za problem.
Niestety, radość była przedwczesna. W ścianie lodu otworzyły się zgrabne wrota i wyszła z nich smukła blondynka. Spojrzała pewnym siebie wzrokiem na ocalałych i nabrała powietrza w płuca:
– LET IT GOOO!
Wydział Kontroli i Nadzoru wybuchnął. Posypały się formularze i pocztówki ze słowackimi górami oraz nagimi nizinami węgierskimi. Kilka jednorożców w przybudówce dla jednorożców zdechło. Toalety na piątym piętrze zwymiotowały, bo akustyka zawsze była tam dobra. Kapursi, jeszcze z dala od zgiełku, przewrócił się niespokojnie na drugi bok, ciągle drzemiąc.
– LET IT GOO!
Ludwig nadludzkim wysiłkiem postawił barierę, która wchłonęła częściowo zgubne skutki słuchania tej wżerającej się niczym kwas w mózg melodii. On i Gilbert wyszli prawie bez szwanku, ale Bragiński przyklęknął na jedno kolano, z uszu i oczu lała się krew, a Generał Mróz zniknął.
– Wania, wstawaj, dasz radę! – dopingował Łukasiewicz. – Na nasze słowiańskie dusze, pokonamy to razem!
Lorinaitis najwyraźniej obraził się nieuwzględnieniem jego osoby w planowanym ataku, bo wzruszył tylko ramionami i delikatnie pozbierał przerażony stetoskop, który tak się trząsł, że zgubił część futra.
W tym momencie smukła blondynka zamieniła się w dziką świnię z Afryki, fachowo zwaną guźcem.
– Hakuna matata! Jak cudownie to brzmi!
Chwytliwa melodyjka zbiła z nóg wszystkich. Moment później drzwi Sekretariatu gwałtownie się otworzyły, żeby nie użyć bardziej dobitnego słowa, wraz z framugą i metrem gzymsu dookoła. W środku dało się dostrzec szwajcarski bunkier Zwingliego. Sam Zwingli, bez zadawania zbędnych pytań, oparł karabin na książce telefonicznej i oddał serię ostrzegawczą, zabijając świniaka i przy okazji Lorinaitisa. Lód przyjął inną taktykę i przeobraził się w magmę, rozlewając się po całym korytarzu. Łukasiewicz zdołał ocalić truchło kierownika Wydziału Likantropii, ale Bragiński pozbył się drugiego buta. Magma stężała w stado wielkich pająków.
– Hasta la vista, gnoju – powiedział dublet Zwingliego dziwnie mechanicznym głosem i rozwalił największego, po czym został zjedzony przez drugiego w kolejce. Strzelanina przywabiła Timo Väinämöinena, kierownika Biura Pośrednictwa okazjonalnie przekształcanego w Wydział Strzelecki. Natychmiast dołączył się do wymiany ognia z wprawą graniczącą z rutyną. Załatwił zielonego w fioletowe ciapki i kilka mniejszych, wściekle różowych, dzięki czemu od razu lepiej się celowało, ale oberwał prosto w twarz wielkim białym pakunkiem, który okazał się bardzo wkurzonym krasnoludem, zaplątanym w pajęczą sieć.
Tymczasem na parterze zmaterializował się Jones w glorii i chwale, promieniując heroizmem i lekko odczuwalnym zapachem keczupu i masła orzechowego. Zmierzył się wzrokiem z nadciągającym niebezpieczeństwem i zakrzyknął gromko:
– Za mną, bracia współpracownicy! Do mojego wydziału, do składziku! Plan jest taki – porywamy wszystkie anteny i walimy w to gówno!
W podłamane serca kierowników, zastępców kierowników, administratorów wstąpiła nadzieja. Może Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu zje Jonesa, nie wytrzyma natężenia patriotyzmu i umrze! Jest szansa!
– Feliksie! Chodź ze mną ramię w ramię i osłaniaj mój taktyczny odwrót – wrzeszczał natchniony kierownik Wydziału Komunikacji Międzyświatowej.
Łukasiewicz zwykle był pierwszy do takich pomysłów, ale tym razem, nie zważając na przelatujące w powietrzu dygresje, na jęki rannych i płacz kobiet, kokieteryjnie oparł się o ramię Jonesa.
– Widzisz, ja bym chętnie poszedł z tobą i osłaniał cię, mój przyjacielu – zaczął, a z zielonych oczu promieniowała chęć niesienia pomocy ubogim mózgiem. – Ale... ZAPOMNIAŁEŚ, ŻE MUSZĘ MIEĆ PRZEPUSTKĘ, ŻEBY WEJŚĆ DO TYCH TWOICH JEBANYCH DRZWI!
Rzeczywiście, wieki temu Jones przeszedł przez skomplikowane procedury (głównie polegające na upiciu kilku osób) i załatwił co chciał. Niektórzy pracownicy Instytutu mogli wejść na Wydział Komunikacji Międzyświatowej dopiero po dopełnieniu tony formalności z trzytygodniowym wyprzedzeniem.
Jones już chciał odkrzyknąć co myśli o tak obcesowej krytyce jego polityki bezpieczeństwa i imigracji pracowników, ale odprysk dygresji trafił go między łopatki i liczba 50 na kurtce zmieniła się na 13, doprowadzając kierownika Wydziału Komunikacji Międzyświatowej do załamania nerwowego.
W umyśle Ludwiga wiele myśli walczyło o pierwszeństwo. Bezpieczeństwo, linia obrony, wezwanie wsparcia, zadzwonienie po posiłki, zreorganizowanie obrony parteru, zwołanie pułku strzelców administracyjnych albo chociaż rzucenie Związku Słowian jako mięsa armatniego, żeby pozbyć się kilku problemów za jednym razem, ale w końcu jedno imię dotarło do Ludwigowego serca.
– FELICIANO! – krzyknął, czując się odpowiedzialny za tę biedną włoską duszę, i rzucił się w bok, unikając krasnoludzkiego krokieta.
Gilberta uratował fakt, że leżał płasko na podłodze i łkał. Zreflektowawszy się jednak, że jego tarcza poszła być tarczą gdzie indziej, i czym prędzej powstał. Wtedy też zwrócił na siebie uwagę Dygresji Ultymatywnej Patrylokacyjnej Akwalungu. Śnieżnokolorowa macka podpełzła, by dokonać dzieła zniszczenia, ale przez przerażenie starszego Beilschmidta przebiła się iskierka nadziei. To Duma modliła się żarliwie za swego pożałowania godnego ojca. Och, Dumo, pomimo tylu krzywd i tylu niechcianych słów, ciągle kochasz swojego staruszka. Gilbert postanowił, że nigdy się nie podda. Położenie macki nie dało mu większego pola do popisu, więc złapał za fartuch przebiegającego obok Łukasiewicza i popchnął kierownika Wydziału Klątw wprost do DUPY.
– Zjedz go! Zjedz go! – wrzeszczał w szale bojowym.
Łukasiewicz podminowany głupotą i ignorancją Jonesa oraz nieco przytłoczony ostatnimi wydarzeniami jak utrata bimbrowni, rywala i przyjaciela na poziomie love-hejta, nie spodziewał się spotkania tak wysokiego stopnia z oślizgłą macką Dygresji, więc zdołał się jedynie zaprzeć nogami.
– Spierdalaj, ty prusaku jebany, bo dostaniesz z OFFa! – darł się, ale od DUPY dzieliły go już tylko centymetry.
Nagle Dygresja rozstąpiła się przed nim jak Morze Czerwone przed Noe, czy jak mu tam było, otoczyła polską zagubioną duszę, nie czyniąc krzywdy najmniejszej, z całą mocą za to uderzając w Gilberta. Trampki starszego Beilschmidta zamieniły się w małe, dziwnie włochate, różowe czołgi, z czerwonymi tłumikami na końcach, które strzelały szamponem. W innej odnodze czasowej w Gilberta z pełnym impetem walnęła historia tak długa, tak zagmatwana i tak pełna pobocznych wątków (skądinąd nieco podobna w strukturze do Koła Czasu Jordana), że nie sposób prześledzić głównego zamysłu, zabijając widowiskowo zastępcę kierownika Wydziału Administracji i Zarządzania, rozpuszczając połączenia nerwowe, i doprowadzając do obłędu wszystkich w promieniu dziesięciu metrów. Jednak w naszej opowieści Gilbert dostał w oko szamponem z czołgokapci, przewrócił się, złorzecząc na świat, a świadkowie zdjęci gwałtownym porażeniem organów wewnętrznych i szczęk, znanym też pod nazwą śmiechu, nie zwrócili uwagi, więc dygresyjna historia osmaliła jedynie brwi starszego Beilschmidta.
Łukasiewicz nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście przy głupocie, zaniósł się czystym i przenikliwym śmiechem. Tupał i ronił szczere łzy szczęścia. Porwał trupa Lorinaitis i obtańcował z nim pobojowisko.
– Ha? Hahaha! – dźwięczała radość tak niepasująca do otoczenia. – Masz za swoje, pruska gnido! Żryj gruz!
Niestety, przyroda nie znosi próżni, w miejsce jednego unikniętego nieszczęścia pojawia się dziesięć następnych. Kierownik Wydziału Klątw dostał w głowę granatem z Wydziału Obronno-Zaczepnego. W mrokach nadciągającej nieświadomości zauważył, że ktoś już wyrwał z urządzenia zawleczkę. Chwilę potem Instytutem wstrząsnął wybuch, na który nikt nie zwrócił uwagi, bo wszyscy byli zbyt zajęci walką o przetrwanie. Tym sposobem Łukasiewiczowa dusza utęskniona przeniosła się tymczasem do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych, gdzie czekał już Lorinaitis, by wyrazić całą złość z powodu agresywnego i nieprzewidywalnego zejścia z łez padołu. Były kierownik Wydziału Szczęścia Przy Głupocie spodziewał się nieco cieplejszego przyjęcia i nie pozostał dłużny w inwektywach. Nawiasem mówiąc, Niemen okazał się Styksem, łąki zielone częścią Pól Elizejskich, a zarządca znany wszystkim jako Hades, dyskretnie odżegnał się od polsko-litewskiej wcale-nie-małżeńskiej kłótni, zmywając się kuchennym wyjściem. Uznał, że w sumie to on może odwiedzić żonę dla odmiany, w końcu mamy równouprawnienie, i teściowa będzie zadowolona, a przez globalne ocieplenie nikt nie zauważy, gdy w tym roku nie będzie zimy.
Wybuch strząsnął z Gilberta mackę Dygresji. Nieco rozkojarzony przyjrzał się włochatym czołgokapciom i doszedł do wniosku, że to wcale nie są czołgokapcie i ta myśl zachwiała jego i tak wątpliwą pruderyjnością. Ostatecznie zdarł je ze stóp i odrzucił jak najdalej. Zgodnie z zasadą chaosu oraz narracji, jeden bambosz trafił Väinämöinena w ucho. Kierownik obecnie Wydziału Strzeleckiego stracił rytm i wykorzystała to Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu. Zgniłopomarańczowa macka zacisnęła się wokół Väinämöinena. Wyrywki obrazów przebiegły przez umysł blondyna, tratując niedobitki sprawnych szarych komórek. Bernhard obejmujący go czule, Bernhard ogrzewający go w nocy, Bernhard roześmiany, Bernhard czytający książki na głos, Bernhard...
Väinämöinen puścił broń i upadł na kolana, chwytając się za głowę i zawodząc przeciągle. Héderváry gorączkowo szukała Ludwiga, ale dojrzawszy adoptowanego krewniaka w tak rozpaczliwej potrzebie, natychmiast podbiegła.
– Timo! Timo! Trzymaj się, co ci się stało?!
– Ela! Ela, ja już nie wytrzymam – jęczała główna nadzieja na obronę Instytutu. – Robiliśmy to w pociągu. I w kiblu. I razem chodziliśmy na spacery z Hanatamago, i też to robiliśmy. Robiliśmy to na fiordach. A one potem jadły nam z ręki. Święty Mikołaju, ja tego nie wytrzymam.
– Tracę pole! - wrzasnął Zwingli. – Potrzebuję wsparcia! Co mu jest? Weź go doprowadź do porządku!
Héderváry zaczęła potrząsać łkającym Väinämöinenem. – Chyba trafiły go jakieś wydarzenia z równoległego świata! Gwałcą jego psychikę! Timo! Timo! To nie jest prawdziwe! A przynajmniej nie w naszym wymiarze... Timo, kto? Kto to jest, kto?!
– Oxenstierna – jęknął wyzuty z radości życia kierownik Wydziału Strzeleckiego.
Kierowniczka Wydziału Depresjomagii puściła adoptowanego krewniaka i z uciechy aż przyklasnęła. Obróciła się w stronę Dygresji Ultymatywnej Patrylokacyjnej Akwalungu i szeroko otworzyła ramiona.
– Traf mnie! Traf mnie! Ja też chcę to widzieć!
Väinämöinen ostatnią siłą woli, gdzieś pomiędzy wizją bólów porodowych fińsko-szwedzkiego potomka a Sørensenem wręczającym mu paczkę gumek o smaku bananowym, wyszarpnął mały rewolwer z cholewy i wpakował cały magazynek w przezroczystą choć lekko zgniłopomarańczową mackę epatującą najbardziej chorymi pomysłami fandomu.
– Ja ci, kurwa, dam Pana Szwedka, ty popaprana zboczona tentaclo!
Dygresyjne zapędy ustąpiły pod napływem słusznego gniewu Väinämöinena. Héderváry jęknęła zawiedziona, ale natychmiast przypomniała sobie z czym przybiegła.
– Gdzie jest Ludwig?! – wrzeszczała, żeby przekrzyczeć jęki umierających pracowników Wydziału Administracji i Zarządzania. Część z nich przegrupowała się i dzielnie broniła dostępu do automatu z napojami, ale powstańcy nie mieli żadnych szans. Barykada z tablicy korkowej nie wytrzymywała naporu. – Walnęło w mój wydział i się rozszczelnił! Depresjomagia wycieka, a to może źle działać na morale!
– No zajebiście... – Brwi Kirklanda wynurzyły się z rozpadliny w podłodze.
Héderváry wskazała na współkierownika Wydziału Stworów Magicznych. – Już działa!
– Wyzdychały mi modliszki z Jowisza – poskarżył się Kirkland. – A Norek ma wszystko gdzieś, on wcale nie dba o zwierzęta. Tylko siedzi na swoim trollu, a on tłucze to coś! – Wzniósł oskarżycielsko palec na Dygresję Ultymatywną Patrylokacyjną Akwalungu.
Współkierownikowi Wydziału Stworów Magicznych nie było dane wynarzekać się na czarodziejskich norweskich oprychów, ani na brak poszanowania praw zwierząt, ani na najazd współpracowników i uczniów Łukasiewicza (bo obiekt narzekania po kopnięciu w kalendarz właśnie drapał Cerbera po brzuchu, gdy Lorinaitis rzucał pieskowi piłkę koszykarską – obaj desperacko, choć z pewną wprawą, próbowali wyśliznąć się z objęć śmierci), ani na oczywisty deficyt popołudniowej herbaty z mlekiem wywerny tajskiej, ani na niemożność wzięcia urlopu, żeby nadrobić kryminały, ani na zbyt wilgotny mikroklimat wokół przybudówki na jednorożce, ani na zanik kultury dżentelmeńskiej, a już na pewno nie na tego durnia, Bonnefoya, który dybał na cenne narzędzie pracy Kirklanda, mianowicie cnotę. Kto by się miał potem jednorożcami zająć? W ręce Ludwiga ich nie odda! Wszystko to odeszło w niebyt, kiedy współkierownika Wydziału Stworów Magicznych zjadła Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu. Héderváry westchnęła zrezygnowana. Ludzie zwykle popełniali przy niej samobójstwa, a nie walczyli o każdą chwilę na tym łez padole, więc nie za bardzo wiedziała, co jeszcze może zrobić.
Zza winkla wyjechał wiekowy czołg. Kiedy oddał strzał w kierunku DUPY, kilka części odpadło. Klapa odskoczyła i na świat wyjrzała rozczochrana i umorusana twarz Andricia, kierownika Wydziału Obronno-Zaczepnego, oraz facet z trąbką.
– EEELAA! – zakrzyknął gromko, a trębacz zaimprowizował coś naprędce. – ZMUUŚ TO, ŻEBY SIĘ ZAaaABIŁO!
Héderváry zademonstrowała dumnie środkowy palec, sugerując, że Andrić może samozadowolić się kapciami Gilberta. Skupiła jednak, całą wewnętrzną siłę, żeby uderzyć we wroga. Kierownik Wydziału Obronno-Zaczepnego w tym czasie wyskoczył z czołgu i tańczył spontaniczny taniec zwycięstwa nad ścierwem Edelsteina.
– Yes! Yes! Yes!
Z czołgu po kolei wyłonił się trębacz, facet z rogiem, facet z sakshornem, facet z eufonium, puzonista, facet z tubą, saksofonista oraz akordeonista. Podjęli rzewną melodię o radości i smutku życia, przy czym akordeonista dostał się w sferę wpływów kierowniczki Wydziału Depresjomagii, więc w sumie tylko smętnie rozkładał i składał dziurawy instrument, wydając żałosne harmonijkowe dźwięki.
Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu chwilowo odpuściła atak, najwyraźniej przegrupowując siły. Skurczyła się nieznacznie w sobie, a następnie zaczęła wykręcać na wszystkie strony. Chociaż większość pracowników Instytutu Badań Czarów i Magii wybrała ten moment na danie drapaka, nieliczni, którzy pozostali – czy to z głupoty, czy z ciekawości, czy z braku laku, bo w połowie ucieczki zorientowali się, że już dawno nie mają innego domu – odnieśli wrażenie, że DUPA cierpi niesamowite katusze. Ale któż mógł zadać tak silny cios?
Sørensen, kierownik Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu, postanowił nie dać wrogowi czasu na ponowny atak. Chwycił halabardę i w tanecznych ruchach graniczący z akrobatyką i efektami specjalnymi z Hollywood począł spychać DUPĘ w czeluści składziku. Kierownik Wydziału Bezpieczeństwa też postanowił się na coś przydać, niestety nie wziął się za to od DUPY strony.
– Bernhardzie, nie możesz go spisać, tylko dlatego że krwawi – upierała się Héderváry.
– Zanieczyszcza stanowisko pracy – odpadł zimno Oxenstierna, kierownik Wydziału Bezpieczeństwa.
– Urwało mu głowę – zwątpiła kierowniczka Wydziału Depresjomagii.
– To nie jest wymówka. – Oxenstierna był nieustępliwy. – Za czołg też będzie nagana. I to nie jedna. Po pierwsze: tu nie wolno parkować. Po drugie: lakier jest toksyczny. Po trzecie: nie spełnia wymogów bezpieczeństwa. Gdzie poduszki powietrzne? Hm, hm, tłumika też nie ma.
– Ale no panie władzo, weź, ja tylko po masło jechałem – tłumaczył się Andrić, tarmosząc w rękach czapkę-pilotkę, a orkiestra potakiwała ochoczo. – Musiało teraz odpaść, zaraz na warsztat skoczę...
Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu zwinęła się w sobie i przez jeden moment wydawało się, że Instytut zwycięży. Niestety chwilę potem Sørensen został obrzygany nieprzytomnym Kirklandem. DUPA zmieniała gwałtownie kolory, usiłując przetrawić resztki angielskiej kuchni. Ubranie współkierownika Wydziału Stworów Magicznych zniknęło, nie licząc skąpego kelnerskiego fartuszka. Kierownik Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu nie miał nawet czasu zmierzyć się z tym widokiem, gdyż Dygresja litościwie pozbawiła go świadomości celnym rzutem w obelisk z Wydziału Klątw. Halabarda wbiła się w ścianę tuż obok. Rozeźlony Oxenstierna ruszył w stronę wrogiej łamiącej przepisy siły, ale ktoś złapał go za kostkę. Zerknął pod nogi i jego oczy napotkały spojrzenie fiołkowych ślepi. Zmaltretowany Väinämöinen leżał u jego stóp i błagał o coś bez słów. Coś w tym wzroku wyrażało ostateczną determinację. Kierownik Biura Pośrednictwa okazjonalnie przekształcanego w Wydział Strzelecki przestrzelił Oxenstiernie ramię. Kierownik Wydziału Bezpieczeństwa spojrzał ze stoickim spokojem na krew spływającą mu na pierś.
– To za „żonę", dupku – wycharczał Väinämöinen.
– To się w głowie nie mieści – nabzdyczył się Oxenstierna, zawzięcie wypełniając formularze.
W tle snuł się smętnie Wang Yao, kierownik Wydziału Nieśmiertelności, na którego tabliczce na drzwiach wejściowych ktoś złośliwie skreślił „nie" zgniłozielonym sprayem. Narzekał na podłe xiaoreny. Przyczyn mogło być kilka. Wszechogarniająca rozpacz, straty w ludziach, niezdrowe natężenie dygresji oraz depresjomagii. Ale bezpośrednim powodem stał się prawdopodobnie pan Roman wgryziony w łydkę Wanga Yao tak rozpaczliwie, jakby to była kamizelka ratunkowa. Bardzo przeżywał nieobecność Lorinaitisa.
NDC.
