Rozdział dwunasty

Sytuacja na froncie północno-wschodnim zagęszczała się. Biblioteka od dawna uważana była za najmocniejsze ogniwo w obronie Instytutu, głównie dlatego, że najeźdźcy zwykle denerwowali Galante, a ten wyrzucał natrętów za drzwi. Książki nie lubiły niepotrzebnego hałasu. Niestety Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu nadzwyczaj szybko przyswajała nowinki ze świata wydawców i zdążyła zamienić już całego Orwella w Igrzyska Śmierci, Ann Rice w Zmierzch, a Markiza de Sade w Pięćdziesiąt twarzy Greya. Galante był na skraju śmierci, wisząc trzy metry nad ziemią i rozpaczliwie próbując się uwolnić. Ledwo oddychał miażdżony przez mięsistą mackę DUPY. Przerażone książki rozpełzły się dookoła, płacząc nad losem ukochanego opiekuna.

– Eduard, nie rób tego... Błagam cię... – wyrzęził ostatkiem sił, widząc co von Bock usiłuje robić.

Po twarzy kierownika Wydziału Mechaniki i Magisieci lały się rzęsiste łzy. Klęczał w dramatycznej pozie i spoglądał w górę na przyjaciela.

– Raivisie, to nie ma sensu bez ciebie... – zapłakał gorzko, załamując ręce.

– Nie pieprz, masz Timo! – krzyczał kierownik Wydziału Bibliotekarskiego. – Pomyślałeś o nim?! Przestań, Eduardzie, trzeba wiedzieć, kiedy się poddać!

Dygresja Ultymatywna Patrylokacyjna Akwalungu pociągnęła Galante na dół, przez zniszczone podłogi, zawalone ściany, przez świat, który znali, i który jeszcze pół godziny temu działał tak normalnie jak tylko było to możliwe. Eduard von Bock natychmiast teleportował się na parter, ale w pośpiechu źle wyliczył i zderzył się z Oxenstierną. Nawet nie zdążył zareagować, zanim Väinämöinen potężnym kopniakiem odseparował od niego kierownika Wydziału Bezpieczeństwa.

– Zostaw mojego kuzyna, zboczeńcu!

Kierownik Wydziału Mechaniki i Magisieci nie miał czasu zastanawiać się nad obecnymi układami sił w Instytucie ani tym bardziej ekscesami często czworonożnego krewniaka. W górze Galante dogorywał w męczarniach.

– Nigdy, Ravisie – oznajmił z powagą Eduard von Bock. – Nigdy cię nie puszczę.

Oczy bibliotekarza rozszerzyły się w trwodze. Zaczął wyrywać się jeszcze bardziej rozpaczliwie. Kierownik Wydziału Mechaniki i Magisieci stał absolutnie pewny swego wyboru.

– Nie, Eduardzie, NIEEEE! – krzyczał Galante.

Wszyscy popatrzyli z niedowierzaniem. Nawet Oxenstierna zbladł i wcale nie dlatego, że ciężki but kierownika Biura Pośrednictwa okazjonalnie przekształcanego w Wydział Strzelecki prawdopodobnie spowodował perforację żołądka. Väinämöinen za późno zauważył, co jego krewniak pragnie uczynić, by go powstrzymać od tego dramatycznego poświęcenia.

– On to zrobi... On naprawdę to zrobi! – krzyknęła Héderváry. Andrić odszukał jej dłoń i zamknął ją w swoich dłoniach. Cały drżał.

– EDUARDZIE!

– Kocham cię, Raivisie – wyszeptał von Bock.

Andrić zamknął oczy. Jakiś koleś zaciągnął smętną nutą na trąbce. Héderváry zakryła usta, aby powstrzymać krzyk i wtuliła twarz w ramię kierownika Wydziału Zaczepno-Obronnego. Martwy Edelstein krwawił zirytowany. Kirkland jęknął w malignie. Zwingli zaprzestał ostrzału. Pracownicy Wydziału Administracji i Zarządzania wychylili głowy z kryjówek jak ciekawskie surykatki. Sørensen podjął rozpaczliwą próbę zapobieżenia katastrofie, ale leżał najdalej, a w dodatku zwolnione tempo charakterystyczne dla dramatycznych scen wcale nie pomagało. Wang Yao przystanął, pokręcił głową, mruknął coś o białasach śmierdzących masłem i podjął przerwane snucie się ze wzruszonym panem Romanem przyczepionym do łydki.

Eduard von Bock, kierownik Wydziału Mechaniki i Magisieci, rozwalił półtoralitrową butelkę wódki o podstawę zniewalającej Galante macki DUPY. Potwór przyjął nieoczekiwanego karniaka i wypuścił bibliotekarza wprost w ramiona von Bocka. Kierowca instytutowego autobusu przerwał podwieczorek i zaczął bić brawo. Väinämöinen padł na kolana i drżącymi palcami uniósł kilka rozbitych kawałeczków, na których połyskiwały ostatnie kropelki wódki. Obok przykucnął Sørensen, z szacunkiem zdejmując czapeczkę.

– To... – zaczął, ale głos uwiązł mu w gardle. – To było konieczne.

Väinämöinen skinął powoli głową, powstrzymując łzy.

– Ty durniu... – łkał Galante w silnych ramionach naczelnego informatyka Instytutu. – Dlaczego to zrobiłeś... Ja nie jestem wart...

Oxenstierna po raz drugi w życiu upuścił plik formularzy z naganami. Nie był pewny, czy tak się wzruszył, czy to tylko upływ krwi i treść żołądka wyciekająca na ważne wewnętrzne organy. Podstępna Dygresja postanowiła skończyć jego męki i pognała w tę stronę z trzecią prędkością kosmiczną. Kierownik Wydziału Bezpieczeństwa poczuł pchnięcie, poleciał do przodu, w locie zdążył obrócić się wokół własnej osi i dostrzec Maes, kierowniczkę Wydziału Zastosowań Dzieci, która zepchnęła go z trajektorii ataku. Zobaczył jej łagodny koci uśmiech, zieloną wstążkę we włosach i złote kolczyki. Oxenstierna przypomniał sobie wspaniałe chwile spędzone wspólnie. Kawiarnię, gdzie rzucali w ludzi goframi ze śledziem. Albo jak wspólnie opiekowali się Peterem Kirklandem, bo jego starszy brat, Arthur, niespecjalnie chciał się chłopakiem zajmować, ponieważ Peter nie wykazywał takich cech jak: rogi, sierść, kopyta, widzialność tylko w obecności współkierownika Wydziału, błędny wzrok, skrzydełka, linienie złotym pyłkiem czy nieparzysta ilość kończyn. Zamykali dzieciaka razem z córką Maes w tekturowym pudle i patrząc sobie w oczy, przysłuchiwali się wrzaskom i błaganiom o litość Petera. To wszystko przemknęło w głowie Oxenstierny, gdy Maes rozsypała się w różowy puch.

DUPA natarła z całą dupną siłą, jaką w sobie miała. Oxenstierna zarył w ziemię. Nie był już tym samym kierownikiem Wydziału Bezpieczeństwa. Z ponurą miną wyciągnął formularz Be trzysta sześć. Väinämöinen przeładował broń. Sørensen złapał pewnie za halabardę. Nadchodził czas pomsty...

Tymczasem Mircea Enescu, zwany Vladem, zwrócił uwagę na czołgającego się młodzieńca. Kierownik Wydziału Badań nad Krwią prędzej czy później miał próbki od absolutnie każdego przebywającego w Instytucie. W ogóle nie kojarzył chłopaka o czarnych włosach oraz jakże szybkich i lepkich dłoniach, sądząc po tym, jak w ogólnym zgiełku zdążył obrobić Jonesa z anteny obronnej Connecticut 023 (czego kierownik Wydziału Komunikacji Międzyświatowej nie zauważył i pognał dalej nieuzbrojony, otrząsnąwszy się po utracie kurtki), a także Adnana z papierowych chusteczek do wytarcia podbródka umazanego sosem z kebaba. Wampir czując narastającą fascynację, skoczył prosto na złodzieja.

Enescu przygwoździł młodzieńca do podłogi i przez chwilę napawał się widokiem smukłych pleców, ładnie zaokrąglonych pośladków i zgrabnych nóg w przyciasnych spodniach z mnóstwem kieszeni.

– Cześć, kochaniutki. Okazja czyni złodzieja, co? – szepnął, pochylając się nad ofiarą. Z jakichś powodów ofiara pachniała jak babcia Enescu. Ach, woda różana...

– Ciężko powiedzieć, proszę pana – sapnął Waselinow z nosem wciśniętym w posadzkę. – Zawsze mi się wydawało, że to złodziej czyni okazję, ale być może mam taki pogląd dlatego, że jestem najlepszy w swoim fachu, proszę pana.

Nad ich głowami przeleciał Im Yongsoo, klnąc szpetnie. Ubrania zmieniały się na kierowniku Wydziału Nadekspresji jak szkiełka w kalejdoskopie. Widać porządnie oberwał dygresją.

– On nie był na urlopie? – zastanowił się Enescu. Szybko porzucił tę myśl, przypominając sobie o pulsującym, powabnym ciele pod nim. – Na czym skończyliśmy? Ach, tak. Na tym, że nieładnie jest przywłaszczać cudze rzeczy, szczególnie, gdy ich właściciele jeszcze żyją.

– Ten stan się w chwili obecnej szybko zmienia, proszę pana – usprawiedliwił się Waselinow. Kierownik Wydziału Badań nad Krwią zacisnął lodowate palce na karku złodzieja. Z wprawą zawodowca wyczuł tętnicę.

– Dowcipny jesteś. – Enescu uniósł się na moment, by przewrócić chłopaka na plecy. Palce wampira natychmiast znalazły się na gardle ofiary. Waselinow zastygł bez ruchu.

– Po mamie, proszę pana wampira – wysapał.

To nieco zbiło z tropu Enescu zwanego Vladem. Ofiary zwykle dzieliły się na dwa typy. Pierwszy można było scharakteryzować okrzykiem „Nie! Nie! Zgiń, przepadnij, maro nieczysta! W imię Pana!". Drugi poznawało się po pełnych pożądania jękach „Tak! Tak! Należę do ciebie! Wyssij mnie do cna". Chłopak za całą krew 0 Rh- świata nie chciał się dopasować do któregoś. Kierownik Wydziału Badań nad Krwią doskonale wyczuwał puls złodzieja. Nie odstawał ani trochę od pulsu osoby zrelaksowanej i cieszącej się dobrymi, a przede wszystkim długimi perspektywami na życie. Na pewno nie osoby, która właśnie była wciskana w parkiet przez wampira, gdy wokół latały różne zbuntowane kończyny tuż po przymusowym ogłoszeniu niepodległości od reszty ciała.

– Umiesz rzucać zaklęcia? – zapytał Enescu, mrużąc oczy i przekrzywiając głowę. Doskonale wyeksponował wadę zgryzu.

– Nie umiem, proszę pana – powiedział grzecznie Waselinow.

Vlada dopadło niejasne przeczucie, że mimo wszystko powinien zająć się DUPĄ, a nie napastowaniem porządnych młodzieńców. Nawet jeśli kradli i śmierdzieli jak sekretarzyk damy z XIX wieku. Pokusa była jednak zbyt silna.

– Boisz się, kochaniutki? – zapytał.

– Nie... – powiedział Waselinow. – Ale odczuwam dyskomfort, proszę pana – dodał szybko, gdy zauważył zawiedzioną minę Enescu.

– Dyskomfort, ach, tak... – To było coś, do czego kierownik Wydziału Badań nad Krwią był przyzwyczajony. Odetchnął z ulgą. – Nie bój się, kochaniutki. Trochę cię wykorzystam, a potem pokrzepiony pójdę walczyć z potworem.

– Bardzo szlachetnie, proszę pana – powiedział usłużnie chłopak, obserwując wyjątkowo udaną trajektorię lotu Sørena Ericha Sørensena. Tuż za nim leciała halabarda, która w niejasny sposób zmieniała się raz w kaczkę, a raz w bardzo zdziwionego cocker spaniela z irokezem.

Enescu znowu poczuł się niepewnie. Ofiara go komplementowała. Owszem, był przyzwyczajony do żarliwych wyznań i ostatecznych deklaracji, ale młodzieniec wydawał się mówić to wszystko z czystej grzeczności i dobrego wychowania. Żadnych posapywań i nerwowych ruchów w okolicach krocza.

– Jak masz na imię, kochaniutki? – zapytał, postanowiwszy trzymać się scenariusza. Pochylił się nad chłopakiem. Przynajmniej na policzkach miał zdrowy rumieniec.

– Borys Andrei Dimitar Waselinow – powiedział spokojnie złodziej. Jego twarz wyrażała najszczersze intencje przyjaźni i współpracy.

Enescu wyeksponował wadę zgryzu na tyle, by móc wbić się w tętnicę bruneta.

– B.A.D. Waselinow w skrócie. B.A.D. – oznajmił Waselinow i kierownik Wydziału Badań nad Krwią poczuł, że coś przebija mu szyję. Odskoczył gwałtownie charcząc i plując posoką naokoło. Złodziej był już na nogach w bezpiecznej odległości od Vlada, nie dość, że wampira, to jeszcze rudego.

Enescu złapał domniemaną rękojeść sztyletu i z całą mocą wyszarpnął go z gardła. Chciał miotnąć porządny urok w Waselinowa, ale rana jak na złość nie miała zamiaru się goić. Spojrzał na narzędzie zbrodni. Pięknie rzeźbiony krucyfiks z drewna osiki był niczym spełnienie wszystkich koszmarów Vlada. Może oprócz tych, w których Héderváry wbijała mu posmarowany gulaszem pal w ucho, a sama tańczyła nago na jego ścierwie, polewając się tokajem.

– Ssskont haaki hnoojek hak hy maa hakie hos – wyrzęził.

– Z Wydziału Neutralizowania Absolutnie Podłych Uroków – powiedział Waselinow, rozcierając szyję.

– Hiii mam huwieszyc, he Fhansis hi ho hał? – Enescu gwałtownie przeszukiwał kieszenie w poszukiwaniu ratunkowej fiolki krwi.

– Nie, proszę pana. Ludzie rzadko mi coś dają – oznajmił smutno złodziej. – Dlatego najczęściej sam sobie biorę.

Vlad znalazł, co potrzebował i wypił duszkiem zawartość. Rana zagoiła się natychmiast.

– Teraz cię dorwę, gnojku – warknął Enescu i wyeksponował wadę zgryzu.

– Uważam, że to, co pan czyni jest bardzo niesprawiedliwe. Broniłem się przed pańską napaścią. Nie powinien pan żywić do mnie urazy. – Waselinow potarł w zakłopotaniu tył głowy.

Zmartwiona mina chłopaka znowu nieco zbiła z tropu kierownika Wydziału Badań nad Krwią. Jednak wampir nie wczoraj się urodził, więc warknął wściekle i sięgnął po różdżkę. Jednak w kieszeni palce natrafiły tylko na pięciocentówkę i kawałek gazy.

– Tego pan szuka? – zapytał Borys, machając różdżką w kształcie małego pala.

– Ty... Ty... – Enescu zabrakło przekleństw, co zdarzyło się po raz pierwszy w jego długim życiu.

Kierownik Badań nad Krwią zamienił się w nietoperza i ze skrzekiem rzucił na Waselinowa. I pewnie z naszego śmierdzącego jak wnętrze pączka z Tesco złodzieja nie pozostałoby wiele, gdyby w Mirceę Enescu zwanego Vladem nie trafił cyc Oleny Marczenko wraz z całym dobrodziejstwem jej osoby.

– Piękna śmierć – powiedział Sadiq Adnan, zdejmując czapeczkę z głowy i patrząc na zwichnięte skrzydło nietoperza wystające z piersi kierowniczki Wydziału Czarnowidztwa.

CDN.