Rozdział trzynasty

– Piękna śmierć – powiedział Sadiq Adnan, zdejmując czapeczkę z głowy i patrząc na zwichnięte skrzydło nietoperza wystające z piersi kierowniczki Wydziału Czarnowidztwa. Pojawił się znikąd. Spojrzał na chłopaka. – Wiesz, bijemy się teraz z potworem, ale zgubiłem chusteczki do wycierania podbródka po ubrudzeniu sosem z kebaba. Nie widziałeś ich?

– Nie, proszę pana – odparł spokojnie B.A.D. Waselinow, kierując pełne szczerości i dobrych zamiarów ciemne jak paciorki oczy na rozmówcę. Kierownik Wydziału Wirowań westchnął niepocieszony, włożył czapeczkę i powlókł się dalej.

Waselinow poczuł, że nadciąga niebezpieczeństwo. Takie prawdziwe, niebezpieczne niebezpieczeństwo, przy którym walka z napalonym wampirem to pluskanie się w brodziku. Wärzner delikatnie złapał go za przedramię. Borysa obleciał śmiertelny strach, gdy przypomniał sobie, że kilka tygodni temu rąbnął z kanciapy pracownika administracji parę cukierków Kopiko. Słona kropla potu skapnęła ze skroni bruneta, choć na twarzy nie drgnął mu nawet jeden mięsień.

– Ostateczny test zdany. Wasze szczęście przy głupocie jest na odpowiednim poziomie. Podpiszcie mi jeszcze tu i tu. – Wärzner podsunął Waselinowi dokumenty. Waselinow nie śmiał protestować. – Dziękuję. Życzę miłego dnia. Jesteś całkiem niezły, dzieciaku. Nie marnuj talentu.

– Tak jest, proszę pana – powiedział nieco zmartwiony Borys. Odwrócił się niepewnie, klęknął i już miał kontynuować czołganie się do tylnego wyjścia, gdy usłyszał:

– Borys. Lewy but, dzieciaku.

– Słucham? – zapytał zdziwiony Waselinow, odwracają się do Wärznera.

– Mój but. Mój lewy but w twojej prawej ręce, dzieciaku – doprecyzował Johann, nawijając pasemko blond włosów na palec. Wykazywał cierpliwość, jakiej złodziej nie widywał nawet u ociekających gołębimi ekskrementami parkowych posągów.

B.A.D. spojrzał na prawą dłoń, podczołgał się do pracownika administracji do spraw Słowian, i niczym księżniczce założył na nogę sfatygowanego trampka.

– Dobrze, dzieciaku, ale pilnuj się. Nie mogę poświęcić kariery na ratowanie twojego zadu.

– Oczywiście, proszę pana – rzekł Borys i przeturlał się kilka metrów w bok, by uniknąć zapoznania się z ogonem wnerwionego dinozaura z Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu. Ku jego przerażeniu Wärzner już tam stał.

– Borysie.

Waselinow przełknął ślinę i uniósł głowę.

– Długopis z małym, pluszowym kubkiem kawy na końcu możesz zachować – powiedział Wärzner, obserwując jak grupa wściekłych jeży z Wydziału Wizji Ekstatycznych tworzy coś pomiędzy ławicą a mechem i atakuje ostro wpienionego już dinozaura. – To ze zbożowej kawy. Nie lubię zbożowej kawy.

– Dziękuję panu. – Borys z zadartą głową obserwował z klęczek dumną sylwetkę Johanna. Uznał, że przy jego nodze znajduje się obecnie najbezpieczniejsze miejsce w Instytucie.

– Muszę iść uratować Ludowita – burknął Wärzner, jakby to było coś w rodzaju odebrania z przedszkola nieznośnej córki znajomych. – On jedyny ma jakąś poważną moc i wspaniały talent.

– Pan Łušćanski na pewno sam sobie poradzi – zamyślił się Waselinow. – Nie da się zabić.

– W to nie wątpię. Boję się natomiast, że da zabić wszystkich innych. Radziłbym uciekać, dzieciaku. Vlad odzyskuje przytomność.

B.A.D. Waselinow wykorzystał chwilowe zamieszanie spowodowane zawarciem sojuszu między grupą ekstatycznych jeży i magicznych ziemniaków odmiany batat przeciwko egzystencjalnemu dinozaurowi.

Enescu wróciwszy do ludzkiej postaci, z niemałym wysiłkiem psychicznym i fizycznym zrzucił z siebie omdlałą Olenę Marczenko. Zauważył nogę Waselinowa znikającą tuż obok plątaniny miąższu i kolców, ale nie zdążył zareagować, bo niezgrabnie wylądował na nim młodszy Vargas. Feliciano oplatała macka Dygresji Ultymatywnej Patrylokacyjnej Akwalungu, która zlała się nieco z Vladem. Dygresje się przemieszały i kierownik Wydziału Badań nad Krwią z przerażeniem odnotował, że w jego głowie nastąpiła sekwencja zmieniających się wydarzeń krążących wokół tematu spaghetti i lasagni. Młodszy Vargas zaczął z kolei krzyczeć ze strachu, bo widok młodego kapitana Sparrowa wciąganego przez łóżko, które potem zaczyna tryskać krwią nie należał do tych najmilszych.

– Feliciano, zamknij się, to tylko film. – Mircea Enescu, zwany Vladem, zaczął potrząsać współkierownikiem Wydziału Magicznych Ingrediencji. – Koszmar z ulicy wiązów! Mój ulubiony... Ulubiony...

W głowie Enescu, nie dość, że wampira, to jeszcze rudego, zrodziło się poczucie czegoś świętego, transcendentalnego a jednocześnie o lekkim posmaku klopsików. Oto doświadczał najgłębszej mistyki.

– Panie mój... Jam niegodny... – wychrypiał, padając na kolana.

Latający Potwór Spaghetti unosił się wśród całego rozgardiaszu jako ostatnia ostoja dobrej kuchni. Makaronową macką odegnał złą mackę dygresyjną.

– Panie mój... Nauczaj! Powiesz mi... Jak żyć?

– Idź na piwo – powiedział Latający Potwór Spaghetti i zniknął w blasku sera carbonare.

Ludwig nie zastał podwładnych w najlepszym stanie psychicznym. Młodszy Vargas tarzał się po ziemi, popiskując cicho, że nie chce, żeby kapitana Sparrowa zjadło prześcieradło, a Mircea Enescu, zwany Vladem, natchniony wpatrywał się w pustą przestrzeń, gdy z kącika krzywych ust ciekła mu ślina. W powietrzu unosił się ledwo wyczuwalny zapach sosu pomidorowego. Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania uznał, że skoro przynajmniej mają kończyny na właściwych miejscach, to można ich użyć jako mięso armatnie. No i Feliciano odnalazł się cały.

– Pogięło was? Co wam jest!? Wstawać! Już! Żwawo! Tu jest niebezpiecznie! – ryczał, ale niewiele docierało do nadwyrężonych dygresyjną rzeczywistością umysłów pracowników.

– Dlaczego mama Bambiego musiała umrzeć? – zapytał nagle kierownik Wydziału Badań nad Krwią, wbijając zaskakująco trzeźwe spojrzenie w młodszego Beilschmidta.

Ludwig jęknął i uderzył Enescu otwartą dłonią tak mocno, że prawie mu się zgryz wyprostował.

– Nie poddawajcie się! – Chwycił wampira za poły fartucha i zaczął nim potrząsać. – Nie poddawajcie się dygresji! Nie myślcie w kategoriach dygresji! Myślcie przyczynowo-skutkowo! Czas liniowy! Li-nio-wy! Zapomnijcie o teorii chaosu!

Enescu odepchnął Ludwiga i niepewnie stanął na nogach.

– Przepraszam za chwilę słabości, panie szefuniu – mruknął. – Dostałem kosza od pewnego złodzieja, który skradł mi serce. – Na twarzy Vlada pojawił się zwyczajowy chytry, wampirzy uśmieszek.

Obok nich niezgrabnie wylądował Gilbert. Lewitowanie pomiędzy latającymi i broczącymi krwią kolegami z pracy nie było łatwe.

– Źle to wygląda – zaczął raportować. – Butković i Macháčková chyba nie żyją. Havel też ledwo dycha, gdzieś wcięło Łukasiewicza i Bragińskiego. Obawiam się, że to koniec Związku Słowian. Jones oberwał, ale nie zauważył. Pewnie umrze, kiedy Kirkland ocknie się i do niego dobiegnie. No wiecie, ostatnie słowa bohatera konającego na kolanach ukochanej i reszta tego gówna... Väinämöinen robi co może, ale naboje mu się kończą. Stwierdził, że żywy nie podda się DUPIE. Stracił chęć do życia, gdy von Bock rozwalił flaszkę. Oxenstierna asystuje dzielnie, chcąc pomścić Maes, wypisał już trzysta sześćdziesiąt dwa przypadki złamania wymogów bezpieczeństwa przez DUPĘ, ale ona nie reaguje na wezwania. Von Bock migdali się gdzieś z Galante, bo ochraniają ich książki w twardej oprawie. Szwadron makulatury z działu chemii stosowanej całkiem nieźle poradził sobie z lewą odnogą DUPY. Za to prawdopodobnie lada moment stracimy większość Wydziału Administracji i Zarządzania. Jakimś sposobem sprzęty i pracownicy okazali się niezwykle podatni na dygresję. Padł automat z napojami...

– Niech to szlag! – ryknął Ludwig i kopnął w pechowego jeża z batatem wbitym w kolce. Zwierzątko trafiło w oko dinozaura i powaliło kreaturę na ziemię.

– Niech kierownik nie wypowiada takich słów w taką porę! – Marczenko ocknęła się i odkryła, że nie podoba się jej zarówno teraźniejszość, jak i przyszłość.

Młodszy Beischmidt był szkolony od dziecka, aby stawiać czoła takim beznadziejnym sytuacjom jak ta. Zacisnął dłoń w pięść i dumnie uniósł głowę.

– Nie oddamy naszego Instytutu. Może nie wszystko w nim jest idealne, ale wszyscy ciężko pracowaliśmy, żeby przynajmniej cokolwiek działało. I działa. Czasami... Wspólne chwile, które tu przeżyliśmy również coś znaczą! Nawiązane przyjaźnie. Gorące miłości i płomienne rozstania. Instytut to nasz dom i musimy go chronić.

– Młody, wygłaszanie takiej mowy nie jest najlepszym pomysłem... – zaczął ostrożnie Gilbert, nerwowo przestępując z nogi na nogę.

– Dobrze, że zdarzają się różne nieszczęścia – ciągnął dalej Ludwig. – One czynią nas silnymi. One sprawiają, że trwamy, nie gnijemy w nudzie dnia codziennego. Owszem, nuda jest przyjemna. Jest bezpieczna. Ale czyż ona nie zabija kreatywności? Czy ona nie niszczy osobowości? Czy nie powala obezwładniającą niemocą?

– Młody, zgodnie z wszelkimi prawami scenariusza po wygłoszeniu takiej mowy bohaterowie giną. – Gilbert pociągnął brata za ramię.

Macki dygresji pojawiły się w korytarzu. Sięgnęły wyżej, na następne piętra, poprzez zniszczone ściany i sufity. DUPA zbliżała się ku nim nieuchronnie.

– Nie trać ducha, bracie! – zagrzmiał Ludwig.

Znużony cap przeszedł obok nich, przeżuwając podeszwę trampka Williamsa.

– Jeśli coś tracę w chwili obecnej, to treść moich jelit – jęknął Gilbert, rażony przerażeniem.

Młodszy Beilschmidt wystąpił naprzód, zdecydowany stawić czoła rozrastającemu się potworowi dygresji. Nagle objęło go przeraźliwie jasne światło. Ból eksplodował z każdej części ciała. Wydawało się, że promieniuje z Ludwigowego jestestwa, że porusza najczulsze zakamarki germańskiej duszy.

Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania zwalił się na posadzkę. Gilbert dopadł go moment później.

– Lud! Młody! Lud! Nie umieraj! Nie zostawiaj mnie samego! – łkał albinos.

Ludwig otworzył usta, by pocieszyć brata i podyktować ostatnie słowa, ale paraliżujący ból zawładnął jądrami jego istnienia, więc tylko jęknął przeciągle i wybałuszył oczy.

– Ludwigu... – Gilbert zachłannie wczepiał palce w policzki ukochanego brata. – Nie rób mi tego, kto teraz zwolni Łukasiewicza za rzucanie na mnie uroków...?

Z wyższego piętra spadł Antonio Fernandez Carriedo. Wrzeszczał tak głośno, że w Pirenejach go słyszeli. Fala dźwiękowa zalała umysł Ludwiga, powodując nowy rodzaj bólu.

Nad konającym kierownikiem Wydziału Administracji i Zarządzania wraz z zapłakanym bratem stanął dublet Wärznera i pochylił się nieco.

– Czemu ten Hiszpan tak krzyczy? – zapytał i wskazał palcem na kierownika Wydziału Samozadowolenia. – To nie jest normalne, żeby ktoś tak krzyczał. To przypomina mi nieco taką dawną wycieczkę do zoo, gdy...

Jakaś część Ludwiga odetchnęła z ulgą. Łušćanski się znalazł. Misja wykonana.

– BO URWAŁO MU NOGĘ! – wrzasnął Mircea Enescu, zwany Vladem. Odgarnął z siebie kawałek sufitu.

– To jest powód do krzyku? – autentycznie zdziwił się Ludowit. Wyprostował się.

– Ty kretynie – załkał Gilbert. – Gdzie byłeś, kiedy cię potrzebowaliśmy!?

Łušćanski zamrugał, a starszy Beischmidt odkrył, że od patrzenia na to można dostać ataku choroby lokomocyjnej.

– A bo wiecie, szedłem sobie po schodach – powiedział Ludowit – które ciągnęły się i ciągnęły, aż wreszcie doszedłem do takich ładnych mahoniowych drzwi, które przypomniały mi o pewnej przygodzie z małym smokiem, który szczęśliwym trafem trafił do mnie, po tym jak jego mamusię przerobili na opał i na kamizelki ognioodporne, które tak właściwie nie są ognioodporne, bo sam widziałem, jak spopieliło jednego kolesia, który był dobrym kumplem mojego kuzyna, który miał barkę w porcie, który leżał nad morzem, które strasznie śmierdziało, to pamiętam z dzieciństwa, tak strasznie śmierdziało, że nie dało się w nim kąpać, ale to nic, bo mama nalewała nam czasami dużo wody do wanny przed domem, a właściwie to najpierw robiła w niej pranie, ale i tak było fajnie, bo czasami udało nam się zaciągnąć tam naszego pieska, który przypałętał się jak byłem całkiem malutki i mama się go wystraszyła i upuściła mnie na głowę, i od tego czasu mama powtarzała, że powinienem być wdzięczny temu psu, bo dzięki niemu jestem jaki jestem.

Wszyscy obecni wytrzeszczyli oczy, bo oto w gąszczu bredni udało im się odkryć cokolwiek z życiorysu Ludowita. Mężczyzna różnokolorowymi oczami przypatrywał się zamieszaniu, jakie wywołał, co potęgowało wrażenie absolutnego zagubienia. Nawet tęczówki Łušćanskiego robiły dygresję. Raz się wydawało, że lewe oko jest zielone, raz, że prawe brązowe, innym razem, że są jednego koloru albo drugiego koloru, a przy tych złych dniach na kacu nawet trzeciego koloru, nieco metafizycznego.

– Co jest? – Vlad rozważył pozostanie w pozycji horyzontalnej, bo wertykalna zdawała się niepewnym rozwiązaniem, szczególnie w obecności Łušćanskiego.

– Ludwig dostał – szepnęła Marczenko, zauważając, że krwawi z otworów, których nie powinna mieć.

– No to rozjebmy to coś, zanim skończą nam się wszystkie dziewice w Instytucie! – wrzasnął wściekły Enescu.

– Co? – Kierowniczka Wydziału Czarnowidztwa zajęła się liczeniem dodatkowych otworów i doszła do wniosku, że ktoś ją chyba przebił widłami.

– No na kolanach Gilberta właśnie zdycha ostatnia dziewica w Instytucie! – Vlad wskazał na Ludwiga. – Rozjebmy potwora dygresji, tak nie może być!

Ludowit spojrzał na kierownika Wydziału Badań nad Krwią z przebłyskiem zrozumienia.

– Och, chcecie to zabić? Nie ma sprawy...

Obrócił się niezdarnie i obecni przez chwilę mieli okazję podziwiać zetknięcie się dwóch czarnych dziur dygresji, które zawirowały wokół siebie, rozszczepiając się na miliony drobnych i niejasno powiązanych ze sobą historii. A potem Łušćanski dźgnął Dygresję Ultymatywną Patrylokacyjną Akwalungu wykałaczką. Wszechświat implodował. DUPA wybuchła. Lwia część spadła na lądowisko dla UFO, część zmiażdżyła przybudówkę dla jednorożców, część przybudówkę dla smoków, a część urwała głowę i kilka członków Andriciowi, pechowemu kierownikowi Wydziału Obronno-Zaczepnego.

– Ups – westchnął Ludowit. – Efekt byłby lepszy, gdyby pewien młody dżentelmen nie podprowadził mi zapałek – rzucił urażonym głosem, wyraźnie pijąc do B. . Waselinowa.

Gilbert łkał i głaskał delikatnie Ludwiga po jasnych lokach, ukradkiem wycierając mokrą od żelu do włosów dłoń o spodnie.

– Ludwigu, nie umieraj, braciszku, proszę... – modlił się cicho, spoglądając na twarz młodszego brata rozkwaszoną w wyrazie absolutnej udręki.

Sebastian Schilke, chwilowo nieliczny pozostały przy życiu pracownik administracji, przykuśtykał do przyjaciela, poświęcił moment na analizę sytuacji i przemówił swoim barytonem:

– Uspokój się, Bercik, on tylko w jajka dostał. Najwyżej mu spuchną.

Ludwig z jękiem przetoczył się na bok, osłaniając dłońmi cenne klejnoty, spuściznę rodu Beilschmidtów.


Epilog następnym razem...