Steve chyba wyczytał z mojego spojrzenia, że naprawdę chciałem być miły. To nie moja wina, że nie umiałem przepraszać. Gdybym umiał, nadal byłbym z Pepper, prawda?

- Rozumiem – westchnął i uśmiechnął się blado. – Weźmy się zatem do roboty. Od czego mam zacząć?

- Muzyka – zacząłem nad wyraz chętnie, wskazując na grający odtwarzacz. Steve spojrzał na mnie, przekrzywiając uroczo głowę. – Nie uda mi się nauczyć cię tańczyć, na to mam za mało czasu. Ale mogę nauczyć cię udawać, że umiesz tańczyć. Do tego w sumie i tak ograniczają się umiejętności większości ludzi.

- A twoje? – zapytał, znów obdarzając mnie tym swoim słodkim uśmiechem. Tak, to była zaczepka. Ale zaczepka w stylu Kapitana Ameryki. Czyli jedna z tych, od których serce zaczyna bić szybciej, dłonie się pocą i zupełnie zapomina się języka w gębie. Chociaż języka zapomniałem już dawno.

- Pomysł ojca – wyznałem, zgodnie z prawdą, wzruszając przy tym ramionami. – Ja tańczyłem, on podpisywał kontrakty na miliony dolarów. Działało, dopóki byłem mały i uroczy. Potem umarł i dalej musiałem tańczyć.

Liczyłem na to, że się przynajmniej uśmiechnie. Niestety, na samą wzmiankę o moim ojcu jego oczy wypełniły się smutkiem. No tak. Był święcie przekonany, że Howard Stark to dobry człowiek, a ja nie miałem jeszcze ani okazji ani serca, aby uświadomić go, jaka była prawda. Nie, nie mogłem mu tego zrobić. Jeszcze nie.

- Tak czy inaczej – podjąłem – owszem, umiem tańczyć. Nie chwaląc się, całkiem nieźle. Jeszcze jakieś pytania?

- Co z tą muzyką?

Za jakie grzechy? Dlaczego on musiał się tak cudownie uśmiechać? Moje serce wykonało jakiś dziki taniec, zupełnie jakby właśnie wpadło na genialny pomysł, aby opuścić ciało i spróbować samodzielnego życia, bez destrukcyjnego wpływu mózgu.

- Hm. Muzyka, tak – odchrząknąłem. – Skup się na niej. Nie musisz znać się na muzyce. Musisz tylko uchwycić rytm. Rozumiesz?

Zmarszczył brwi i najwidoczniej postanowił zupełnie zignorować fakt, że znów go obraziłem. Zamiast tego całkowicie skupił się na muzyce. O dziwo, bardzo szybko załapał o co mi chodziło. Byłem pod wielkim wrażeniem, bo tak na dobrą sprawę nic mu nie wytłumaczyłem. Oznaczało to jedynie, że chociaż Rogers nigdy nie miał okazji spróbować swoich szans na parkiecie, to na pewno nie brakowało mu odpowiednich zdolności.

Źle. Bardzo źle. Gdyby chociaż słoń mu na ucho nadepnął albo coś, ale nie. Wszystko wskazywało na to, że przez najbliższy miesiąc będę rozdarty pomiędzy doskonałą zabawą, a pragnieniem, aby sprawdzić, jak daleko mogę się posunąć.

Jak szybko uda mi się do reszty zniszczyć tą cudowną ułudę sympatii, którą mnie karmił?

- Co dalej? – zapytał, nie mając zielonego pojęcia, jak ciężko jest mi powstrzymać się przed sprośnymi komentarzami.

- Podaj mi ręce – zażądałem, a on bez żadnego wahania wykonał moje polecenie. Matko, to będzie koszmarny miesiąc. – Jedną dłonią trzymasz moją dłoń, a drugą musisz mnie objąć, o właśnie tak – pociągnąłem jego rękę na moje plecy, przez co zarumienił się uroczo.

- Jesteś pewien, że nikt tu nie wejdzie? – zapytał, mocno zakłopotany całą tą sytuacją.

- Spokojnie, Jarvis wszystkiego pilnuje. Jesteśmy zupełnie bezpieczni – zapewniłem go, na co odetchnął z nieskrywaną ulgą. – Na twoim miejscu bym się nie cieszył.

- Dlaczego? – zaśmiał się. No tak, skoro mój ojciec był według niego był dobrym człowiekiem, to ja również zaliczałem się do tych, którzy nie mają wobec niego żadnych złych zamiarów. Wszystko tylko dlatego, że byliśmy po tej samej stronie. Zabawne, bo przez TARCZĘ już został zdradzony i teoretycznie powinien się czegoś nauczyć. Cóż, niespodzianka!

- Bez względu na to, jak głośno będziesz wołał o pomoc i tak nikt cię nie usłyszy.

Znów się roześmiał. Jakim cudem potrafił być tak naturalnie i niewinnie szczęśliwy? Przecież podłe życie doświadczyło go znacznie bardziej niż tysiące innych ludzi, a mimo to trzymał się tak dobrze… Jego najlepszy przyjaciel był mordercą z wypranym mózgiem, jego ukochana rozpadała się ze starości, a ludzie, którym zaufał okazali się spadkobiercami jego wrogów z przeszłości. A mimo to nie udawał radości. Potrafił całkowicie odrzucić ból, zaakceptować rzeczywistość i żyć dalej.

Boże, tak wiele nas dzieliło. W tej chwili wydał mi się moim kompletnym przeciwieństwem. Nie, nie dam rady, nie wytrzymam z nim.

- Co teraz?

Błagam, nie poganiaj mnie!

- Teraz musisz zacząć tańczyć – wypaliłem, ledwie panując nad żarem, który zaczął wypełniać moje podbrzusze. Był nie tylko bardzo blisko, ale i obejmował mnie, tak delikatnie, tak niewinnie. Gdyby był to jakikolwiek inny przystojny mężczyzna, na pewno zrobiłbym coś, co sprawiłoby, że nasze lekcje skończyłyby się w łóżku.

Ale to był Rogers. Nie zrozumiałby dyskretnych aluzji, a niedyskretne byłyby dla niego obraźliwe. Bałbym się, że go do siebie zrażę. Że już nigdy więcej się do mnie nie odezwie. Albo co gorsza, podda się i już nie będzie próbował się ze mną zaprzyjaźnić. Tego bym nie zniósł. Tego nie zniosłaby moja godność i irracjonalne uwielbienie, jakim od najmłodszych lat darzyłem Kapitana.

Musiałem zachować spokój. I musiałem wytłumaczyć mu, co tak naprawdę powinien zrobić, bo od dłuższej chwili patrzył się na mnie zupełnie bezrozumnym wzrokiem.

- Hm – odchrząknąłem. – Tak. Przede wszystkim nie możesz patrzeć pod nogi. Musisz stąpać pewnie i cały czas podpierać partnerkę.

- Nie rozumiem – zmarszczył uroczo brwi. – Przecież nie ma potrzeby żebym cię podpierał.

Cholernik jeden. Kusił mnie czy jak? Nie mogłem pozostać na to obojętny. Chociaż ten jeden raz musiałem sobie pozwolić na małą złośliwość. Przylgnąłem do niego mocniej i otarłem się subtelnie o jego ciało. Poczułem, jak zadrżał. O dziwo, nie wydało mi się, aby był z tego powodu niezadowolony. Przeciwnie. Ale to mogła być tylko moja wyobraźnia.

- A teraz zrób krok – poleciłem. – No dalej, najpierw prawa noga, potem lewa.

Poruszył się nieśmiało. Nie był w sianie uniknąć ocierania się o mnie i przez to mimowolnie zgubił rytm. Nie miałem dla niego litości. Niby przypadkiem potarłem udem o jego krocze i zaśmiałem się głośno, gdy sapnął.

- Przykro mi, Kapitanie! – zawołałem. – Na balu będziesz musiał znosić dużo gorsze rzeczy.

- Dlaczego? Czy wszyscy teraz myślą tylko o… - przerwał, zakłopotany.

- Seksie? – dokończyłem za niego. – Nie, nie tylko o tym. Ale lubią o tym myśleć i przy tobie będą.

Spojrzał na mnie w taki sposób, że znów musiałem się zaśmiać. Naprawdę nie rozumiał, jaki był pociągający. Nie mogłem mu jednak nie współczuć. Świat, w którym tak nagle się obudził, pełen był pułapek, a on nie potrafił wychwycić nawet połowy z nich.

Westchnąłem z politowaniem.

- Przepraszam, że cię w to wciągnąłem, ale nie miałem wyboru – wyznałem, zgodnie z prawdą.

- Mogłeś przecież zaprosić każdego.

- Mogłem. Ale ludzie chcą Avengers, a reszta ekipy… - znacząco zawiesiłem głos, na co roześmiał się cudownie. To chyba oznaczało, że postanowił wybaczyć mi tą naszą małą kłótnię. – Zgubiłeś rytm – skarciłem go.

- Daj mi chwilę – poprosił i odsunął się ode mnie. Chciałem zacisnąć mocno palce na jego koszuli i zatrzymać przy sobie, ale wiedziałem, że to byłoby złe. Zamiast tego pozwoliłem mu na nowo wczuć się w muzykę.

Gdy tylko uznał, że jest gotowy, przyciągnął mnie do siebie, trzymając dokładnie tak, jak mu pokazałem. Albo raczej: prawie tak, jak pokazałem mu na samym początku, bo nie dało się nie zauważyć, że próbował zachować bezpieczny dystans.

To było jak siarczysty policzek. Jak wiadro zimnej wody prosto na głowę.

Chociaż bez żadnych obiekcji chwycił mnie w ramiona, to tak naprawdę mnie odepchnął i doskonale o tym wiedziałem. Mogłoby się zdawać, że dzieliło nas tylko kilka centymetrów, ale tak naprawdę obaj byliśmy tylko wrogami, którzy w tym samym czasie podeszli do dzielącej ich granicy i próbowali udawać przyjaciół.

W rzeczywistości nie było absolutnie żadnych szans na przyjaźń, a już na pewno nie na coś więcej.