- Panie Stark, agentka Romanoff prosi o zezwolenie na wejście.

Dopiero głos Jarvisa uświadomił mi, że tańczę już od dobrych pięciu godzin. Koszulkę miałem całą przepoconą i lepiącą, a przez ostatni tydzień udało mi się schudnąć chyba z dziesięć kilo. No dobra, może trzy, ale i tak czułem się genialnie.

Tydzień z Kapitanem Ameryką na wyłączność. Mały chłopiec wewnątrz mnie szalał ze szczęścia, choć na dobrą sprawę nie było ku temu żadnego powodu. Przez cały czas Rogers był wobec mnie bardzo… politycznie poprawny. Nasze rozmowy ograniczały się do absolutnego minimum, a fizyczny kontakt do trzymania ramy.

Dlatego poniekąd cieszyłem się, że ktoś miał przerwać tą dławiącą stagnację.

- Zezwalam – sapnąłem, ledwie łapiąc oddech.

Kątem oka zerknąłem na Steve'a. Skurczybyk, nawet się nie zadyszał. Jak on śmiał być tak koszmarnie doskonały? Jego pot pachniał nieziemsko kusząco, przebijając delikatnie zapachem przez słodkawe perfumy. Ciekawe, że w ogóle używał perfum. Pewnie prezent od Natashy.

Dlaczego tak mnie to zirytowało?

Romanoff wpadła do sali niczym rudowłosa burza. Rozejrzała się dookoła i zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem. Wciąż za sobą nie przepadaliśmy, stare rany już nie krwawiły, ale pobolewały, zwiastując zmianę pogody. Nie miałem pojęcia, co takiego znów zrobiłem źle, ale założę się, że znalazłoby się sporo takich rzeczy.

- Pepper się o ciebie upomina – rzuciła opryskliwie w moją stronę, po czym z promiennym i bardzo znaczącym uśmiechem skierowała całą swoją uwagę na Steve'a. – No, no, no! Słyszałam o tobie i agentce 13! Czemu się nie pochwaliłeś?

Cudownie. Ja robiłem wszystko, aby ukryć się przed moją byłą dziewczyną i oddawałem się bez reszty tym cholernym lekcjom tańca, a w tym samym czasie życie miłosne Steve'a kwitło sobie w najlepsze. Żeby miał chociaż przez to jakieś wyrzuty sumienia! Ale nie, on zarumienił się tylko i uśmiechnął tak idiotycznie radośnie, że aż zebrało mi się na wymioty. Może to i bardzo samolubne z mojej strony, ale bolało mnie szczęście innych ludzi.

Między innymi właśnie dlatego byłem dupkiem.

- To nic poważnego – zaśmiał się, mocno zakłopotany. – Po prostu lubię czasem skoczyć z nią do kina albo na kawę.

- Przykro mi, ale z tego co słyszałam, jej plany wobec ciebie są bardzo poważne – wyznała Nat, zupełnie jakby chodziło o jakiś jej prywatny sukces. Nie wyglądała też wcale, jakby było jej przykro i musiałem się bardzo starać, żeby jej tego nie wytknąć.

Ku mojemu zaskoczeniu na te słowa Steve mocno się zasępił. Przez jego twarz przemknął wyraz zniesmaczenia i dziwnego uporu. Ani ja, ani Natasha zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Po raz kolejny moja wiedza o ikonie amerykańskiego patriotyzmu musiała zostać mocno przeredagowana.

- Nie chcę się wiązać z kimś z TARCZY - wyznał szczerze, co zdziwiło mnie jeszcze bardziej. Aż tak bardzo zaleźli mu za skórę? Dobra, rozumiem, znaczna część z nich była w rzeczywistości agentami Hydry, ale przecież nie dotyczyło to 13. Czyżby stało się coś o czym nie wiedziałem?

- Steve, nie sądzisz, że to przesada? – Romanoff wydawała się mocno dotknięta. – Tamten kryzys…

- Nie chodzi o żaden kryzys. Po prostu nie lubię być pionkiem w czyichś gierkach.

- Niech cię szlag, Fury – zakląłem pod nosem, gdy dotarło do mnie znaczenie jego słów. Już wcześniej podejrzewałem, że w rzeczywistości były dyrektor TARCZY wcale nie pożegnał się ze światem, ale po prostu wtopił się w cień (co z jego skórą wcale nie było pewnie takie trudne) i z ukrycia pociągał za sznurki.

Nat odwróciła się błyskawicznie w moją stronę i zrobiła taką minę jakby miała zaraz przemienić się w tygrysa szablozębnego. Wiedziałem, że właśnie nadepnąłem jej na odcisk, ale hej! To przecież było koszmarnie nie fair! Byłbym nawet w stanie pogodzić się z myślą, że Steve uparcie ignorował moje dyskretne propozycje małego co nie co pomiędzy jednym tańcem a drugim, gdyby tylko miał dziewczynę.

I może nawet by miał, ale jak na złość jedyna konkretna kandydatka była agentką TARCZY pełną gębą i na siłę próbowała upiec dwie pieczenie na jednym ogniu! Dlaczego życie musiało być tak cholernie niesprawiedliwe? Przecież skoro nawet czarujący i słodki aż do próchnicy zębów Steve nie był w stanie znaleźć sobie odpowiedniej partnerki, to jakie ja miałem szanse na szczęśliwy związek?

Romanoff musiała kumulować złość na mnie już od dłuższego czasu i chyba właśnie udało mi się nazbierać wystarczająco dużo punktów, aby odebrać nagrodę.

- Słuchaj Stark, nie mam pojęcia, co uknułeś w tej swojej rzekomo genialnej głowie, ale zabraniam ci mieszać w to Steve'a – wysyczała. – To, że tobie i Pepper nie wyszło nie oznacza jeszcze, że możesz podstawiać nogi innym.

- Wcale nie podstawiam… - zacząłem, ale Nat najwyraźniej weszła w tryb mówienia z prędkością karabinu maszynowego, który do tej pory uważałem za specjalność Pepper. Cóż, mogłyby urządzić sobie zawody.

- Nie przerywaj mi, Stark! – ryknęła. – Jesteś zdziecinniałym, egoistycznym dupkiem…

- Z tym akurat mogę się zgodzić – droczyłem się, wiedząc, że to co powiem i tak nie miało większego znaczenia.

- Nic, absolutnie nic, nie daje ci prawa do podważania uczuć 13…

- Nie wiedziałem, że zerwałeś z Pepper.

Ani ja ani tym bardziej Nat nie spodziewaliśmy się tak dziwnej interwencji ze strony Kapitana. Przez chwilę myślałem, że postanowił rzucić jakimś przypadkowym zdaniem, aby rozładować napięcie, ale szybko dotarło do mnie, że było zupełnie inaczej. Niech go szlag, jakim cudem potrafił zawrzeć w jednym spojrzeniu tyle emocji?

Naprawdę nie miał pojęcia, że nie byłem już z Pepper. Nagle to całe trzymanie mnie na dystans zaczęło mieć sens… A może po prostu ja chciałem, żeby go miało? Przydeptałem szybko tlącą się we mnie nadzieję i posłałem mu krzywy uśmiech.

- Nie mogła się pogodzić z faktem, że tyle wolnego czasu poświęcam na Avengers – wyznałem.

- Chwila! Naprawdę o to poszło? – zdziwiła się Nat. Była niemal na tyle wstrząśnięta, aby posłać mi przepraszające spojrzenie. – Wydawało mi się, że ktoś mówił o zdradzie…

- Cóż, według Pepper spędzanie więcej czasu z wami niż z nią w pracy jest właśnie zdradą.

Wdowa patrzyła się na mnie z konsternacją. Najwidoczniej zaczynała żałować ostrych słów i choć trochę rozumieć, dlaczego wcale nie spieszyło mi się do Stark Industries. Nie miałem ochoty na jej litość. Dostałem już dość współczucia od Rhody'ego. Wolałem dlatego skierować rozmowę na coś, co było zaiste pasjonującym tematem do rozważenia.

- Ty naprawdę nie wiedziałeś, że Pepper ze mną zerwała, czy tylko sobie żartujesz? – zapytałem.

- Przepraszam, że nie śledzę życia celebrytów – sarknął, zupełnie jakby brzydził się samą taką myślą. Boże, przepraszam za wszystko, dziękuję ci za tego anioła i obiecuję, że od dzisiaj będę już dobrym człowiekiem. No, może najpierw po prostu trochę lepszym, ale będę się bardzo starał, ok? – Poza tym, wiesz, są takie rzeczy, których lepiej dowiadywać się z pierwszej ręki.

Wyrzut w jego głosie był niczym miód na moje uszy. Chciał ze mną rozmawiać – czy mogło być coś piękniejszego? Cóż, pewnie wiele rzeczy, ale i tak byłem szczęśliwy. Poniewczasie uświadomiłem sobie, że przecież nie powinienem okazywać z tego powodu jakichkolwiek emocji, w końcu to była ot taka tam przyjacielska prośba. A jednak musiałem zrobić jakąś bardzo wymowną minę, bo Rogers z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem.

- Przepraszam – szepnęła Tasha, przerywając tą jakże wymowną ciszę. – Bałam się po prostu, że wykorzystujesz te lekcje żeby nic nie robić. Ale chyba byłam w błędzie, bo tak na pewno nie pachnie ktoś, kto nic nie robi.

Zmarszczyłem nos i podniosłem przód koszulki żeby ją powąchać i jęknąłem ze zgrozy. Jak to możliwe, że tak śmierdziałem? I jak to możliwe, że Steve, który męczył się dokładnie tyle samo co ja, pachniał jak kwiaty na majowej łące? Nic dziwnego, że trzymał się ode mnie z daleka… Musiałem jak najszybciej zainwestować w silniejszy antyperspirant, bo już niedługo sam ze sobą nie będę mógł wytrzymać.

Musiałem jakoś odreagować, tym bardziej, że cudowny Kapitan postanowił bezczelnie wyśmiać mój problem.

- Romanoff, to przecież nie moja wina, że Rogers nie jest zbyt pojętnym uczniem – powiedziałem, choć doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że to bezczelne kłamstwo.

- Bez przesady, Stark, ja tu widzę raczej beznadziejnego nauczyciela – sarknęła. – Skoro w pół miesiąca nauczyłam go podstaw rosyjskiego to chyba nauczenie go, jak podrygiwać do muzyki powinno ci zająć jeszcze mniej czasu, nie sądzisz?

Postanowiłem udać śmiertelnie obrażonego i rozkazałem Jarvisowi pokazać agentce Romanoff gdzie jest wyjście. Tyle tylko trzeba było, abyśmy znów wkroczyli na wojenną ścieżkę, ale taki stan był chyba dla nas najwygodniejszy.

Nie zmieniało to natomiast faktu, że miała absolutną rację. Przecież Rogers nie był głupi, a ja potrafiłem wytłumaczyć zagadnienia z zakresu fizyki kwantowej w felietonach dla licealistów z mózgami przeżartymi alkoholem i narkotykami. Takie proste równanie powinno dać z góry oczekiwany wynik, prawda? A jeśli nie dawało, musiałem mieć zbyt mało danych, albo nie uwzględniłem jakiejś zmiennej. Jak to możliwe, że rozpracowanie kogoś tak otwartego i nieskomplikowanego jak Rogers, zajmowało mi aż tyle czasu?