Oddałbym całą fortunę i dołożył do tego połowę geniuszu, aby tylko odwlec bal choć o kilka dni. Między mną a Rogersem ewidentnie coś zaczęło iskrzyć, a fakt, że owe napięcie rozładowywaliśmy przez taniec czy pozornie bezcelowe kłótnie i docinki nadawał naszym relacjom dodatkowego uroku. Uroku, którego nie znajdowałem w znajomościach prowadzących do łóżka.
Co oczywiście nie zmieniało faktu, że bardzo chętnie bym się z Rogersem przespał. Choćby i teraz zaraz, na podłodze. Może byłoby trochę twardo, ale perspektywa wykorzystania sali z lustrami zamiast ścian i do tego cudowną akustyką…
- Przerwa – sapnąłem w momencie, w którym moje spodnie zrobiły się niepokojąco ciasne.
- Skoczę po coś do picia – zaproponował Steve, odskakując ode mnie.
Chwilę potem już go nie było. Miałem nadzieję, że nic nie zauważył, ani tym bardziej nie poczuł. Nie chciałem niszczyć tego, co powoli zaczynało między nami kwitnąć. Może i nie powinienem robić sobie co do nas zbyt wielkich nadziei, ale po raz pierwszy dotarło do mnie, jakim skarbem byłby najlepszy przyjaciel i kochanek w jednej osobie. A nikt nie nadawał się do tej roli lepiej niż Steven Rogers.
Kiedy spotkałem się z nim po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że to tylko napakowany i do bólu sztywny półgłówek. Nigdy w całym moim życiu nie myliłem się bardziej.
Steve był cholernie inteligentny, ale nie lubił się z tym afiszować. Nie bał się również zrobić z siebie skończonego idioty (chyba nabył tą umiejętność dzięki swojej barwnej karierze w propagandowych filmach). W prawdzie daleko było mu do mojego poziomu, ale szybko pojąłem, że nie musiałem mu szczędzić fachowego słownictwa. Warunek był tylko jeden: musiałem zacząć tłumaczyć od absolutnych podstaw i powoli przechodzić do coraz trudniejszych zagadnień. Steve, niczym wymarzony student wszystkich profesorów świata, nie tylko chłonął moje słowa jak gąbka, ale i rozumiał je na tyle, aby wykorzystać przy kolejnej rozmowie.
Wbrew pozorom uwielbiał również żartować. Chociaż akurat to niespecjalnie mu wychodziło. Nie, jego żarty nie były drętwe czy suche. Po prostu… za każdym razem byłem tak wstrząśnięty samym faktem, że powiedział coś zabawnego, iż zapominałem się roześmiać. Nie bałem się jednak, że sprawię mu tym przykrość, bo chyba nic nie było w stanie go tak rozśmieszyć jak moje osłupienie.
Nie próbował za to zaimponować mi swoją siłą. Zupełnie jakby uważał ją jedynie za krępującą przypadłość, podobnie jak nieziemskie ciało, którym obdarzyło go serum. Dlatego właśnie pąsowiał jak nastoletnia dziewica za każdym razem, gdy mówiłem, że wygląda bardzo smakowicie i gdybym tylko mógł, najchętniej bym go schrupał. Również z tego powodu trzymał mnie na dystans. Nie obawiał się, że źle zinterpretuję jego bliskość, ale że przez przypadek może zrobić mi krzywdę. Fakt ten był na tyle uroczy, że pozwalałem mu nie zbliżać się do mnie bardziej, niż uważał to za konieczne.
Zabawne, ale im bardziej odsuwał się ode mnie fizycznie, tym bardziej czułem się osaczony w gęstej sieci jego uczuć.
Wrócił z dwiema szklanymi butelkami coli. Mimowolnie się uśmiechnąłem, a on musiał to zauważyć, bo wymownie przewrócił oczami. Słodki, czarny i pełen bąbelków napój w butelkach modnych dobrych kilka dekad temu był, zaraz obok fast foodu, jedną z jego niewielu słabości, co czyniło Steve'a jeszcze bardziej uroczym.
- Jak mi idzie? – zapytał, podając mi jedną butelkę.
Postanowiłem kupić sobie trochę czasu na przemyślenie odpowiedzi, pijąc colę. Rogers udawał, że nie ma o tym pojęcia i również wziął kilka łyków. Czasami nie mogłem się nadziwić, że potrafił wyłapać wszystkie takie drobne rzeczy z odpowiednio na nie zareagować. Ja nigdy tego nie umiałem. Może właśnie dlatego znów byłem sam, a on… Przypomniałem sobie o agentce 13 i mój zapał momentalnie ostygł.
- Całkiem nieźle – przyznałem, ale to mu nie wystarczyło, bo wciąż wpatrywał się we mnie. Wiedziałem, że nie odpuści. Westchnąłem głośno i zacząłem wyliczać: - Szybko wczuwasz się w rytm, znasz większość podstawowych kroków i ruszasz się wystarczająco nonszalancko, żeby każdy pomyślał, że po prostu swoimi zdolnościami nie chcesz przytłaczać partnerki. Chyba nauczyłem cię już wszystkiego, co powinieneś umieć.
Dopiero gdy wypowiedziałem te słowa na głos, dotarło do mnie ich znaczenie. Tak właśnie – Steve umiał już wszystko. Nic więcej nie mogłem dla niego zrobić. Nie mieliśmy zatem żadnego pretekstu, aby nadal spędzać ze sobą te prawie pięć godzin dziennie. Fakt, że dzięki temu Clint i Bruce przestaną się ze mnie nabijać, jakoś specjalnie nie poprawiał mi humoru. W końcu kogo zabolałby żart, o sprawdzaniu się w roli kobiety, gdy w grę wchodził Kapitan Ameryka? Na pewno nie mnie.
Poczułem się dziwnie pusty. Uświadomienie sobie, że uwielbiam, gdy Steve trzyma mnie w ramionach zajęło mi sporo czasu. Potem musiałem jeszcze dodać do tego fakt, że przy nim zawsze byłem absurdalnie szczęśliwy i on też nie przestawał się uśmiechać. Wynik równania okazał się bardzo prosty. Owszem, pojawiło się w nim kilka niespodziewanych zmiennych, a na początku brakowało mi paru bardzo ważnych danych, ale…
Cholera, nie chciałem tego tak kończyć!
- Myślę, że nie powinniśmy przerywać korepetycji.
Na początku nie zrozumiałem. Tak, ja wielki geniusz – nie zrozumiałem jednego prostego zdania.
- Dlaczego? – zapytałem z nieudawanym zdziwieniem.
- Nie chciałbym wyjść z wprawy – wyjaśnił mi Steve, a ja nie uwierzyłem w ani jedno jego słowo. Był Kapitanem Ameryką. On nie wychodził z wprawy. Siedemdziesiąt lat przeleżał w gigantycznej zamrażarce i nie wyszedł z wprawy. W tym momencie zapaliła mi się mała czerwona lampeczka.
- Chowasz się przed agentką 13? Co powie na to Romanoff?
- Przed nią też się chowam.
Coś w jego spojrzeniu kazało mi nie zadawać więcej pytań. Przypomniało mi się, jak Natasha próbowała wymusić na nim randkę z 13, a gdy się nie zgodził – z kimkolwiek innym. Ja też nie widziałem powodu, dla którego ktoś tak fantastycznie doskonały jak Steve miał być sam, ale żeby od razu go swatać?
Może i najlepszy miesiąc mojego życia właśnie dobiegał końca. Może powinienem czuć z tego powodu smutek. Gdyby to był ktoś inny niż Rogers zapewne tak właśnie by było. A jednak to był właśnie Rogers i dzięki niemu uświadomiłem sobie, że mogę zrobić tylko jedno – jak najlepiej wykorzystać czas, który nam został.
- No tak – przyznałem, mimowolnie uśmiechając się od ucha do ucha. – Jakbym miał tyle lat, co ty, też bym się bał, że od siedzenia w miejscu zardzewieję.
- Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do mnie masz zbroję – zauważył Steve z udawaną powagą.
To chyba był żart. Matko, to był żart. Kapitan Ameryka przy mnie zażartował, a ja znowu byłem zbyt zszokowany żeby się roześmiać. Mogłem tylko stać i patrzeć się na niego, gdy przewracał oczami, odstawiał butelki i włączał muzykę. Znów Sinatra? Musiałem zapamiętać, że ma na jego punkcie jakąś obsesję. Nie, nie patrzeć na jego biodra. Sinatra. Frank Sinatra, do cholery.
- To co? Zatańczysz ze mną jeszcze raz? – zapytał i nie czekając na moją odpowiedź, wziął mnie w ramiona.
„O niczym innym nie marzę" pomyślałem. Ale przecież tego nie mogłem mu powiedzieć. Nie dlatego, że byłem nieśmiały czy bałem się odrzucenia. Byłem dupkiem, a to wymagało naprawdę dużego poświęcenia. Dlatego właśnie zbolałym głosem wydukałem:
- Skoro muszę…
