Zorganizowanie balu charytatywnego na rzecz dzieci poszkodowanych przez wojny było absolutnie genialnym pomysłem. A ze względu na pokojowy charakter imprezy Avengers po prostu musieli wysłać na nią swoją reprezentację. Oczywiste również było, że ja musiałem się pokazać. W końcu znałem większość z osób pojawiających się na tego typu akcjach, no i każdy znał mnie. Wybór drugiej osoby również nie był trudny. Jeśli „pokój", to i „wolność", a od tych dwóch bardzo łatwo dotrzeć już do Kapitana Ameryki.

No i proszę bardzo! Sukces gwarantowany! Po miesiącu poświęconym na naukę tańca moglibyśmy bez żadnych skrupułów przyćmić całą salę i wszystkich gości. W końcu nie po to zmarnowaliśmy tyle czasu i energii, żeby Steve podpierał ścianę.

Dlaczego zatem Steve Rogers uparcie podpierał ścianę? Naprawdę genialne pytanie. Mógłbym odpalić tysiąc każdemu, kto znajdzie na nie odpowiedź. Coś we mnie pękało. Jakbym był wielkim paskudnym potworem wewnątrz pięknej porcelanowej figurki. Tak, jeszcze kilka odesłanych z kwitkiem kobiet i naprawdę wyjdę z siebie.

A już wisienką na torcie mojej goryczy był fakt, że musiałem tańczyć za nas obu, bo najwidoczniej „taniec z Avengerem" znajdował się na liście rzeczy, które każda kobieta musiała odhaczyć podczas tego wieczora.

Znad (no nie powiem, całkiem kształtnego) ramienia Reese Witherspoon obserwowałem, jak Steve pozostaje zupełnie obojętny na słodkie słówka Jennifer Lawrence. Czułem porażkę. Pierwszy raz w życiu coś mi nie wyszło. To znaczy – często mi coś nie wychodziło, ale zazwyczaj dlatego, że sam to spieprzyłem. Tym razem jednak zrobiłem wszystko najlepiej, jak tylko potrafiłem.

Nie wyszło tylko dlatego, że nawalił ktoś, na kogo liczyłem. I ze wszystkich osób na świecie musiał mnie zawieść Steve Rogers. Mały chłopiec wewnątrz mnie siedział w kącie i płakał. Kocyk w paski i gwiazdki, w który zawijał się zawsze, gdy świat stawał się zbyt okrutny, teraz wisiał za wysoko dla jego krótkich rączek, zimny i obojętny, aby mógł go dosięgnąć.

Nie. Nie mogłem uwierzyć, że to wina Steve'a. On nigdy nie zrobiłby nic podłego. Zatem wniosek nasuwał się sam – to ja znów zawiniłem.

Tylko co tym razem zrobiłem nie tak?

Kroplą, która przepełniła czarę okazała się odprawiona z kwitkiem Angelina Jolie. Nie wytrzymałem. Olewając zupełnie konsekwencje ruszyłem w jego stronę zamaszystym krokiem, po drodze porywając z tacy kelnera dwa kieliszki z winem.

- Balkon – rzuciłem oschle, wpychając mu w dłonie jeden z kieliszków.

Wydało mi się, że przestraszyło go moje zachowanie. Bezgłośnie niczym cień ruszył za mną na zewnątrz. Musiałem się z nim poważnie rozmówić, a balkon nadawał się do tego celu wprost idealnie. Powietrze było koszmarnie chłodne, dzięki temu nikt poza mną nie wpadł na genialny pomysł, aby wyjść z ogrzewanej sali i mogliśmy pogadać w cztery oczy.

- No i jak tam bal? – zapytałem z udawanym spokojem, ale w środku aż się we mnie gotowało.

- Całkiem nieźle – odpowiedział Steve z irytującym spokojem. – Lepiej niż się spodziewałem.

- Mogłoby być jeszcze lepiej, gdybyś tylko spróbował z kimś zatańczyć – sarknąłem, licząc na to, że uda mi się go sprowokować.

- Przykro mi, Tony. To bardzo stara obietnica i nie mogę jej złamać.

Cholera. No tak. Nieskazitelny niczym łza. Jak mogłem zapomnieć, że obiecał taniec Peggy Carter? Zapewne tańcząc z inną czułby się jak zdrajca. Nie mogłem od niego oczekiwać, że na moje jedno skinienie przestanie być doskonałym sobą.

Wtedy jednak uświadomiłem sobie, że w tej układance coś bardzo nie pasowało. Ja nie pasowałem.

- Jeśli obiecałeś agentce Carter… - zacząłem powoli.

- Obiecałem Bucky'emu.

Cudownie. Kurewsko cudownie. Jeśli ja byłem mistrzem w byciu dupkiem, to Steve właśnie zajął pierwsze miejsce w robieniu ze mnie idioty. Ale nie oszukujmy się – nie po to urodziłem się jako geniusz, żeby ktoś teraz ze mnie robił głupka.

Wziąłem głęboki oddech i uśmiechnąłem się do niego uroczo. Tak właśnie, nikt nie będzie robił głupka z Tony'ego Starka, poza Tonym Starkiem.

- A co to za obietnica? – zapytałem słodko.

- Że zatańczę dopiero, jak znajdę sobie odpowiednią partnerkę.

- Rozumiem. Czyli przez ostatni miesiąc tańczyłeś ze mną tylko po to, żeby mi teraz powiedzieć, że…

- Tak – przerwał mi bezczelnie i pociągnął łyk z kieliszka, posyłając mi przy tym spojrzenie, które zapewne coś miało znaczyć.

Część mojego mózgu odpowiadająca za interpretowanie aluzji nie związanych z seksem i analizowanie relacji międzyludzkich niekoniecznie prowadzących do łóżka zardzewiała już dawno temu. Dlatego jej trybiki przeskakiwały teraz bardzo powoli, oczko za oczkiem. Taniec. Właściwa partnerka. Ja. Powiedzieć mi. Tak.

Cholera. Poczułem, jak ciepło rodzi się ze mnie gdzieś na wysokości blizny po reaktorze i rozpełza po całym ciele. Zapewne nie byłoby tego zupełnie widać, gdyby nie dotarło aż do policzków, które zrobiły się żałośnie czerwone.

Musiałem się szybko napić. Z ulgą wlałem w siebie całą zawartość kieliszka. Przynajmniej rumieńce i drżące kolana będą teraz miały jakieś godne mojej reputacji wyjaśnienie. Tylko dlaczego Steve wciąż się na mnie patrzył? Czy nie mógł spojrzeć gdzieś indziej? I przestać się tak uśmiechać? Nie powinien mnie tak prowokować. Co jak co, ale z anielskiej cierpliwości na pewno nie słynąłem.

- Słuchaj – zacząłem gniewnie. – Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to lepiej…

- To jest hotel, prawda? – zapytał, znów wchodząc mi w słowo.

- A więc chciałbyś, żebym wynajął pokój?

- Tak byłoby chyba najrozsądniej. W końcu jeden z nas ma jeszcze niezszarganą reputację, a drugi robi wszystko, aby swoją odbudować. Lepiej żeby nikt nie przyłapał nas na balkonie przy… no wiesz…

Muszę przyznać, że zaczął bardzo ładnie. Naprawdę. Prawie mnie przekonał. Ale mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, a po tym, jak kończy. Steve natomiast skończył jak na prawiczka przystało. W innych okolicznościach zapewne pomyślałbym, że to urocze. Jednak nie po miesiącu ocierania się o jego doskonałe do granic możliwości ciało.

- Przykro mi, ale nie wiem – prychnąłem i odwróciłem się, aby wrócić do sali. Tak właśnie, Steve, to już koniec podchodów. Już nie mieliśmy żadnego pretekstu, żeby ze sobą rozmawiać. Nie zamierzałem ci się narzucać, zatem proszę bardzo! Droga wolna! Możesz wybrać, co ci się tylko…

Ten myślotok został gwałtownie przerwany przez silne dłonie Rogersa, które spoczęły na moich ramionach tylko po to, aby obrócić mnie z powrotem twarzą do niego. Chwilę potem jego usta zanurzyły się w moich, a jego język… o matko. Jego język na zmianę drażnił mój i muskał delikatnie podniebienie. Fakt, że robił to koszmarnie nieśmiało jeszcze dodatkowo mnie podniecał. Przylgnąłem do niego mocno, a gdy spróbował się odsunąć, zacząłem się wspinać na palce – byleby tylko jak najbardziej odłożyć w czasie nieunikniony koniec.

Gdy Steve położył mi palec na ustach do reszty zgłupiałem. Gdyby nie to, że promieniał radością pomyślałbym, że to po prostu mało inteligentny sposób na powiedzenie „wybacz, nie jesteś w moim typie".

- Jak sam widzisz kompletnie nie znam się na całowaniu – wyznał, na co zapewne zaoponowałbym, gdyby nadal nie zasłaniał mi ust. – A muszę cię dodatkowo ostrzec, że jeszcze nigdy nie udało mi się wyjść poza całowanie. Więc, cóż, to chyba oczywiste, że potrzebne mi są korepetycje.

- Chwila, nie tak szybko – zawołałem, uwalniając się od jego ręki. – Jeszcze przed chwilą mówiliśmy o tańczeniu, a teraz już o całowaniu z nadzieją na coś więcej? Jesteś całkowicie pewien, że wiesz, co robisz? Bo jak sam trafnie zauważyłeś, ja dopiero pracuję na dobrą reputację, a jesteś naprawdę ostatnią osobą, którą chciałbym skrzywdzić.

- Tony – jęknął w taki sposób, że kolana się pode mną ugięły. – Miałem cały miesiąc na zastanawianie się. Jedynym, co mnie powstrzymywało, był twój związek z Pepper, ale…

Zawiesił głos. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie powinien był o niej wspominać. Jak miałem mu powiedzieć, że jakoś się ułoży? Że prędzej czy później uda mi się poukładać życie bez niej, ale do tego była mi absolutnie niezbędna jego pomoc? Że bez względu na to jakim będę dla niego podłym dupkiem musi mi pomóc stać się lepszym człowiekiem, bo nikt poza nim nie potrafił tego zrobić?

Wspiąłem się na palce i pociągnąłem go ku sobie. Ten pocałunek był dużo delikatniejszy. Niósł w sobie obietnicę spełnienia wszystkich moich próśb, choć żadnej z nich nie wypowiedziałem na głos. Nie musiałem. I bez tego wiedziałem, że zostawiam moją przyszłość w dobrych rękach.


I to by było na tyle. Mam nadzieję, że tym krótkim opowiadaniem udało mi się choć kilkorgu czytelnikom poprawić humor :) Jeśli chcecie więcej to zapraszam na profil Lycoris Caldwelli na facebooku, na którym staram się regularnie zamieszczać informacje o bieżących i przyszłych projektach.