Kochany Tatusiu,
Chłopcy mają szlaban jak rozumiem. U mnie by mieli po wybrykach, które mi opisali. Ale to nawet dobrze bo mogę pisać spokojnie, bez strachu, że któryś z nich to przeczyta. Tęskniłam za naszymi rozmowami w cztery oczy.
Zbyt długo jestem już poza domem i czasem zdaję sobie sprawę, że nie pamiętam uczucia związanego z przytulaniem się do Twojego futra. Rany. Gdyby któraś z moich koleżanek zobaczyła to zdanie pewnie uznałaby, że zwariowałam. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym przynajmniej postawić nasze wspólne zdjęcie na szafce nocnej, ale z oczywistych powodów nie mogę. Dopiero w nocy, gdy moja współlokatorka śpi, lub gdy jej nie ma zbieram się na odwagę i wyciągam spod łóżka tamtą fotografię, którą podarował mi Mikey przed wyjazdem. Zawsze wtedy płaczę.
Pytałeś jak tu jest. Odpowiem, że ciężko. I to bardzo. Wyjechałam do Nowego Orleanu by znaleźć rodziców i po raz pierwszy poczuć się jak nastolatka. Pierwszego dokonałam. Odszukałam ich groby. Są martwi. Chyba zawsze to wiedziałam, ale nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Nie mówiąc już o tym, że dla mnie to tylko nazwiska. Jaqueline i Mattew Varox. Dwa imiona na marmurowych pomnikach. Nie pamiętam ich, może tylko jakieś mgliste obrazy. Wy jesteście moją rodziną. Szkoda, że musiałam Was opuścić by wreszcie w pełni to zaakceptować.
Drugi cel jest w zasięgu wzroku, ale…nigdy go nie osiągnę. Teraz to wiem. Nie będę normalna, nigdy. Obserwuję Marlyn i Jannet, moje koleżanki, idealne przykłady najzwyklejszych w świecie dziewczyn. Kochający ludzcy rodzice. Zwykłe szkoły, najpierw podstawówka, potem liceum. No i wreszcie college. Na początku próbowałam je naśladować, zachowywać się jak one, myśleć jak one. Ale nie potrafię. Mogłabym się może nauczyć, tyle że nie chcę. Lubię być inna. Lubię być Waszą May. Biegać po dachach z przerośniętymi żółwiami i walczyć z przestępcami. To moje życie i nic tego nie zmieni. Gdy to zrozumiałam chciałam z miejsca wsiadać w samolot i wracać. Ale się powstrzymałam. Muszę tu zostać, a Ty wiedziałeś o tym jeszcze zanim wyjechałam. Nie wiem dlaczego, ale coś mnie tu trzyma, nie pozwala rzucić szkoły. Kto wie, może po prostu chcę byś był ze mnie dumny? Bo będziesz jak dostanę dyplom, prawda?
I tu docieram do tematu, który łamie mi serce za każdym razem gdy do niego powracam. Jakiś czas temu spotkałam chłopaka starszego ode mnie o rok. Właśnie kończy studia. Pytałam go jak mu się to udało w tak krótkim czasie. A on odpowiedział, że nie robi nic innego. Jest sierotą, nie ma gdzie wracać, więc zamiast wypoczywać podczas wakacji zostaje na uczelni i chodzi na dodatkowe kursy. No i kończy, dwa lata po tym jak zaczął. Dwa lata. Czyli za półtora roku byłabym już z wami. Na stałe. Tato, ja nie mogę wrócić na Święta. Już zapisałam się na dodatkowe godziny. Te dwa tygodnie teraz to dwa tygodnie mniej potem. I zaoszczędzonych czterysta dolarów więcej. Na wynalazki Donny'ego, na środki dezynfekujące, na lekarstwa. Z resztą wiesz.
Chłopcom jeszcze nie powiedziałam. Nie miałam serca. Mikey w każdym liście rozpisuje się o tym co będziemy razem robić gdy wrócę, a ja nie potrafię wyznać mu, że się nie zobaczymy. On nie zrozumie. Donny może tak, Raph powścieka się i zrozumie. Leo i tak ze mną nie rozmawia. Ale Mikey… tak się na to cieszył. Nie potrafię wyobrazić sobie jak bardzo go zawiodę.
Nie mów im dlaczego. Próbowaliby mnie tylko powstrzymać i znowu zrobili coś głupiego, a tego bym nie chciała. Za bardzo ich kocham. Odpowiedzialność spada na moje barki i tylko moje. Wymyślę jakieś wytłumaczenie. A gdy wrócę…wtedy powiem im wszystko. I zobaczymy jak mnie ocenią.
Bardziej niż zwykle potrzeba mi twego wsparcia i rady. W końcu zawsze byłam i pozostanę na zawsze twoją małą córeczką. Z całego serca cię całuję.
Twoja
May
