Dodatkową inspiracją dla tej miniaturki była manga "Cześć, Michael!". ;)
Inspektor, kot i zbrodnia
Kiedy inspektor Lestrade dotarł do niedużego, niewyróżniającego się niczym domku na Hammersmith, gdzie popełniono morderstwo, na miejscu znajdowało się już kilku funkcjonariuszy. Przywitawszy się z ekipą, wszedł do środka, by rozeznać się w sytuacji. Towarzyszył mu młody konstabl Dew. Reszta zespołu pozostała na zewnątrz, by przeszukać ogródek i pozbierać relacje świadków.
Ciało, nakryte białą płachtą, leżało w salonie nieopodal kominka. Tuż obok poniewierał się zakrwawiony pogrzebacz, zapewne narzędzie zbrodni.
Lestrade uklęknął przy zwłokach i uniósł skraj płachty, by spojrzeć na ciało. Zamarł w bezruchu, bynajmniej nie dlatego, że widok był mocno wstrząsający. W końcu pracował w policji już ładnych kilkanaście lat i do trupów zdążył się przyzwyczaić. Jednak tym razem to, co zastał pod płachtą, było dość nietypowe. Prosto na niego spoglądała para błyszczących, kocich ślepi, z wyrazem łagodnego, nieco nieufnego zainteresowania. Lestrade dumał przez chwilę.
— Czy ofiarą jest kot? — zapytał wreszcie lodowatym tonem, spoglądając przez ramię na młodego konstabla. Ten poczerwieniał na twarzy. Pracował z Lestrade'em dopiero od niedawna i bardzo chciał się wykazać. Teraz, zamiast udzielić odpowiedzi, rzucił się ku zwłokom, najwyraźniej z zamiarem przepędzenia kota. Lestrade nie zdążył wykonać żadnego ruchu. Kot, najwyraźniej wyczuwając zamiary konstabla, w mgnieniu oka wyskoczył spod płachty. Śmignął obok wciąż klęczącego przy zwłokach inspektora i, przemknąwszy między nogami konstabla, wskoczył gdzieś za fotel; Lestrade zdołał dostrzec tylko czubek rudego ogona. Konstabl zachwiał się, straciwszy równowagę i o mało co nie runął na przełożonego.
Wzrok inspektora wyraźnie mówił: „Wyjaśnienia. Natychmiast."
— Ekhm. Ten kot tak się tutaj kręcił — powiedział konstabl niepewnie, poprawiając przekrzywiony hełm. — To znaczy, był już jak tu przyjechaliśmy.
— To niech go pan stąd wyrzuci, konstablu Dew — polecił Lestrade.
Policjant spojrzał na niego stropionym wzrokiem, a potem rozejrzał się dookoła.
— Kiedy on gdzieś wlazł, panie inspektorze.
Lestrade westchnął bezgłośnie i zabrał się do poszukiwania śladów. Niemal natychmiast zauważył na podłodze ślady błota. Przypadł do ziemi szybkim ruchem tak, jak podpatrzył to u Holmesa. Wyszło mu to jednak nienajlepiej, bo dość mocno uderzył się w kolano. Zaciskając zęby, żeby nie syknąć z bólu, podczołgał się do śladów, ściągając dywanik przed kominkiem. Przyjrzał się uważnie smugom brudu, z nosem ledwie parę centymetrów nad podłogą. Miały jakiś dziwny kształt. Zupełnie jak... odciski kocich łapek.
„A niech to!" — pomyślał, podnosząc się na nogi. Konstabl wybałuszał na niego oczy, nie śmiejąc się odezwać.
Lestrade zdjął kapelusz i usiadł na sofie. Wyglądało na to, że to jednak nie będzie taka prosta sprawa. Odkładając kapelusz na bok, przypadkowo dotknął wygniecionej poduszki, leżącej z boku. Była jeszcze ciepła...
— Aha! — Lestrade zerwał się z sofy. — Ktoś tutaj siedział przed chwilą! Morderca nie mógł odejść daleko! — oświadczył triumfalnie.
— Panie inspektorze... to ten kot. To znaczy, on spał w tamtym miejscu... — wyjaśnił konstabl i natychmiast umilkł, spostrzegłszy wyraz jego wzroku.
Nie widząc innego wyjścia, Lestrade postanowił jeszcze raz dokładnie obejrzeć pokój, po to tylko, żeby w ogóle coś robić. Na drewnianej framudze drzwi dostrzegł jakieś dziwne zadrapania, które wcześniej jakoś przeoczył. Nim zdążył wysnuć jakiś wniosek, usłyszał głos nieco przestraszony głos konstabla:
— Kot ostrzył tam pazury.
Lestrade poczuł, że zaraz go szlag trafi. Nagle poczuł jak coś ociera się o jego nogi. Odruchowo spojrzał w dół. U jego nóg kręciła się przyczyna tego całego zamieszania. I w dodatku ten bezczelny zwierzak miał czelność zostawiać na nogawkach jego zaprasowanych w kant spodni rude włosie. Tego było już za wiele!
— Precz! — warknął Lestrade, cofając się o krok gwałtownym ruchem. Kot, przestraszony, skoczył w stronę uchylonych drzwi wyjściowych.
Inspektor ponownie podszedł do zwłok. Przez długą chwilę stał nad nimi z założonymi rękami, nim wreszcie ponownie uklęknął i uniósł płachtę. Wpatrywał się w nieboszczyka tak intensywnie, jakby oczekiwał, że ten odezwie się, by powiedzieć mu kto go zabił i dlaczego. Konstabl Dew, wyczuwając, że Lestrade był najwyraźniej w złym humorze, czaił się gdzieś pod ścianą, nie śmiejąc się odezwać, ani nawet głośniej odetchnąć.
Inspektor tak się zamyślił, że nie usłyszał, jak pod furtkę domu zajechała dorożka, toteż był zupełnie zaskoczony, gdy od drzwi rozległ się głos Sherlocka Holmesa:
— Dzień dobry, Lestrade! Potrzebujesz może pomocy?
Lestrade poderwał wzrok. Towarzyszący słynnemu detektywowi doktor Watson wyciągał już z kieszeni płaszcza nieodłączny notes i ołówek. Holmes, w czarnym płaszczu i cylindrze, stał tuż obok niego. W kąciku ust detektywa czaił się zadziorny uśmieszek. Zapewne zdążył już omieść bystrym wzrokiem pokój i dostrzec co najmniej pół tuzina poszlak i szczegółów, które umknęły inspektorowi. Jednak nie to sprawiło, że Lestrade poczuł ogarniający go gniew. Detektyw trzymał na rękach rudego kota, który, przymknąwszy oczy, łaskawie dawał się głaskać po łebku, mrucząc z zadowolenia.
Tamtego dnia Lestrade bardzo znielubił koty.
