A/N Tekst powstał w ramach Gwiazdkowej Wymiany Fikowej na Forum Literackim Mirriel jako prezent dla J.J.
Betowała Tina Latawiec.
— No, już po wszystkim. — Kiedy powóz Reardonów stał się jedynie niewielkim punktem na horyzoncie, a uszu zebranych przed domem przestał wreszcie dochodzić ich śpiew, Ben Cartwright otoczył ramieniem najstarszego syna i uśmiechnął się pokrzepiająco.
Adam skrzywił się nieznacznie. Tak, Joe nareszcie odzyskał świadomość, gorączka spadła i wszystko wskazywało na to, że wkrótce po kuli oraz ranach zadanych przez wilka pozostaną co najwyżej niewielkie blizny. Adam czuł tę samą ulgę co ojciec, nie potrafił jednak podzielić jego radości. Zbyt mocno ciążyła mu świadomość, że nic z tego nie wydarzyłoby się, gdyby nie jego błędy. Gdyby tylko uparł się bardziej, by przerwać polowanie, zamiast ulec własnej ambicji, która tak jak Joemu kazała mu kontynuować pogoń za wilkiem. Gdyby chociaż nie pozwolił im się rozdzielić, gdyby od razu pojechał za bratem, gdyby popatrzył uważniej, nim nacisnął spust… Wieczne „gdyby", które miało prześladować go już zawsze, ale co z tego? Nie mógł zmienić przeszłości, a to, że Joe przeżył i był na dobrej drodze do wyzdrowienia, w niczym nie zmniejszało jego winy. Dwanaście lat starszy od Joego, był odpowiedzialny za obu braci, od kiedy pamiętał, czasem nawet Hoss i Joe żartowali, ze mimowolnie trochę im ojcował, natomiast ostatnie wydarzenia uświadomiły mu brutalnie, jak niewiele mógł ufać samemu sobie. Tyle razy przecież sam upominał Joego, że broń to nie zabawka i że chwila nieuwagi może doprowadzić do tragedii. Tymczasem teraz…. Wzdrygnął się na wspomnienie Joego pojawiającego się znienacka tuż przed jego lufą i po raz kolejny zapytał sam siebie, czy miał czas zareagować inaczej. Nigdy nie będzie wiedział tego na pewno, doszedł do tego wniosku jeszcze zanim dotarli z nieprzytomnym Joem do domu, a ta świadomość napawała go nieopisaną frustracją.
— Adam?
Adam niemal podskoczył, słysząc głos ojca tuż przy swoimi uchu, i dopiero wtedy dotarło do niego, że wciąż stoją ramię w ramię przed domem, wpatrując się w pusty horyzont.
Ben uśmiechnął się lekko na widok jego zaskoczenia.
— Jesteś zmęczony, synu — stwierdził bardziej niż zapytał. — Chodź, zrobimy sobie jakieś śniadanie.
Hop Sing jeszcze nie wrócił, musieli zatem gospodarzyć się sami. W praktyce oznaczało to zwykle, że gotował Adam, jako że jego młodsi bracia potrafili przypalić nawet wodę, ojciec zaś uważał, że ponieważ ma trzech synów, a do tego zarządza całym ranczem, zasługuje przynajmniej na to, żeby dostać pod nos gotowy posiłek. Tym razem jednak Ben nawet nie pytał, tylko zaprowadziwszy syna do kuchni, pchnął go lekko w stronę najbliższego krzesła, a sam zajął się przygotowywaniem jajek na bekonie.
Jako że Hoss drzemał wciąż w fotelu przy łóżku Joego, zjedli we dwóch w kuchni, oszczędzając sobie wysiłku zastawiania stołu w jadalni. Następnie Adam zabrał się do zmywania, zdeterminowany, by uniknąć zarówno niezręcznej rozmowy, jak i wizyty na górze. Spędziwszy ostatnie dni przy łóżku brata, teraz gdy Joemu nie groziło już żadne niebezpieczeństwo, miał ochotę zrobić wszystko, by nie musieć tam zaglądać.
Mimowolnie wrócił myślami do radości brata na jego widok i entuzjazmu, z jakim półprzytomny jeszcze Joe opowiadał tacie, jak Adam bohatersko zabił wilka. Wzdrygnął się na to wspomnienie. Czy Joe w ogóle pamiętał, że otrzymał kulę od brata, zanim jeszcze dopadło go rozjuszone zwierzę? Sądząc po jego reakcji przed paroma godzinami, Adam podejrzewał, że nie. Co gorsza, przypuszczał także, że i ojciec nie zna całej prawdy. Zawsze szlachetny Hoss raczej nie wspomniał o winie starszego brata w swoim telegramie, co oznaczało, że Adama czekała jeszcze nie jedna, ale co najmniej dwie trudne rozmowy.
Mimo wszystko unikanie konfrontacji nie leżało w naturze Adama. Kiedy znów znaleźli się z ojcem sam na sam, był gotów zacząć rozmowę i mieć to nareszcie za sobą. Jak się jednak okazało, spokojny już o los najmłodszego syna Ben także chciał poznać wreszcie odpowiedzi na swoje pytania.
— Opowiesz mi, jak dokładnie do tego doszło? — spytał miękko, usiadłszy w swoim ulubionym czerwonym fotelu.
Adam przysiadł na skraju stołu i pochylił głowę. Zbierając myśli, przez chwilę przyglądał się z uwagą swoim paznokciom, w końcu jednak nie mógł dłużej zwlekać.
— Postrzeliłem go przypadkiem — odpowiedział po prostu, unosząc wzrok.
— Co takiego?! — Ben gwałtownie pochylił się do przodu, a na jego twarzy szok przeplatał się z niedowierzaniem.
Adam westchnął ciężko i potarł dłonią czoło.
— Celowałem do wilka, Joe wypadł mi prosto pod lufę — wyjaśnił niechętnie. Czy naprawdę tak było? zapytał złośliwy głosik w jego głowie. Czy kiedy naciskał spust, cały czas widział wyraźnie tylko zwierzę, czy może strzelał na pamięć, przekonany, że wilk powinien tam być? Im dłużej myślał, tym bardziej nie potrafił z całą pewnością odpowiedzieć sobie na to pytanie.
Ben tymczasem zmarszczył brwi.
— Nie wierzę! Z was trzech ciebie najmniej posądzałbym o podobną nieuwagę.
Adam poczuł się, jakby ktoś go uderzył, mimo że słowa ojca wyrażały przecież jego własne myśli.
Ben musiał dostrzec grymas na jego twarzy, bo zaraz dodał znacznie łagodniej:
— Adam, ja przecież wiem, że wypadek może się zdarzyć każdemu. Najważniejsze, że Joemu nic nie będzie. Nie ma co się zadręczać.
Adam prychnął cicho.
— Mam się nie zadręczać, bo na szczęście dla Joego nie trafiłem zbyt celnie? Doprawdy tato, co to zmienia?
— Bardzo dużo — żachnął się Ben. — Posłuchaj, synu. — Pochylił się jeszcze bardziej, by dotknąć przedramienia Adama, ale ten błyskawicznie cofnął rękę. Ben zmarszczył brwi, ale kontynuował: — Wyobrażam sobie, jak musisz się czuć, ale naprawdę nikt z nas tutaj cię nie wini, to był nieszczęśliwy wypadek i wkrótce wszyscy o nim zapomnimy…
Czyżby? pomyślał Adam z przekąsem, ale nie odezwał się więcej. Ojciec kontynuował swoją przemowę, która zapewne miała podnieść go na duchu, Adam jednak już jej nie słuchał, pogrążony na powrót w niewesołych myślach.
Rozmowa z ojcem, choć trudna, przyszła Adamowi mimo wszystko łatwiej niż konfrontacja z Joem. Przez kolejne dwa dni unikał brata, zaglądając do jego pokoju głównie wtedy, kiedy wiedział, że Joe śpi. Nie budziło to niczyich podejrzeń — pozostali wiedzieli przecież, że niemal nie odstępował Joego od momentu wypadku, nic więc dziwnego, że kiedy najgorsze minęło, a tata i Hoss mogli go zmienić, Adam potrzebował odpocząć. Wciąż zatroskani o Joego, nie zauważyli jednak, że Adam unikał także i ich, nie mogąc znieść odbicia swojego poczucia winy w ich spojrzeniach. Nie oskarżali go ani trochę, patrzyli na niego raczej z czymś na kształt powściągliwego współczucia, ale to czyniło wszystko tylko jeszcze gorszym.
Początkowo nie mógł znaleźć sobie miejsca. Zmęczenie i emocje z poprzednich dni wreszcie dały o sobie znać, nie dał jednak rady spać. Nawet zwykle tak lubiane przez niego książki teraz stanowiły tylko brutalne przypomnienie o istnieniu świata, w którym ludzie nie nosili na co dzień broni i nie groziło im, że przypadkiem postrzelą własnego brata, biorąc go za dzikie zwierzę. Adam tęsknił za tym światem. Tęsknił za nim, właściwie od kiedy tylko pamiętał. Gdy był mały, wielkie miasta na wschodzie stanowiły dla niego jedynie mityczne miejsce z opowieści taty, ale już wtedy marzył, by je ujrzeć. Po spędzeniu kilku lat na wschodnim wybrzeżu w czasie studiów wiedział, że już zawsze jego serce będzie rozdarte pomiędzy dwoma światami. Zwykle kiedy naszła go tęsknota za cywilizacją, po prostu wsiadał w dyliżans i wyjeżdżał na tydzień lub dwa do San Francisco czy St. Louis. Spędzał ten czas, napawając się miastem z jego eleganckimi budynkami, teatrami, muzeami, księgarniami i okazjami do konwersacji o czymś więcej niż tylko hodowli rogacizny czy wydobyciu kruszców. Prędzej czy później jednak zawsze zaczynało mu brakować otwartej przestrzeni, powietrza, strumieni pełnych ryb, szczytów Sierr na horyzoncie i miękkiej grzywy Sporta muskającej jego twarz w galopie. Teraz po raz pierwszy przyszło mu do głowy pytanie, czy to wszystko naprawdę było tego warte. Cywilizacja oferowała przecież dużo więcej niż tylko przyjemności i wygody. W Bostonie nigdy nie musiałby czekać godzinami na przybycie jedynego w promieniu wielu mil lekarza. Nie musiałby walczyć i zabijać dla jedynej w całej okolicy buteleczki leku, który mógł ocalić jego brata — nawet gdyby komuś przyszło do głowy skraść ją dla okupu, po prostu posłałby do aptekarza po drugą i otrzymałby ją w góra pół godziny. Gdyby został w Bostonie, nigdy zresztą nie postrzeliłby Joego.
Już wcześniej czasami zastanawiał się, dlaczego wrócił. Czy po to studiował architekturę, by potem zostawić całą tę wiedzę, wszystkie marzenia i ambicje za sobą i do końca życia hodować bydło w tym dzikim i surowym kraju pełnym dzikich i surowych ludzi? Zawsze jednak odpowiedź brzmiała tak samo — byli nią tata, Hoss i Joe. To nie tak, że się dla nich poświęcał, po prostu kochał ich bardziej niż wszystko, co Boston mógł mu zaoferować. Tak przynajmniej sądził — do teraz. Świadomość, że ta decyzja podjęta z miłości do bliskich nie tylko nie wystarczyła, ale nawet omal nie skończyła się tragedią, postawiła wszystko na głowie.
Przed odjazdem Sheila Reardon powiedziała mu, że oczyma duszy widziała go u swego boku w Filadelfii, póki nie zobaczyła, że jego serce jest tu, na Ponderosie. Czy miała rację, a nawet jeśli, to czy nie było to z jego strony egoizmem? Sheila zresztą sama stanowiła najlepszy przykład, że poświęcenie się z miłości nie przynosiło szczęścia żadnej ze stron.
Dręczony podobnymi myślami dzień i noc, zwlekał zbyt długo i kiedy wreszcie stanął twarzą w twarz z Joem, coś w spojrzeniu brata powiedziało mu, że ten wiedział już o wszystkim, co Adam zamierzał mu powiedzieć.
— No nareszcie. Myślałem już, że mnie unikasz — Joe przywitał Adama z przekąsem, gdy tylko ten stanął w progu.
Choć była to typowa drobna braterska złośliwość, Adam i tak poczuł bolesne ukłucie w sercu. Nie mógł jednak nie przyznać Joemu racji, a chcąc to ukryć, zmusił się do nonszalanckiego uśmiechu.
— Nie moja wina, że tak się wczułeś w rolę Śpiącej Królewny.
Joe zrobił jeszcze bardziej nadąsaną minę.
— Tylko nie próbuj mnie całować — odgryzł się żartobliwie.
Adam wzruszył ramionami.
— Po co? I tak już nie śpisz, a jeszcze zamieniłbyś się w ropuchę. — Usiłował naśladować lekki ton brata, ten jednak znał go zbyt dobrze.
— Adam — zaczął Joe, poważniejąc, i gestem zaprosił go, aby usiadł.
Adam skorzystał z zaproszenia, choć tylko połowicznie, bo zamiast fotela tuż przy łóżku zajął krzesło stojące przy toaletce.
— Wyglądasz lepiej — powiedział szybko, nie dając Joemu szansy na kontynuowanie tego, co ten zamierzał powiedzieć.
Joe rzeczywiście wyglądał znacznie lepiej. Jego twarz z powrotem nabrała rumieńców, zmierzwione włosy nadawały mu uroczo chłopięcy wygląd, a gdy bandaże spowijające jego klatkę piersiową skrywała koszula, tylko blednące z dnia na dzień zadrapania na twarzy i rękach sugerowały jeszcze, że pozostawał w łóżku nie dla własnej przyjemności. Adam zbyt dobrze pamiętał jednak głębokość rany, z której musiał własnoręcznie wyjąć posłaną tam wcześniej kulę, by dać się zwieść podobnym pozorom.
— Miałem dobrą opiekę. — Joe uśmiechnął się lekko, świadom badawczego wzroku brata. — Mówię o tobie, gdybyś nie zauważył. Albo nie chciał zauważyć — uściślił po chwili.
Adam potarł dłoń o dłoń, zastanawiając się, czy uwaga brata nawiązywała do tego, co najwyraźniej obaj wiedzieli. Był tylko jeden sposób, żeby się przekonać.
— Wiesz, że to moja wina, prawda? — powiedział cicho.
Joe zdecydowanie potrząsnął głową.
— To był wypadek, Adam. Nikt nie jest winny. No może poza tym przeklętym wilkiem, ale już ty mu pokazałaś — spróbował jeszcze zażartować, ale bez skutku.
— Nie doszłoby do tego, gdybym nie pozwolił ci za nim pojechać. — Kiedy już zaczął, Adam nie potrafił się powstrzymać przed wyznaniem tego, co leżało mu na sercu. To także go zirytowało, bo zwykle znacznie lepiej szło mu ukrywanie uczuć.
— Nie mam pięciu lat, Adam, potrafię sam decydować i uwierz mi, że kontynuowałbym mimo twoich zakazów — wytknął Joe cierpko.
— Nie w tym rzecz. — Adam z irytacją potrząsnął głową. — Chciałem dopaść tego wilka tak samo jak ty, więc pozwoliłem sobie na zignorowanie wszelkich przesłanek logicznych. — Może gdyby był mniej zmęczony tamtego dnia, zareagowałby odrobinę szybciej, zdążyłby cofnąć palec lub chociaż w porę podnieść lufę? — Ale to bez znaczenia. Rzecz w tym, że to ja nacisnąłem spust.
— Myśląc, że strzelasz do wilka.
Adam zerwał się z krzesła i zaczął nerwowo krążyć po pokoju.
— Przecież sam zawsze cię uczyłem, że nie wystarczy to, co nam się wydaje, trzeba zawsze mieć stuprocentową pewność, zanim naciśnie się spust. Dałem się ponieść emocjom jak… jak…
— Jak ja. — Joe z jakiegoś powodu nadal się uśmiechał.
Adam odetchnął ciężko i przeczesał włosy palcami. Ta rozmowa do niczego nie prowadzi, uświadomił sobie. Joe uparł się, żeby nie widzieć jego winy, pewnie zresztą naprawdę go nie obwiniał. I choć to w niczym nie umniejszało faktu, że Adam był winny, to nie miał przecież prawa męczyć i denerwować rannego brata dla zaspokojenia własnego poczucia winy. Zmusił się więc do opanowania i spokojniejszym już krokiem podszedł do łóżka, z wysiłkiem przybierając neutralny wyraz twarzy.
— A więc przyjmujesz przeprosiny? — Wyciągając do brata dłoń, czuł do siebie niemal takie samo obrzydzenie, jak kiedy Joe wychwalał go przed tatą tuż po odzyskaniu przytomności. Wiedział, że ani na jedno, ani na drugie zupełne nie zasługiwał, musiał jednak przyjąć obie te rzeczy ze względu na brata, który teraz potrzebował przede wszystkim spokoju.
Joe entuzjastycznie uścisnął jego rękę,
— Nadal uważam, że nie masz mnie za co przepraszać — spróbował jeszcze raz zaoponować. — Ale przyjmuję, pod warunkiem że ty przyjmiesz moje podziękowanie.
— Podziękowanie? — Adam zmarszczył brwi,
— Za uratowanie mi życia. Hoss opowiedział mi o wszystkim.
Adam gwałtownie puścił jego dłoń i cofnął się o krok.
— Nie słuchaj Hossa, on wszystko widzi w różowych kolorach — burknął niechętnie.
Joe tylko uśmiechnął się w odpowiedzi i Adam wiedział, że nic już nie wskóra.
W miarę jak Joe odzyskiwał siły, życie na Ponderosie wracało do normalności i Adam mógł rzucić się w wir pracy. To pozwalało mu zarówno zapomnieć choć na moment o tym, co go dręczyło, jak i schodzić z drogi pozostałym Cartwrightom. Zwłaszcza Joemu, którego już niewiele dzieliło od tego, by doktor i tata pozwolili mu wreszcie na swobodne poruszanie się po domu. Taktyka ta nie wymagała zresztą od Adama wiele wysiłku. Z Joem zupełnie wyłączonym i tatą zajętym opieką nad nim na barki najstarszego z braci spadła masa obowiązków, a dopatrzenie wszystkiego kosztowało go dość czasu i energii, by rzeczywiście nie starczało ich mu już na dłuższe rozmowy najmłodszym bratem. To, czego Adam chciał lub nie chciał, nie miało tu zatem nawet większego znaczenia, po prostu ktoś musiał zająć się ranczem, a to z kolei stanowiło doskonałą wymówkę. Adam brzydził się własną obłudą, ale choć podobne udawanie nie leżało w jego naturze, nie bardzo widział, co innego miałby zrobić, by nie przysporzyć swoim poczuciem winy dodatkowych trosk bliskim.
Pozornie życie na Ponderosie toczyło się zatem zwykłym trybem, w głębi serca Adam nie potrafił jednak odnaleźć ukojenia, a myśl o powrocie na wschód wciąż powracała z nową siłą. Jaki sens był tu tkwić, kiedy nie przynosiło to nikomu niczego dobrego? Póki Joe nie wrócił jeszcze do pełni sił, zachowywał te myśli dla siebie, ale był już coraz bliższy podjęcia decyzji, którą — miał wrażenie — odwlekał od dobrej dekady.
Uboczną korzyścią sytuacji było to, że rozdarty pomiędzy opiekę nad Joem a piętrzące się obowiązki, w których usiłował wspomóc starszych synów, Ben nie zauważał chyba zupełnie, że Adam krył przed nim coś więcej niż przemęczenie. Był już zresztą od lat przyzwyczajony, że jego pierworodny potrafił zająć się sobą sam i chadzał własnymi ścieżkami. Dopóki więc Adam nie zdradzał się przed ojcem niczym bardzo odbiegającym od normy, był bezpieczny. Przed Joem także udawało mi się wypadać w miarę przekonująco, ilekroć wiedziony wyrzutami sumienia innego rodzaju zaglądał do jego pokoju. Rozmawiali wtedy głównie o ranczu, plotkach, jakie docierały do nich z Virginia City, pracy Adama i niecierpliwości Joego, który miał już serdecznie dość leżenia w łóżku. Rozmowy te tak bardzo przypominały ich dawną normalność, że Adam był w stanie udawać bez trudu.
Tylko drugiego z braci Adam nie docenił. Hoss także wziął na siebie obecnie więcej obowiązków, a jednocześnie starał się spędzać każdą wolną chwilę z Joem, zapewniając mu tak pożądaną rozrywkę. Dlatego dwaj starsi bracia rozmawiali głównie wtedy, gdy praca zaprowadziła ich w ten sam zakątek rancza, co nie zdarzało się znowu tak często. Skoncentrowany na zachowywaniu pozorów przed tatą i Joem Adam przestał zważać tak bardzo na Hossa i kiedy znajdowali się sami, pozwalał sobie na chwile swobody. Może zresztą nie tyle nie doceniał brata, ile udawanie przez cały czas kosztowało go zbyt wiele. Jeśli już musiał przed kimś się zdradzić, Hossa obawiał się najmniej, wiedząc, że delikatny z natury brat łatwo da się zbyć półsłówkami, jeśli będzie przekonany, że Adam nie jest gotowy do rozmowy.
— Adam, wszystko u ciebie w porządku? — spytał go Hoss znienacka pewnego wieczora, gdy wracali razem z pastwisk.
Adam odruchowo wzruszył ramionami, co ostatnimi czasy zaczynało już wchodzić mu w krew.
— I nie mów, że tak, bo i tak mnie nie nabierzesz — dorzucił Hoss na wpół troskliwie, na wpół wyzywająco, nim Adam zdążył cokolwiek odpowiedzieć.
Adam wbrew sobie uśmiechnął się lekko. Musiał przyznać bratu, że ten znał go jak mało kto, co było w jakiś sposób pokrzepiające. Wiedział też jednak, że tym razem Hoss nie jest w stanie mu pomóc.
— Czas leczy rany — odparł więc tylko wymijająco. — Nie masz czym się martwić.
Hoss powoli pokiwał głową i choć troska nie zniknęła z jego twarzy, zgodnie z przewidywaniami brata nie pytał już o nic więcej. W jakiś dziwny sposób Adam nawet odrobinę pożałował w tej chwili swojego sukcesu.
Tak się złożyło, że kiedy doktor Hickman przybył z kolejną wizytą, ani Adama, ani Bena nie było w domu. Zbadawszy Joego, lekarz oznajmił, że pacjent dochodzi do siebie w godnym podziwu tempie, i zezwolił mu nareszcie na opuszczenie łóżka. Rozsądny człowiek rozpocząłby ten nowy okres rekonwalescencji od ostrożnego spaceru wokół swej sypialni, by sprawdzić, na ile wystarczy mu sił. Joe jednak z zasady nie należał do ludzi rozsądnych ani tym bardziej cierpliwych i dlatego gdy tylko za doktorem zamknęły się drzwi, zdecydował się ubrać i zejść na dół. Hoss zaś jak zwykle bez trudu dał się przekonać do jego pomysłu.
Tym sposobem kiedy dwaj najstarsi Cartwrightowie wrócili do domu jakiś czas później, omal nie dostali ataku serca, gdy pierwszym, co ukazało się ich oczom po otwarciu drzwi, był Hoss z nieprzytomnym Joem w ramionach. Na szczęście po krótkim wyjaśnieniu okazało się, że Joe nie zemdlał, a po prostu zasnął na kanapie, zmęczony swoją szaloną wyprawą, a Hoss, będąc troskliwym starszym bratem, postanowił go nie budzić. Jednak strach, jakiego napędził ojcu i najstarszemu bratu, wystarczył, żeby Joe został skazany na kolejny dzień aresztu łóżkowego — tym razem w ramach kary za straty moralne.
Najmłodszy Cartwright rzeczywiście szybko odzyskiwał siły i już wkrótce jego obecność przy stole w jadalni na powrót stała się normą, co znacznie utrudniało Adamowi stosowanie taktyki unikania. Co więcej, już parę dni później Joe doszedł do wniosku, że nie zniesie dłużej bezczynności, i oznajmił, że od następnego dnia zamierza wrócić do pracy.
— Chyba nie mówisz poważnie, Joseph! — Już sam fakt, że Ben użył pełnego imienia najmłodszego syna, świadczył o tym, co myśli o jego pomyśle.
Joe jednak nie zamierzał poddać się tak łatwo.
— Przecież nie mówię zaraz o ujeżdżaniu mustangów — odparł, przewracając oczami. — Mogę naprawiać uprząż albo czyścić siodła, to przecież lekka praca, da się to robić na siedząco. Nudzę się! — zakończył tonem, jaki Adam słyszał u niego ostatnio jakieś dziesięć lat temu.
— To akurat coś nowego — zakpił Hoss. — Ej, Adam, pamiętasz, żeby nasz braciszek kiedykolwiek sam z siebie rwał się do pracy?
— Nigdy w życiu — odparł Adam, także uśmiechając się drwiąco. — Może trzeba by sprawdzić, czy nie uderzył się w głowę podczas upadku?
Joe gwałtownie odwrócił się w jego stronę.
— Ci, którzy do mnie strzelali, nie mają prawa głosu — odpalił. Potem zwrócił się z powrotem do ojca, by wytoczyć kolejne argumenty, nieświadomy, jaką wagę miały jego słowa.
Adam nie sądził, by Joe miał szansę dojrzeć, jak uśmiech na jego twarzy zamienia się w grymas, tym bardziej też nie podejrzewał brata o celowe okrucieństwo. Tak czy inaczej jednak uwaga Joego bolała, a Adam uświadomił sobie, że tak będzie prawdopodobnie już zawsze. Może i czas ukoi rany, może obaj zdołają przejść nad tym, co się stało, do porządku dziennego — zwłaszcza on sam, bo Joe najwyraźniej już miał to za sobą. Ale prędzej czy później prawda zawsze wróci w najmniej spodziewanym momencie, tego typu prawdy po prostu miały to do siebie. Może będzie to ostatni argument wytoczony niby ciężkie działo w jakiejś kłótni albo może nagłe wspomnienie, tak silne, że powstrzyma palec Adama od naciśnięcia spustu, kiedy będą się ważyły czyjeś losy? Tak czy inaczej, wypadek, który o włos nie skończył się tragicznie, zawsze miał już być pomiędzy nimi. I być może rzeczywiście naprawić ich relację mógł teraz jedynie dystans.
Po skończonej kolacji Adam zamknął się u siebie, wydobył z szuflady papeterię i zaczął pisać list. Doszedł jednak zaledwie do połowy, gdy usłyszał miękkie pukanie.
— Tak? — Uniósł głowę, a kiedy zza drzwi dobiegł go głos Joego, błyskawicznie zamknął papeterię i wraz z piórem wsunął ją z powrotem do szuflady. Dopiero wtedy powiedział: — Wejdź.
Joe przystanął w drzwiach i rozejrzał się niepewnie.
— Przeszkadzam ci? — spytał, dostrzegłszy, że brat siedzi przy pustym biurku.
— Skąd. — Adam wstał pospiesznie, ale choć zobaczył pytanie w oczach Joego, nie zamierzał na nie odpowiadać. — I co, tata dał się przekonać? — zapytał, żeby odwrócić uwagę brata.
Joe natychmiast się rozchmurzył i nareszcie przekroczył próg.
— Połowicznie, ale dobre i to. Mogę naprawiać stare uprzęże, ale pod warunkiem, że Hoss przyniesie mi je na werandę, a Hop Sing będzie mnie miał na oku.
— Hop Sing musi być zachwycony tym dodatkowym obowiązkiem — prychnął Adam, ale uśmiechnął się przy tym, by zapewnić brata, że w uwadze tej nie było ani krzty złośliwości.
— Powiedziałem mu, że mogę też obierać ziemniaki. — Joe wyszczerzył zęby. — I tak, dobrze ci się wydaje, to pierwszy raz, kiedy zgłosiłem się na ochotnika. Nawet Hop Sing musiał to docenić.
— Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że masz ukryte motywy — zakpił Adam, a potem wskazał podbródkiem na łóżko. — Usiądziesz czy będziesz mi tak wisiał nad głową?
Joe wyglądał z dnia na dzień coraz lepiej i po jego osłabieniu na pierwszy rzut oka nie było już śladu, jednak Adam dobrze wiedział, że brat nadal bardzo szybko się męczy. Po cokolwiek Joe tu przyszedł, lepiej, żeby załatwił to na siedząco.
Joe przysiadł na skraju łóżka i nerwowo potarł dłoń o udo.
— Głupio palnąłem wtedy przy kolacji, przepraszam — powiedział cicho. — Ale chyba wiesz, że nie miałem nic złego na myśli?
Adam skinął głową.
— Wiem — odparł krótko. I była to prawda, wiedział, nawet jeśli nadal bolało.
Joe wyraźnie się rozluźnił.
— To dobrze, bo ja… Adam, ja przecież widzę, że ty cały czas się obwiniasz.
Adam mimowolnie zesztywniał.
Joe przez chwilę czekał na jakąś reakcję z jego strony, w końcu z rezygnacją pokręcił głową.
— A zawsze miałeś się za najmądrzejszego z naszej trójki — spróbował zażartować, zaraz jednak znów spoważniał. — To był nieszczęśliwy wypadek, Adam, mógł się przydarzyć każdemu z nas. Nie sądzisz, że już czas, żebyś przestał się zadręczać? To naprawdę nie była twoja wina, ile mamy ci to powtarzać?
Adam przygryzł wargę i odwrócił wzrok w stronę okna, za którym i tak panowała już ciemność.
Joe westchnął zniecierpliwiony.
— Co mam zrobić, żebyś dał się przekonać?
Adam nieznacznie wzruszył ramionami, a wtedy ku jego zdziwieniu brat uśmiechnął się lekko.
— No tak, zapomniałem, że zawsze byłeś diabelnie uparty. No nic. — Joe podniósł się i ruszył w stronę drzwi, a przechodząc, lekko klepnął go w ramię. — Będę ci to powtarzał tak długo, aż uwierzysz. Mnie się nigdzie nie spieszy.
Adam bez słowa odprowadził go wzrokiem, a gdy za Joem zamknęły się drzwi, odwrócił się w stronę biurka i spojrzał na niedomkniętą szufladę. Sięgnął do gałki, zawahał się i cofnął rękę. Kiedy kładł się spać, niedokończony list nadal nie dawał mu spokoju, ale Adam znów nie był w pełni przekonany, czy na pewno chce go wysłać. Może Joe miał rację, może mimo wszystko nie warto było się spieszyć?
— O, Adam, właśnie cię szukałem. — Sam, jeden z zatrudnionych na Ponderosie kowbojów, uniósł rękę, by zwrócić na siebie uwagę jadącego z naprzeciwka, a kiedy ich konie się zrównały, zapytał: — Słuchaj, jeśli chodzi o tamtego wilka… Jesteś pewien, że zabiłeś go wtedy tak na amen? — Nie musiał uściślać, historia feralnego polowania braci Cartwright była już powszechnie znana.
— Oczywiście, że… — zaczął Adam zdecydowanie, po czym jednak urwał i niechętnie wrócił po raz kolejny myślami do tamtego dnia. Pamiętał wilka nieruchomiejącego na ziemi, pamiętał też chyba krew, ale nic więcej. W momencie, gdy był pewien, że zwierzę nie rzuci się ponownie na Joego, całą jego uwagę zajął ranny brat. — Tak myślę — zakończył wreszcie po chwili zawahania. — A co?
Sam odsunął kapelusz i otarł czoło, zupełnie jakby zwlekał z odpowiedzią.
— Sam? — Adam ponaglił go, zniecierpliwiony.
— Bo widzisz, coś znowu zabiło dwa cielaki w tej okolicy. Niewiele z nich zostało, jak je znaleźliśmy, a dookoła głównie skały, ciężko o jakieś ślady. No i tak sobie pomyśleliśmy, że wszystko pasuje na tego waszego wilka, w końcu to był jego teren…
Adam zmarszczył brwi, co Sam uznał chyba za wyraz irytacji, bo zaraz wyciągnął przed siebie dłoń w obronnym geście. Adam skarcił się w duchu, świadom, że znów pozwolił, by jego złość na samego siebie objawiła się jako pretensje do innych.
— Wiemy przecież, że miałeś wtedy poważniejsze problemy na głowie — dorzucił Sam pojednawczo. — Po prostu chciałem się upewnić. Jak pozwolisz, weźmiemy z Jesse'em świeże konie, wrócimy tam i wykończymy drania.
Adam jednak potrząsnął głową.
— Nie trzeba — odparł stanowczo. — Dziękuję za informację, Sam, ale to moje niedopatrzenie i sam je naprawię. Możesz wracać do swoich obowiązków. — Zmusił się do uśmiechu, by pracownik nie wziął jego szorstkiego tonu do siebie.
Po części mówił prawdę, nie lubił zostawiać spraw niedokończonych ani zwalać na innych tego, czego już sam się podjął, zwłaszcza jeśli to on zawiódł. Po części jednak jego motywację stanowił także fakt, że wyprawa na polowanie dawała mu co najmniej kilka dni na to, by w samotności poukładać sobie w głowie pewne sprawy i poczynić dalsze plany.
Zdecydował się wyruszyć od razu następnego ranka. Tata przejął już na powrót znaczną część obowiązków, Adam mógł więc sobie pozwolić na parę dni nieobecności. Ben początkowo oponował, w końcu jednak dał się przekonać, że Adam potrzebuje dokończyć to, co zaczął. Chyba zresztą mimo starań syna widział, że ten nie może znaleźć sobie miejsca, i uznał, że wyprawa dobrze mu zrobi. Hoss oczywiście zaoferował się dołączyć do brata, jednak ten stanowczo odmówił. Ku zaskoczeniu Adama największym problemem okazał się Joe.
— Nigdzie nie jedziesz beze mnie! — oświadczył zdecydowanie na wieść o planach brata.
— Nie przypominam sobie, żebym musiał cię pytać o zgodę — odparł Adam cierpko.
— To jest nasz wilk i jeśli mamy go dopaść, to tylko razem — upierał się dalej Joe.
Adam przewrócił oczami, starając się teatralną irytacją zamaskować inne emocje.
— Wiesz, że zanim tata i doktor pozwolą ci wsiąść na konia, minie jeszcze sporo czasu. — Postanowił trzymać się logicznych argumentów. — Przez ten czas ta bestia gotowa wybić nam połowę stada. — Obaj wiedzieli, że wyolbrzymia, jednak faktem pozostawało, że tegoroczne cielaki stanowiły dla wilka łakomy i nietrudny do zdobycia kąsek, zwłoka nie była więc wskazana.
Joe na moment się zawahał.
— No to weź Hossa — powiedział w końcu niechętnie.
— Żeby tata musiał harować za nas czterech? — Adam kpiąco uniósł brwi.
— No to któregoś z chłopaków…
W głębi ducha Adam był zaskoczony słowami brata. Spodziewałby się raczej, że ten będzie się dalej upierał, by nie przegapić polowania. Tymczasem wyglądało na to, że Joe bardziej niż swoją ambicją był zainteresowany dopilnowaniem, by Adam nie jechał sam. Czyżby coś przeczuwał? A może po prostu wspomnienia z ostatniego polowania także i jego napełniały wciąż irracjonalnym niepokojem?
— Joe, do diaska, nie jestem sztubakiem, który potrzebuje guwernantki. — Adam nagle się zirytował. — Wyobraź sobie, że jeździłem na samotne polowania, kiedy ty jeszcze nie wiedziałeś, za który koniec trzymać strzelbę. A poza tym nie wiem właściwie, dlaczego miałbym cię przekonywać — zakończył spokojniej, uświadomiwszy sobie, że nie wiedzieć czemu był bliski proszenia młodszego brata o przyzwolenie.
Joe chyba wyczuł kategoryczność jego stwierdzenia, bo nie walczył już więcej.
— No dobrze, dorwij drania i pomścij nasze krzywdy — zgodził się nieco tylko naburmuszonym tonem i wrócił do przerwanej partyjki warcabów, w które, niepocieszony, znów musiał grać sam ze sobą. Tym razem nawet nie próbował proponować Adamowi, by się do niego przyłączył.
Słońce dopiero wyłoniło się zza chmur, Adam tymczasem był w drodze już od paru godzin. Świeże powietrze, przestrzeń, samotność, a przede wszystkim rosnąca odległość od domu nareszcie pozwoliły mu spojrzeć na pewne sprawy z dystansu. Widział teraz, jak bardzo zagalopował się w użalaniu się nad sobą oraz wyładowywaniu pretensji do samego siebie na innych. Wciąż było mu głupio na wspomnienie tego, z jaką szorstkością traktował Reardonów, którzy przecież okazali mu nieocenioną pomoc. Ale Sheila i jej ojciec wydawali się rozumieć, przez co przechodził, i odjechali, chyba nie żywiąc wobec niego urazy. Z tatą i braćmi sprawy miały się nieco inaczej — mimo jego ciągłego udawania bez wątpienia wszyscy wiedzieli, co go dręczy, a swoim zachowaniem dokładał im tylko niepotrzebnej troski. Joe miał rację, jedynym rozsądnym wyjściem w tej chwili było zostawić przeszłość za sobą. Ale poczucia winy nie dało się tak po prostu odrzucić, nie kiedy Adam doskonale wiedział, jak było słuszne. Dlatego też im dalej był od domu i emocji, które tam nim targały, tym bardziej utwierdzał się w swojej decyzji, przekonany o jej słuszności.
Przemierzanie ponownie tej samej drogi, którą przebył niedawno w przeciwnym kierunku i w znacznie bardziej dramatycznych okolicznościach, było dziwnym doświadczeniem. Mimo to im bliżej znajdował się terytorium wilka, tym łatwiej było mu nie myśleć o niczym innym i skoncentrować się na polowaniu. Najtrudniejszym momentem był ten, kiedy znalazł się znów w miejscu, gdzie wydarzyła się cała tragedia. Musiał jednak upewnić się, czy znajdzie szczątki wilka tam, gdzie je wtedy pozostawił — nie znalazł. Wspomnienia powróciły za to z nową mocą, ale Adam zdążył już ochłonąć na tyle, by potrafić utrzymać je w ryzach. Wiedział zresztą, że kolejne próby analizowania wspomnień niczego nowego nie dadzą.
Okolica była skalista, a twarde i suche podłoże skutecznie utrudniało tropienie. Przekonali się o tym z Joem już ostatnio, kiedy odnalezienie wilka zajęło im kilka dni. Był zatem przygotowany na dłuższą włóczęgę, ba, właściwie to nawet na nią liczył. Miał dość zapasów, znał wszystkie źródła wody w pobliżu, nigdzie się mu nie spieszyło. Tak przynajmniej myślał na początku wyprawy. Ale kiedy przez trzy kolejne dni nie natrafił na nawet najmniejszy ślad drapieżnika, jego cierpliwość zaczęła się wyczerpywać. Piątego dnia doszedł zaś do wniosku, że dalsze kręcenie się w kółko nie miało większego sensu. Uznał zatem, że jeśli do wieczora nie natrafi na żaden ślad, zrezygnuje z poszukiwań, a jedynie przyśle w tę część Ponderosy paru ludzi, by mieli oko na stado i zawiadomili Cartwrightów, jeśli drapieżnik znowu zaatakuje. Najwyraźniej jednak los miał inne plany. Późnym popołudniem Adam natrafił nareszcie na ślad i to bynajmniej nie taki, jakiego się spodziewał.
Omal go nie przegapił. Tylko zaschłe ślady krwi na skalnej ścianie, którą mijał, sprawiły, że spojrzał w górę i ujrzał zwisający niemal nad swoją głową koniec kiedyś puszystej, teraz zlepionej od krwi kity. Pospiesznie zatrzymał Sporta, zeskoczył z siodła i zmarszczył brwi, poszukując dogodnej drogi do wspinaczki. Choć nie widział niczego prócz zakrwawionego koniuszka ogona drapieżnika, nie miał wątpliwości, że zwierzę nie żyje. W przeciwnym razie bez wątpienia zareagowałoby już na jego obecność. A co mogło zabić dorosłego wilka, po czym zaciągnąć jego truchło na niedostępną półkę skalną? Adam miał swoje podejrzenia, ale zamierzał je zweryfikować, nim podejmie decyzję o dalszych krokach.
Nie znalazłszy żadnego oparcia dla dłoni i stóp na wysokości, której mógłby dosięgnąć, niechętnie wrócił i z powrotem dosiadł Sporta. W przeciwieństwie do Joego nie ciągnęło go nigdy do efektownych popisów jeździeckich, ale praca na ranczu nauczyła go doskonałej równowagi w siodle. Dlatego kiedy musiał, radził sobie w niecodziennych sytuacjach nie gorzej od brata i też miał w zanadrzu parę trików. Upewniwszy się, że wierzchowiec stoi spokojnie, bez wahania wybił się w górę i stanął na siedzisku siodła. Ta wysokość wystarczyła, by mógł wyjrzeć tuż nad skraj skalnej półki i przyjrzeć się temu, co zostało ze zwierzęcia. Ku swojemu zdziwieniu odkrył jednak, że truchło nie należało do wilka, lecz do kojota — tylko krew barwiąca zwisający ogon tłumaczyła jego wcześniejszą pomyłkę. Poza kitą i łbem z drapieżnika zostało zresztą niewiele, ale dość, by dać Adamowi co nieco informacji na temat zabójcy. Niedostępność skalnej półki także zresztą mówiła wiele. Teraz Adam miał już absolutną pewność, że tropił niewłaściwe zwierzę.
Zaklął pod nosem i sięgnął palcami do skalnej krawędzi, ostrożnie przestępując jedną nogą z siodła na zad Sporta, by spojrzeć na truchło z lepszej perspektywy. Wyglądało na to, że kojot zginął nie dawniej niż ostatniej nocy, ale za nim w głębi półki kryły się także inne, starsze kości, co oznaczało, że zabójca przebywał tu dłużej i mógł nadal znajdować się blisko. Jak to dobrze, że Joe został w domu — przemknęło Adamowi przez głowę. Kiedy sytuacja okazała się trudniejsza, niż początkowo zakładał, poczuł jeszcze większą ulgę na myśl, że nie będzie miał powodu, by się zawahać, gdy nadejdzie konieczność oddania strzału.
Sport poruszył się niespokojnie i Adam na moment stracił równowagę. Uznawszy, że widział już dość, odwrócił się z powrotem w kierunku łba wierzchowca, gotowy opaść na siodło. Spojrzał przed siebie i zamarł. Kilkanaście kroków przed nim na sąsiedniej skale czaiło się ogromne płowe cielsko. Długi ogon poruszał się niebezpiecznie i Adam nie miał wątpliwości, że drapieżnik już dawno dostrzegł człowieka, który ośmielił się zainteresować jego ofiarą.
Sport, którego głowa znajdowała się znacznie niżej, nie mógł jeszcze widzieć pumy, czuł już jednak chyba jej zapach, bo co i raz strzygł uszami, przestępował z nogi na nogę i rozszerzał chrapy. Adam nie miał wątpliwości, że tylko wiatr wiejący na szczęście w przeciwnym do pumy kierunku, a także może i spokój jeźdźca powstrzymywały jeszcze konia od salwowania się ucieczką. Zawahał się na moment. Jego strzelba znajdowała się wciąż w futerale przy siodle. By jej sięgnąć, musiał więc usiąść z powrotem, ale w ten sposób straciłby z oczu drapieżnika, który już gotował się do ataku. Uznawszy, że za nic nie zdobędzie się na oderwanie w takiej chwili wzroku od pumy, porzucił myśl o strzelbie i powoli wysunął z kabury rewolwer, modląc się w myślach, by Sport nie zrobił żadnego gwałtownego ruchu.
Wiedział, że kule tak małego kalibru to słaba obrona przeciw ogromnemu kotu, będzie więc musiał strzelać naprawdę celnie. Nie była to jednak dla niego pierwszyzna. Pewnym ruchem uniósł broń i wziął pumę na muszkę, ale wciąż czekał w nadziei, że przeciwnik nieco bardziej się odsłoni. Zwierzę tymczasem przypadło jeszcze niżej ziemi i ze złością uderzyło ogonem po bokach. Adam wziął głęboki wdech i poprawił palec na spuście. Chwilę później wydarzyło się jednocześnie kilka rzeczy, których jego umysł nie zdołał nawet w pełni zarejestrować.
Puma odbiła się od skały. Sport zarżał przeraźliwie i stanął dęba. Wyrzucony z siodła Adam poleciał bezwładnie na ziemię, na oślep oddając w locie kolejne strzały, które zabrzmiały dziwnym echem w skalnej niecce, zupełnie jakby wypaliła więcej niż jedna lufa. Natychmiast potem nastąpiło bolesne zderzenie z ziemią. Przetaczając się na bok, Adam dostrzegł jeszcze kątem oka pumę opadającą tuż obok niego i drącą pazurami ziemię w przedśmiertnych konwulsjach. Zabiłem ją — przebiegło mu przez myśl, ale mimo wszystko desperacko walczył, by pozostać przytomnym i nie stracić z oczu drapieżnika. Niespodziewanie jednak w miejsce pumy ujrzał… Joego. Zamrugał z wysiłkiem, ale przywidzenie nie znikało. Zabiłem go — pomyślał z przerażeniem i wreszcie stracił przytomność.
Kiedy odzyskał przytomność, okazało się, że omamy nie zniknęły. Pierwszym, co zobaczył po przebudzeniu, była nienaturalnie blada twarz młodszego brata, która wydawała się wisieć w powietrzu tuż nad głową Adama. Zamrugał gwałtownie, ale to nic nie dało — widmowy Joe wciąż pochylał się nad nim i chyba coś mówił. Do uszu Adama nie dochodził jednak żaden dźwięk, zamknął więc z powrotem oczy i przełknął kilkakrotnie ślinę, starając się opanować nagłe mdłości.
— Adam? No już, nie wygłupiaj się, otwórz oczy! — Głos Joego niespodziewanie przedarł się przez mgłę spowijającą umysł Adama.
Adam nie mógł już dłużej ignorować widziadła, uniósł więc powieki, nie bacząc na wysiłek, popatrzył prosto w oczy brata i powiedział dobitnie:
— Ciebie tu nie ma.
Joe uniósł brwi.
— Czyżby? — odparł kpiąco. — To jak wytłumaczysz to? — zapytał i bezczelnie uszczypnął Adama w policzek.
Adam syknął i odwrócił głowę, po czym skrzywił się, gdy ten nagły ruch wywołał nową falę bólu i mdłości.
— Przepraszam, nie pomyślałem — jęknął tymczasem Joe, a kpina w jego głosie ustąpiła miejsca trosce.
Adam wziął głęboki oddech i zamrugał ostrożnie, powtórnie skupiając wzrok na twarzy brata.
— Joe? — wychrypiał. Jeśli Joe naprawdę tu był, jeśli jego omamy były prawdziwe, to mogło oznaczać tylko jedno… — Jesteśmy martwi? Zabiłem cię?
— Co? — Wyraz twarzy Joego świadczył, że ten nie bardzo wie, czy ma się przejąć, czy roześmiać. — Uderzyłeś się w głowę i bredzisz od rzeczy. — Najwyraźniej koniec końców wygrała w nim irytacja. — I w ogóle co ty sobie myślałeś? Kto przy zdrowych zmysłach staje w siodle, żeby zajrzeć do legowiska pumy?!
Adam powoli wracał już do siebie i odzyskiwał zdolność logicznego myślenia, zaczynało więc do niego docierać, że jego brat jakimś cudem naprawdę się tu znalazł i, co więcej, to prawdopodobnie on zastrzelił pumę. Cielsko zwierzęcia wciąż leżało zaledwie o parę kroków od nich, a Adam dopiero teraz uświadomił sobie, że kula rewolwerowa nie zabiłaby raczej ogromnego kota tak szybko, by ten nie zdążył dosięgnąć pazurami niewydarzonego tropiciela. Tak chlubiący się zawsze swoim rozsądkiem Adam zachował się jeszcze bardziej głupio i nieodpowiedzialnie niż poprzednio, a Joe, którego to on powinien był jak zawsze chronić, pojechał za nim i właśnie uratował mu życie.
— Ty wiecznie się popisujesz w siodle — burknął niechętnie, po czym odepchnął dłoń brata i sam zaczął ostrożnie badać palcami guza, który już rósł mu na głowie.
— Owszem, ale ja z zasady nie spadam. — Joe wyszczerzył zęby, ale przez jego kpinę przebijała wyraźna ulga. — Witaj z powrotem.
Adam uśmiechnął się krzywo i, zakończywszy badanie, wyciągnął przed siebie rękę, sygnalizując, by brat pomógł mu usiąść. Joe zawahał się.
— Jesteś pewien, że nic sobie nie złamałeś? Wyglądało to nie najlepiej.
Adam przewrócił oczami, ale żeby usatysfakcjonować brata, sprawdził osobno wszystkie kończyny, a dopiero wtedy z pomocą Joego ostrożnie podniósł się do pozycji siedzącej. Fakt, że gdy próbował podeprzeć się przy tym wolną ręką, poczuł, jakby ktoś dźgnął go w bark rozżarzonym żelazem, wolał na razie zachować dla siebie.
— Jak widzisz, złego diabli nie biorą — skwitował cierpko, zmuszając się do opanowania grymasu. Potem sięgnął po podsuniętą przez brata manierkę, napił się odrobiny wody i dopiero wtedy wreszcie zadał nurtujące go pytanie: — Co ty tu w ogóle robisz? — Nie musiał nawet pytać, czy tata wie. Był przekonany, że Ben Cartwright pod żadnym pozorem nie puściłby najmłodszego syna na taką wyprawę. — W twoim stanie nie powinieneś nawet wsiadać na konia — dodał z naganą.
Zmarszczył przy tym groźnie brwi dla wzmocnienia przekazu, ale Joe nic sobie z tego nie robił.
— Ratuję ci życie, bałwanie — odparł pogodnie. — Potem ci wszystko wyjaśnię — dorzucił poważniejszym tonem, unosząc rękę, by powstrzymać Adama przed dalszymi protestami. — Kiedy poczujesz się trochę lepiej, bo teraz to wybacz, braciszku, ale wyglądasz, jakbyś miał zaraz zwrócić obiad.
— Jaki obiad? — prychnął Adam z przekąsem, ale tak po prawdzie musiał przyznać Joemu rację. Gdyby nie to, że skupiony na poszukiwaniu śladów wilka, nie jadł nic od wczesnego śniadania, mógłby mieć problem z opanowaniem nudności. Musiał uderzyć się w głowę naprawdę mocno, mimo że kapelusz chyba jakimś cudem uchronił go przed zranieniem.
Westchnął cicho i zmrużył oczy, by spojrzeć na słońce, które było już znacznie niżej, niż pamiętał. Potem przeniósł wzrok na Joego, który, choć zdecydowanie nie był zjawą, był wciąż niemal trupio blady — zapewne wskutek długiej jazdy, na którą nie był jeszcze dość silny, oraz późniejszych przeżyć. Żaden z braci nie był już dziś zdolny do dalszej podróży.
— Musimy rozbić obóz — mruknął Adam niechętnie.
Odruchowo sięgnął do boku, by sprawdzić broń, a gdy nie znalazł colta w kaburze, rozejrzał się wokół. Dopiero wtedy dotarło do niego, że w cieniu skalnej ściany pasie się tylko jeden srokaty koń. Adam jęknął w myślach.
— Sport uciekł? — zapytał, chociaż znał już odpowiedź.
Joe zrobił markotną minę.
— Wybacz, nie dałem rady go złapać.
Adam ostrożnie skinął głową. Nie miał pretensji. Pomijając nawet fakt, że Joe był pewnie zbyt skupiony na nieprzytomnym bracie, by przejmować się koniem, to prawda była taka, że w obecnym stanie i tak nie nadawał się po prostu do siłowania się ze spłoszonym zwierzęciem.
— No trudno, znajdzie drogę do domu. Ostatnio to on musiał nieść nas dwóch, teraz kolej na Cochise. — Uśmiechnął się pocieszająco. — Ale tym razem ja siedzę z przodu! — zaznaczył.
— Zapomnij, to mój koń i ja siedzę z przodu. — Joe pogroził mu palcem.
— Może i twój, ale to ja jestem starszy i mądrzejszy. — Jak dziwnie było żartować i przekomarzać się z Joem jak dawniej, przeszło Adamowi przez myśl. Zupełnie jakby żadne z ostatnich wydarzeń nie miało miejsca albo raczej jakby drugi wypadek w jakiś sposób zniwelował pierwszy, tak jak dwa minusy dają plus. Wiedział, że rzeczywistość nie była tak prosta, a sytuacji z pumą nijak nie dało się porównać do poprzedniej, ale w tej chwili jego obolałą głowę zaprzątały ważniejsze rzeczy od rozpamiętywania przeszłości i Adam odnajdował w tym dziwną ulgę.
— Starszy, możliwe, ale mądrzejszy? Mam ci przypomnieć, jak skończyłeś w tym stanie? — wytknął tymczasem Joe kpiąco.
Adam mimowolnie się roześmiał, a potem skrzywił się niemal od razu, kiedy jego żebra gwałtownie zaprotestowały.
— Dobrze już, dobrze, punkt dla ciebie. Ale o to, kto siedzi z przodu, będziemy ciągnąć losy — zdecydował.
— Zgoda! — Joe energicznie pokiwał głową. — A na razie, skoro nie zamierzasz już mdleć, to oprzyj się o ten głaz, a ja pójdę poszukać jakiegoś opału.
Adam natychmiast spoważniał i zmarszczył brwi.
— Na pewno dasz radę? — spytał i natychmiast uniósł dłoń, by uciszyć brata, po czym oparł ją na jego przedramieniu. — Tylko nie zgrywaj bohatera, Joe. Obaj jesteśmy nieźle poturbowani i jeśli mamy cało wrócić do domu, musimy na sobie polegać. Jak się czujesz? Tak naprawdę.
Joe przygryzł dolną wargę.
— Tak naprawdę? Czuję się diabelnie zmęczony. Ale to wszystko, Adam. Nie kręci mi się w głowie ani nie mam mdłości jak ty… Nie rób takiej miny, przede mną się nie ukryjesz, a poza tym podobno mieliśmy być szczerzy — wytknął.
Adam skrzywił się, ale puścił przedramię brata.
— No dobrze, z nas dwóch w tej chwili ty jesteś bardziej na chodzie — przyznał niechętnie. — Tylko najpierw znajdź mojego colta. I daj mi jakiś koc — dorzucił, uświadomiwszy sobie, że tu w cieniu skał chłód zbliżającej się nocy był coraz bardziej odczuwalny.
Joe wrócił jakieś pół godziny później, wyrywając Adama z drzemki, w którą ten mimowolnie zapadł. Zły na siebie za tę nieodpowiedzialność, Adam wyprostował się gwałtownie, co musiało się skończyć kolejnym grymasem bólu.
— Jak się czujesz? — spytał Joe z troską w głosie, przykucając obok.
— Wspaniale — skłamał Adam z fałszywym uśmiechem. — Gdzie masz opał? — Spojrzał na puste ręce Joego.
— Znalazłem lepsze miejsce na obóz. Blisko strumienia, osłonięte od wiatru, no i przynajmniej nie ma truchła żadnego przerośniętego mruczka po sąsiedzku. Chodź. — Wyciągnął rękę i Adam, chcąc nie chcąc, musiał ją przyjąć.
Powrót do pozycji pionowej nie należał do łatwych ani przyjemnych. Joe nie ozdrowiał jeszcze całkiem z odniesionych ran, toteż Adam nie chciał opierać się o niego całym ciężarem. Jednak mimo podpierania się o skałę z jednej strony i brata podtrzymującego go z drugiej, omal nie upadł z powrotem, gdy zawroty głowy zaatakowały z nową siłą.
— Cochise! — Joe zagwizdał na konia, wciąż nie puszczając brata. — Wsiadaj — polecił, gdy srokacz znalazł się tuż obok.
— Ty pierwszy — zaoponował Adam.
Joe jęknął z irytacją.
— Jesteś niereformowalny, wiesz? — ofuknął brata. — Ja dam radę iść o własnych siłach, w przeciwieństwie do niektórych tutaj — wytknął.
Ale Adam, nie otwierając oczu, tylko nieznacznie pokręcił głową.
— Nie dam rady — mruknął zawstydzony swoją słabością i po raz kolejny głośno przełknął ślinę. — Nie dam rady wsiąść — uściślił. — To daleko?
— Nie bardzo, ale kawałek jest. — Teraz Joe brzmiał na naprawdę zaniepokojonego, co zmusiło Adama do otwarcia oczu.
— Mimo wszystko wolałbym iść — powiedział proszącym tonem. Już nawet sama myśl o kołysaniu w siodle przyprawiała go o jeszcze większe mdłości, nie mówiąc już o tym, że najpierw musiałby się na nie wspiąć.
Na szczęście Joe chyba zrozumiał, bo nie protestował więcej.
— No dobra, chociaż złap się siodła albo grzywy — powiedział tylko i przeszedł na drugą stronę, dzięki czemu mógł podeprzeć brata tak, by nie urazić przy tym własnej niewygojonej jeszcze do końca rany.
Adam uśmiechnął się krzywo.
— Prowadził ślepy kulawego, co? — mruknął sarkastycznie i obaj roześmiali się cicho.
Adam miał wiele pytań, ale wkrótce po tym, jak z trudem dokuśtykał do ich prowizorycznego obozowiska, musiał przyznać Joemu rację — i tak nie dałby rady z uwagą wysłuchać odpowiedzi. Nim się obejrzał, spał już jak kamień.
Zbudził się dopiero następnego ranka, delikatnie potrząsany za ramię przez brata.
— No nareszcie. Już zaczynałem się martwić — Joe przywitał go, a następnie podsunął mu pod nos kubek parującej kawy.
Adam zamrugał półprzytomnie, rozglądając się wkoło. Dopiero po chwili powoli dotarło do niego, gdzie się znajduje. Uniósł się na łokciach i jęknął cicho, częściowo z frustracji, częściowo dlatego, że po nocy przespanej na twardej ziemi teraz czuł jeszcze dotkliwiej to, jak bardzo potłukł się przy wczorajszym upadku. Z wdzięcznością przyjął kawę i ostrożnie upił pierwszy łyk. Kiedy upewnił się, że mdłości wreszcie go opuściły, bez wahania pochłonął resztę.
— Na wiele ci się wczoraj nie przydałem — mruknął cierpko, przyglądając się obozowi, który brat założył bez jego pomocy.
Joe wzruszył ramionami.
— Nie martw się, jeszcze się odegram — zażartował.
Po tych słowach zamierzał się podnieść, ale Adam złapał go za nadgarstek i osadził w miejscu.
— Jak się czujesz? — spytał Adam poważnie.
Właściwie nie musiał nawet pytać, stwierdził po chwili, przypatrując się bladej, zmęczonej twarzy brata. Joe był wciąż osłabiony po własnym urazie, a nie dość, że przejechał za nim taki kawał drogi, to musiał jeszcze zastrzelić pumę, a potem niańczyć go i zorganizować im nocleg poprzedniego wieczora. Pełen całkiem nowego poczucia winy Adam ścisnął palcami nasadę nosa i odetchnął głęboko, starając się pozbierać rozproszone myśli i opracować jakiś plan.
— Jadłeś coś? — zapytał, mimo że Joe nie odpowiedział nadal na poprzednie pytanie.
— A co, odzyskałeś apetyt? — odgryzł się Joe, ale Adam nie dał się nabrać na jego lekki ton.
— Powiedz, że zabrałeś z domu jakieś zapasy — jęknął, nie na żarty przerażony wizją polowania w obecnym stanie.
Joe roześmiał się na jego reakcję.
— Mam trochę suszonej wołowiny i ciasteczek, niczego innego nie udało mi się zwinąć pod nosem Hop Singa. Co wybierasz?
Adam zawahał się, ostatecznie uznał jednak, że woli nie ryzykować.
— Nic.
— Musisz coś zjeść! — oburzył się Joe.
Adam uśmiechnął się lekko, rozpoznając ton, którego zwykle to pozostali Cartwrightowie używali wobec Joego.
— Jeśli kawa zostanie tam, gdzie jest, do południa, wtedy możemy negocjować — powiedział pojednawczo, a potem zachęcająco poklepał dłonią posłanie obok siebie. — Teraz ty odpocznij, a ja nas spakuję, zasypię ognisko i osiodłam konia.
Dobre chęci okazały się jednak niewystarczające i już po paru krokach Adam musiał się przyznać do porażki. Po nocnym wypoczynku na szczęście nie miał już zawrotów głowy, za to każdy krok sprawiał mu ból i w efekcie Adam nie mógł dłużej ukrywać przed sobą — oraz, co gorsza, przed bratem — że nie nadawał się obecnie do niczego. Ostatecznie musiał się więc pogodzić z tym, że Joe nie tylko sam zwinął obóz i osiodłał konia, ale jeszcze musiał pomóc Adamowi wspiąć się na siodło. Jedynym pozytywnym aspektem całej sytuacji — pomyślał Adam, zaciskając palce na wodzy — był ten, że przynajmniej nie musieli kłócić się o to, kto będzie siedział z przodu. Joe po prostu od razu uznał, że brat bardziej od niego potrzebuje wygodnego podparcia, i potulnie usiadł z tyłu, za siodłem.
Przez jakiś czas jechali w milczeniu, obaj czując się równie podle i nie mogąc doczekać się kresu tej niewygodnej podróży. Joe, jak zwykle bardziej niecierpliwy od brata, wreszcie nie mógł dłużej znieść przedłużającej się ciszy.
— Znalazłem wczoraj szczątki wilka.
Adam odwrócił się tak gwałtownie, że omal nie stracił równowagi, gdy jego głowa i mięśnie zaprotestowały ostro przeciw temu niespodziewanemu ruchowi.
— Naszego wilka? — spytał z niedowierzaniem, pomny swoich niepowodzeń.
— Tak myślę. Leżał między skałami nad strumieniem, przegapiłbym go pewnie, gdyby Cochise nie zareagował na zapach. Puma musiała go tam zaciągnąć, natrafiłem na jej trop nieopodal. Stąd wiedziałem, gdzie cię szukać.
— Szkoda, że nie zabrałem cię ze sobą od razu, oszczędziłbym nam obu zachodu — burknął Adam z przekąsem, trochę zły, że brat tak po prostu natknął się na ślady, których on poszukiwał od kilku dni.
— Zawsze uważałem, że przynoszę ludziom szczęście — odgryzł się Joe wesoło. — Ech, szkoda, że nie daliśmy rady zabrać skóry tej pumy.
— A co, chciałeś sobie z niej zrobić dywanik? — Adam uśmiechnął się lekko.
— Nie, futro na zimę! — zażartował Joe. — Ale nic z tego, te kojoty pewnie rozerwały ją na strzępy — dodał z żalem w głosie.
— Kojoty? — Adam zmarszczył brwi. Od początku wyprawy ani razu nie słyszał w pobliżu charakterystycznego wycia, ale logicznym było, że zagryziony przez pumę osobnik musiał być częścią większego stada.
— Zeszłej nocy — odparł Joe, potwierdzając jego podejrzenia. — Wyły jak szalone, pewnie nie słyszałeś, bo spałeś jak zabity. Prawdę mówiąc, parę razy nawet sprawdzałem, czy na pewno tylko śpisz — dorzucił i mimo żartobliwego tonu Adam wyczuł troskę w jego głosie.
— A ty nie mogłeś spać? — zapytał, domyślając się już prawdy.
Joe się zawahał.
— Ktoś musiał czuwać — odparł wymijająco i choć nie powiedział nic więcej, Adam wiedział, że brat czuwał nie nad obozowiskiem, tylko nad nim.
— Mogliśmy zostać tam trochę dłużej. Skoro ja już się obudziłem, nic nie stało na przeszkodzie, żebyś ty się zdrzemnął. Właściwie nawet teraz możemy...
— Nie jestem senny — skłamał Joe gładko.
Adam westchnął.
— Powiesz mi, kiedy będziesz naprawdę zmęczony, dobrze? — poprosił. — W każdej chwili możemy zatrzymać się na popas. Cochise zresztą też będzie potrzebował więcej odpoczynku, skoro musi nieść nas dwóch.
Joe wymamrotał coś na kształt zgody, Adam więc dalej nie naciskał. Wiedział, że nawet jeśli Joe uprze się, żeby udawać bohatera, to zgodzi się na odpoczynek ze względu na swojego ukochanego srokacza, a tym bardziej ze względu na brata. Tymczasem jednak, póki obaj jako tako się trzymali, a Cochise miał sporo sił, jechali naprzód. Obaj wiedzieli, że będą musieli spędzić jeszcze jedną noc pod gołym niebem, nim dotrą do domu i żaden z nich nie chciał jeszcze bardziej przedłużać tej podróży. Tata z pewnością szalał już z niepokoju o Joego, istniała też możliwość, że ktoś pracowników Ponderosy znalazł Sporta, nie należało więc zbytnio mitrężyć czasu.
Na myśl o domu Adam znów mimowolnie zaczął się zastanawiać, jak w ogóle doszło do tego, że Joe był tu z nim, zamiast na wygodnej kanapie odzyskiwać nadwątlone siły. Jednak mimo trawiącej go ciekawości wciąż powstrzymywał się od pytań. Przeczuwał instynktownie, że za obecnością brata mogło kryć się coś więcej niż tylko zwykła dla Joego niecierpliwość i niechęć przegapienia polowania. Zdawał sobie też sprawę, jak niezręcznie byłoby rozmawiać o poważnych sprawach, gdy siedzieli stłoczeni we dwóch na jednym koniu i obaj marzyli tylko o tym, żeby z niego zsiąść, a nie spaść wskutek wycieńczenia.
Obawiał się również, że kiedy już nakłoni Joego do szczerości, ten będzie oczekiwał od niego podobnej monety, a Adam nie był gotowy do podzielenia się z rodziną swoim planami, jeszcze nie teraz. Na razie zresztą to wszystko, co wydarzyło się od wczoraj, paradoksalnie pozwoliło mu nie myśleć o innych sprawach. Gdyby nie był tak obolały oraz zatroskany o zdrowie brata i bezpieczny powrót, byłby nawet skłonny cieszyć się tą małą odskocznią.
Dzień dłużył się niemiłosiernie. Z upływem każdej godziny Adam czuł się coraz gorzej, a z milczenia Joego odgadywał, że brat także nie miał się najlepiej. Co gorsza, podczas każdej ze stosunkowo częstych przerw Joe musiał pomagać mu zsiadać z konia i potem znów na niego wsiadać. Rozsiodływanie i siodłanie Cochise oraz zbieranie chrustu na ognisko w porze obiadu Adam też, chcąc nie chcąc, pozostawił bratu, jako że skutki upadku wciąż dawały mu się mocno we znaki. Lewym ramieniem niemal nie mógł już ruszać i w końcu nie był w stanie ukrywać tego dłużej przed Joem. Ten tylko przewrócił oczami, wyrażając tym sposobem, co myśli o bracie. Następnie obmacał ostrożnie bark Adama, obrywając tylko dwukrotnie po palcach za niedostateczną zdaniem pacjenta delikatność. Stwierdziwszy, że nie czuje niczego odbiegającego od normy, przymusił brata do założenia prowizorycznego temblaka i od tego momentu jeszcze bardziej upierał się, by wziąć na siebie wszystkie obowiązki. Adam, który miał do dyspozycji tylko jedną rękę i na domiar złego coraz bardziej utykał, nie bardzo miał możliwość oponować. Spoglądał tylko z niepokojem na Joego. Ten jednak, mimo wciąż bladej twarzy i podkrążonych oczu, poruszał się szybko i zwinnie, bez wahania ruszał do pomocy i wydawał się być w nie najgorszej formie — zwłaszcza w porównaniu z Adamem. Nie mając większego wyjścia, Adam zaakceptował zatem swoją bierną rolę i pozwolił młodszemu bratu przejąć tymczasowo rolę opiekuna.
Dopiero wieczorem, kiedy Joe, zeskoczywszy z grzbietu Cochise, już po kilku krokach zachwiał się, drżącą ręką dotknął czoła i bezwładnie osunął się na ziemię, do Adama dotarło, jak bardzo pomylił się w swojej ocenie. Z sercem bijącym z niepokoju zsunął się z siodła, trzymając się kurczowo końskiej grzywy, by samemu nie stracić równowagi. Utykając, przypadł do brata i pochylił się nad nim. Joe na szczęście odzyskiwał już przytomność, ale gdy zaczął się podnosić, Adam zdecydowanym ruchem pchnął go z powrotem na ziemię.
— Nigdzie się nie wybierasz — oznajmił stanowczo, wyjmując rękę z temblaka. — Teraz ja zajmę się obozem, a ty masz nareszcie odpocząć.
Joe musiał czuć się naprawdę źle, bo nawet nie protestował.
Adam z wysiłkiem rozsiodłał konia, spętał go i wypuścił na popas, po czym wrócił do brata, ciągnąc za sobą po ziemi ciężkie siodło, do którego wciąż przytroczony był cały bagaż.
— Hej, szanuj cudzą własność, co? — ofuknął go Joe, który przyglądał mu się spod półprzymkniętych powiek.
Adam bezceremonialnie rzucił siodło obok brata i rozwiązał rzemienie podtrzymujące ich jedyny obecnie koc.
— Masz, przykryj się. Dziś twoja kolej na wygody — zarządził i zdrową ręką sięgnął kolejno po strzelbę i bukłak. — Idę po wodę.
Joe otworzył usta, gotów do protestu, po chwili jednak zamknął je i pokiwał głową.
— Przepraszam, chyba przeszarżowałem — mruknął z niezadowoleniem.
Adam odłożył na moment strzelbę, by oprzeć rękę na ramieniu brata.
— W twoim stanie to cud, że tyle wytrzymałeś — zauważył. — To ja przepraszam, nie powinienem był ci pozwolić wziąć na siebie wszystkich obowiązków.
Joe wzruszył ramionami.
— Ty masz się jeszcze gorzej ode mnie — wytknął.
— A chcesz się założyć? — Adam uśmiechnął się krzywo. Następnie klepnął Joego ostatni raz po ramieniu i z trudem podniósł się na nogi, używając strzelby brata niczym laski. — Nie zdziw się, jak usłyszysz strzały, spróbuję coś upolować na kolację.
— W twoim stanie? To dopiero byłby cud — prychnął Joe sarkastycznie i Adam z niechęcią musiał przyznać mu rację.
Podczas poszukiwania chrustu na opał rozglądał się za zwierzyną, jednak kuśtykając przez zagajnik, robił tyle hałasu, że mógł zapomnieć o podchodach. Wyglądało na to, że będą musieli zadowolić się resztkami zapasów Joego i uważać, by starczyło ich przynajmniej do połowy następnego dnia, jako że Adam wątpił, by dali radę dotrzeć do domu wcześniej niż pod wieczór.
Kiedy Adam zakończył rozbijanie obozu, jego brat spał już w najlepsze i Adam zdecydował się nie budzić go na kolację. Ostatecznie Joe i tak jadł od rana więcej niż on, który dopiero po południu odzyskał wreszcie apetyt. Na wszelki wypadek upewnił się, czy brat nie ma gorączki i czy oddycha normalnie, po czym otulił go mocniej kocem i pozwolił mu spać.
Wpatrując się w tańczące płomienie ogniska i żując powoli kawałek suszonej wołowiny, Adam powrócił myślami do wydarzeń z całego dnia. Zawsze odpowiedzialny i opiekuńczy wobec młodszych braci, miał do siebie pretensje, że pozwolił Joemu do tego stopnia wyeksploatować i tak bardzo wątłe jeszcze siły. Z drugiej jednak strony Joe miał rację — w tamtej chwili z nich dwóch to Adam był w gorszym stanie. Powinien czuć się jeszcze bardziej winny, a jednak z jakiegoś powodu w tej sytuacji znacznie łatwiej przyszło mu przetłumaczenie sobie, że nie warto się zadręczać. Zerknął po raz kolejny na śpiącą sylwetkę brata i mimowolnie przypomniał sobie, jak czuwał przy jego łóżku tuż po wypadku. Wtedy bezsilność przytłaczała go i doprowadzała niemal do szaleństwa, tak że w tych krótkich chwilach, gdy opuszczał pokój Joego, z trudem nad sobą panował. Dziś nie był przynajmniej bezradny i skazany na bierne oczekiwanie. Wiedział, jak pomóc bratu, i mógł zadbać, by ten dotarł cały i zdrowy do domu. Jednak mimo że był w stanie zachować spokój i jasność umysłu, to złośliwy głosik ukryty gdzieś głęboko w jego głowie nie przestawał mu przypominać, że Joe znów znalazł się w niebezpiecznej sytuacji przez jego nierozwagę.
Mimo zmęczenia Adam długo nie mógł zasnąć. Ogień ledwo już się tlił, wkoło słychać było tylko świerszcze, a on wciąż leżał na plecach na twardej ziemi, ze zdrową ręką założoną za głowę, a wzrokiem utkwionym w rozgwieżdżone niebo, i wciąż bił się z myślami. W końcu musiał zapaść w płytki sen, a gdy w pobliżu rozległo się przenikliwe wycie kojota, drgnął gwałtownie, nagle wyrwany z drzemki. Zamrugał pospiesznie, by odpędzić senność, i zaczął po omacku szukać broni. Pamiętał, że położył sobie strzelbę Joego tuż przy udzie, teraz jednak nie potrafił wymacać jej w ciemności. Kojotowi zawtórowały kolejne. Gdzieś w pobliżu Cochise parsknął głośno, zaniepokojony bliskością drapieżników. Adam pospiesznie dźwignął się do pozycji siedzącej, stękając cicho, kiedy jego zesztywniałe ciało zaprotestowało przeciw temu ruchowi. Nie obawiał się specjalnie kojotów, ale nie chciał pozwolić, by te, podchodząc zbyt blisko, spłoszyły ich jedynego wierzchowca. Zamiast więc szukać dalej broni, dorzucił drewna do ogniska i zagwizdał cicho, by przywołać konia bliżej. Cochise, nie nawykły do jego głosu, nie zareagował, ale moment później Adamowi zawtórowało drugie gwizdnięcie. Zaskoczony odwrócił się i w świetle rosnących na nowo płomieni dostrzegł zarys sylwetki Joego, który siedział ze strzelbą na kolanach i także przywoływał konia.
Tym razem Cochise zareagował od razu. Powoli zbliżył się do pana i pochylił łeb, a Joe pogłaskał go pokrzepiająco. Dopiero wtedy Joe odwrócił się do Adama.
— Słyszałem tego kojota od dłuższej chwili, ale nie sądziłem, że podejdzie tak blisko — wyjaśnił.
Adam skinął głową, wciąż nieco zdziwiony, że nie poczuł nawet, kiedy brat odbierał mu strzelbę.
— Nie możesz spać? — spytał Joego zatroskanym tonem.
Joe potrząsnął głową.
— Najwyraźniej już się wyspałem — stwierdził, choć obaj wiedzieli, że to nie mogła być prawda. — Ty śpij, ja będę czuwał.
— Ja też już się wyspałem — skłamał Adam gładko, ale po chwili położył się z powrotem i utkwił wzrok w wesoło tańczących płomieniach ogniska, myśląc, że zazdrości im tej beztroski.
— Ej, Adam — odezwał się Joe po chwili ciszy. — Pamiętasz, jak bawiliśmy się w czytanie z gwiazd?
Adam uśmiechnął się lekko.
— Wy się bawiliście. Ja uparcie próbowałem was czegoś nauczyć, nawet kiedy tata już dawno się poddał — przypomniał.
— I nauczyłeś! — Joe także opadł na plecy. — O, patrz, tam jest Mała Niedźwiedzica, tam Wielka Niedźwiedzica, a tam… — Zawahał się na moment, po czym tryumfalnym tonem oznajmił: — A tam Mały Łoś!
— Sam jesteś Mały Łoś. — Adam nie mógł opanować śmiechu. — A tamto to Andromeda.
— Łoś brzmi lepiej. Bardziej swojsko — bronił się Joe, także się śmiejąc. — Ale jak wolisz, możemy ją nazwać Chytra Puma.
— Może raczej Uparty Osioł?
— Jeśli koniecznie chcesz, żeby nosiła imię po tobie…
Adam wymacał dłonią kawałek gałęzi i cisnął nim w brata, który roześmiał się jeszcze głośniej. Przez chwilę jeszcze obaj walczyli z rozbawieniem, a gdy śmiechy ucichły, Joe niespodziewanie zapytał poważnym tonem:
— Nie będzie ci tego brakowało?
Serce Adama zabiło mocniej, ale szybko zmusił się do opanowania. Joe nie mógł przecież wiedzieć, prawda?
Tymczasem Joe odczekał jeszcze chwilę, a gdy nie uzyskał odpowiedzi, w końcu oznajmił pozornie tylko beznamiętnym tonem:
— Znalazłem twój list.
Adam gwałtownie uniósł głowę i utkwił w bracie badawcze spojrzenie.
— Ten, który napisałeś do swojego znajomego w Bostonie z pytaniem o posadę w jego biurze projektowym — uściślił Joe głosem pełnym wyrzutu. — Potrzebowałem papieru, a nie chciało mi się schodzić na dół, więc zajrzałem do twojego biurka. To nie tak, że w nim grzebałem, ten list po prostu leżał na wierzchu. Kiedy zamierzałeś nam powiedzieć? O ile w ogóle zamierzałeś...
— Zamierzałem. Kiedy do końca wydobrzejesz — odparł Adam po prostu. Nie warto było kluczyć. W gruncie rzeczy ulżyło mu nawet, że nie musi już niczego ukrywać. A mimo wszystko ze zdziwieniem odkrył, że obok ulgi czuje też ukłucie żalu. Tym lepiej może, że klamka zapadła, pomyślał cierpko, zaraz jednak uświadomił sobie, że nie była to prawda. Dopóki zaczęty list leżał w jego szufladzie, drzwi były wciąż uchylone.
Joe powoli pokręcił głową i w tym geście prócz wyrzutu Adam wyczuł coś na kształt rozczarowania.
— To przez to, co się stało, prawda? — spytał w końcu Joe cicho, wyraźnie siląc się na spokój, choć nietrudno było dostrzec burzę uczuć kryjącą się pod spodem.
Adam zawahał się na moment i żeby zyskać trochę czasu, podniósł się i ponownie dorzucił gałęzi do ognia.
— Myślałem o tym już od dawna — odpowiedział w końcu, wpatrując się w strzelające w powietrze iskry. — Zrozum, Joe, nie jestem taki jak ty. Zawsze brakowało mi miasta. Nie po to kończyłem studia, żeby…
— Wiem przecież! — Joe zdecydowanie wszedł mu w słowo, a jego głos teraz już niemal drżał od emocji. — Zawsze to wiedzieliśmy. Ale jednak wróciłeś. Nosiło cię, wyjeżdżałeś nieraz, ale potem zawsze wracałeś. Do nas. Do domu.
Adam przygryzł wargę, nadal nie patrząc na brata.
— Powiesz mi, co się zmieniło? — Joe nie dawał za wygraną.
Adam bardzo nie chciał odpowiadać na to pytanie. Mógł przecież odmówić, mógł zbyć brata byle czym, zasymulować senność lub potrzebę udania się na stronę. Ale kiedy mimowolnie odwrócił głowę i w blasku rozpalającego się coraz bardziej ognia napotkał przeszywające, pełne napięcia spojrzenie Joego, który wciąż wyczekiwał odpowiedzi, uświadomił sobie, że jest mu winien prawdę.
— Gdybym nie zwlekał z tą decyzją tyle lat, byłbyś teraz cały i zdrowy.
Joe otworzył szerzej oczy, po czym z niedowierzaniem potrząsnął głową.
— Adam, spójrz na mnie. Ja jestem cały i zdrowy.
— I dlatego właśnie parę godzin temu zemdlałeś niczym angielska hrabianka? — przypomniał mu Adam ironicznie.
— No dobrze, prawie. Jeszcze dwa, trzy tygodnie i będę zdrowy. Dobrze wiesz, że nie w tym rzecz. — Joe wyrzucił ręce w górę w geście zniecierpliwienia. — A skąd wiesz, czy Hoss by mnie nie postrzelił, gdyby pojechał zamiast ciebie? Albo nawet tata? Albo że ty w Bostonie nie potrąciłbyś przypadkiem jakiegoś staruszka, bo koń ci poniósł podczas niedzielnej przejażdżki? Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, Adam, a wypadki chodzą po ludziach. Po prostu.
— Jest różnica między zwykłym wypadkiem a strzelaniem do własnego brata! — odparł Adam gorzko.
— Jak na kogoś, kto pół życia spędził w książkach, masz naprawdę dziwną definicję słowa wypadek. Może powinniśmy na następne święta kupić ci słownik?
— Joe, to nie jest śmieszne!
— Nie, nie jest, ani trochę. Wydaje ci się, że robisz przysługę sobie i nam? A ja ci powiem, że ty po prostu uciekasz jak ostatni egoista i tchórz! — Joe gwałtownie podniósł się do pozycji siedzącej, a światło płomieni zatańczyło na jego twarzy.
Adam nigdy jeszcze nie widział na niej takiego rozczarowania swoją osobą. Drgnął, jakby ktoś go uderzył, wyprostował się i głośno wciągnął powietrze, walcząc z emocjami. Po chwili jednak odetchnął ciężko i zgarbił się ponownie.
— Mylisz się, ale nie zamierzam się kłócić — odpowiedział z rezygnacją.
— Bo co, poczucie winy ci nie pozwala? — Joe sięgnął i zacisnął palce na jego przedramieniu.
Adam, zaskoczony, nie próbował się wyrwać, utkwił tylko w bracie błagalne spojrzenie. Zrozum, Joe, poprosił w myślach. Zrozum, że nie mogę inaczej.
Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu Joe odpuścił i opadł na plecy, nadal jednak nie cofnął ręki.
— Ten list w szufladzie… To był brudnopis czy jeszcze go nie wysłałeś? — zapytał głucho.
Adam smutno pokręcił głową.
— Nie wysłałem, ale to niczego nie zmienia, Joe. Zamierzam go wysłać, kiedy tylko wrócimy.
— Wiesz — wyznał nagle Joe. — Kiedy go znalazłem, byłem pewien, że już wyjechałeś na dobre. Że to polowanie to była tylko wymówka i nie zamierzasz wracać. Wiem, głupie, dziecinne obawy. — Roześmiał się krótko, ale coś w tonie jego głosu powiedziało Adamowi, że pod tym wszystkim kryło się niezadane pytanie.
— Nie zrobiłbym tego, przecież wiesz — zapewnił Adam.
— Wiem? — Joe odwrócił głowę w jego stronę i z ironią uniósł brwi. — Ja już niczego nie wiem. Myślałem, że lepiej cię znam…
— Ja też myślałem, że lepiej się znam. — Adam uśmiechnął się gorzko.
— Jednym słowem myślałeś, że jesteś lepszy od innych i nie masz prawa do popełnienia błędu? — prychnął Joe, a potem gestem uciszył brata, nim ten zdążył zaoponować. — Tak jak ja kiedyś myślałem, że ty jeden z nas wszystkich zawsze kierujesz się rozsądkiem i nigdy nie ulegasz emocjom. Może obaj mieliśmy wobec ciebie za duże oczekiwania. — Puścił wreszcie rękę brata, poklepał ją tylko lekko, nim odsunął dłoń. — Jeśli naprawdę chcesz wyjechać, jeśli to sprawi, że będziesz szczęśliwy, to będę cię wspierał w tej decyzji. Ale proszę cię o jedno, Adam, nie podejmuj jej teraz, poczekaj, aż będziesz pewny, że podjąłeś ją z potrzeby serca, a nie z poczucia winy. Możesz mi obiecać tę jedną rzecz? Proszę — powtórzył, patrząc mu prosto w oczy.
Adam poczuł nagłe wzruszenie. Jak to możliwe, żeby ten smarkacz, którego jeszcze niedawno usiłował nauczyć tabliczki mnożenia, teraz prawił mu kazania, jakich nie powstydziłby się nawet tata? Mimowolnie uśmiechnął się ciepło, zmuszony przyznać się sam przed sobą, że nie jest w stanie zbić argumentów brata.
— Jeśli ty spodziewałeś się po mnie zbyt wiele, to ja po tobie zdecydowanie zbyt mało — powiedział miękko.
Joe musiał zrozumieć, co Adam miał na myśli, bo jego twarz natychmiast się rozpromieniła.
— A więc zgoda? Nie wyślesz listu?
Adam powoli pokiwał głową, wciąż walcząc z emocjami.
— Jeszcze nie teraz. Zgoda — odpowiedział.
Niespodziewanie bowiem dotarło do niego, że Joe miał rację. Nie wiedzieć jak i kiedy jego mały braciszek przejrzał go na wylot i odkrył ten głęboko skrywany sekret, że największym wrogiem Adama był właśnie on sam. Adam zawsze wymagał od siebie więcej niż od innych, oceniał się surowiej i z trudem wybaczał sobie błędy, które u innych wydawały mu się zaledwie błahostkami. Zwykle uważał to za swoją zaletę i był dumny z tego, co dzięki swojemu niezłomnemu charakterowi osiągnął. Zdarzały się jednak momenty, kiedy potrzebował, by ktoś przypomniał mu, że jak wszyscy ma prawo do chwili słabości. Tym kimś zwykle bywał tata, czasem Hoss, nigdy jednak — aż do teraz — Joe.
Najmłodszy brat nieświadomie — a może zresztą i świadomie — przypomniał mu dziś także, dlaczego Adam wciąż nie potrafił zdobyć się na opuszczenie Ponderosy na dobre. Zwykle powtarzał sobie, że to ojciec i bracia go potrzebowali, ale kiedy zmusił się do chwili szczerości, wtedy przyznawał sam przed sobą, że on także potrzebował ich. Przegapił już kilka kluczowych lat z dzieciństwa Joego i dojrzewania Hossa, będąc na uniwersytecie. Nie chciał przegapić kolejnych, a dzisiejsze zachowanie brata uświadomiło mu, że Joe z narwanego nastolatka staje się już rozsądnym młodym mężczyzną. Chciał przy tym być, tak jak chciał uczestniczyć w życiu rancza, wspierać tatę w kolejnych sukcesach i czuć związaną z tym dumę. Chciał widzieć, jak Nevada się rozwija, jak staje się pełnoprawnym stanem i chciał być częścią tych przemian. Problem tkwił jedynie w tym, że chciał także wielu innych rzeczy, których nie mógł znaleźć na Ponderosie. A kiedy był o krok od zniweczenia wszystkiego, co już miał, przez jeden straszliwy błąd, zwątpił, czy na cokolwiek z tego w ogóle zasługuje. Teraz, kiedy pod wpływem brata przestał koncentrować się z całych sił na poczuciu winy i przerażeniu tym, co mogło się stać, uświadomił sobie po raz kolejny, że wcale nie chce wybierać. A przynajmniej jeszcze nie teraz, nie tak kategorycznie i nie pod wpływem emocji, które — choć nie chciał się dotąd przyznać sam przed sobą do ich siły — wpływały bez wątpienia na jego osąd. Jeśli wyjadę, to dlatego, że chcę wyjechać, a nie dlatego, że boję się zostać, powiedział sobie w myślach i wiedział już, że to słuszna decyzja.
— Jestem ci winien podziękowanie — przerwał w końcu przedłużającą się ciszę.
Joe posłał mu zaskoczone spojrzenie, a Adam uniósł kącik ust w wyrazie rozbawienia.
— Za zastrzelenie tej przeklętej pumy, która miała na mnie chrapkę — uściślił.
Joe uśmiechnął się szeroko.
— Zawsze do usług.
