Dzień później - 8 lutego 2008 roku
Peter miał wiele różnych myśli, gdy szedł do pracy w ten piątkowy ranek. Doskonale pamiętał, jak wyglądał dzień po skoku Claire, trudno było mu zapomnieć. Ludzie w szpitalu patrzyli na niego podejrzliwie. Inni sanitariusze mierzyli go wzrokiem, jakby planowali dźgnąć go nożyczkami i sprawdzić, czy też się uleczy. Na tyle na ile mógł, ignorował wszystko wokół i postanowił nie wychylać się przez jakiś czas, co jeszcze bardziej zwróciło na niego uwagę. Kilka odważniejszych i parę bezczelnych osób zapytało go wprost, czy umie coś niezwykłego. Zaprzeczył, co nie było całkowitym kłamstwem.
Przed jedną osobą nie mógł jednak udawać, była zbyt blisko wielu dziwnych wydarzeń, aby uwierzyła w zapewnienia, że nic się nie dzieje. Hesam poznał prawdę, Peter powiedział mu niemal od razu. Nie było sensu ukrywać niczego, choć wyjaśnienia zajęły sporo czasu. Irańczyk był pod wrażeniem i łapczywie chłonął to, czym partner się z nim dzielił. Petrelli z drugiej strony nie chciał mówić absolutnie wszystkiego, także pominął parę istotnych szczegółów dotyczących Nathana i Sylara. Malek widział dziury w opowieści, postanowił jednak się w to nie zagłębiać, choć bardzo chciał znać całą historię. Wiedział, że jego partnerowi jest trudno, a znał go na tyle długo, by wiedzieć, że jest porządnym człowiekiem.
Kilka dni musiało minąć, nim wszystko przycichło na tyle, by sanitariusz mógł poczuć się luźniej. Oczywiście chodziły plotki po szpitalu, krążyły domysły i teorie, ale to było wszystko. Młody Petrelli mógł z tym żyć i częściowo zapomnieć o problemie. Wszystko jednak zmieniło się, gdy ukazał się wywiad w gazecie. Claire użyła kilku słów kluczy, które dla większości Amerykanów nic nie znaczyły, ale w odpowiednim kontekście mówiły aż za dużo. Ciągle o tym myślał, gdy przemierzał szpitalny korytarz.
Poprzedniego dnia dzwonili do niego z pracy, ale nawet nie podniósł słuchawki, zignorował też trzy telefony od Jane i jeden od Jacksona. To był dzień, w którym zaszył się w domu i rozmyślał o przyszłości. Bez przerwy nachodziły go wizje tamtego świata, gdzie tacy jak on musieli się ukrywać, gdyż na nich polowano. Jeszcze nie tak dawno miał przedsmak tego, co mogło się wydarzyć, kiedy Danko i jego ludzie zerwali się ze smyczy Nathana.
Wszedł dziarskim krokiem do kanciapy sanitariuszy i przywitał się z obecnymi. Narzucił sobie dość swobodny ton, nikt nie wiedział, jak dużo go to kosztowało. Odpowiedziało mu kilka dyskretnych uśmiechów. Peter otworzył szafkę i wrzucił do środka swoją torbę, gdy Jane stanęła obok niego.
- Gdzie wczoraj byłeś? Połowa kadry cię szukała.
Mężczyzna obdarzył kobietę jednym ze swoich skrzywionych uśmiechów. Zawczasu przygotował sobie odpowiednią wymówkę.
- Miałem kilka spraw do załatwienia. Wiesz jak to jest, gdy chce się coś w urzędzie załatwić, a potem zjadłem kolację z mamą, nie widziałam jej od pogrzebu Nathana.
Sanitariuszka pokiwała głową, ale aż tak bardzo jej to nie interesowało. Poklepała go tylko przyjacielsko po ramieniu, gdy wspomniał brata.
- Telefonu też ze sobą nie wziąłeś, co? Nieważne zresztą – westchnęła. – W każdym razie powinieneś zajrzeć do szefa. Wpadł w furię, chyba lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś załatwił to od razu. – Jane zapatrzyła się w oblicze kolegi dłużej niż wypadało, przygryzła dolną wargę, walcząc chwilę z chęcią dalszego mówienia, rzuciła nerwowe spojrzenie w bok. – To się porobiło, wszyscy którzy wczoraj pracowali, są na ciebie wkurzeni, bo dostali rykoszetem.
Urwała, czekając na jakąkolwiek reakcję, ale się nie doczekała, westchnęła cicho. Peter chciał coś powiedzieć, ale brakowało mu słów, mięśnie jego twarzy drgały delikatnie. Koleżanka widząc tę reakcję, uśmiechnęła się kącikiem ust i ponownie poklepała go po ramieniu.
- Nie przejmuj się, przejdzie im, każdemu mogło się zdarzyć. Właściwie nikogo nie dziwi, że trafiło na ciebie – spojrzała na zegarek, który wisiał na ścianie – muszę lecieć, bo Mark mnie zabije jeśli się znowu spóźnię. Na razie.
Peter z delikatnym trzaskiem zamknął swoją szafkę, patrząc za oddalającą się sanitariuszką. Wiele różnych myśli przepłynęło mu przez głowę. Rozejrzał się po pomieszczeniu, było tu kilka innych osób, ale zupełnie go zignorowały. Nie był pewien dlaczego, ale miał wrażenie, że atmosfera w pokoju jest bardzo nienaturalna i wymuszona. Wziął głęboki oddech, artykuł narobił więcej szkód, niż mu się wydawało. Wyszedł na korytarz i skierował się w kierunku biura kierownika. Jeśli dano mu do zrozumienia, że musi tu przyjść i to zaraz, musiał mieć większe problemy niż przypuszczał.
Zapukał cicho, czekając na pozwolenie wejścia do pokoju. Za biurkiem siedział czterdziestoparoletni mężczyzna, wpatrywał się w jeden z raportów powypadkowych. Podniósł wzrok, gdy sanitariusz się odezwał.
- Dzień dobry. Podobno mnie pan szukał.
Szef zmrużył oczy, a jego twarz wykrzywiła się w niezbyt przyjemnym grymasie. Był zdenerwowany, co nie było żadną niespodzianką, kierownik zawsze był wściekły niezależnie od okoliczności. Większość jego pracowników uważała, że nie jest zdolny odczuwać żadnych innych emocji i nawet na urlopie psioczy na wszystko dookoła.
- Zamknij drzwi – rzucił gniewnie i obserwował Petera, gdy ten wykonał polecenie, a następnie przed nim stanął. – Wiesz na czym polega ta praca, prawda? To jest służba, masz być zawsze pod telefonem w razie jakiejkolwiek katastrofy.
Młody człowiek chciał odpowiedzieć, ale nie dostał takiej szansy. Kierownik bardzo szybko przeszedł do meritum.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, co się tutaj działo? Przez ciebie zapanował tu chaos, cud, że nikt przez to nie zginął. Masz szczęście, że rada szpitala o niczym nie wie, bo pewnie wręczałbym ci teraz wypowiedzenie.
- Szefie…
- Nie skończyłem jeszcze – kierownik wszedł Peterowi w słowo, podnosząc głos. – Jestem w stanie zrozumieć wiele rzeczy, ale to przekroczyło wszelkie możliwe granice. Wszystko dlatego, że chciałeś bawić się w bohatera. Coś ty sobie myślał?
Cisza, która zapadła po tym pytaniu, świadczyła jednoznacznie, że sanitariusz otrzymał możliwość do powiedzenia więcej niż trzech słów.
- Szefie, zdaję sobie sprawę z tego, jak to wygląda, ale wszystko co robiłem, miało na celu uratowanie życia. Wykonuję swoją pracę najlepiej jak potrafię, ma pan jakieś zastrzeżenia w stosunku do mnie?
Kierownik westchnął, przerzucając strony raportu. Spod sterty papierów wyciągnął teczkę osobową Petera i wepchnął do niej owe kilka kartek.
- Nie wiem w jaki sposób to załatwisz, ale nigdy więcej nie chcę widzieć tutaj tej kobiety.
Sanitariusz zmarszczył brwi. Szok tak wyraźnie odmalował się na jego twarzy, że starszy mężczyzna uśmiechnął się lekko, unosząc do góry kącik ust.
- Dana Bryant.
- Ja…
Zaczął i urwał, przez chwilę zastanawiał, czy coś go nie ominęło. Rozmowa toczyła się w zupełnie innym kierunku niż zakładał, a w dodatku nie do końca miał pojęcie, co jest tematem tej dyskusji. Dana Bryant była jego pacjentką, ale nawet biorąc pod uwagę jej późniejsze zachowanie, nie łączyła się w żaden sposób z jego mocą, tamtego dnia nie dysponował nawet niczym przydatnym, biorąc pod uwagę okoliczności. Ostatecznie to mógł być jedynie wstęp do poważniejszej rozmowy, westchnął ciężko.
- Co zrobiła?
- Awanturowała się głośno, aż za bardzo. Przytargała ze sobą, wraz z czterema facetami, palmę w doniczce i postawiła ją na środku podjazdu domagając się... widzenia. Zupełnie jakbyśmy trzymali cię tu gdzieś w klatce.
Kierownik był gdzieś na granicy zagotowania się z wściekłości a histerycznym śmiechem. Młody Petrelli mógł być bardziej niż pewny, że mężczyzna jest niezwykle zagniewany, co nie mogło dziwić nikogo.
- Szefie jest mi naprawdę przykro, to się więcej nie powtórzy. Załatwię to.
- Na twoim miejscu nie obiecywałbym tego. Cokolwiek zrobiłeś, musiało wywrzeć niesamowite wrażenie. Czytałem pismo, które przysłała radzie szpitala.
Sanitariusz przyglądał się kierownikowi w milczeniu. W jednej chwili oblał go zimny pot, dostał kilka listów od tej kobiety przysłanych na adres szpitala, ale nigdy nie traktował ich poważnie. Spędzili razem kilkadziesiąt trudnych minut, w trakcie których uratował jej życie i sam omal nie zginął. Potrafił zrozumieć, że odcisnęło to na niej silne piętno, dlatego traktował te listy jako formę terapii i nic więcej. Jeśli napisała coś takiego jego przełożonym, to w najlepszym wypadku czekało go mozolne postępowanie dyscyplinarnie. Przełknął ślinę.
- Pismo? Jakie pismo?
- List pochwalny. W swoim życiu czytałem już niejeden tego typu tekst, ale nigdy nic podobnego. Zrobiło też wrażenie na radzie szpitala. A myślałeś, że z jakiego powodu dostałeś premię? – Mężczyzna spojrzał w oblicze Petera i zdziwił się, widząc na nim kompletną ignorancję. – Ile nadgodzin zrobiłeś w listopadzie, że nawet nie zauważyłeś dodatkowych 750 dolarów?
Sanitariusz nie odpowiedział. Tamten okres był dla niego wyjątkowo trudny, śmierć Nathana jeszcze bardziej popchnęła do w stronę pracoholizmu. O ile to było możliwe, pracował więcej, zdarzały się takie dni, gdy wracał ze szpitala, przespał kilka godzin i znów wracał. Nie zwracał wtedy większej uwagi na to, co działo się poza ambulansem.
- Czy to wszystko?
Wyrzucił w końcu z siebie, próbując przejść do sprawy jego zdolności, chciał mieć to za sobą. Nie czuł się na siłach dalej brnąć w absurdy poprzedniego dnia, niezależnie od tego, czy dotyczyły palmy, czy gazety, a zwłaszcza w rozmowie z wkurzonym kierownikiem. Szef przez dłuższą chwilę patrzył na ścianę za plecami Petera, szukając odpowiednich słów. Zniżył głos i nadał mu tak delikatne brzmienie, że to samo w sobie było największym zaskoczeniem tego dnia.
- Zaprzeczę wszystkiemu, jeśli komuś powtórzysz moje słowa. Jesteś jednym z lepszych sanitariuszy, jakich spotkałem. Niebezpiecznie balansujesz na granicy, ale dzięki temu wiele osób przeżyło. Możesz był nawet kapłanem voodoo, mało mnie to obchodzi. Dopóki nie zabijasz ludzi, nie mam powodu, by działać przeciwko tobie – westchnął ciężko. – Załatw tylko sprawę z tą całą Bryant, a teraz żegnam, robota czeka i na mnie, i na ciebie. Jak skończysz zmianę, zrób coś z tą palmą, nie chcę jej tutaj, za dużo nerwów kosztowała mnie i tych, którzy ją musieli przestawić. Stoi gdzieś w garażu, znajdziesz ją bez problemu, trudno ją przeoczyć.
Peter rzucił coś na pożegnanie i wycofał się na korytarz. Był jednocześnie zaskoczony, jak i wdzięczny. Po tym spotkaniu oczekiwał wszystkiego, ale na pewno nie tego. Uśmiechnął się, ten dzień zaczął wyglądać lepiej niż mu się wydawało, mimo Dany i jej palmy.
Sanitariusz zarzucił na siebie kurtkę i ruszył w stronę podjazdu. Hesam już na niego czekał. Uczynni koledzy poinformowali go, że jego partner poszedł na dywanik. Irańczyk wyraźnie się zrelaksował, gdy zobaczył idącego ku niemu mężczyznę. Przywitali się ze sobą. A po chwili wyjechali na ulice Nowego Jorku.
- Jak ci minął czwartek?
Irańczyk uśmiechnął delikatnie, ten dzień był pełen niespodzianek.
- Dobrze, dziękuję. Wyspałem się w końcu, to miło że nikt nie dzwonił z rana, próbując ściągnąć mnie do pracy w dzień wolny. Miałem za to całe tabuny gości, co było raczej spowodowane tym, że odciąłeś się od świata.
Peter, pokiwał głową, spoglądając na swojego partnera.
- Jestem w sumie zaskoczony, że nikt dzisiaj nie próbował pociągnąć tego tematu. Byłem przygotowany na zalew pytań i niezręcznych spojrzeń, a tu nic. Poza tym mam dziwne wrażenie, że każdy stara się mnie ignorować.
- To sprawka szefa. Trent mi powiedział, jak wpadł na pogaduszki po swojej zmianie. Nikt z tobą nie pogada, nie w szpitalu w każdym razie – westchnął i uśmiechnął się delikatnie. – Jeśli dobrze zrozumiałem, zrobił się całkiem niezły chaos po tym artykule, pomijając wariatkę z palmą, zwłaszcza po „tych którzy pragną ocalić świat" i „sanitariuszach". Ludzie dyskutowali ze sobą, kiedy tylko mogli, analizując kilka ostatnich miesięcy. W sumie rozebrali przebieg twojej służby na czynniki pierwsze…
Nie dane im było dokończyć tej rozmowy przez dwie kolejne godziny. Odebrali wezwanie do zasłabnięcia, a później do wypadku samochodowego. Nie byli jedyni na miejscu zdarzenia, Peter nie miał nawet czasu pomyśleć o czymkolwiek innym poza rannymi, inaczej zauważyłby spojrzenia rzucane w jego stronę. W szpitalu wcale nie było lepiej. Nienaturalna atmosfera była obecna na każdym kroku, wyraźnie to wyczuł, wypełniając raportowy formularz. Podniósł wzrok, napotykając spojrzenie pielęgniarki, która stała po drugiej stronie kontuaru. Przyglądała mu się przez chwilę, chciała coś powiedzieć, ale brakowało jej odpowiednich słów. Kobieta nachyliła się w jego kierunku i dotknęła palcem wskazującym wierzchu jego dłoni. Musiała spodziewać się fajerwerków, bo zrobiła zawiedzioną minę i wróciła do przerwanych obowiązków, przerzucając papiery z jednej kupki na drugą.
Peter szybko skończył pisać i podążył do pokoju sanitariuszy, aby zmienić koszulę. Zastał tam Marka, który próbował zmusić stojący w pomieszczeniu automat z napojami do współpracy, ale niezbyt mu to wychodziło. Wściekły uderzył w niego ręką, co sprawiło, że spadła puszka coli, którą próbował kupić. Wyciągnął napój i odwrócił się w stronę Petrelliego. Przez chwilę skakał spojrzeniem od trzymanej w ręku puszki do kolegi, po czym wzruszył ramionami.
- Dzięki.
Rzucił, klepiąc sanitariusza w plecy i wyszedł na korytarz, mijając się w drzwiach z Hesamem.
- No dobra, co się tu dzieje?
- Dzieje się to, że wszyscy wiedzą, że należysz do tych ze zdolnościami. Nie potrafią tylko wymyślić, co potrafisz. Nikt nie wspomni jednak nic na ten temat, bo szef zrobił im gniewną pogadankę. Właściwie to wydarł się na nich, że zajmują się głupotami zamiast pracować. Trent trochę koloryzował swoją relację – Irańczyk spojrzał w górę, unosząc brodę i podrapał się po szyi – ale dostali zakaz dręczenia cię w trakcie pracy. Przypuszczam, że się dopiero zacznie, gdy skończysz swoją zmianę i stąd wyjdziesz - urwał i westchnął ciężko. - Zwłaszcza, że ludzie zaczęli się zakładać o wszystko: co umiesz, kiedy się przyznasz i tym podobne. Może powinieneś się zastanowić, czy nie byłoby lepiej, gdybyś wziął dziś jakąś dodatkową zmianę – zakończył z uśmiechem.
W następnym odcinku: Ludzie, których łączy coś zupełnie niewinnego…
