Obecnie - 15 maja 2008 roku
Peter z trudem otworzył oczy, niewiele widział, obraz się zamazywał. Fala bólu, która rozlała się w dole brzucha, była nie do wytrzymania. Jaskrawe światło zawieszone nad jego łóżkiem, z każdą chwilą stawało się coraz bardziej uciążliwe. Podniósł ręce, by zasłonić twarz, a przynajmniej chciał to zrobić. Oba jego nadgarstki zostały przykute kajdankami do łóżka. Z jego gardła wydobył się głośny jęk, kiedy zmysły powoli wróciły do normy. Nieznacznie mu ulżyło, gdy jakaś ciemna plama weszła w jego pole widzenia, zasłaniając ostre światło kujące oczy.
Poczuł, jak ktoś dotyka jego ramienia. Próbował się skupić na tej osobie, ale ból nie pozwolił mu się skoncentrować, wzrok nadal nie był idealny. Jedyne, co udało mu się zauważyć, to długie pasmo rudych włosów, które zawisło tuż nad jego twarzą, gdy ich właścicielka się na nim nachyliła.
- Przykro mi, że tak się to potoczyło – jej głos wydał się mu znajomy, ale nie potrafił dopasować go do nikogo, kogo znał, choć przywodził mu na myśl awanturę na szpitalnym korytarzu – pchnięcia nożem nie było w planie. Wiem, że boli, niestety nie możesz dostać nic przeciwbólowego. Twój organizm musi pozostać czysty, inaczej się nam nie uda. Spokojnie, to nie potrwa długo.
Chwilę później salę wypełnił głośny krzyk rannego mężczyzny.
14 tygodni wcześniej - 7 lutego 2008 roku
Hesam wpatrywał się w złożoną gazetę, nawet nie próbował dzwonić się do Petera, przeczuwał, że nie będzie chciał o tym mówić. Irańczyk nie wiedział nawet, co mógłby mu powiedzieć. Westchnął przeciągle i wrzucił brudne naczynia do zlewu. Zegarek na ścianie wskazywał wpół do czwartej, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Mężczyzna nie spodziewał się nikogo, ale gdy otworzył drzwi doznał szoku. Na jego wycieraczce stał Trent, jak zwykle w radosnym nastroju. Młodzian uśmiechnął się do starszego kolegi.
- Hej Hesam, mogę wejść?
Mężczyzna potrząsnął głową, wracając do rzeczywistości i odsunął się, umożliwiając gościowi wejście. Trent przyszedł prosto z pracy, miał ślady wymiocin na nogawkach i rozsiewał wokół siebie zapach środka dezynfekującego. Irańczyk nie musiał nawet pytać, za długo siedział w tym zawodzie, by wiedzieć, co czuje sanitariusz tuż po pracy. Przeszedł do kuchni i wyciągnął z szafki butelkę coli. Postawił ją na stole i spojrzał na mężczyznę, który właśnie powiesił kurtkę na wieszaku.
- Będziesz coś jadł?
Trent zastanawiał się nad pytaniem dłużej niż powinien, co samo w sobie było odpowiedzią. Hesam tylko westchnął i z trzaskiem postawił miskę obok napoju.
- Nalej sobie zupy, jak chcesz – przez dłuższą chwilę panowało milczenie, przerywane jedynie dźwiękami łyżki uderzającej o dno naczynia. – Co ty tu robisz tak w ogóle? Nie sądzę, żebyś nagle zapragnął pogadać o irańskiej kulturze w kontekście sytuacji na Bliskim Wschodzie. Zwłaszcza, że bardzo ci się spieszyło z odwiedzinami.
Trent odsunął od siebie miskę i uśmiechnął się szeroko, niewinnie wręcz. Przeczesał dłonią swoje krótkie rude włosy.
- Ehm... nie miałam konkretnego planu, to był bardziej impuls. Czułem, że muszę tu przyjść, gdzie indziej miałbym pójść? - Uśmiechnął się do niego nerwowo, a następnie chrząknął. - Wiesz dlaczego zdecydowałem się pracować w Mercy Heights?
Hesam kiwnął głową, młody sanitariusz tak długo zabiegał o pracę w tym miejscu, że było to pierwsze pytanie, jakie słyszał, gdy tylko został zatrudniony. Każdemu odpowiadał tak samo, twierdził, że chciał pracować z najlepszymi. Część traktowała to jako podlizywanie się, reszta uznała go z młokosa, który chce się uczyć. Rzeczywistość jednak różniła się od wyobrażeń. Przypominał trochę Petrelliego, ale w bardziej irytujący sposób. Był impulsywny, nawet lekkomyślny, nieznośny, tryskał energią i bez przerwy rzucał dowcipami, co stawało się coraz bardziej męczące. Aż w ramach jakiegoś zastępstwa odbył podwójną zmianę z Peterem, trzy dni później stały partner Trenta, wręczył Petrelliemu butelkę wina i podziękował mu. Młody sanitariusz przeszedł istną metamorfozę, od rozwydrzonego bachora do odpowiedzialnego ratownika. Nawet Hesam nie wiedział, co stało się w trakcie tych szesnastu godzin. Nie chciał pytać, bał się tego, co mógłby usłyszeć w odpowiedzi, choć doskonale wiedział, że jego partner nigdy nie wpłynąłby na nikogo używając nadnaturalnych zdolności.
- Zawsze twierdziłeś, że chcesz pracować z najlepszymi.
Chłopak wykrzywił twarz w grymasie, który przywiódł na myśl cierpienie.
- Chciałem mieć pracę w tym szpitalu, bo słyszałem plotki, że jest tam ktoś, kto nagina wszystkie możliwe reguły, twardziel który pluje na regulaminy, ratując po drodze kogo się da. – Hesam wziął głęboki wdech, bo wiedział już, do czego gość zmierza. – Wyobrażałem sobie barczystego faceta pod czterdziestkę z wiecznym zarostem i ciętym językiem. Taki brudny Harry wśród sanitariuszy, chciałem być taki sam – uśmiechnął się nerwowo i ścisnął butelkę coli. – Gdy po raz pierwszy spotkałem Petera na korytarzu, pomyślałam, że jest frajerem. James pokazał mi go jako faceta, który weźmie każdą zmianę. Zamieniłem z nim kilka słów i wywnioskowałem, że to popychadło, które nie potrafi odmówić.
Hesamowi przestała podobać się ta rozmowa, zapragnął, aby jego gość jak najszybciej wyszedł.
- Do czego zmierzasz? Co te wyobrażenia mają wspólnego z twoją potrzebą nagłej wizyty, że nie mogłeś wrócić do domu się przebrać i czegoś zjeść?
Irańczyk z jednej strony bardzo chciał znaleźć w tym sens, a z drugiej nie miał zamiaru zagłębiać się w sprawę Petera. Nie miał prawa angażować się w dyskusję o jego zdolnościach, nawet domniemanych, a mężczyzna doskonale wiedział, że młody sanitariusz jest tu z powodu tego tekstu w gazecie. Posunięcie było o tyle mądre, że Hesam, w przeciwieństwie do swojego partnera, nie zamierzał się dzisiaj nigdzie zaszywać. Naszła go szybka refleksja, że może powinien to zrobić.
- Chodzi mi o to, że cały szpital utonął w teoriach i domysłach. Wszyscy wierzą, że Peter jest jednym z tych z umiejętnościami, rozmyślają tylko nad tym, czy jest niebezpieczny, czy nie. Nie byłby to pierwszy raz, gdy został źle osądzony.
Mężczyzna zapatrzył się w młodszego kolegę.
- Co on ci zrobił Trent?
- Jak to trafnie podsumowała moja siostra... - rudy nagle spoważniał i całkowicie serio odpowiedział. - Pokazał mi cel w życiu.
Dzień później - 8 lutego 2008 roku
Arlene Haiet uśmiechnęła się z satysfakcją, przeglądając swoją skrzynkę mailową. Artykuł, mimo mało wyszukanej formy, odniósł większy sukces, niż przewidywała w swoich najśmielszych oczekiwaniach. Była pierwszą, i wszystko wskazywało na to, że jedyną, dziennikarką, której udało się porozmawiać o zdolnościach z kimś, kto je posiadał. Prawdopodobnie też ostatnią. Kobieta odsunęła komputer i podniosła się, gdy usłyszała pukanie. Przez wizjer zobaczyła nieco skrzywioną twarz Ryana, zaśmiała się krótko, otwierając drzwi. Mężczyzna czym prędzej wszedł do środka, włożył Arlene w ręce teczkę na dokumenty i pobiegł do łazienki.
Dziennikarka wróciła do swojego komputera i spojrzała na informacje, które dostała. Nie mogła uwierzyć w to, do czego dogrzebał się Ryan. Wrzuciła w wyszukiwarkę internetową odpowiednie hasła i zagłębiła się w gąszczu linków. Wszystko splatało się w zaskakujący sposób.
- Jak do tego dotarłeś?
- Nie było to takie trudne. Wszyscy skupiają się na Claire Bennet, zapominając o najważniejszym. Wziąłem po lupę jej teksańską rodzinkę, nie jestem w stanie uwierzyć, że tak długo trzymała to w tajemnicy. Może nie uwierzysz, ale byłem kiedyś dzieckiem – Arlene przewróciła oczami – miałem więcej zadrapań i siniaków, niż jestem w stanie to spamiętać. Nie da się ukryć niezniszczalności.
- Mniejsza o to, co wygrzebałeś?
- Jej ojciec pracował w firmie o nazwie Primatech, która spłonęła doszczętnie w zeszłym roku, dokładnie w tym samym czasie co Pinehearst, no wiesz, tam gdzie znaleźli ciała tych żołnierzy.
Dziennikarka spojrzała na niego podejrzliwie.
- No i jakie to ma znaczenie? Co mnie obchodzą dwa spalone budynki? Miałeś szukać informacji o innych potencjalnych uzdolnionych, sądziłam - spojrzała na ekran komputera - że ci się udało.
Ryan westchnął ciężko.
- Nie powinnaś była się farbować. Słowo daję, jesteś głupia jak typowa blondynka.
Arlene syknęła i zawinęła sobie na palec pasmo włosów.
- Rudy bardziej do pasuje do mojej osobowości i nie obrażaj mnie, tylko gadaj.
Mężczyzna westchnął mamrocząc coś o wrednych rudzielcach.
- W przypadku obydwu firm wypływa nazwisko Petrelli. Może cię zainteresuje, że Claire Bennet pojawiła się na pogrzebie senatora Petrelliego. Poza tym – sięgnął po płytę, która znajdowała się w teczce – znalazłem ciekawy film z pewnej konferencji prasowej, która miała miejsce w rodzinnym mieście cheerleaderki. Poza tym - uśmiechnął się do niej złośliwie - zgadnij jak nazywa się pewien nowojorski sanitariusz, który uratował sporą liczbę osób w dość niezwykłych okolicznościach.
Arlene zapatrzyła się w Ryana, była pod wrażeniem.
- Kocham cię stary, naprawdę.
- Nie spiesz się tak - mężczyzna wręcz emanował samozadowoleniem - bo będziesz musiała się ze mną przespać, gdy powiem ci coś więcej. – Urwał, próbując wzmocnić i tak już duże napięcie. - Pan Petrelli został przyjęty do szpitala w Odessie w stanie Teksas, nazajutrz po śmierci Jackie Wilcox, karetka zabrała go wprost spod komisariatu policji. Był z nim jego brat, który z jakiegoś powodu przyleciał tam godzinę wcześniej. Co ci podpowiada twój nos dziennikarski?
- Sądzę, że próbujesz mi powiedzieć, że członek jednej z najbardziej wpływowych nowojorskich rodzin brał udział w wydarzeniach w Union Wells - Arlene zagłębiła się przez chwilę w swoich rozważaniach. - Myślę, że dobrze byłoby się bliżej przyjrzeć temu... jak on ma na imię?
- Peter. Peter Petrelli.
Peter skończył swoją zmianę dwadzieścia po piątej, ponad godzinę później niż powinien, Sylar już na niego czekał.
- Wybacz, nie przypuszczałem, że tak długo to potrwa.
- Każdy dzień uczy czegoś nowego, prawda? – Mężczyzna przekrzywił głowę. – Cierpliwość ponoć jest cnotą, co oznacza, że stałem się bardziej cnotliwy, niż byłem rano, a to już coś.
Sanitariusz zaśmiał się szczerze, po raz pierwszy od kilku dni, brakowało mu tego. Gabriel Gray pokiwał głową, patrząc na przyjaciela. Od czasu uwięzienia i uratowania Emmy, robił co mógł, by wrócić na właściwą ścieżkę. Ponownie otworzył swój zakład i zarabiał na życie naprawiając zegarki. Od czasu do czasu krążył nocami po ulicach Nowego Jorku, niosąc pomoc, gdzie się dało, doczekał się nawet pseudonimu – Głaz, bo w trakcie konfrontacji pozostawał w ciemności i bezruchu. Nikt z mieszkańców Queens nie miał wątpliwości, że tajemniczy osobnik posiada zdolności.
- Dziękuję, że zgodziłeś mi się pomóc. Nie powinienem iść tam sam.
- Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że się boisz.
- Potrzebuję świadka.
- Zdajesz sobie sprawę – Sylar westchnął ciężko – że jestem mało wiarygodnym świadkiem. Nie możesz liczyć na moje zeznania, w razie czego.
Peter spojrzał towarzyszowi w oczy, jego twarz przybrała bardzo poważny wygląd. Położył obie ręce na ramionach zegarmistrza i nieco pochylił się w jego stronę.
- To nie ma znaczenia. Istotne jest, żebyś tam był.
- Może powinieneś po prostu do niej zadzwonić? – Gabriel zapytał, obserwując mijających ich ludzi. – Czemu oni się gapią?
- Dzwoniłem, jak tylko dostałem jej akta. Ta rozmowa nie przebiegła tak, jakbym tego oczekiwał, dlatego muszę tam pójść. A ludzie się gapią, bo od dwóch dni jestem tu sensacją, nie słyszałeś o wywiadzie, którego udzieliła Claire?
Sylar pokiwał głową, choć sanitariusz nie był pewien, której części jego wypowiedzi to dotyczyło. Zegarmistrz zorientował się w sytuacji, przypominając sobie ten artykuł, zwłaszcza że każdy kto tego dnia wszedł do jego zakładu, chciał o nim dyskutować.
Powód wycieczki na dolny Manhattan nie miał dla niego większego znaczenia. Pomógłby Peterowi, nawet gdyby ten prosił go o zawiązanie mu sznurowadła, nie żeby kiedykolwiek oczekiwał takiej prośby.
Dwaj mężczyźni wsiedli do taksówki i pojechali. Petrelli wyglądał na spokojnego, ale Sylar nie wierzył w to, co widział. Gdyby to spotkanie miało przebiec bezproblemowo, to pojechałby sam.
- Wytłumacz mi jeszcze raz, dlaczego jedziemy do tej kobiety.
Peter westchnął i odwrócił wzrok od widoku za oknem. Widać było, że nie chce o tym mówić.
- W wielkim skrócie, wyciągnąłem ją z rumowiska, zajmowałem się nią w drodze do szpitala, gdy zatrzymało się jej serce. Pisała do mnie dość osobiste listy, a wczoraj przyszła do szpitala i się awanturowała, domagając się spotkania, szef kazał mi się tym zająć.
- Co to znaczy „dość osobiste listy"?
Mężczyzna zrobił zmieszaną minę, ponownie skupiając wzrok na widoku za oknem.
- Takie o... erotycznej naturze.
Sylar parsknął śmiechem, nie mógł się powstrzymać.
- Liczysz więc, że gdy kogoś ze sobą weźmiesz, to nie będzie próbować zrealizować tego, co pisała.
Peter zacisnął szczęki, bardzo wolno obrócił twarz, skupiając zimny wzrok na twarzy towarzysza. Sanitariusz poczuł się dotknięty.
- Nie – lodowaty głos mężczyzny przyprawił zegarmistrza o dreszcze – liczę, że gdy zobaczy ciebie, to odczepi się ode mnie. - Gabriel wyraźnie wyczuł sarkazm w tej wypowiedzi. Zrobiłoby to jednak większe wrażenie, gdyby Peter mimo urazy nie uśmiechnął się do niego. - Wybacz, jestem trochę poirytowany tym wszystkim, nie chciałem być nieuprzejmy.
Nie pociągnął jednak tematu dalej. Gray uznał to za dostateczny powód, by zakończyć zagłębianie się w temat, przynajmniej na tym etapie wycieczki. Westchnął więc cicho i skoncentrował się na widoku za oknem po swojej stronie.
Sylar miał wiele różnych myśli, gdy stanęli pod drzwiami Dany Bryant. Wstrzymał nawet oddech, gdy jego towarzysz zastukał do drzwi. Przez kilkanaście sekund było cicho, po chwili jednak ktoś im otworzył. Kobieta stojąca na progu była średniego wzrostu, miała na sobie długi wyciągnięty, zielony sweter... i nic poza tym. Potargane rude włosy spływały jej na plecy.
- Peter!
Wykrzyknęła radośnie i rzuciła mu się na szyję. Ścisnęła go mocno, jednocześnie składając mu na ustach pocałunek. Gabriel stał przez chwilę jak wryty, obserwując, jak mężczyzna delikatnie próbuje wyswobodzić się z uścisku. Zegarmistrz chrząknął znacząco, Dana spojrzała na niego złowrogo i odsunęła się, choć zrobiła to niechętnie. Sylar nachylił się w kierunku Petera i rzucił tylko.
- Coś mi się wydaje, że ruda wpędzi cię w duże kłopoty.
W następnym odcinku: Spotkania, które zmieniają życie...
