8 lutego 2008 roku

Z punktu widzenia Sylara, sytuacja była niezwykle zabawna, musiał się pilnować, bo czuł, że zaraz parsknie śmiechem. Nie bawiło go, że Peter miał kłopoty, ale to jak jego troska o drugiego człowieka wróciła i ugryzła go w tyłek, niemal dosłownie, bo Dana wyglądała na bliską tej ewentualności. Sanitariusz chrząknął, starając się zachować jak najbardziej neutralny wyraz twarzy.

- Chciałem z tobą porozmawiać odnośnie twojej wczorajszej wizyty.

Rudowłosa rozpogodziła się nagle, kilkukrotnie uniosła się i opuściła na palcach stóp.

- Znaczy, że dostałeś Jake'a, super, bałam się, że ci go nie przekażą.

Peter skrzyżował swoje zdziwione spojrzenie ze wzrokiem Sylara.

- Jake'a?

- Doniczka. Kwiatek ma imię Jake.

Gabriel zasłonił sobie dłonią usta, by ukryć szyderczy uśmiech, którego nie mógł powstrzymać. Czuł, że Petrelli się na niego obrazi, ale nic nie mógł na to poradzić. Peter zacisnął szczęki, palma, którą mu zostawiła, była cholernie ciężka i większa od niego, a ona nazywała to kwiatkiem.

- Em... tak, przekazali mi... Jake'a, jest bardzo... ładny - uśmiechnął się delikatnie, za co dostał łokciem w bok od towarzysza. – Dano, wiem, że dużo przeszłaś, żegnałaś się już ze światem w tym rumowisku. Przetrwałaś i powinnaś wrócić do normalnego życia. Wyjdź gdzieś z przyjaciółmi, albo wybierz się do kina.

- Zapraszasz mnie?

Oczy jej zabłysły, a twarz rozjaśniła się jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemożliwe. Sylar westchnął i szturchnął przyjaciela po raz kolejny, dorzucając do tego:

- Przestań być delikatny.

Peter wziął głęboki oddech i głośno wypuścił powietrze przez usta. Spojrzał kobiecie prosto w oczy.

- Dano, tobie się wydaje, że coś do mnie czujesz. Cokolwiek myślisz, że nas łączy to nie istnieje, ratując ci życie, wykonywałam jedynie swoją pracę. Przestań pisać do mnie listy, nie dzwoń, a przede wszystkim nie przychodź do mnie do pracy. Nie chcę, żebyś była w pobliżu. Rozumiesz?

Rudowłosa przyglądała się w milczeniu dwójce mężczyzn, skakała spojrzeniem od jednego do drugiego, mnąc nerwowo w rękach brzeg swetra. W końcu kiwnęła głową, uniosła lekko lewy kącik ust do góry.

- Oczywiście, że rozumiem – puściła mu oko, co trochę zaniepokoiło sanitariusza. – Przecież chodzi tu o dobro nas wszystkich. Jesteś wspaniały.

Zrobiła krok w jego kierunku, ale zatrzymała się nagle, jej twarz wyglądała niezwykle pogodnie, gdy przekrzywiła głowę i spojrzała na niższego mężczyznę. Sekundę później odwróciła się na pięcie i znikła w mieszkaniu.

- Wow – Sylar rzucił, wpatrując się w zamknięte drzwi – myślę, że zrozumiała to inaczej niż powinna. Chcesz znać moje zdanie?

Peter odwrócił się w kierunku wyjścia, westchnął ciężko, wpatrując się w przestrzeń.

- Mów.

Gabriel położył rękę na ramieniu sanitariusza i ścisnął je pocieszająco.

- Ona jest... zepsuta, jej mózg działa trochę inaczej. To tylko założenie, ale sądzę, że ta kobieta ma problemy mentalne. Wciągnęła cię w swój własny świat, tworząc pewnego rodzaju idyllę, nic co powiesz i zrobisz, nie będzie w stanie zburzyć jej idealnego świata, bo przetłumaczy to sobie po swojemu. Sama musi dojść do tego, że ci na niej nie zależy, co pewnie proste nie będzie – Sylar westchnął, rzucając spojrzenie na drzwi do mieszkania Dany. – Skrótowa wersja jest niewystarczająca. Muszę usłyszeć pełną, może wspólnie do czegoś dojdziemy.

Sanitariusz sprawdził godzinę, a później podniósł głowę, spoglądając w oczy towarzysza.

- W sumie i tak miałem ochotę się napić. Chodź, przy piwie będzie to lepiej brzmiało.


5 miesięcy wcześniej - 15 września 2007 roku

Peter nie miał żadnych konkretnych myśli, gdy szedł do pracy. Nie musiał się spieszyć, moc Edgara zapewniała mu komfort bycia wszędzie na czas, dzięki czemu mógł sobie pozwolić na kilka dodatkowych godzin snu, co przy jego trybie pracy było mu nawet na rękę. Tego popołudnia miał zastąpić Jamesa, który po raz kolejny rozchorował się w trzecią sobotę miesiąca. Wyglądało na to, że szef znów odmówił mu wolnego, gdy układał grafik. Petrelli nie miał oporów przed wzięciem zastępstwa, zrobiłby to nawet, gdyby nie chodziło o comiesięczne spotkania współpracownika z dziećmi u byłej żony.

Miał jeździć z Trentem Reynoldsem, nowym sanitariuszem, który przyuczał się do zawodu. Nie przejmował się tym zbytnio, mimo iż o tym młodym człowieku krążyły mało pochlebne plotki. Peter rzadko angażował się w życie towarzyskie szpitala, także nie do końca wiedział, o co chodzi. Postanowił dać Reynoldsowi kredyt zaufania i przekonać się samemu, jakim jest człowiekiem.

Trent z kolei bardzo dużo myślał, niczego innego nie robił przez cały ranek. Jego poszukiwania Łamacza Zasad nie przyniosły żadnych rezultatów. Nie miał nawet żadnych podejrzanych, kilka niewinnych pytań o to, który z sanitariuszy jest najlepszy, dało mu sprzeczne informacje, choć najwięcej razy padło nazwisko Petrelli. Reynolds jednak podejrzewał, że miało to coś wspólnego z faktem, że nigdy nie odmawiał wzięcia za kogoś zmiany, choć nie miało to większego sensu.

Młody człowiek brał Petera za osobę ekstremalnie nieasertywną, dlatego zaharowywał się na śmierć i miał na koncie najwięcej uratowanych żyć. Nie dziwiło to zbytnio, zważywszy jak długo pracował w ciągu ostatnich tygodni. Trent przypuszczał, że wyrabiał co najmniej 80 godzin tygodniowo. To, że dostał zmianę z największą ofiarą szpitala, mogło zadziałać na jego korzyść. Gość, który nie odmawia, był skarbem dla każdego początkującego, może będzie miał okazję zrobić kilka rzeczy, na które jeszcze nie ma uprawnień i tym samym wykazać się.

Uśmiechnął się, gdy zbliżył się do ambulansu. Petrelli już tam był, sprawdził wszystko i na niego czekał. Siedział z tyłu, obok noszy, w otwartych drzwiach karetki. Podgryzał jabłko i czytał jakąś książkę. Trent zdążył tylko zarejestrować, że tytuł miał coś wspólnego z Ziemią. Sanitariusz zeskoczył na podjazd, gdy tylko młodszy mężczyzna się do niego zbliżył. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Peter był niższy o kilkanaście centymetrów, ale lepiej zbudowany. Rudowłosy miał wprawdzie większą masę, ale nieproporcjonalnie rozłożoną. Spodnie ledwo mieściły umięśnione łydki i uda, ale jego tors i ramiona nie odbiegały zbytnio od normy. Wyglądał jakby został sklejony w pasie z dwóch różnych osób i sprawiał wrażenie, że bardzo lubi biegać. Petrelli jednak nie skomentował jego wyglądu w żaden sposób, nawet nie spojrzał znacząco. Reynolds przypuszczał, że obawiał wypowiedzieć na głos swoich myśli, dodał więc określenie "tchórz" do współpracownika.

- Jestem Peter – sanitariusz wsunął książkę pod lewą pachę i wyciągnął rękę w kierunku młodszego kolegi.

- Trent – usłyszał w odpowiedzi, gdy mężczyzna uścisnął mu dłoń.

Czas im płynął powoli. Rudy nie potrafił w żaden sposób dopasować Petrelliego do swoich własnych wyobrażeń, co bardzo go zaskoczyło. Niby wszystko się zgadzało, ale nic nie było takie, jak oczekiwał. Owszem, sanitariusz nie był zbyt gadatliwy, unikał pytań osobistych, ale wszedł w rolę nauczyciela zupełnie inaczej niż Trent to sobie wyobrażał. Przy lżejszych przypadkach pozwalał mu działać, ale dokładnie go kontrolował i upewniał się, że wie co robi. Gdy tylko uznał, że coś jest nie tak, przejmował inicjatywę. Nie tak miało być, Trent nie bardzo potrafił sprecyzować, jak to miałoby wyglądać, ale Petrelli nie zachowywał się jak zahukany, wykorzystywany przez wszystkich człowiek. Młodszego sanitariusza w pewien sposób zaszokowało to, w jaki sposób Peter traktuje pacjentów, jak z nimi rozmawiał i uspokajał. Zupełnie jakby posiadał jakąś specjalną moc, która pozwalała mu zapanować nad rozhisteryzowanymi ludźmi.

Po jakimś czasie Reynolds złapał się na tym, że mimo iż robił wiele rzeczy, to jednak jego rola sprowadzała się głównie do prowadzenia karetki i wypełniania papierków. Nie tego się spodziewał, zwłaszcza że zachowywał się jak zwykle. W normalnych okolicznościach jego partner już suszyłby mu głowę o podejście do sprawy. Jego gadanina w żaden sposób nie przeszkadzała Petrelliemu, kiwał tylko głową i od czasu do czasu rzucił jakiś komentarz. Dowcipy zbywał parsknięciem lub całkowitym milczeniem, zależnie od tego, jakiego rodzaju żart został zaserwowany. Energia, którą kipiał młodszy sanitariusz, była spożytkowana w odpowiedni sposób, Trent nie czuł się jak kula u nogi, ale jako pełnoprawny pracownik pogotowia, dostarczał sprzęt, oglądał pacjentów i nawet wtedy, gdy nie zajmował się poszkodowanymi, odpowiadał na pytania dotyczące stanu danej osoby i przedstawiał własne zdanie.

Peter nie starał się go temperować, za to wykorzystać jego talenty w odpowiedni sposób. Kiedy odrzucał jakąś teorię, dokładnie tłumaczył, dlaczego to nie mogło być to, a w wolnej chwili odpytywał go z tego, co robili. Reynolds nie miał czasu tracić swojej energii na bezsensowne komentarze i nieodpowiednie działanie, z czego zdał sobie sprawę dopiero po fakcie. Kolejne godziny szokowały go coraz bardziej. Nic nie było takie, jak mu się wydawało. Prawdopodobnie łamałby sobie głowę na tym, kim tak naprawdę jest Peter, gdyby około północy nie odebrali wezwania do zawalonego budynku.

Takie wezwania nie trafiały się często, właściwie to wcale, na Manhattanie tego typu rzeczy się nie zdarzały. Gdy dotarli pod wskazany adres, Trent nie wiedział, co robić. Nigdy w życiu nie widział czegoś takiego. Kilkunastopiętrowy biurowiec był w połowie zniszczony, jego wschodnia część nie istniała, pozostawiła po sobie olbrzymią wyrwę w konstrukcji. Budynek wyglądał, jak kostka sera, w której ktoś wygryzł spory kawałek u podstawy. Jedynie cud musiał trzymać wszystko w całości. Wszędzie roiło się od strażaków, policjantów i pracowników pogotowania gazowego. Widocznie w biurowcu doszło do wybuchu gazu

Peter był podwójnie niezadowolony. Dojazd w to miejsce zajął im ponad kwadrans, poza tym nie mógł zostawić nowicjusza samemu sobie, zwłaszcza takiego jak Trent. Jednak ledwo udało mu się wysiąść z karetki, a już chwycił go strażak i kazał iść za sobą. Sanitariusz kiwnął na młodszego kolegę i ruszyli w głąb tego chaosu. Z każdej strony ludzie biegali, płakali i krzyczeli, Reynolds był tak oszołomiony, że nie do końca rejestrował, co się dzieje. Ogarnął go taki szok, że nawet przez myśl mu nie przeszło, że to idealny moment, aby znaleźć legendarnego pracownika ratownictwa.

Przewodnik wprowadził ich do budynku i skierował w głąb korytarza. W środku znajdowała się grupa strażaków otaczająca leżącą na podłodze kobietę. Wokół niej znajdowało się mnóstwo zwałów gruzu. Ranna została zaklinowała tuż przy ścianie przez wielką betonową płytą, która była kiedyś elementem konstrukcji nośnej, przykrywała ją całkowicie od piersi w dół. Kobieta płakała, miała szczęście, otaczające zwały gruzu zatrzymały beton nim ją zmiażdżył. Petrelli nawet się nie zawahał, przyklęknął przy niej oceniając rozmiar urazów. Trent patrzył na niego z pewnego rodzaju podziwem, jemu samemu trzęsły się ręce i nie potrafił zebrać myśli. Usłyszał, jak sanitariusz przemawia do uwięzionej, jego głos był tak spokojny, jakby siedzieli w jakiejś kawiarni przy kawie, a nie w rumowisku, które zaraz mogło się zawalić.

- Jak ci na imię?

- Dana – odpowiedziała, łapiąc powietrze niczym ryba wyciągnięta z wody.

- Dano, ja jestem Peter, a to Trent – wskazał głową na drugiego mężczyznę. – We dwóch dołożymy wszelkich starań, abyś wyszła z tego bez szwanku. Dobrze?

Budynek groził zawaleniem, miejsce nie było bezpieczne dla nikogo. Peterowi dano do zrozumienia, że ma ocenić jedynie skalę urazów i wycofać się. Konstrukcja lekko się zachwiała, a otaczające wszystkich kawałki gruzu przesunęły się nieznacznie wraz z płytą przygniatającą kobietę. Dana krzyknęła, a po chwili po jej ciele zaczęła spływać krew. Ostre odłamki pokaleczyły uwięzioną. Sanitariusz zareagował od razu, przyciskając rękę do powstałej pod lewą piersią rany. Ranna skrzywiła się, a jej głos stał się odrobinę wyższy, była na skraju histerii.

- Boję się. Ja tu umrę, prawda?

Petrelli dotknął jej ramienia i nadal niezwykle spokojnym głosem do niej przemówił.

- Dano, spójrz na mnie – uwięziona z trudem przekręciła głowę i utkwiła spojrzenie w twarzy mężczyzny. – Jestem tu po to, żebyś nie umarła, zaufaj mi, zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś przetrwała – zaserwował jej jeden ze swoich skrzywionych uśmiechów, rzucając szybkie spojrzenie na podłączony do niej monitor. – Dano, musisz się uspokoić, zrobisz to dla mnie? Wiem, że się boisz, ale nie skupiaj się na tej sytuacji czy bólu, skup się na mnie, na moim głosie. Będę mówił, co robię, dobrze?

Trent był pod wrażeniem, częściowo dlatego, że sanitariusz pracował używając jednej ręki oraz jego samego przy niektórych zadaniach. Dodatkowo głos Petera był niezwykle opanowany, gdy opisywał w prosty sposób swoje czynności. Robił, co mógł, a robił dużo. Następne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko, ale Reynolds widział je jakby w zwolnionym tempie. Budynek zadrżał ponownie, a gdzieś obok posypały się kamienie. Coś zwróciło uwagę Petrelliego, gdyż nagle odwrócił się w kierunku zebranych mężczyzn. Krzyknął coś, czego Trent nie zrozumiał zbyt dokładnie, ale strażacy i owszem, gdyż nagle odskoczyli. Peter wykazał się nadludzkim refleksem, odepchnął od siebie młodszego mężczyznę, wpychając go pod osłonę kupy gruzu, a sam nachylił się nad kobietą, szepcząc jej coś uspokajającego. Po chwili świat się zawalił, gdy z sufitu spadła lawina połamanego betonu.

Trent z trudem wygrzebał się ze zwaliska, był pokryty kurzem i drobnymi kawałkami ścian. W miejscu, gdzie zajmowali się ranną, była jedynie sterta gruzu, strażacy rzucili się na nią, odrzucając co większe kawałki. Po niespełna minucie odkopali sanitariusza i jego pacjentkę, a gdy tylko stało się to możliwe, Peter wyprostował się i zażądał nowych rękawiczek oraz opatrunków. Krzyknął na Reynoldsa, gdyż go zamurowało na kilka sekund. Petrelli ponownie skupił się na swoim zadaniu. Ściągnął z siebie pokrytą pyłem koszulę i obejrzał ranę na korpusie uwięzionej. Nie był zadowolony, traciła dużo krwi.

Rudowłosy nie wiedział co ma myśleć. Z trudem przetwarzał to co widział, Peter uratował mu życie, zasłonił sobą ranną kobietę i pomimo krwi, coraz bardziej barwiącej mu podkoszulek na plecach, nie przestał ratować życia. Mężczyzna uderzył się dłonią w twarz, próbując ochłonąć. Pomogło mu w tym polecenie przyprowadzenia noszy, gdy wrócił, strażacy zdołali podnieść płytę na tyle, żeby uwolnić kobietę.

- Widzisz Dano – Petrelli zwrócił się do rannej – mówiłem, że wyjdziemy z tego, ale nie chciałaś mi uwierzyć.

W odpowiedzi jedynie się do niego uśmiechnęła. Szybko dotarli do karetki i "załadowali ją do środka". Twarz Petera była niezwykle skupiona, cały czas rozważał wszelkie możliwości. Oglądał urazy na rękach i nogach, a Trent usiadł za kółkiem. Młody człowiek miał w głowie pustkę, spokój z tyłu dawał mu nieco otuchy, gdyż mógł pomyśleć. Nie zdążył jednak przeanalizować wszystkiego do końca, bo usłyszał alarm wydobywający się z monitora mierzącego pracę serca. Reynolds wiedział bardzo dobrze co to oznacza.

Nie wierzył w to, że kobieta przeżyje, a jednak. Starszy sanitariusz nie odpuścił do samego końca. Dana dotarła na ostry dyżur w trakcie resuscytacji, zajęli się nią lekarze, jak się później okazało przeżyła, ledwo, ale jednak. Peterowi udało wymknąć pielęgniarkom, niestety przydybał go szef, który bezwzględnie zakazał Petrelliemu gdziekolwiek jechać, dopóki ktoś się nim nie zajmie. Mężczyzna nie był tym uszczęśliwiony, ale niewiele mógł zrobić, zwłaszcza, że cały personel medyczny Mercy Heights zajęty był ratowaniem ofiar zawalonego budynku. Sanitariusz westchnął ciężko i popatrzył na swojego partnera.

- Chodź. Nauczysz się czegoś nowego – poprowadził go do ambulansu i usiadł z tyłu na podłodze, uśmiechając się krzywo – jakkolwiek by to nie brzmiało, jestem twój. Działaj.

Trentowi nie trzeba było tego powtarzać, a ponieważ pacjent nie protestował, sprawdził wszystko, każdą mniej lub bardziej prawdopodobną teorię, dzieląc się swoimi wnioskami. Gdy opatrzył mu ranę na karku, spojrzał mu w twarz i przyglądając się jej w milczeniu, rzucił pełnym zachwytu głosem:

- Jesteś bohaterem.

Peter potrząsnął głową.

- Nie, nie jestem. Robiłem to, co do mnie należało, ratowałem życie – westchnął i zszedł na podjazd – muszę iść wypełnić raport i przebrać się. Pogadam z szefem, powinien nam pozwolić wyjechać.

Trent patrzył na niego zdezorientowany.

- Facet, zrobiłeś wielką rzecz, a ty chcesz wypełniać papierki?

- Co z tego? – Spojrzenie Petera było zaskoczone. – Raporty to też element naszej pracy, prawda? Cieszę się, że uratowaliśmy tej kobiecie życie, ale tam gdzieś – machnął ręką w stronę miasta – są inni w potrzebie.

- Tak po prostu przechodzisz nad tym do porządku dziennego?

Petrelli westchnął.

- Czego oczekujesz ode mnie? Mam odtańczyć taniec zwycięstwa? Przykro mi, kiepski ze mnie tancerz. Na pomnik jestem za niski, erudytą nigdy nie byłem, więc historia byłaby kiepska, a w dzisiejszych czasach brak bardów, którzy uwieczniliby mnie w jakiejś pieśni – Peter rozłożył ręce i przekrzywił głowę. – Prawda jest taka, że w tej robocie nie liczy się nic poza ratowaniem życia. Nie jestem bohaterem, bohaterką jest ta kobieta – Dana, bohaterami są ludzie, którymi się zajmujemy. Ja jestem tylko kimś, kto dba o to, aby przeżyli, żeby mogli opowiedzieć swoją historię do końca. Nie posiadam luksusu tracenia czasu w głupi sposób, opiewając swoje działania, bo ktoś może przez to zginąć. Przykro mi, że tego nie rozumiesz.

Trent nie wiedział, co ma powiedzieć, jeszcze przez pół godziny nie mógł zebrać swoich myśli, a gdy ponownie wyjechali, uratowali jeszcze kilka osób, choć w zdecydowanie mniej spektakularny sposób. Reynolds nie rozumiał, nie potrafił pojąć tego wszystkiego. Rozmawiał z innymi, próbował zbudować sobie nowy obraz Petera. Inni sanitariusze różnie go opisywali, jedni lubili, drudzy nie znosili, a trzeci mu zazdrościli. Wszyscy jednak zgodnie twierdzili, że akcja w rumowisku nie jest w jego wypadku niczym nietypowym. Rudowłosy spojrzał na siebie poprzez pryzmat osoby Petrelliego i poczuł się płytki. W porównaniu do niego był małym, nic nieznaczącym ignorantem. Uświadamiając to sobie doznał olśnienia, które przewróciło jego życie do góry nogami. A pierwszy miał przekonać się o tym James, gdy tylko wróci ze spotkania z dziećmi.


8 lutego 2008 roku

Dana tęsknie westchnęła do swojego księcia z bajki. Pocałowała palec wskazujący i środkowy prawej ręki, a następnie przyłożyła je do zdjęcia, które leżało na stole. Była rozpromieniona, znalazła wreszcie swojego rycerza, który będzie ją chronić. Kobieta przeszła do pokoju gościnnego, zapaliła światło i usiadła na łóżku. Bardzo długo wpatrywała się w ścianę obwieszoną zdjęciami Petera. Najczęściej był na nich w uniformie sanitariusza, ale zdarzały się też inne, na których był z matką, Sylarem, Emmą, Hesamem, Trentem, Bennetem, a nawet Claire. Wszystkie fotografie zrobione były z ukrycia. Dana nie miała najmniejszej wątpliwości, że Peter musiał zrobić tę szopkę na korytarzu, nie chciał jej narażać na niebezpieczeństwo. Ludzie, z którymi był związany, to co robił i ten artykuł... martwił się o nią. Uśmiechnęła się ponownie i wróciła do przeglądania katalogu sukien ślubnych, od którego przed chwilą została oderwana.


W następnym odcinku: Knucie, knucie i jeszcze raz knucie...