Tydzień później - 15 lutego 2008 roku

Angela należała do osób, którym ciężko było przyznać się do porażki, a to jeszcze bardziej pogłębiało jej ból. Popełniła błąd, zawiodła i teraz za to płaciła. Wszystkie plany runęły, a Nathan umarł, nie potrafiła się z tym pogodzić. Czegokolwiek by jednak o niej nie mówić, zawsze kochała swoje dzieci i we własnym rozumieniu chciała dla nich jak najlepiej. To właśnie z powodu starszego syna zdecydowała się ostatecznie na zabicie męża. Cały jej świat zawalił się, a przynajmniej jego większość, kiedy Sylar zabił jej dziecko, dlatego miała żal do Petera, że utrzymywał kontakty z mordercą. To wszystko jednak schodziło na dalszy plan w obliczu innych problemów, które nawiedziły rodzinny dom Petrellich.

Restauracja znacznie różniła się od miejsc, w których normalnie jadała. Potrzebowała jednak miejsca, gdzie mogła spokojnie spotkać się i porozmawiać. Z niesmakiem grzebała widelcem w przegotowanym risotto, obiecując sobie w duchu, że nigdy więcej nie zbliży się do tej knajpy.

- Nie krzyw się tak, nie przyszliśmy tu na obiad, pamiętasz?

Kobieta przeniosła spojrzenie na twarz mężczyzny i z grymasem niezadowolenia wypuściła sztuciec z dłoni.

- Nie musisz mi przypominać, w końcu to ja do ciebie zadzwoniłam.

- Zaskoczył mnie twój telefon. Po tym wszystkim, nie sądziłem, że będziesz chciała ze mną rozmawiać.

- Skończmy tę... wymianę uprzejmości Noah, mamy problem.

Mężczyzna przekrzywił głowę, świdrując spojrzeniem Angelę. Milczał, czekając aż wreszcie pozna powód tego spotkania, w końcu kobieta zmierzała do sedna sprawy.

- Tu chodzi o nasze dzieci i ich dobro.

- Kłamiesz – Bennet odpowiedział zimnym tonem. – Nigdy nie obchodziła cię Claire, odmówiłaś jej pomocy, gdy tego potrzebowała. Martwisz o Petera, uważasz, że przez nią grozi mu niebezpieczeństwo. Nie rozmawiałabyś ze mną tylko z nim, gdyby było inaczej. Czego tak naprawdę chcesz?

Przez minutę pojedynkowali się na spojrzenia. Angela splotła dłonie, opierając łokcie na stole i spuściła wzrok, musiała dać Bennetowi niewielkie zwycięstwo, aby nie czuł się zagrożony i nie przyjął postawy obronnej.

- Miałam sen, bardzo niepokojący, o przyszłości. Claire znajduje się na ścieżce, która zniszczy mojego syna. Nie mogę na to pozwolić, tylko on mi został – wzięła głęboki oddech, a jej wzrok zmienił się w zimną stal. – Musisz zabrać córkę do Virginii, Teksasu, Kalifornii, nieistotne, musi zniknąć z życia Petera, zanim zmieni go we wrak. Zrobisz to dla jej własnego dobra.

Bennet pochylił się w jej stronę, zaciskając pięści. Z jednej strony oburzyła go wiadomość, że Claire nic dla niej nie znaczy, a z drugiej był z tego zadowolony. Nie podobało mu się jednak to co Angela sugerowała. Wycedził przez zęby:

- Co insynuujesz?

- Nic – odpowiedziała sięgając po torebkę, wyciągnęła z niej kartkę papieru i podała ją mężczyźnie. – Przeczytaj to Noah, to jest właśnie problem. Już u mnie byli, to kwestia czasu nim pojawią się u Petera. Obecność Claire tylko pogorszy sprawę.

Mężczyzna dwukrotnie przeczytał list, starając się dokładnie zrozumieć jego treść. Nie podobało mu się to wszystko, czuł kłopoty i to na dużą skalę.

- Jak możesz robić to własnemu dziecku? Zdajesz sobie sprawę, że handlujesz własną krwią?

- Robię to, co jest konieczne. Ci ludzie nie odpuszczą, a ja jestem im coś winna.

Angela wyciągnęła puderniczkę i zaczęła poprawiać sobie włosy patrząc w lusterko. Bennet był tak zszokowany, że nie wiedział co powiedzieć.

- Jeśli nie zabierzesz Claire z Nowego Jorku, znajdzie się w centrum tego bałaganu i oboje ucierpią, dobrze o tym wiesz. Będziesz milczał, bo w momencie, gdy ona dowie się o wszystkim za nic w świecie nie ruszy się z miasta.

- Mogę powiedzieć Peterowi.

Angela nie przerwała swojej czynności, tylko na sekundę spuściła spojrzenie ze swojego odbicia.

- Nie powiesz, bo gdy zacznie przymuszać ją do wyjazdu, to się zorientuje. Kocham swojego syna, ale jest zbyt przewidywalny. Nie odprawiłby bratanicy, chyba że pojawiłby się bardzo ważny powód. Claire nie jest głupia, z łatwością się domyśli, że Peter ma kłopoty i stanie na głowie, żeby mu pomóc, nieprawdaż?

Mężczyzna milczał. To co robiła Angela było moralnie niewłaściwe, ale on sam kiedyś dokonywał takich wyborów. Zastanawiał się, czy na jej miejscu podjąłby taką samą decyzję, ale nie potrafił sobie odpowiedzieć. W jednym miała rację, dla niego liczyła się przede wszystkim córka, a Peter był na tyle silny, by sobie poradzić z tym wszystkim.

- Masz jakiś plan?

- Zawsze mam, Noah. Powinieneś już to wiedzieć. To jednak będzie najtrudniejsza rzecz do zrealizowania. Trzeba sprawić, żeby Claire sama zdecydowała się wyjechać. Dlatego jesteś mi potrzebny, musimy wymyślić, jak ich skłócić.

Bennet parsknął, wpatrując się bardzo intensywnie w oblicze kobiety.

- Kiepski pomysł, mam inne rozwiązanie - wciągnął głośno powietrze przez usta. - Pytanie tylko, jak bardzo jesteś w stanie zaryzykować, aby pozbyć się Claire z miasta?


2 dni później - 17 lutego 2008 roku

Upływające dni zbawiennie wpływały na samopoczucie Petera. Minęło dziesięć dni od tego artykułu, a świat wokół niego się nie zawalił. Zmienił się, ale nadal był w miarę stabilny, co cieszyło go niezmiernie. Hesam wspierał go na każdym kroku, był bardzo pomocny, zwłaszcza gdy dwa dni wcześniej Peter, przez przypadek, przejął bardzo nieodpowiednią w jego zawodzie moc. Miał szczęście, że był to już koniec zmiany. Jego pacjent posiadał umiejętność leczenia, ale sam przejmował urazy i dolegliwości. Partner podrzucił go Sylara, od którego pożyczył sobie telekinezę. Nie chciał brać umiejętności Claire między innymi dlatego, że nie chciał jej o niczym mówić. Ostatnio panowała między innymi dość napięta atmosfera.

Tego dnia nie było jednak Irańczyka w pracy i po raz pierwszy od dnia, w którym uratował Danę, miał jeździć z Trentem. Nie przywiązywał jednak do tego większej wagi, to był kolejny dzień w pracy. Wszedł do pokoju sanitariuszy, kierując się do swojej szafki. Ledwo zdążył ją otworzyć, gdy ktoś położył mu rękę na ramieniu. Odwrócił się, spoglądając na stojącą za nim kobietę. Poznał ją i nie był zadowolony z jej wizyty, oczekiwał kłopotów.

- Co pani tu robi?

Arlene Haiet założyła ręce na piersi, na jej twarz wypełzł złośliwy uśmieszek.

- Spokojnie, chciałam tylko porozmawiać.

Peter odwrócił się i w milczeniu zaczął wkładać swoje rzeczy do szafki. Trwało to dłużej niż powinno, ale zrobił to z pełną premedytacją. Dziennikarka czekała niecałe dwie minuty nim zorientowała się, że mężczyzna nie chce z nią współpracować. Już otwierała usta, gdy sanitariusz z trzaskiem zamknął drzwiczki i wyszedł na korytarz. Kobieta podążyła za nim, dostosowując swoje kroki do jego szybkiego tempa.

- Mam tylko kilka pytań dotyczących pańskiej rodziny. Liczę, że mógłby pan rzucić trochę światła na kilka faktów – wzięła głęboki oddech i rozpoczęła tyradę. – Był pan obecny, a nawet wspierał brata podczas konferencji prasowej, na której został postrzelony. Próbował wyjawić coś opinii publicznej, używając zwrotu „zdolność", która dziś jest kojarzona z ludźmi specjalnymi. Dodatkowo dwa razy cudem powrócił do zdrowia i to w ciągu kilku tygodni. Ponadto wielu uważa, że zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego, które pański brat chciał powstrzymać, są ludzie obdarzeni zdolnościami.

Urwała, czekając na odpowiedź. Brak jakiejkolwiek reakcji zbił ją nieco z tropu, ale miała już gotowy plan. Zatrzymała się i odczekała, aż Peter przejdzie jeszcze kilka metrów zatłoczonym korytarzem nim za nim krzyknęła:

- Czy to prawda, że jest pan spokrewniony z Claire Bennet?

Petrelli zatrzymał się. Dwie pielęgniarki i parę postronnych osób spojrzało na niego znacząco. Arlene wykorzystała ten fakt i zbliżyła się. Peter odwrócił się i spojrzał jej w oczy.

- Nie będę tego komentować. Nie chcę być zamieszany w to, co sobie pani wymyśliła.

- Była na pogrzebie pańskiego brata – kobieta wyciągnęła z torebki zdjęcie i wręczyła je rozmówcy, nie spojrzał nawet na nie.

- I co z tego? Nathan był senatorem, osobą publiczną. Wielu ludzi żegnało go na tym cmentarzu, niekoniecznie bezpośrednio z nim związanych, równie dobrze mogła być tam przypadkiem.

- Tak samo jak na stypie w pańskim rodzinnym domu? Rozumiem, że chce pan bronić pamięć swego brata, ale społeczeństwo ma prawo wiedzieć.

Sanitariusz założył ręce na piersi przybierając niezadowoloną minę.

- Chce pani mojej odpowiedzi? – Wycedził przez zaciśnięte zęby. – Oto ona: moje domniemane pokrewieństwo z Claire Bennet, to nie pani sprawa. Moja rodzina dość już przeszła w ostatnich latach. Jeśli pani nie przestanie mieszać Nathana i rodziny Petrellich w swoje teorie, to jakkolwiek by to nie brzmiało, moja matka się z panią skontaktuje, a konkretnie jej prawnik – westchnął ciężko. – Fakt, że przyszła pani do mnie, jednoznacznie wskazuje na to, że nie chce pani z nią rozmawiać.

Z tymi słowami odwrócił się i pozostawił zdziwioną dziennikarkę na korytarzu.

- A może po prostu jesteś łatwiejszym celem – rzuciła za nim, lecz na tyle cicho, żeby jej nie usłyszał.


Trent był niezwykle podekscytowany faktem, że będzie mógł znów jeździć z Petrellim. Kilka razy próbował trafić na jego zmianę, ale przy ilościach zastępstw jakie sanitariusz robił, nie miał możliwości nic zaplanować. Stał w garażu oczekując go, obok niego stała kobieta, która z rozbawieniem na twarzy obserwowała zachowanie mężczyzny. Reynolds dostrzegł wreszcie dzisiejszego partnera, długo obserwował Petera, gdy ten ciężkim krokiem zbliżył się do ambulansu. Był zdenerwowany, sanitariusz doskonale to widział, gdyż to zdecydowanie odbiegało od normy, Petrelliego zwykle cechował spokój i optymizm. Westchnął głęboko i spojrzał w oczy kobiecie, zadając jej nieme pytanie. W odpowiedzi tylko wzruszyła ramionami.

- Peter – Reynolds rzucił na powitanie, gdy mężczyzna się zbliżył do nich – chciałbym ci przedstawić moją siostrę – Tamarę.

Wyciągnęła ku niemu rękę, którą sanitariusz uścisnął, miała mocny uścisk.

- Witaj.

Powiedział wpatrując się w jej oblicze. Pokrewieństwo widoczne było na pierwszy rzut oka, tak samo jak brat, miała rude włosy i mocne szare spojrzenie. Jednak to jej sylwetka niezwykle upodabniała ją do Trenta. Miała bardzo wyraźnie zarysowane mięśnie, mimo że próbowała zamaskować to ubraniem. Obydwoje byli od niego wyżsi o jakieś piętnaście centymetrów.

- Hej. Cieszę się, że mogę cię wreszcie poznać, wiele o tobie słyszałam.

Peter na sekundę się zmieszał. Jego spojrzenie wyrażało niepewność, ale szybko zostało zastąpione determinacją.

- Nie wierz we wszystko, co ci mówią, nie jestem zbyt interesujący.

Tamara westchnęła, a uśmiech zniknął z jej ust. Sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej portfel. Przez chwilę przerzucała banknoty, aż w końcu chwyciła piątkę, którą wepchnęła bratu w dłoń.

- Jestem pewna, że oszukiwałeś, jeszcze nie wiem jak, ale to zrobiłeś.

Niższy mężczyzna ściągnął brwi w niemym pytaniu. Trent uśmiechnął się nieco nerwowo, coś było nie tak. Tamara obserwując go, skrzywiła się, nie spodziewała się takiej reakcji i przestraszyła się, że zrobiła coś nie tak.

- Wybacz Peter, po prostu... no założyłem się z siostrą, że tak powiesz. Nie chciałem cię jednak obrazić.

Petrelli patrzył na niego w skupieniu, a Reynolds miał wrażenie, że na tym spojrzeniu można by połamać niejedną podkowę. Jego oblicze jednak niemal od razu rozpogodziło się, a on sam wybuchnął śmiechem. Humor popsuty przez Arlene od razu mu się poprawił.

- Nic się nie stało.

- Szlag - zaklęła Tamara i wręczyła bratu kolejny banknot, tym razem dziesięciodolarowy – jestem niemal pewna, że zmówiliście się przeciwko mnie i to udowodnię – westchnęła i spojrzała na Trenta. – To o której kończysz zmianę, braciszku?

- O 20:00.

Dziewczyna kiwnęła głową, wykrzywiając usta.

- Co oznacza, że nie skończycie przed 21:00. Tym lepiej, bo ja kończę trochę wcześniej. To jak, widzimy się wpół do dziesiątej w Kociołku?

- Dobra, jesteśmy umówieni.

- Super – odwróciła się w kierunku Petera – słyszałam, że jesteś honorowym człowiekiem, dlatego powierzam mego brata twojej opiece. Dostarcz go bezpiecznie na miejsce.

Sanitariusz uśmiechnął się, widząc zmieszanie na twarzy Trenta, mężczyzna wzniósł wzrok ku niebu i pokręcił głową.

- Postaram się, ale nie obiecuję.

- To dobrze i pamiętaj, że jakby co, to dopadnę cię wszędzie.

- Masz takie możliwości? – Zapytał patrząc na nią z ukosa.

- Czyżby Trent ci nie powiedział? Ja też noszę w pracy uniform, w pewnym sensie oczywiście – zakończyła z uśmiechem.


Obecnie - 16 maja 2008 roku

Peter napiął mięśnie i szarpnął się. Leżenie dobijało go, nie tylko ze względu na fakt, że było mu niewygodnie. Odmówił jakiejkolwiek współpracy, co skończyło się zastąpieniem kajdanek pasami bezpieczeństwa, gdy poranił sobie nadgarstki, próbując się uwolnić. Ruda, siedząca obok niego na krześle, patrzyła na niego spokojnie.

- Muszę powiedzieć, że jesteś wytrwały, ale to tylko sprawia, że twoja wartość rośnie. Bardziej niż możesz przypuszczać. Wierzę, że znamy się na tyle dobrze, byś dokładnie znał moje stanowisko. Jesteś uparty, ale przeciągasz to, co nieuniknione. Prędzej czy później wyjdzie na moje, mógłbyś więc oszczędzić sobie problemu.

Nie odpowiedział, szarpnął się jeszcze raz, spoglądając cały czas w sufit. Kobieta wypuściła głośno powietrze i wyciągnęła z teczki plik kartek.

- Jak uważasz. Muszę jednak zrobić swoje - podniosła się, pokazując Peterowi dokument. - Chcę, żebyś to podpisał. Zrób to, a dostaniesz środki przeciwbólowe. Minęła doba, także domyślam się, że rana straszliwie boli – nachyliła się nad nim, poprawiając mu włosy. – Muszę mieć pewność, że nie będziesz próbować się od niej wymigać, twierdząc, że nie wiedziałeś, co podpisujesz.

- Co to jest? – Mężczyzna wreszcie spojrzał jej w twarz i odezwał się po raz pierwszy od kilku godzin.

- To... powiedzmy, że umowa cywilno-prawna – ruda uśmiechnęła się, wkładając długopis do ręki sanitariusza. – Podpisz, a będziemy mogli przejść wreszcie do rzeczy.


W następnym odcinku: Niecne plany i krew…