Obecnie – 16 maja 2008 roku

Bolało go wszystko, co tylko mogło. Oczy przyzwyczaiły się do ostrego światła, ale nadal było ono bardzo nieprzyjemne. Nadgarstki miał poranione i grubo obwiązane bandażem. Mimo tego, że pierwsze próby wyswobodzenia się nie wypaliły, nadal usilnie szarpał się, wbijając metal kajdanek w dłonie. W ten sposób chciał jednocześnie oszukać swój mózg, próbując przekonać go, że boli coś innego niż rana na brzuchu oraz zmusić przetrzymujących go ludzi do rozkucia go i opatrzenia. O ile osiągnął sukces, manipulując układem nerwowym, to ruda nie zamierzała mu niczego ułatwiać. Peter został pozbawiony przytomności, nim ktoś fachowo zajął się jego ranami na rękach.

Gdy się obudził miał wiele różnych myśli. Był uparty i nie chciał współpracować, dokładnie przestudiował dokument, który mu dali. Nie chciał go podpisywać, ta umowa nie tylko dużo go kosztowała, ale była całkowicie sprzeczna z jego światopoglądem. Wiele rzeczy mógł poświęcić, ale nie to kim był i jakie wyznawał zasady. Przerabiał to już i kobieta doskonale o tym wiedziała, wyglądało na to, że teraz postawiła sobie za cel złamanie jego woli. Oznaczało to, że następne dni będą dla niego bardzo trudne.

Ugryzł się w dolną wargę, walcząc z bezsilnością i kierując uwagę ośrodka nerwowego na usta. Dawało mu to ulgę, choć krótkotrwałą. Zagłębił się we własnych myślach, by skierować swoją uwagę na coś innego niż rozlewająca się fala bólu. Pomyślał o kobiecie, która z nim rozmawiała, o jej płomiennych rudych włosach. W ostatnich tygodniach jego droga skrzyżowała się ze sporą liczbą rudowłosych pań, co ciekawe z większością udało mu się pokłócić, a wszystkie bez wyjątku groziły mu, używając mocnych słów. Petrelli zaczął się pół żartem pół serio zastanawiać, czy antypatia u rudych to jakaś moc, którą przypadkiem przejął.


12 tygodni wcześniej – 22 lutego 2008 roku

Peter zrzucił z siebie poplamiony podkoszulek i wyciągnął z szafki zapasową koszulę. Patrzył na ścienny zegar, uśmiechnął się pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem, po raz pierwszy od bardzo dawna skończył o czasie. Oznaczało to, że będzie musiał poczekać. Nie spieszył się, usiadł na kanapie z kubkiem taniej lury, którą zakupił w automacie. Inni sanitariusze zajmowali się swoimi sprawami, wchodząc i wychodząc z pomieszczenia. Wyglądało na to, że wszystko wraca do normy i to niezmiernie cieszyło Petrelliego. Przestał się czuć jak cenny eksponat, który wszyscy oglądają, zachowując dystans dla bezpieczeństwa. Uśmiechnął się do siebie.

Mniej więcej dwadzieścia minut później wszedł Trent, który zaczynał swoją zmianę, a zaraz za nim pojawił się kierownik. Rozejrzał się po pomieszczeniu i odetchnął z ulgą z tylko sobie znanego powodu.

- Reynolds, dzwonił James, pojawi się dopiero w połowie zmiany, co oznacza, że przez parę godzin będziesz pracować z kimś innym. Jacyś chętni?

Rzucił głośniej w powietrze, ale jego wzrok skupił się gdzieś w okolicy kanapy. Nastąpiła niczym nie zmącona cisza, która bardzo kuła w oczy. Peter spojrzał na zegarek i podniósł się.

- Ja dziś nie mogę, umówiłem się.

To jedno zdanie skupiło na nim uwagę wszystkich obecnych. Sanitariusz nie był tylko pewny, czy zgromadzonych dziwi jego odmowa, czy fakt, że w ich opinii miał randkę. Petrelli uśmiechnął się krzywo i wyszedł na korytarz, gdzie wpadł na Claire.

Panna Bennet dość nerwowym krokiem szła szpitalnym korytarzem. Przez kilka minut kręciła się w okolicy pokoju sanitariuszy. Mimo wszystko bała się tam wejść i stawić czoła prawdziwym ludziom, a przecież miała zapytać tylko o wuja i na niego zaczekać, gdyby się spóźniał.

Słowa ojca wracały do niej z pełną siłą, miał rację, ale ona nie chciała tego przyznać. Przez kilka ostatnich dni odbyli wiele długich i bolesnych dyskusji, koniec końców przestała odbierać telefon. Za sprawą Petera spotkali się jednak na kolacji i porozmawiali od serca. Bennet zarzucał córce, że się izoluje, zamyka w klatce i unika ludzi. Tak było, ale duma nie pozwalała jej się z nim zgodzić. Ostatecznie obiecała, że będzie wychodzić i zacznie już następnego dnia, idąc z Peterem na obiad, gdy skończy pracę.

Claire nie przemyślała tego do końca, ale nie chciała się wycofać, by nie dawać ojcu pretekstów do kolejnych wykładów. To właśnie dlatego wolała wyjść z Petrellim, nie musiała mu udowadniać, że nie jest dziwakiem. O dziwo Noah nie robił żadnych problemów z tego tytułu i życzył im dobrej zabawy. Oznaczało to jednak, że musiała wyjść z wujem następnego dnia.

Nie chodziło o to, że nie chciała. Kochała Petera na swój sposób i on też ją kochał, dbali o siebie, choć ostatnio nie potrafili się porozumieć. Mężczyzna jednak nie robił żadnych problemów i dość ochoczo zgodził się, cieszył się, że bratanica wraca powoli do normalnego życia. Jemu też potrzebne było coś innego niż praca, zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń. Marzył o jakiejś odskoczni, a to był dobry początek.

Wychodzili właśnie z budynku, gdy kierownik zaczepił sanitariusza. Claire taktownie odeszła na kilkanaście metrów, wychodząc przed szpital i siadając na jednej z ławek stojących przed budynkiem. Zrobiła to po części dlatego, żeby zapewnić mężczyznom trochę prywatności, ale głównie dlatego, że czuła się niewidzialna w zapadającym zmierzchu i to dawało jej poczucie komfortu. Rozmawiający zostali w środku, przesunęli się jednak do ściany obok drzwi wejściowych, aby móc spokojnie rozmawiać. Po zachowaniu starszego sanitariusza nastolatka odniosła wrażenie, że poruszany temat jest drażliwy. Tym bardziej nie chciała przy tym być. Szef westchnął, niemal wpychając Petrelliego na ścianę i nerwowo spojrzał mu w oczy. Denerwował się.

- Jest problem, przed chwilą do mnie dzwonili. Rada szpitala jest nieco zaniepokojona, kazali mi natychmiast z tobą pogadać…

Impet uderzenia nieznacznie pchnął Petera na ścianę, po której zsunął się na ziemię zostawiając smugę krwi na jasnym tynku, gdy nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Mężczyzna spojrzał w dół na pokrwawione dłonie, ogarnął go szok. Przez kilka sekund nie wiedział, co się dzieje, a po chwili jego mózg zalały absurdalne, jak na tę chwilę, myśli: „Chyba nie pójdę na ten obiad", „Szef się wkurzy, jak jutro nie przyjdę do pracy", „Dobrze, że to nie Bennet, bo już byłbym martwy", „Gdzie jest Claire?".

Ludzie spanikowali. Nikt nie słyszał wystrzału, ale obrazek był wystarczająco wymowny. Wszyscy próbowali się schować i uciec. Dziura w drzwiach wyjściowych sugerowała, że strzelano z zewnątrz, a wielkość otworu wskazywała na snajpera w okolicy. Rozpryski krwi znajdowały się w promieniu metra od postrzelonego. Odwiedzający i personel rzucili się na podłogę, pragnąc przede wszystkim ratować siebie. Kierownik miał swoje lata, ale nie siedział w tym fachu tyle lat przez przypadek. Bez wahania przykucnął przy rannym, próbując tamować płynącą krew. Wykrzyczał kilka komend i wokół nich zaroiło się od ludzi. Claire dopiero po trzydziestu sekundach zorientowała się, że coś jest nie tak.

Peter nie mógł się ruszyć, jego ciało odmawiało współpracy, uczucie bólu było słabe, jakby przytłumione. Długą chwilę zajęło mu zorientowanie się w sytuacji. Jego płyny ustrojowe były ciemne, niemal czarne, kula musiała przebić wątrobę i trafić w kręgosłup, doprowadzając do częściowego paraliżu. Jego wzrok uchwycił Claire, stojącą po drugiej stronie szklanych drzwi, przeciskała się w jego stronę, ale została zatrzymana przez ochronę. Jego umysł całkowicie zignorował to, co działo się wokół niego. Ledwie rejestrował tych, którzy go ratowali. Było mu zimno i mokro, ale nic nie mógł na to poradzić. Przymknął oczy, czuł się słabo, był zmęczony i pragnął tylko zasnąć.

Claire nie miała szansy dopchać się do Petera, którym zaraz się zajęto. Przerażała ją ilość krwi, obawiała się, że może tego nie przeżyć. Siłą wepchnęła się na ostry dyżur, teraz nic nie miało dla niej znaczenia. Mężczyzna próbujący ją zatrzymać został dość brutalnie potraktowany, nastolatka cieszyła się, że udało jej się odbyć kilka treningów z ojcem. Personel medyczny starający się uratować Petrelliego zauważył ją dopiero wtedy, gdy popchnęła pielęgniarkę, która miała właśnie podać pacjentowi środki znieczulające.

- Peter, Peter.

Potrząsnęła jego ramieniem, zmuszając go do spojrzenia na nią. Jego twarz rozpogodziła się, mimo bladości upodobniającej go bardziej do trupa niż żywej istotny. Lekarz i pielęgniarka zbliżyli się do cheerleaderki, aby wyprowadzić z pomieszczenia, nie było czasu czekać na ochronę. Pacjent szybko się wykrwawiał. Dziewczyna zaparła się, chwytając się mocno łóżka, na którym leżał sanitariusz. Claire nie obchodziło już nic więcej poza życiem wuja.

- Peter, weź moją zdolność. Umierasz, to twoja jedyna szansa. Weź ją.

Petrelli jęknął, bardzo powoli uniósł zakrwawioną rękę i chwycił bratanicę za ramię, niszcząc kremowy sweter, który miała na sobie. Zamknął oczy koncentrując się na przepływie mocy. Wziął głęboki oddech, gdy rdzeń kręgowy i kręgosłup się naprawiły z cichym chrupnięciem. Westchnął, gdy jego świadomość połączyła wszystkie fakty, wyczuwał kłopoty. Powoli usiadł, patrząc na swoją zasklepiającą się ranę, z której wypadł pocisk. Wziął go w dwa palce, oglądając przez chwilę, to był duży kaliber, miał szczęście, że przeżył.

- Dzięki za wszystko.

Wyrzucił przed siebie, ale trudno było stwierdzić do kogo konkretnie mówił. Personel medyczny zgromadzony w pokoju patrzył na niego z niepokojem. Takie rzeczy się nie zdarzały. Szepty w pomieszczeniu świadczyły, że nastolatka została rozpoznana. Sanitariusz westchnął, patrząc przelotnie na Claire, jego nazwisko też kilkukrotnie padło wśród zgromadzonych. Odwrócił się w kierunku lekarzy i zeskoczył ze stołu.

- Spokojnie, nie ma powodu do niepokoju. To nadal jestem ja. Możemy zapomnieć o tym, co się tu stało?


Obecnie – 16 maja 2008 roku

Angela otworzyła i spojrzała w twarz Claire, która dobijała się do jej drzwi. Jej pojawienie się nie zaszokowało kobiety tak bardzo, jak człowiek z którym przyszła. Zmierzyła wzrokiem wysokiego mężczyznę, mocno zaciskając ręce na drewnie.

- Co tutaj robisz?

Pytanie nie było skierowane do niej, ale mimo wszystko Claire odpowiedziała.

- Przyszliśmy tu w sprawie Petera.

Angela chciała coś powiedzieć, ale nie miała na to szansy, Sylar oparł się o drzwi i nawet bez pomocy telekinezy popchnął je na tyle mocno, by się otworzyły. Panna Bennet nie czekała i od razu weszła do środka, przepychając się obok starszej kobiety. Gabriel podążył jej śladem, cały czas obserwując panią Petrelli.

Angela miała wiele różnych myśli, które bała się wypowiedzieć na głos. Ostatnie czego się spodziewała, to współpraca tej dwójki. Nie podobało jej się to mimo tego, że wiedziała, co zmusiło ich do tego. Ostatni raz widziała Claire parę tygodni temu, przed jej wyjazdem do Virginii, Sylara natomiast spotkała, gdy wpadła do syna z wizytą bez zapowiedzi, nie był to zbyt przyjemny wieczór.

Żadne z trójki ludzi stojących w salonie domu rodzinnego Petrellich nie było zadowolone, ale każde z zupełnie innego powodu. Napięcie stawało się coraz bardziej namacalne. Gabriel oparł się o ścianę przy wyjściu i wpatrywał się intensywnie w postać gospodyni, która usiadła w fotelu skupiając wzrok na nastolatce. Claire natomiast założyła ręce na piersi i dość napastliwym tonem zapytała.

- Gdzie jest Peter?

Angela przekrzywiła głowę, a jej twarz stężała.

- Nie wiem, o czym mówisz.

Dziewczyna rzuciła nagłe spojrzenie zegarmistrzowi, który tylko pokręcił głową. Starsza kobieta to zauważyła i szybko zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, bo zaraz się poprawiła.

- Wiem, co się stało. Policja ze mną rozmawiała, ale nie mam pojęcia, gdzie jest mój syn.

Sylar pokiwał głową dając znać Claire, że została powiedziana prawda. Nie oznaczało to jeszcze, że broń została złożona. Angela próbowała się podnieść, ale Gabriel telekinetycznie przytrzymał ją na miejscu. Kobieta zaczęła się denerwować, nie dostała jednak szansy, aby wypowiedzieć swoje obawy na głos.

- Wiemy, co mu zrobiłaś. Wyciągnęłam z ojca szczegóły waszych planów, wszystkich, nawet tych związanych z Koniczyną – Bennetówna podniosła gniewnie głos. – Nie mogłam uwierzyć, że byłabyś do tego zdolna, ale rozmawiałam z innymi…

- Zaufałaś więc jemu? – Angela przeniosła spojrzenie na Sylara, który odkleił się do ściany i usiadł na kanapie. Odpowiedział za nastolatkę.

- Peter zadzwonił do mnie parę tygodni temu, prosił o pomoc. Nie miał się do kogo zwrócić. Dzięki twoim intrygom był w konflikcie z Claire, ty go sprzedałaś, a Noah ci w tym pomagał – jego głos był spokojny, choć wyraz jego twarz przyprawiał o dreszcze. – Uciekł im, nie zgodził się na wszystko. Zrobił to, co przewidywała umowa, którą zawarli z tobą, ale nie zamierzał pozwolić im więcej. Spłacił twój dług z nawiązką i sam zaczął za to płacić. Jak myślisz, dlaczego spotkałaś mnie w jego mieszkaniu podczas jego nieobecności? Nie potrafił poradzić sobie z tym sam, poprosił więc, bym z nim przez jakiś czas został. Widziałem, aż za dużo. Wiesz jak to jest przyglądać się komuś, kto przegrywa walkę z samym sobą?

Angela miała nieodgadnioną minę, nie odezwała się, nie skomentowała, patrzyła tylko na swoich gości, a jej wzrok mógł ciskać gromy. Claire usiadła obok Sylara pokazując swoją solidarność z byłym mordercą.

- Rozmawiałam z jego partnerem – nastolatka odezwała się cicho – ludzie, którzy to zrobili znali Petera, wiedzieli co potrafi. Nim pozbawili Hesama przytomności był świadkiem konfrontacji. Grozili, że zabiją Irańczyka, jeśli Peter nie weźmie mocy jednego z nich.

- Gdzie oni są? – Gabriel podniósł się, a następnie nachylił nad Angelą, opierając dłonie na podłokietnikach fotela. – Powiedz mi, gdzie znajdę tę całą Koniczynę?

- Nie masz pojęcia, w co się pakujecie.

- To ty nie masz pojęcia, co zrobię, jeśli nie będziesz współpracować. Jesteś mu to winna, nie tylko jako matka, ale dlatego, że stał się ofiarą twoich planów. Ile jeszcze własnej krwi musi przelać, żebyś w końcu to zrozumiała? Mało ci? Jesteś aż tak krwiożercza, że pragniesz wszystkiego co ma?

Za jej fotelem stanęła Claire. Angela znalazła się w potrzasku. Dwójka uzdolnionych napierała na nią z dwóch stron. Kobieta zaczęła się czuć niepewnie, nie chciała jednak pokazać, jak bardzo ją to niepokoi. Była w końcu Petrelli, a oni nigdy nie pokazywali własnych słabości. Wzięła głęboki wdech i wyprostowała się. Miała plan, zawsze miała i nie potrzebowała tej zgrai, aby pomóc własnemu synowi. Gabriel syknął, jego spokój rozpadł się jak domek z kart w trakcie huraganu.

- Twoje plany doprowadziły go na ostry dyżur, twoje plany zmusiły go do ujawnienia się, twoje plany sprzedały go, twoje plany go zniszczyły. Nie planuj niczego więcej, bo zrobisz mu jeszcze większą krzywdę. Jeśli będę musiał, zrobię wszystko... wszystko, aby wyciągnąć go z bagna, w które go wrzuciłaś, a wierz mi, nie chcesz tego. Zapomnij o tym, co zaplanowałaś i mów, gdzie ich znajdę.

Claire podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu, z trudem odsunęła go od Angeli, ale ona też miała jej coś do powiedzenia.

- Zobacz, czego udało ci się dokonać. Złamałaś Petera, a mnie i jego – wskazała na Sylara – uczyniłaś sojusznikami. Dokonałaś niemożliwego, nie sprawdzaj jednak granic swojego szczęścia, bo dziś wszyscy możemy zrobić coś, czego nie chcemy, nie planuję jednak mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.


W następnym odcinku: Ciekawość do kwadratu…