12 tygodni wcześniej – 22 lutego 2008 roku
Noah Bennet wpatrywał się w telefon, bębniąc nerwowo palcami w blat stołu. Cierpliwość nigdy nie była jego mocną stroną, zwłaszcza gdy chodziło o Claire. Ściągnął okulary i zaczął masować grzbiet nosa. Całą wolę skupił na zachowaniu spokoju. Ostatecznie sięgnął po komórkę i wykręcił numer. Czekał dwa sygnały nim osoba po drugiej stronie odebrała.
- Jeszcze nic nie wiem.
Angela powiedziała tylko tyle, nim rozłączyła się bez pożegnania. Bennet nawet się nie zdziwił, choć był zawiedziony. Musiał czekać, choć wale mu się to nie podobało. Znał jednak Andy'ego na tyle, by mu zaufać. Był kompetentnym człowiekiem, pracowali razem niejeden raz przy kilku poważniejszych operacjach Firmy. Człowiek w rogowych okularach wspominał fiasko w Orlando i wszystko, co tam zrobił agent. Takiego bajzlu to nawet Haitańczyk nie dałby rady uprzątnąć, było za dużo świadków i przedstawicieli mediów. Bennet do dziś nie miał pojęcia, jakim cudem udało się wszystko zatuszować. Gdyby nie wiedział lepiej, przysiągłby, że stoi za tym jakaś moc.
Jego rozważania zostały przerwane po niecałych dziesięciu minutach, gdy do pomieszczenia wszedł oczekiwany gość. Nie zdążył nawet się rozebrać, kiedy Noah od razu przeszedł do rzeczy.
- Udało się?
Andrew Miles uśmiechnął się pod nosem. Był zmęczony, ale dobrze wykonana robota zawsze dostarczała mu mnóstwo satysfakcji. Choć zabolało go, że Bennet miał jakiekolwiek wątpliwości. Odepchnął od siebie napływający żal, znali się dostatecznie długo, by wiedzieć, że dla Noah Claire była słabym punktem, co niejeden raz przyniosło mu masę kłopotów, takich jak teraz.
- Jak długo się znamy? Oczywiście, że się udało, jestem przecież niesamowity. Wisisz mi jednak, ty i twoja starsza panienka. Możecie być pewni, że zwrócicie mi zaciągnięty dług, za dużo mnie to wszystko kosztowało.
Trzy dni później – 25 lutego 2008 roku
Tajemniczy człowiek znał się na rzeczy, a przynajmniej tak to wyglądało. We wszystkich serwisach informacyjnych, w najróżniejszych mediach, pojawiła się tylko informacja o strzałach w szpitalu, ale bez szczegółów z zaznaczeniem, że nikt nie ucierpiał i policja prowadzi dochodzenie.
Mercy Heights to była jednak inna sprawa. Niemal wszyscy sanitariusze opowiedzieli się po stronie Petera i gładko wszystko zaakceptowali. Pracując w tym fachu, nauczyli się akceptować i wykorzystywać każdą przewagę, jaka tylko się pojawia. Wychodzili z założenia, że zdolność Petrelliego była jeszcze jednym narzędziem, które nosił w torbie. Pozostali pracownicy szpitala patrzyli na niego nieufnie, głównie z powodu agenta Milesa, który w niezbyt delikatny sposób zobowiązał wszystkich do milczenia. Jedni to rozumieli, a drudzy czuli się zastraszeni. Sprawa Petera stała się tajemnicą Poliszynela i nikt nie chciał do tego wracać, co było zasługą Andrew.
Sanitariusz nie miał pojęcia, co o tym myśleć. Wyszukiwanie informacji na temat GLS dało mu ni mniej ni więcej, jak tylko rozwinięcie skrótu. Grupa Ludzi Specjalnych oznaczała wszystkich, którzy posiadali niezwykłe możliwości. Na forach internetowych i blogach ludzie wypowiadali się na ten temat w najróżniejszy sposób. Społeczeństwo nie miało jednoznacznego stanowiska, zwolennicy i przeciwnicy osób ze zdolnościami żarli się ze sobą niczym republikanie z demokratami.
Świat opanowało szaleństwo. Od czasu skoku Claire oraz jej wywiadu, jak grzyby po deszczu wyrastały nowe ugrupowania, stowarzyszenia i zbiorowiska. Ludzie upatrywali się w tym wszystkim udziału kosmitów; spisków rządowych, a co bardziej radykalni fanatycy - kopyt i pazurów szatana. GLS przedstawiano jako ofiary, eksperymenty genetyczne, okultystów i żołnierzy nowej generacji do wynajęcia. Jeszcze za wcześnie było mówić, jaki ostateczny obrót przyjmie sytuacja, ale nie wyglądało to najlepiej.
Peter ostatnie dwa dni spędził w domu. Kierownik mu to nakazał, miało to uspokoić nieco nastroje w szpitalu. Tego dnia dostał nocną zmianę, także siedział po południu przy swoim laptopie, czytając kolejne bezsensowne wypociny anonimowego specjalisty o pseudonimie Kometa. Dowodził on, że GLS są jednostkami nowej generacji i doprowadzą do rewolucji oraz przewartościowania obecnych systemów moralnych i prawnych. Tekst był fascynujący na swój sposób, ale zawierał za dużo elementów filozofii Nietzschego, co wywierało mieszane uczucia i spora ilość komentujących już porównywała ludzi ze zdolnościami do faszystów.
Sanitariusz martwił się, że jego koledzy z pracy prowadzą intensywnie poszukiwania informacji na temat tego kim, a raczej czym był. Internet zawierał mnóstwo absurdów, a prawda, jaka by ona nie była, miała za słabą siłę przebicia, by zostać zauważoną. Prace Chandry Suresha zostały tylko wspomniane, z odkryciami Mohindera nie było lepiej. Nikt nie skupiał się na niczym innym, tylko nad snuciem najróżniejszych teorii na temat tego, jak GLS wpłyną na rzeczywistość. Aktualna dyskusja nie przedstawiała sprawy w różowym świetle. Świat skupił się na głupich domysłach i coraz bardziej zanurzał się w odmętach szaleństwa.
Peter westchnął, zamknął komputer i przeszedł do szafki z kubkami. Potrzebował kolejnej kawy. Nie zdążył nawet jej zalać, gdy ktoś z determinacją zapukał do drzwi. Pukanie po chwili powtórzyło się, znacznie głośniej. Sanitariusz przeszedł szybko przez salon i uchylił drzwi, aby sprawdzić, co się dzieje. Na korytarzu stało dwóch umundurowanych policjantów.
- Peter Petrelli?
- Tak – odpowiedź była cicha, a ton zdradzał niepewność.
- Jest pan sanitariuszem w szpitalu Mercy Heights?
Obdarzony mocami, przełknął ślinę. Skakał spojrzeniem od jednego do drugiego policjanta, próbując zorientować się w sytuacji. Wydawało mu się, że agent załatwił wszystko. Peter nigdy nie obawiał się brać odpowiedzialności za swoje czyny i nie raz to udowodnił. Westchnął więc cicho i otworzył szerzej drzwi, nie był kryminalistą, także nie miał powodu, aby bać się konfrontacji z policją.
- Tak, pracuję w tym szpitalu. Czy coś się stało?
- Musi pan pójść z nami.
Paul Theo miał do czynienia z wieloma wariatami, ale to wykraczało ponad przeciętną skalę. Jako negocjator niejednokrotnie słyszał najdziwniejsze żądania, nigdy jednak nie spotkał się z niczym podobnym. Wziął głęboki oddech, zmusił swój głos do przyjacielskiego brzmienia, choć sytuacja przerażała go coraz bardziej. Szaleńcy byli nieobliczalni i wszystko mogło skończyć się tragicznie. Gdyby go tu nie było, nigdy nie uwierzyłby, że coś takiego miało miejsce. Miał nadzieję, że za kilka lat będzie mógł wrócić do tych wydarzeń w najróżniejszych anegdotach, śmiejąc się do rozpuku.
Kiedy dotarł tu dwie godziny wcześniej, przeraził go widok ambulansu tak blisko wydarzeń, zazwyczaj oznaczało to kłopoty. Dopiero gdy zgłosił się do oficera dowodzącego akcją, dowiedział się, że dwójka sanitariuszy, która odpowiedziała na wezwanie jest przetrzymywana w roli zakładników. Nikt nie potrafił powiedzieć, ile osób znajduje się w niewoli. Nie rozmawiano nawet z porywaczem, a z jednym z przetrzymywanych, którym okazał się ksiądz z pobliskiej parafii. Porywacz odmówił jakichkolwiek kontaktów z policją. Wysunięte żądania były tak bardzo absurdalne, że negocjator przypuszczał, że ma do czynienia z szaleńcem. Czas otrzymany na wykonanie polecenia mijał nieubłaganie, a Paul Theo znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Musiał działać szybko, policjanci dostali tylko trzy godziny, zanim któryś z zakładników straci życie. Paul podniósł krótkofalówkę.
- Adams, znajdź mi wszystko co masz na temat szpitala Mercy Heights.
Mężczyzna westchnął ciężko. Sytuacja zaczęła wyglądać niezbyt dobrze. Theo zaczął się poważnie zastanawiać nad tym, kim jest Peter Petrelli i dlaczego wywołał całe to zamieszanie.
Negocjator oraz dowodzący akcją patrzyli na doprowadzonego mężczyznę. Zdenerwowanie oraz napięcie ciążyły na tyłach ciężarówki, w której znajdowało się centrum dowodzenia. Policjanci przyglądali się sanitariuszowi przez dłuższą chwilę. Kończył im się czas, a oni nie mieli najmniejszego pojęcia, co się działo. Zebrane informacje w żaden sposób nie rzucały nowego światła na to szaleństwo. Młody człowiek żył samotnie i pracował więcej niż powinien. Otaczała go aura tajemniczości, ale jego akta, choć nieco dziwne, nie dawały żadnej podstawy, aby podejrzewać, że miał coś wspólnego z tym porwaniem. Paul nie lubił hazardu, ale mógł się założyć, że ma przed sobą „Tego". Teczka osobowa Petera zawierała wiele interesujących rzeczy, które mogły być na to dowodem.
„Ten" był swego rodzaju legendą łamane przez przekleństwo na Manhattanie. Niemal wszystkie służby mundurowe o nim słyszały, ale tylko nieliczni, go spotkali. Dlatego uważany był za miejską legendę i wymysł ludzi, którzy nie potrafi zapanować nad chaosem najróżniejszych akcji służb mundurowych. Przez „Tego" robił się bałagan w papierach. Każdy dowodzący akcją ratunkową, żywił - przeważnie złudną - nadzieję, aby „Ten" nie pracował tego dnia. Jego obecność generowała sporą liczbę złamanych procedur i naruszeń bezpieczeństwa. Jednak za każdym razem czyjeś zdrowie na tym zyskiwało. Zazwyczaj odpowiednie służby przyjeżdżały po fakcie i miały tylko bajzel do sprzątnięcia. Ostatnim razem było o nim głośno, gdy wybuchł gaz w Budynku Matthewsa, a to dlatego, że się tam nie pojawił. Strażacy sami ściągnęli w niebezpieczne miejsce jakiegoś Bogu ducha winnego sanitariusza, który o mało nie zginął pod lawiną betonu. Była to nauczka dla wszystkich, aby nie wypatrywać „Tego" i nie zakładać, że każdy może wykonać jego robotę.
Peter Petrelli, w ocenie Theo, wyglądał na mniej niż miał w rzeczywistości. Trudno było uwierzyć, że stoi przed nim niespełna trzydziestoletni mężczyzna. Jego postawa i spojrzenie sugerowały, że sanitariusz jest cały czas skupiony, jakby w każdej chwili spodziewał się ataku. Policjantom wydało się to bardzo podejrzane.
- Dziękujemy, że zechciał się pan pofatygować.
- Nie miałem innego wyjścia, nieprawdaż? – Ton wypowiedzi był spokojny. – Trudno odmówić, gdy zjawia się po ciebie policja, a szef przez telefon mówi, że mam nie przejmować się swoją zmianą, tylko rozwiązać problem. Co ja tu robię?
- Mówi panu coś nazwisko Jeffrey Moore?
Peter poszperał w pamięci, ale nic nie wyskoczyło. To nazwisko absolutnie nic mu nie mówiło. Zwalczył w sobie chęć sięgnięcia po telefon i zadzwonienia do matki oraz Benneta. Nawet jeśli ten ktoś miał coś wspólnego z Firmą, nie byłby na tyle głupi, aby używać prawdziwego nazwiska.
- Przykro mi, ale nie. Kto to jest?
Dowodzący akcją westchnął. To prowadziło donikąd. Przyszła chwila, aby odsłonić karty. Policjant miał nadzieję, że Petrelli zrobi to samo, bo czuł, że mężczyzna ukrywa coś istotnego.
- Dzisiaj o godzinie 13.08 dyspozytor odebrał zgłoszenie i wysłał karetkę do dwudziestoośmiolatka z podejrzeniem zawału serca. Kwadrans później ze szpitalem skontaktował się jeden z przybyłych na miejsce sanitariuszy z prośbą o dodatkową pomoc i to najlepiej z pańskiej strony. Z oczywistych względów do tego nie doszło, skontaktowano się więc z nami. Poinformowano nas, że pracownicy pogotowia ratunkowego zostali zakładnikami, a porywacz ma listę żądań, które mają być spełnione. Pracuję w tym zawodzie kilkanaście lat, ale ten przypadek jest dość niezwykły. Porywacz domaga się pańskiej obecności, mieszkanie które zajmuje należy do Jeffrey'a Moore'a, który nie pojawił się dziś w pracy. Próbujemy ustalić, jaki ma pan związek z tą sytuacją.
- Przykro mi, ale nie wiem, czego ten ktoś może chcieć – Peter westchnął. – Jestem sanitariuszem, dużo pracuję, nie mam czasu na życie towarzyskie. Jest możliwe, że kiedyś go spotkałem, w moim zawodzie stykam się z najróżniejszymi ludźmi.
Negocjator i dowodzący akcją skrzyżowali spojrzenia. W końcu Paul wziął głęboki oddech i patrząc Petrelliemu prosto w oczy, zapytał:
- Czy jest możliwe, że to co się dzieje ma jakiś związek ze strzelaniną z pańskim udziałem sprzed kilku dni?
Peter wyprostował się, zakładając ręce na piersi. Odnosił dziwne wrażenie, że za chwilę będzie musiał się bronić. Cała ta sprawa bardzo go bolała. Nie potrafił ukryć, że jest to dla niego niewygodny temat. Zmierzył wzrokiem obu policjantów.
- Może ma, może nie. Wszystko posiada jakiś cel. Nie wiem tylko, czy chcecie mnie o coś oskarżyć, czy prosić o pomoc. Wasze insynuacje mi się nie podobają. Jeżeli macie jakiś problem, to mówcie – urwał, ogniskując spojrzenie na negocjatorze, zacisnął dłonie w pięści i mruknął do siebie. – Szekspir napisał: „W tym szaleństwie jest metoda", zaczynam się obawiać, że miał rację.
Biała satyna zaszeleściła, gdy kobieta przeszła z jednego pokoju do drugiego. Uśmiechnęła się do zdjęć wiszących na ścianie. Wszystko układało się tak jak powinno, pomimo niespodziewanych utrudnień. Towarzysząca jej grupa obserwowała ją z niepokojem.
- Czemu macie takie marsowe miny? Cieszcie się obiadem, który wam zrobiłam. Nie macie pojęcia, jak bardzo raduję się, że postanowiliście dzielić ze mną moje szczęście. Jeszcze tylko dziesięć minut i spełni się moje marzenie.
Szelest sukienki wywoływał u obecnych większy strach niż powinien. Każdy odgłos sprawiał, że trzech mężczyzn i kobieta sztywnieli z obawy, że z fałd ubrania zaraz zostanie wyciągnięty pistolet.
- Dla waszego dobra módlcie się, żeby spełniono moje żądanie, nic nie jest ważniejsze od tego. Nawet ty.
Klepnęła w ramię wysokiego mężczyznę w sutannie, uśmiechając się do niego. Wszyscy usłyszeli dzwonek, a następnie dźwięk odbezpieczanej broni. Zgodnie z wcześniejszymi poleceniami sanitariuszka podniosła się z miejsca i wolno ruszyła w stronę aparatu, odbierając telefon. Słuchała przez chwilę, po czym wyciągnęła słuchawkę w kierunku porywaczki. Kobieta w bieli przesunęła się szybko, odpychając zakładniczkę na tyle mocno, że ta się przewróciła.
- Peter! Cieszę się, że cię znaleźli.
Uśmiechnęła się, ogniskując swoje spojrzenie na starszym zakładniku. Na drugim końcu linii zapadło milczenie, aż wreszcie Petrelli zdążył z siebie wyrzucić.
- Dana.
- Wiedziałam, że przyjdziesz. Nie musisz się niczym martwić – wykonała ręką gest, wskazując na znajdujących się w pomieszczeniu ludzi, mimo że jej rozmówca nie miał szans tego zobaczyć – wszystko jest gotowe, czekałam tylko na ciebie. Są świadkowie, mamy jedzenie, załatwiłam dla ciebie garnitur, teraz możemy wziąć ślub.
Obecnie – 17 maja 2008 roku
Ruda ciężko usiadła za wielkim biurkiem. Mechanicznie otworzyła dolną szufladę, wyciągając z niej butelkę whisky i szklankę. Przyjrzała się etykiecie rozważając, czy sytuacja warta jest drinka o tak wczesnej godzinie na pusty żołądek. Kolejne spojrzenie na poranną gazetę ostatecznie przypieczętowało decyzję i alkohol wypełnił literatkę do połowy. Kobieta chwyciła szkło, obserwując przez chwilę brązowy płyn. Szklanka zatrzymała się jednak w pół drogi do ust. Ruda z trzaskiem postawiła naczynie na gazecie tuż obok wydrukowanego zdjęcia Petera Petrelliego.
Sięgnęła szybko po telefon, wykręcając krótki numer wewnętrzny. Osoba po drugiej stronie odebrała niemal od razu.
- Mówi Kevin.
Młody mężczyzna miał bardzo znużony głos, zupełnie jakby miał coś lepszego do roboty. Kobieta przewróciła oczami, nie chciała teraz się tym zajmować, za dużo się działo. Plan zaczynał się sypać, a cholerny artykuł jeszcze bardziej wszystko komplikował.
- Dzisiejsza gazeta, strona trzecia. Potrzebuję kogoś, kto załatwi sprawę szybko i sprawnie.
Cisza po drugiej stronie mogła oznaczać wszystko, Kevin odezwał się jednak po niespełna minucie, a jego głos przestał być znużony. Rozmowa z szefową zadziałała jak kubeł z zimną wodą.
- Skontaktować się z Smithem?
- Nie, on jest mało skuteczny. Daj mi tego, kto zajmował się ostatnim wypadkiem. Tego marudnego, co wszystko wie lepiej.
- Z Milesm?
- Tak, właśnie. Andrew Miles, chcę go widzieć u siebie jak najszybciej.
W następnym odcinku: Będziemy się targować...
