Obecnie – 17 maja 2008 roku

Matt Parkman należał do ludzi, którzy mieli w życiu ciężko. Gdy mężczyzna spoglądał na swoje dokonania i przeżycia, dochodził do wniosku, że ktoś na górze bardzo go nie lubi. Miał pecha i to dużego. Nadal nie był w stanie zrozumieć, jakim cudem wszystko tak się potoczyło, w końcu umiał czytać w myślach. Był cholernym telepatą, a dostawał po tyłku za każdym razem. Stracił ojca, Molly, Daphne, powoli tracił żonę oraz syna. Miał się na baczności nieustannie od trzech miesięcy, czyli od ostatniej rozmowy z Peterem Petrellim. Pamiętał ją doskonale. Pokłócili się wtedy. W pierwszym odruchu chciał rzucić słuchawką, nadal miał mu za złe, że wyciągnął Sylara z koszmaru. Przezwyciężył jednak tę chęć. Z jakiegokolwiek powodu dzwonił, musiał nie mieć wyboru.

Wtedy dowiedział się o Arlene Haiet i jej śledztwie. Fakt, że ktoś węszył wokół Petrellich, nie był szczególnie zaskakujący. Niemniej implikacje zainteresowania Nathanem oraz tamtą konferencją prasową były przerażające. Parkman otwarcie pracował z FBI, a początki ich współpracy obfitowały w masę dziwnych przypadków, zwłaszcza że dotyczyły morderstw Sylara. Należało tylko czekać, kiedy wszystko się rozpadnie. Matt nie należał do optymistów, życie dokopało mu już wystarczająco. Wiedział, że ma możliwość odesłania z kwitkiem każdego, ale nie miał wpływu na materialne dowody. Jeśli gdzieś istniały zdjęcia, filmy albo zeznania, to znajdował się w trudnej sytuacji. Sam jeden nie był w stanie zająć się wszystkim. Żył w ciągłym strachu. Nie mógł pracować. Jego noga się zrosła, ale ciągle odmawiał powrotu do policji. Nie chciał mierzyć się z podejrzeniami i ciekawskimi spojrzeniami. Ostatnie trzy miesiące spędził na targowaniu się z losem. Żył z dnia na dzień, stopniowo odsuwając się od żony. Nie działo się dobrze w jego małżeństwie. Janice nie wywiozła jeszcze syna do rodziców tylko dlatego, że obawiała się o jego bezpieczeństwo.

Matt prenumerował jeden z nowojorskich dzienników. Dziwiło to listonosza, gdyż nieczęsto widuje się gazety z drugiego końca kraju, ale nie zadawał pytań. Kiedy Parkman przeczytał artykuł o zuchwałym porwaniu Petera, wiedział że rozpęta się piekło. Czekał tylko na telefon, wpatrywał się w słuchawkę, zastanawiając się kto zadzwoni. Obstawiał Angelę albo Claire. Nigdy jednak nie przypuszczał, że skontaktuje się z nim Sylar i w dodatku osobiście.

Gabriel nie chciał tu być. Między nim a Mattem wydarzyło się zbyt wiele, aby można było tak po prostu o tym zapomnieć. Burzliwa dyskusja z córką Nathana przekonała go jednak, że nie ma innego wyjścia. Telepatia mogła okazać niezbędna w poszukiwaniach. Claire wychodziła z założenia, że chodzenie po ludziach i pytanie mija się z celem. Informacje należy wyciągnąć siłą i to tak, aby nikt się nie zorientował. Zegarmistrz zachodził w głowę, co stało się z niewinną cheerleaderką. Nie był pewien, czy to wpływ jego osoby, czy porwania Petera. Wolał wierzyć, że to drugie.

Parkman wykazał się dużą rezerwą, gdy otworzył drzwi. Sylar był silniejszy, pojedynek z nim nie wchodził w grę.

- Czego chcesz?

- Jesteś nam potrzebny w Nowym Jorku.

To mówiąc złapał mężczyznę za ramię i wzbił się z nim w powietrze.


11 tygodni wcześniej – 25 lutego 2008 roku

Paul Theo nie wiedział, co powiedzieć. Kontakt zamiast dostarczyć im niezbędnych informacji wprowadził jeszcze większe zamieszanie. Okazało się, że za wszystkim stał ktoś inny niż początkowo zakładano. Pomimo swojego szaleństwa, ta kobieta potrafiła całkiem sprawnie wszystko zorganizować.

Po wzmiance o ślubie zapadła cisza i to długa. Petrelli nic nie mówił. Powiedziano mu, żeby starał się zadowolić porywacza na tyle, aby udało się przeprowadzić skuteczną akcję. Negocjator znał się na psychologii na tyle dobrze, aby wiedzieć, że w tym przypadku sanitariuszowi będzie trudno współpracować.

- Dano – usłyszał chrapliwy głos w swoim odbiorniku – rozmawialiśmy o tym trzy tygodnie temu. Prosiłem, żebyś się ze mną nie kontaktowała – nastąpiła krótka pauza, która wzmocniła tylko napięcie. – Tobie się wydaje, że mnie kochasz, bo uratowałem ci życie pół roku temu.

Paul zajrzał do teczki z aktami Petrelliego. Kazał zebrać o nim wszystko, co się dało, gdy pojawiło żądanie jego obecności. Informacje ze szpitala były dość szczegółowe i bez trudu odnalazł w nich nazwisko Dany Bryant. Od razu posłał swoich, aby ją sprawdzili, musiał wiedzieć, czego się spodziewać. Tymczasem rudowłosa odpowiedziała.

- Peter. Wiem dlaczego pojawiłeś się wtedy pod moimi drzwiami i to nie sam. Musiałeś to odegrać, aby mnie chronić. Rozumiem, rozumiałam to nim doszło do strzelaniny. Nie chcesz, żebym stała się ofiarą, ale ja nie mogę bez ciebie żyć. Po tym co się jednak stało, nie chcę czekać w nieskończoność, nie obchodzi mnie żadne niebezpieczeństwo, chcę być z tobą. Nie bój się o mnie i ożeń się ze mną.

Negocjator był pod wrażeniem tej wypowiedzi, ale jednocześnie zdał sobie sprawę z niestabilności mentalnej porywaczki. Nie mogli dalej czekać, musieli wejść szturmem, bo niczego nie można było przewidzieć. Theo sięgnął po kartkę papieru, bardzo szybko naskrobał na niej "Graj na czas, niech kogoś wypuści", a następnie pokazał ją Petrelliemu. Sanitariusz zamknął oczy i wziął głęboki oddech.

- Dano, dobrze wiesz, że policja nie pozwoli mi tam pójść. Wzięłaś zakładników, będę się bali o moje bezpieczeństwo. Gdybyś wykazała się dobrą wolą, inaczej by na to spojrzeli - przełknął głośno ślinę - może gdybyś kogoś wypuściła, udałoby…

Przerwał mu odgłos wystrzału, a następnie przeraźliwy krzyk mężczyzny.

- Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że słucha mnie policja. Nie pozwolę im mieszkać w naszym szczęściu. Właśnie strzeliłam do jednego z sanitariuszy w okolicę lewego biodra. Nie pozwolę go dotknąć nikomu poza tobą, Peter. Jeśli gliniarze nie chcą mieć na sumieniu jego życia, to niech lepiej cię przepuszczą. Nie znam się na medycynie, ale przypuszczam, że rana może pozbawić go życia. Zadzwoń jak podejmą decyzję.

Z tymi słowami rzuciła słuchawką i przerwała połączenie. Peter zogniskował spojrzenie na negocjatorze.

- I co teraz?

Policjanci spojrzeli na siebie. Odwrócili się od gościa i zaczęli ze sobą rozmawiać przyciszonym głosem. Sanitariusz wypuścił powietrze przez usta, był sfrustrowany bardziej niż mu się wydawało. Przesunął się bliżej wyjścia i skoncentrował swoje spojrzenie na obserwującym go policjancie. Mężczyzna dość nachalnie świdrował go wzrokiem. Petrelli nie spuścił oczu, normalnie nie wchodził w tego typu pokazy siły, ale dziś nie mógł się oprzeć. Potrzebował pokazać, że jest silny, potrzebował udowodnić sobie, że da sobie radę ze wszystkim.

Nie był pewien ile czasu minęło. Tak skoncentrował się na wzrokowym pojedynku, że zorientował się, iż negocjator coś do niego mówi, dopiero gdy stanął tuż przed nim zasłaniając tym samym policjanta. Peter potrząsnął głową i skoncentrował się na Paulu.

- Jaki werdykt?

Nie krył gniewu w swoim głosie, choć starał się go opanować. Wezwali go tutaj, obrazili, wykluczyli z dyskusji i oczekiwali, że zrobi wszystko bez szemrania. Negocjator musiał odczytać to z jego mowy ciała i tonu wypowiedzi, bo jego oblicze stało się nagle nieco bardziej łagodne. Lata pracy w tym zawodzie wymusiły na nim zwracanie uwagi na tego typu znaki. Westchnął, otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, gdy nagle Peter wyrzucił z siebie już spokojniejszym głosem.

- Oszczędź sobie gadki, wiem jak to działa. Pójdę tam, bo są tam moi koledzy i jeden z nich został ranny. Pozwólcie mi tylko zabrać trochę rzeczy z karetki, bym mógł zrobić cokolwiek i miejmy to z głowy.

Mężczyzna zdążył tylko kiwnąć głową, a sanitariusz już był na zewnątrz. Zmierzając pewnym krokiem w stronę ambulansu. Po kilku kolejnych, subiektywnie bardzo długich, minutach Peter stanął przed drzwiami mieszkania. Z kompromisu, który udało im się wypracować nikt nie był w pełni zadowolony, a zwłaszcza Petrelli. Mężczyzna westchnął głośno, po wczorajszych wydarzenia wolał nie zwracać uwagi na innych uzdolnionych, dlatego wciąż posiadał regenerację. W tej sytuacji wolałby dysponować czymkolwiek innym, ale musiał pracować z tym, co miał. Kilkanaście sekund, które minęło od zapukania do drzwi, ciągnęły się w nieskończoność. Otworzyła mu przestraszona sanitariuszka, którą znał bardzo dobrze. Bez słowa podążył za nią w głąb pomieszczenia, jedynie przymykając za sobą drzwi.

Jane wprowadziła go do salonu. Ledwie przekroczył jego próg, a rzuciła się na niego kobieta w bieli. Zamarł przez chwilę, a następnie objął delikatnie Danę, nie chciał robić żadnych problemów, bo czuł wbijający mu się w plecy pistolet, który ruda trzymała w dłoni. Chrząknął.

- Powinienem się chyba nim zająć, nie nie uważasz?

Kobieta rozluźniła uścisk, nie podobało jej się to, ale zawarła umowę. Głupio wyglądałby ten ślub, gdyby w jego trakcie wpadli do mieszkania policjanci. Jeśli chciała doprowadzić sprawę do końca, musiała pójść na jakieś ustępstwa. Peter posłał spojrzenie Jane, która dość niepewnie podeszła do swojego rannego partnera. Cały czas obserwowała wariatkę, gdy przyklęknęła przy rannym Marku. Dopiero wtedy odważyła się spojrzeć na Petera.

Gdyby do tej pory nie była po jego stronie, to z całą pewnością teraz by przy nim stanęła. Widziała mieszkanie, widziała całą serię zdjęć w sypialni, słyszała ich rozmowę. Bawiła ją tamta sytuacja z palmą, ale teraz nie wydawało się jej to śmieszne. Do tej pory nie traktowała poważnie stalkingu, miała w swoim życiu niechcianych adoratorów, ale te wydarzenia stanowiły zdecydowaną przesadę. Skoncentrowała swoje spojrzenie na Petrellim. Obserwowała nerwowe ruchy jego szczęki. Nie mogła się zdecydować czy to wynik opatrywania rannego kolegi, czy zbliżającego się i z całą pewnością niechcianego ślubu. Nachyliła się bardziej nad Markiem i wyszeptała do Petera.

- Wiesz, że ci unieważnią ten ślub, jakby co? - Nie mogła spojrzeć mu w oczy, nie w takiej sytuacji, gdy obawiała się przede wszystkim o swoje bezpieczeństwo. - Wybacz stary, ale ona nas pozabija. Zrób to, nic cię to przecież nie będzie kosztować.

Nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Cieszyło ją to i zarazem przerażało. Nigdy nie przypuszczała, że tak skończy, gardziłaby sobą w tym momencie, gdyby tak przeraźliwie się nie bała. Wiedziała, że nie miała prawa go do niczego przekonywać, ale w tym wypadku problem z usprawiedliwieniem samej siebie nie istniał dla niej.

Peter skupił się całkowicie na swoim zadaniu, ratował Marka na tyle, na ile był w stanie. Zdawał sobie jednak sprawę, że bez pomocy chirurga się nie obejdzie. Słyszał to, co mówiła do niego Jane. Nie komentował tego jednak, myślał o tym dużo, od momentu, gdy tylko dowiedział się o planach Dany. Rozważał to nawet, jednak bardzo szybko odrzucił tę opcję, bo kłóciło się to z jego światopoglądem. To komu, kiedy i w jakich okolicznościach powie "tak" stanowiło jeden z jego prywatnych wyborów i nikt nie miał prawa mu niczego narzucać. Była to jednak z licznych rzeczy, którą mógł całkowicie kontrolować i nie zamierzał z tego rezygnować. Potrafił poświęcić wiele rzeczy dla innych, jednak nie to, nawet on miał swoje granice. Wiedział, że musi to mądrze rozegrać. Westchnął i wyprostował się.

- On musi trafić do szpitala, inaczej się wykrwawi.

- Wyjdziemy stąd wszyscy razem, gdy będzie po wszystkim.

Tego było już dla niego za wiele. Nie potrafił dalej brnąć w tę szopkę. Twarz Petera była zdeterminowana, gdy szybkim krokiem ruszył w stronę Dany. Jego zamiary najwyraźniej odmalowały się na jego obliczu, gdyż kobieta nagle się cofnęła i w niego wycelowała. Nie zraziło go to jednak, stanął tuż przed nią, chwycił ją za nadgarstek i bardzo mocno ścisnął. Szarpnęła się, przystawiając instynktownie broń do jego piersi. Sanitariusz nie wahał się, złapał mocniej broń i nacisnął spust. Zdążył wystrzelić dwa razy, nim grupa antyterrorystów wpadła do mieszkania.


Obecnie - 17 maja 2008 roku

Claire weszła do irlandzkiego pubu i skierowała się w kierunku baru. Trochę trwało nim udało jej się zlokalizować Tamarę, ale musiała z nią porozmawiać. Rudowłosa siedziała na barowym stołku i piła burbona. Dziewczyna westchnęła, Sylar powiedział jej, że panna Reynolds nie jest taka jak wcześniej, ale nie chciała mu uwierzyć. Wolno zbliżyła się do niej i chrząknęła, kiedy stanęła obok.

- Witaj Tamaro.

Cheerleaderka została obrzucona spojrzeniem, a zaraz potem zignorowana. Claire usiadła obok i chwyciła kobietę za nadgarstek ręki trzymającej szklankę.

- Normalnie zagroziłabym ci złamaniem tej ręki, ale coś mi mówi, że nie zrobiłoby to na tobie wrażenia - Tamara nie podniosła wzroku znad baru. - Ograniczę się zatem do stwierdzenia, żebyś zabierała swoje łapska, bo inaczej cały lokal dowie się kim jesteś.

Wzięła szklankę drugą ręką i wypiła jej zawartość do dna. Claire uwolniła dłoń Tamary i poprawiła się na swoim krześle.

- Trudno cię znaleźć, na szczęście nie aż tak trudno. Potrzebna mi twoja pomoc.

Kobieta zamarła na sekundę. Bardzo wolno obróciła się w stronę nastolatki. Jej mina nie wróżyła niczego dobrego. Zacisnęła dłonie w pięści. Dziewczyna odnosiła wrażenie, że jej rozmówczyni walczy ze sobą, aby nie wywołać bójki.

- Źle trafiłaś. Nie mam najmniejszej ochoty ci... jemu pomagać. Nie po tym, co się stało - westchnęła. - Jesteś głupia, jeśli oczekiwałaś czegoś innego. Sądziłam, że ten wysoki socjopata dokładnie ci wyjaśnił moje stanowisko - wzrok kobiety stawał się coraz bardziej morderczy. - Powiem ci dokładnie to samo co jemu. Wynoś się z mojego życia i daj mi w spokoju czekać na nekrolog kolejnego Petrelliego w gazecie.

- Zapamiętałam cię inaczej! Wiem, że cierpisz, ale to nie jest powód…

- Wiesz, że cierpię? - Tamara uniosła głos i chwyciła za pistolet, który nosiła na biodrze, nie wyszarpnęła go jednak z kabury. - Co ty możesz wiedzieć o moim cierpieniu? Straciłam go, zmasakrowali jego ciało tak bardzo, że musiałam identyfikować go przez DNA. Zginął przez Petera, równie dobrze sam mógł go zabić. Nie zapomnę mu tego, gdyby był tą osobą, którą opisywał mi Trent, nigdy by do tego nie doszło.

Claire uniosła ręce do góry w geście poddania, oblizała suche wargi, nie było sensu dyskutować. Nie liczyła na wiele po tym spotkaniu, ale miała nadzieję, że potoczy się ono nieco inaczej. Żałoba przesłoniła Tamarze logiczne myślenie. Nastolatka musiała jej pomóc zobaczyć, że to wszystko nie jest takie jak myśli.

- Bardzo mi przykro z powodu twojego brata. Jego śmierć uderzyła nas wszystkich, a zwłaszcza mojego wuja.

- I dobrze - odpowiedziała gniewnie - mam szczerą nadzieję, że będzie długo cierpieć. Porwanie Trenta to jego wina, wepchnął go pod ten autobus i nie zrobił niczego, żeby mu pomóc - wyciągnęła z kieszeni kilka zmiętych banknotów i rzuciła je na bar. - Cokolwiek się z nim teraz dzieje, mam szczerą nadzieję, że przechodzi piekło, w którym zdechnie.

Z tymi słowami skierowała się w kierunku wyjścia, nawet nie oglądając się za siebie.


W następnym odcinku: Poznamy konsekwencje działań bohaterów.