- Przy których konkurencjach wymagane jest dotknięcie brzegu basenu obiema dłońmi?
- Klasyczny i motylkowy
- Dobrze. Jaki jest obecny rekord świata na dwieście stylem dowolnym mężczyzn?
- Minuta czterdzieści sześć
- A na czterysta?
- Trzy czterdzieści jeden osiemdziesiąt trzy.
- Jaka jest długość basenu olimpijskiego?
- Sto…
- No nie kpij sobie ze mnie, Nanase. Jeszcze cię nie zdążyli dobrze znieczulić a już bredzisz.
- Pięćdziesiąt metrów
- Uznajemy. Następne pytanie...
Próbował przełknąć ślinę, Po podanych lekach czuł suchość w ustach. Kręciło mu się w głowie. Odpowiadał na pytania od kilku godzin. O wzrost, o wagę, o wcześniejsze choroby, o uczulenia. Lekarze i pielęgniarki przychodzili i wychodzili. Tłumaczyli mu coś, w języku, którego nie rozumiał. Opowiadali straszne historie o premedykacji, znieczuleniu i konieczności podłączania mu rurek i cewników. Przygotowywali go, myli, odkażali, przebierali. Wieźli gdzieś korytarzem. To było tak upiornie... bliskie ciała. Fizyczne. Przerażające. A później przyszedł doktor Matsuoka ubrany w biały fartuch. Uśmiechał się. Też zadawał mu pytania. Proste, zrozumiałe pytania na które odpowiedzi Haru doskonale znał, ale teraz jakoś nie mógł ich sobie przypomnieć. Ostre, zimne światło lamp raziło go w oczy. Ktoś przypinał jego ręce do stołu. Ktoś coś podłączał. Ktoś smarował jego klatkę piersiową płynem o intensywnym, wzbudzającym mdłości zapachu. W uszach słyszał szum, jakby powoli zanurzał się pod wodę. Nie tak, jak przy skoku, kiedy całe ciało zwinnie wślizgiwało się pod powierzchnię i stapiało z żywiołem. Teraz leżał wystraszony i senny, zbyt słaby by się ruszyć. Woda powoli wzbierała wokół niego, groźna, ciemna, gotowa go pochłonąć. Pierwszy raz się tego bał. Pierwszy raz myśl o całkowitym zanurzeniu napawała go takim przerażeniem. Po raz pierwszy miał świadomość, że może nie wypłynąć. Poinformowano go o ryzyku. Wiedział, że w jednej chwili coś może pójść nie tak że ta sala, ten sufit i ta lampa to może być ostatnie, co zobaczy w życiu. Rozpaczliwie starał się odsunąć moment zejścia pod wodę, ale nie potrafił dłużej utrzymywać oczu otwartych.
Poczuł dotyk dłoni na policzku.
- Nanase... - głos lekarza dochodził z oddali, z ponad powierzchni wody. - Haru... Po prostu się temu poddaj. Nie bój się. To nic strasznego. To tylko woda, Haru. Woda nie zrobi ci krzywdy.
- Ja... - przełknął ślinę. Chciał mu coś powiedzieć, ale teraz nie pamiętał co. Widział słabe światło przedzierające się pod powierzchnię. Słyszał głos.
- Posłuchaj, Haru. Zejdę pod wodę razem z tobą i będę cię pilnował dopóki się nie wynurzysz. Będę tutaj cały czas. Poddaj się wodzie. Pozwól się jej unosić, ja się wszystkim zajmę. Ufasz mi?
- Tak - odparł, czując, że woda pochłania go całkowicie. Fala zgarnęła go i porwała głęboko, głęboko w czarno-błękitną toń.
- Świetnie - powiedział lekarz. - Dobra, odleciał. Nitori, Sasabe, Hanamura, myjemy rączki i do roboty. Czas pozbawić naszą małą syrenkę serca.

Precyzyjne szorowanie paznokci ostrą szczotką. Odłożyć ją na bok. Teraz czas na dłonie. Pięć serii ruchów tam i z powrotem. Dokładnie, krok po kroku, nie pomijając żadnego etapu. Dłonie, nadgarstki, ręce aż do łokci. Woda z mydłem jest letnia, z cichym szumem spływa do zlewu. Opłukanie, wytarcie jałowym ręcznikiem. Dezynfekcja. Skóra piecze, traktowana środkiem odkażającym. Ochronne rękawiczki. Maseczka nałożona na twarz przez jedną z pielęgniarek. Czepek przytrzymujący wiecznie przeszkadzające włosy. Oczy Nitoriego. Pierwsza tak poważna operacja w jego życiu, musi być przerażony.
Pchnięcie drzwi na operacyjną łokciem tak, żeby nie brudzić już rąk. Haru na stole operacyjnym, podłączony już do wszystkich niezbędnych urządzeń. Wszyscy na pozycjach. Tym razem nie będzie żadnego gwizdka, dającego sygnał do startu. Będą tylko dwa słowa:
- Siostro, skalpel
- A co tu się wyprawia, Matsuoka? - wszyscy aż podskoczyli, słysząc skrzyp rozsuwanych drzwi i głos ordynatora oddziału. Skalpel wypadł z ręki Rina i poleciał aż pod stół. - Co to za samowolka?
- Samowolka? - kardiochirurg zacisnął szczęki. - Przeprowadzam planowaną transplantację serca. Siostro, drugi skalpel - powiedział zimno.
- Odejdź od stołu Matsuoka - powiedział stanowczo ordynator Mikoshiba, podchodząc do zdumionych i zbitych z tropu członków zespołu. – Ja się tym zajmę. Ty idź odpocznij.
-Co proszę? - Rin popatrzył na niego z niezrozumieniem w oczach.- Ale... ale jak to? Dlaczego? Musiała dojść jakaś pomyłka, to ja jestem wpisany na ten zabieg...! To ja mam go przeprowadzić! Domagam się wyjaśnień!
- Ależ proszę bardzo. Zacznijmy od tego, że wziąłeś drugi czterdziestoośmiogodzinny dyżur w przeciągu tygodnia. Ledwie stoisz na nogach. Nie powinieneś dostać upoważnienia na operowanie świnki morskiej, co dopiero mówić o transplantacji.
- Dam sobie radę - sprzeciwił się kardiochirurg. - Przecież mnie pan zna, wie pan że potrafię wziąć się w garść.
- Nawet jeśli - stwierdził ordynator. - Doszły mnie słuchy o tym, że twój zbyt osobisty stosunek do pacjenta może mieć wpływ na przebieg operacji.
Rin zerknął na niego z niedowierzaniem.
- Że przepraszam słucham co znowu? - wycedził przez zaciśnięte zęby. -Przecież to jakaś bzdura.
- Zaprzyjaźniłeś się z tym dzieciakiem. Przejmujesz się nim. W połączeniu z brakiem należytego wypoczynku i obniżoną zdolnością koncentracji to znacznie zwiększa ryzyko popełnienia błędu. Nie możemy sobie na to pozwolić. Nie w tak delikatnej sprawie.
- Prosiłem o drugi skalpel! - warknął na pielęgniarkę kardiochirurg. - Jak długo mam czekać?
Przerażona i zdezorientowana pielęgniarka spoglądała to na niego to na ordynatora. Reszta zespołu również kompletnie nie wiedziała jak się zachować. Nitori bez większego skutku próbował udawać, że jest niewidzialny.
- Przykro mi- powiedział poważnie ordynator. - Nie mogę ci pozwolić przeprowadzić tej operacji, Matsuoka. Nie tym razem.
- Skalpel - domagał się Rin. - Nie mamy czasu do stracenia, nie rozumiecie? - zwrócił się do całego zespołu. Tak jakby ordynatora tu nie było. Jakby wcale nie próbował odsunąć go od stołu. - Musimy się natychmiast brać do pracy. Zespół pobierający...
- Doktorze Matsuoka - głos ordynatora był spokojny, ale nie znoszący sprzeciwu. - Wyjdzie pan sam, czy trzeba będzie pana wyprowadzić?
Pielęgniarki, instrumentariuszka i anestezjolog zamarli. Seijuro Mikoshiba był znany z tego, że zwracał się do pracowników bardzo bezpośrednio. Gdy zaczynał używać formy grzecznościowej, zazwyczaj był już na granicy utraty cierpliwości Dla Rina to był ostatni dzwonek by się poddać.
- To mój pacjent. Moim obowiązkiem wobec niego jest ratować mu życie. Obiecałem mu, że z nim zostanę, że się nim zajmę! Dasz mi ten skalpel, czy nie, głupia gówniaro? - warknął na pielęgniarkę. Dziewczyna pobladła, na czoło wystąpiły jej krople potu.
Mikoshiba z rezygnacją pokręcił głową.
- Tak właśnie sądziłem - powiedział z rezygnacją. - Doktorze Yamazaki - zwrócił się do kogoś wciąż stojącego w progu pokoju przygotowawczego. - Proszę go zabrać i dopilnować, żeby dobrze odpoczął.
Rin strącił z ramienia rękę przyjaciela.
- Zabieraj łapska - warknął. - Zostaw mnie, nigdzie nie idę.
- Doktorze Matsuoka - zwrócił się do niego ordynator. - Proszę się nie awanturować. Jak sam pan raczył zauważyć, czas gra na naszą niekorzyść. Im szybciej pan opuści sale i pozwoli mi przejść do czynności zasadniczych, tym większa szansa na to, że wszystko pójdzie zgodnie z prawdą.
Sousuke mocno, pewnie ujął Rina pod łokieć i zaczął go prowadzić w stronę wyjścia.
- Chodź - pomógł sobie, obejmując go drugim ramieniem. - No chodź. Ordynator ma rację, nie można już dłużej zwlekać z rozpoczęciem...
- Więc pozwólcie mi operować! - prychnął Rin, patrząc na niego z jawną nienawiścią. Nie uderzył go tylko dlatego, że gwałtowne ruchy na sali operacyjnej mogły doprowadzić do uszkodzenia jakiegoś cennego sprzętu. - Jestem przygotowany, ćwiczyłem. Dam sobie radę, pozwólcie mi!
Sousuke trzymał go jednak mocno, pewnie. Zawsze, nawet w szkole był od niego wyższy i silniejszy. Zawsze był w stanie go unieruchomić.
- Skalpel - powiedział doktor Mikoshiba, podchodząc do stołu. Rin ściągnął rękawiczki chirurgiczne i rzucił je na podłogę. Dał upust swojej złości kopiąc w drzwi odgradzające salę operacyjną od przejścia służbowego. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Doktor Matsuoka miał rację. To była tylko woda. Woda nie mogła zrobić mu krzywdy. Woda otaczała go, obmywała jego ciało z bólu i lęku ostatnich dni. Woda była po jego stronie. Wdzierała się do uszu, odgradzając go od wszystkiego przyjemnym szumem. Wdzierała się do oczu i nareszcie widział błękit. Nie tylko błękit. Wszystkie odcienie, od błękitu, przez szmaragdową zieleń aż po absolutną, głęboką czerń, w której światełka głębinowych ryb przypominały konstelacje gwiazd. Woda była kosmosem. Wdzierała się do jego nosa i ust, zalewała w płuca. Teraz sam był wodą. Sam był czarnym wodnym kosmosem z małymi, odległymi punkcikami gwiazd i galaktyk. Poruszył jedną ręką. Drugą. zaczął płynąć. Osiągał zawrotną, zapierającą dech w piersiach prędkość. Nie czuł żadnego oporu. Niby czemu miałby czuć? Był nieskończonością ograniczoną tylko konturami ciała, był wszędzie i nigdzie jednocześnie. Rozkoszował się tym uczuciem. Pławił się w nim. Wcale nie chciał wypływać na powierzchnię chciał tu zostać na zawsze. Przecież teraz był wodą,
Kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Zmarszczenie w oceanicznej toni, falowanie. Źródło energii, gdzieś bardzo blisko niego. Wyciągnął dłoń, żeby zbadać naturę zjawiska i poczuł zaciskające się na niej palce. Obecność drugiego bytu. Drugiej istoty wypełnionej wodą-kosmosem. Pochwycił. Przyciągnął bliżej.
- Makoto - wyszeptał, rozpoznając znajomą postać.
- Jestem, Haru - odparł. Płynął równo z nim, tylko ze na plecach. Razem podróżowali poprzez głębię kosmosu, obserwując dziwne, zdeformowane przez podwodne ciśnienie stwory. Ryby z lampkami, które w tej ciemności udawały gwiazdy. – Znalazłem cię
- Ty umarłeś, prawda? Obaj umarliśmy.
- Na razie tylko ja.
Haru zamrugał. Potrząsnął głową, odgarniając grzywkę. Płynęli dalej. Woda otaczała ich, swobodnie przepływała przez ich ciała. Wypełniała ich oczy, sprawiając że tez były pełne świecących punkcików.
- Matronica Holboella– powiedział w zadumie Haru, wskazując na rybę, która przepłynęła majestatycznie między nimi. – Używa światełka jak wędki żeby zwabić mniejsze rybki, następnie pożera je. Przybywają do niej, zwabione światełkiem w ciemności, znajdują tylko ostre zęby przeszywające je na wylot. A dla nas wygląda jak jedna z gwiazd. Dziwne.
- Widzisz, Haru – Makoto uśmiechnął się lekko. - Nawet w tragediach zdarzają się takie układy które potrafią wzbudzić zachwyt.
- Tęskniłem za tobą.
Makoto od niechcenia machnął ręką, zapatrzył się w wodę nad nimi.
- Ścigamy się? - zaproponował.
- Zgoda.

- Co oni tam robią? Co to ma znaczyć, dlaczego tak... wracam tam! Nie dadzą sobie rady, nie ogarną, sam muszę się tym zająć. Wracam tam, słyszysz?
- Nie wracasz - odparł stanowczo Sosusuke. Siedział na jednym z krzesełek z umiarkowanym zainteresowaniem obserwując miotającego się przyjaciela. - Mam upoważnienie zamknąć cię w gabinecie, jeśli będziesz za bardzo podskakiwał, więc lepiej uważaj.
- Zamknąć mnie? Mnie? W moim gabinecie? - Rin popatrzył na niego wzrokiem godnym seryjnego mordercy. - I co jeszcze? Co to w ogóle za debilny pomysł, żeby mnie wyganiać? Mam w tym więcej doświadczenia niż stary, robiłem przeszczepy w Australii... i co to za chore bajki, że niby jestem zaangażowany i nie mogę go operować?
- Jesteś zaangażowany - przyznał Sousuke, narażając się na kolejne mordercze spojrzenie. - I nie możesz operować. Nie uczyli was przypadkiem w tej Australii żeby się nie spoufalać z pacjentami?
- Wcale się z nim nie spoufalałem, odpieprzcie się wszyscy ode mnie. Porozmawiałem chwilę z dzieciakiem i od razu sobie wszyscy dorabiają nie wiadomo jakie historie. Co to ma być za polityka, żeby odsuwać wykwalifikowanego chirurga od operacji? Stary skompromitował mnie przed całym zespołem.
- Sam się skompromitowałeś – zwrócił mu uwagę przyjaciel. – Trzeba było grzecznie wyjść jak poprosił a nie odstawiać cyrki.
Rin nawet nie zwrócił na niego uwagi.
- Zaskarżę ich – mruczał gniewnie pod nosem. – Rozwalę. Z torbami puszczę. Niby jakim prawem...?
Sousuke westchnął i przesunął dłonią po twarzy.
- Przysięga Hipokratesa, Rin - powiedział cicho.
- Co znowu?
- "Po pierwsze nie szkodzić" - zacytował neurochirurg. - Stwarzałeś zagrożenie dla zdrowia pacjenta, Mikoshiba musiał cię odsunąć.
-A gówno wiesz! – obruszył się Rin. - Niech tylko dorwę tą kanalię która polazła z jęzorem do szefa. Zatłukę gnidę. Wypatroszę. Kto to w ogóle kurwa jest, żeby tak się wtrącać, co?
- Ja -odparł Sousuke, powoli podnosząc się z miejsca. Rin przez chwilę spoglądał na niego z całkowitym oszołomieniem i niezrozumieniem. Tak, jakby Sousuke nagle przyznał się, że jest elfem. Albo wampirem. Albo mieszanką powyższych.
- Ty? - powtórzył Rin. Jego oczy zwęziły się. Zacisnął szczęki.- TY? – podniósł głos. - TY?!
- Tak, ja - Sousuke odruchowo wyciągnął przed siebie rękę. W ostatniej chwili. Jeszcze sekunda a pięść Rina złamałaby mu nos. Szybko złapał kardiochirurga za nadgarstki i unieruchomił.
- Puszczaj - warknął Rin. Próbował go kopnąć, ale Sousuke się uchylił. Pchnął go na ścianę korytarza i przycisnął.
- Tymi rękami go chciałeś kroić?! - krzyknął na niego. Złapał obie dłonie chirurga i zbliżył do jego twarzy, tak by mógł im się dobrze przyjrzeć. Obie drżały tak mocno, że Rin na pewno nie byłby w stanie utrzymać skalpela? - Tymi?!
Rin spoglądał na swoje dłonie jakby wcale nie należały do niego Jakby były czymś obcym. Czymś, nad czym nie miał władzy. Czego nie potrafił zrozumieć.
- Nie było tak źle zanim... - próbował się bronić, przerażony tym widokiem.
- Ale nie było też dobrze! - uświadomił go Sousuke. - Nie oszukasz mnie. Kiedy zabierali chłopaka na blok, łapy ci latały tak że nie mogłeś pozbierać papierów! Powinno być idealnie, jeśli chciałeś do cholery rozkrajać mu klatkę piersiową i wyciągać serce a później przyszywać drugie! Mogłeś go zabić jednym nieostrożnym ruchem, jednym takim drgnięciem! Debilu jeden, kretynie! Wiesz, jak mało brakowało? Wiesz, co by się tutaj działo gdyby Mikoshiba nie przyszedł? Wiesz, jaką mogłeś tam zrobić jatkę tymi roztrzęsionymi łapami?!
- Ja.. - teraz Rin drżał już cały. Jego wściekłość i bunt w ułamku sekundy zmieniły się w strach. Przerażenie świadomością, że zupełnie wbrew swojej woli mógł zrobić komuś krzywdę. Że mógł zrobić krzywdę Nanase - Ja nie zdawałem sobie sprawy... nie wiedziałem...
Sousuke westchnął cicho. Policzył do dziesięciu. Puścił jego nadgarstki i lekko położył mu dłonie na ramionach.
- Wiem, że nie wiedziałeś, - powiedział uspokajająco nachylając się nad jego uchem. - Wiem. Idź, odpocznij. Uspokój się. Później porozmawiamy.