iedy Rin wszedł do Sali pooperacyjnej, Nanase był przytomny. Leżał, wpatrując się obojętnie w sufit i starając się oddychać tak, żeby jak najmniej bolało.
Ocean w jego oczach był spokojny. Przerażająco spokojny. Ani jednej fali, całkowita cisza morska. Lekarz wzdrygnął się mimo woli. Przy takim morzu statki tygodniami stały niegdyś w jednym miejscu nie mogąc odpłynąć, aż wreszcie kończyły się zapasy.
-Całkiem niezłe wyniki, Nanase – zagadnął Rin, przysuwając sobie krzesło i siadając obok. Pobieżnie zerknął na kartę pacjenta. – Aż miło popatrzeć, zaskakujesz mnie. Oby tak dalej, a będzie dobrze.
Pacjent skrzywił się nieznacznie.
- Boli, hm?
Za odpowiedź musiało mu wystarczyć lekkie skinięcie głową.
- Wiem, dzieciaku – westchnął kardiochirurg. – Wiem.
Znów kazał mu ruszać rękoma i nogami. Delikatnie rozmasował zastałe od leżenia nieruchomo stawy. Milczał. Haru też milczał, wpatrując się w przestrzeń nieobecnym, absolutnie spokojnym wzrokiem. Cisza na morzu.
- Pewnie znów śniła ci się wielka woda, co? – zagadnął Rin, poprawiając poduszkę, na której leżał. Musiał robić to ostrożnie, żeby nie uszkodzić żadnego czujnika.
Haru pokręcił przecząco głową.
- Nie – wyszeptał z pełną goryczy tęsknotą. - Już mi się nie śni. Odeszła.
- Wróci – zapewnił go Rin, siląc się na pogodny uśmiech. Dawno już nie przychodziło mu to z takim trudem. – Może nie teraz, może nie od razu, ale wróci.
- Nie taka – sprzeciwił się pacjent. – Tamta była kosmosem.
- To jakaś nowa forma samoumartwiania się? – zagadnął Sousuke podczas przerwy na kawę. Rin siedział w gabinecie i rozpaczliwie próbował nadrobić zaległości w dokumentacji medycznej, których narobił sobie doglądając Haru w czasie przeznaczonym na papierologię. – Postanowiłeś wziąć na siebie obowiązki pielęgniarek, rehabilitanta i w ogóle wszystkich?
- Jak na razie jego rodzina jeszcze nie dostała wizyt – odparł lekarz, nie odrywając wzroku od formularzy. – Sam tak ma siedzieć?
- A czemu nie? Nie wygląda mi na takiego, któremu własne towarzystwo by jakoś specjalnie przeszkadzało – neurochirurg upił łyk kawy. – Moja teoria jest taka, że siedzisz tam u niego, bo czujesz się winny że prawie spartoliłeś transplantację i oczekujesz rozgrzeszenia .
- Twoje teorie są do dupy – odparł stanowczo Rin. Wciąż jeszcze nie mógł darować przyjacielowi interwencji u ordynatora. Sousuke w duchu cieszył się, że Rin nie wie, jaki udział w tym wszystkim miał Nitori. Biedak nie miałby życia.
- Może i tak. Ale i tak mi to pachnie jakimś psychicznym masochizmem. Bo sorry, ale wątpię, żebyś przychodził tam w celach konwersacyjnych. Podobno pielęgniarki mają z nim piekło, bo nie chce współpracować.
Rin rzucił przyjacielowi zmęczone spojrzenie. Upił łyk kawy. Wrócił do papierów.
- Gówniarz zachowuje się tak, jakby miał mi to wszystko za złe – burknął. – W ogóle nie da się do niego dotrzeć.
Sousuke z rezygnacją pokręcił głową.
- Przyznam szczerze, że do tej pory nie rozumiem, jakim cudem w ogóle zakładałeś, że wszczepienie serca kumpla, który rzucił się pod samochód z jego powodu może poprawić mu nastrój. Ale ok, niech ci będzie. Może w Australii robienie takich prezentów jest w dobrym guście.
W ozach kardiochirurga błysnęły ostrzegawcze iskry.
- Odpieprz się od Australii – poradził. – Nawet nie zamierzam zaczynać z tobą tego tematu. Tam coś się musiało stać – dodał po chwili, z roztargnieniem zakładając długopis za ucho. – Wtedy kiedy mnie wyprosili i Mikoshiba operował.
- No nie da się ukryć – zakpił Sousuke. –Stało się. Wyjęli mu serce i wszczepili mu inne. Trzecia albo czwarta taka impreza od bez mała czterdziestu lat.
- Nie o tym mówię – obruszył się kardiochirurg. – Mówię o znieczuleniu.
- A co, jakieś zabawne skutki uboczne?
- Trudno powiedzieć – Rin zmarszczył brwi. - Mam wrażenie że miał podczas tej narkozy jakąś wyjątkowo dziwną jazdę i zobaczył coś, do czego bardzo chce wrócić. Dlatego wszystkich olewa i nie chce współpracować. Może gdybym tam był, mógłbym jakoś… może by się aż tak w to nie wkręcił. Obiecałem mu, że tam będę. Że będę go pilnować.
- Rin – Sousuke ze stukiem odstawił kubek na biurko. Wyprostował się na fotelu, przyjmując nieco bardziej oficjalną, odpowiednią dla lekarza pozę. – Musimy poważnie porozmawiać o twoim poczuciu rzeczywistości. Bez urazy dla twojego ego, ale nie sądzę, żeby osobie w głębokiej narkozie robiło różnicę to, czy jesteś w pomieszczeniu, czy nie. To raz. Nawet przeprowadzając tą operację kontrolowanie tego gdzie dryfuje umysł tego dzieciaka byłoby ostatnią rzeczą jaka przyszłaby ci do głowy, to dwa. Złe samopoczucie i huśtawki nastroju po ciężkiej operacji to normalny proces dochodzenia do zdrowia, to trzy. Nie wariuj,
- Nie wariuję – Rin zgarnął swoje karty ze stołu. – Muszę lecieć, mam innych pacjentów, cześć – dodał sztywno.
- Jak grochem o ścianę – westchnął Sousuke, spoglądając w ślad za nim. – No normalnie grochem o ścianę.
- Wiedziałeś, że niektóre ryby żabnicokształtne wykorzystują swoją ikrę jako przynętę dla innych ryb które następnie zjadają? - zagadnął tydzień później Rin.
Sousuke zamrugał. Niechętnie popatrzył na spożywany właśnie lunch. Jeszcze bardziej niechętnie spojrzał na rudowłosego kardiochirurga, który siedział na kanapie w pokoju socjalnym jakby nigdy nic jedząc przygotowany przez młodszą siostrę posiłek.
-Albo taki chauliodus – ciągnął Rin, z zapałem wymachując pałeczkami w powietrzu. –To jest dopiero podstępne bydle. Ma ogromny pysk z kłami takimi, rozumiesz, że nie może tego pyska zamknąć. Normalnie potwór z głębin. I jeszcze świeci w ciemnościach i ma w tych kłach jad który paraliżuje ofiary. Odjazd.
- Znalazłeś sobie nowe hobby?
- Rodzice Nanase przynieśli mu książki o biologii morskiej – sprecyzował kardiochirurg. – I gówniarz się teraz niby uczy do jakiegoś zaległego egzaminu. Oczywiście między drzemką, spaniem, byciem smutnym pacjentem, byciem zdenerwowanym pacjentem, byciem wkurzającym, odmawiającym współpracy pacjentem i spaniem.
- Ale mówisz, że ma na tyle siły że można go już odwiedzać– podchwycił Sousuke, upijając łyk kawy. – Znaczy się, jest postęp?
Rin wykonał dłonią gest oznaczający „mniej więcej". Wrócił do jedzenia.
Fakt faktem, Nanase po przeniesieniu z oddziału pooperacyjnego do ogólnej – choć wciąż jednoosobowej - sali, stał się minimalnie bardziej znośny. Wciąż nie rozmawiał z pielęgniarkami i rehabilitantami i ignorował ich zalecenia, teraz przynajmniej słuchał Rina. To stanowiło osobny problem. Jako że nikt inny nie był w stanie przekonać pacjenta do rehabilitacji, kardiochirurg spędzał długie nadprogramowe godziny ćwicząc z nim i zmuszając do choćby najmniejszego wysiłku. Pacjent zdawał się darzyć doktora Matsuokę dziwną mieszaniną całkowitej uległości i posłuszeństwa oraz podszytej strachem nieufności. Wykonywał polecania. Pozwalał rozciągać zastane mięśnie, nawet siadał, mimo że sprawiało mu to ból. Starał się wytrzymać bez narzekania tak długo jak lekarz tego wymagał. Opowiadał mu o dziwnych stworzeniach żyjących na dnie oceanu, które stanowiły chyba jakąś zastępczą fiksację dla pływania stylem dowolnym. Ciągle zbierał się na odwagę, by o coś zapytać i ciągle coś go wstrzymywało. Potrząsał głową próbując odgonić jakąś natrętną myśl. Zaciskał usta. Odwracał wzrok, żeby rozmówca nie dostrzegł w jego oczach pytającego wyrazu i nie próbował drążyć tematu.
Strach? Brak zaufania?
Rin coraz częściej zastanawiał się, o co dzieciak chce go spytać i czy kiedykolwiek uda mu się przełamać. Na razie się na to nie zanosiło. Na razie tylko opowiadał o rybach.
- Łazi już? – zainteresował się Sousuke, wyrywając przyjaciela z rozważań natury społeczno-marynistycznej. – W sensie Nanase, nie ta dziwna ryba, o której mówiłeś – dodał, widząc pewne rozkojarzenie na twarzy lekarza. –Gdyby ta ryba kiedykolwiek zaczęła łazić to, uwierz, jestem ostatnią osobą która chciałaby o tym wiedzieć.
- Na razie tylko stanął – odparł Rin. Skrzywił się na wspomnienie tej pierwszej próby. Nanase zawisł wtedy bezsilnie między podtrzymującymi go Rinem i Nitorim, porażony bólem i własną słabością. Jak na razie nie dał się namówić na kolejną próbę. – Ale spokojnie – podwinął rękawy fartucha. – Najlepsze dopiero przed nami – w jego oczach pojawiał się wyzywający błysk. Zamierzał spróbować jeszcze raz. Zamierzał nauczyć go chodzić na nowo.
- Rin, sadysto – Sousuke pokręcił głowa i przeczesał dłonią ciemne włosy.
- Co sadysto? – obruszył się lekarz. – Co sadysto? Sam wiesz, że tak trzeba! Musi w końcu stanąć na nogi, im szybciej tym lepiej.
- Wiem, wiem – zgodził się Sousuke. – Po prostu byłbyś mniej niepokojący gdybyś się tak nie szczerzył mówiąc to – doradził życzliwie. – Dla niego, dla jego rodzinny, w ogóle dla całego oddziału….
- No, idę – powiedział wesoło Rin, ignorując jego uwagę. Wciąż się uśmiechał. – A jakbyś chciał zobaczyć jak rybka zwana Haru pełza po ścianie to zapraszam do nas – skłonił się lekko i odszedł. Fartuch powiewał za nim gdy wychodził z pokoju socjalnego.
- ..a także dla szpitala oraz świata jako takiego, w tym mnie– zakończył Sousuke, zadumie spoglądając na zamknięte drzwi.
Najpierw trzeba było go posadzić. Nanase zgodził się na to, chociaż wydawał się raczej sceptyczny. Nie protestował jednak. Posłusznie usiadł, wbijając wzrok w podłogę.
- Nie kręci ci się w głowie? – upewnił się Rin, obserwując go uważnie. – Nie jest ci słabo?
Pokręcił głową.
- Na pewno?
Potwierdził kolejnym gestem. Bose stopy dotknęły zimnej podłogi. Drgnął lekko.
- No chyba się nie boisz, Nanase? – spytał lekarz, spoglądając na niego wyczekująco. Odpowiedziało mu pełne urażonej dumy milczenie. – Wiem, że wolałbyś pewnie sobie popływać, ale sorry, taki mamy klimat. Trzeba zacząć od rzeczy małych. Zobaczysz – lekko objął go ramieniem tak, by pacjent mógł się na nim oprzeć. – To będzie mały krok dla człowieka, ale wielki krok dla całej rybiej populacji.
Haru wsparł się na nim. Tym razem był jednak trochę silniejszy, starał się nie opierać na nim całym ciężarem ciała. Zrobił kilka kroków.
- No dobra – powiedział Rin, spoglądając na niego z uznaniem. Chłopak zdecydowanie nabierał sił. – Całkiem nieźle. To już mamy zaliczone. Lecimy dalej.
Podprowadził pacjenta do najbliższej ściany.
- Oprzyj się – polecił. Sam odsunął się i stanął kawałek dalej, przy oknie. – A teraz chodź do mnie.
Nanese ocenił dystans wzrokiem znawcy. Jak na razie wciąż jednak stał. Wciąż nie zrobił kroku.
- Chodź do mnie – powtórzył łagodnie lekarz. – Chodź, nic ci się nie stanie.
Haru przełknął ślinę. Zerknął na swoje szpitalne łózko ze swego rodzaju nostalgią. Nawet nie to, że był zmęczony. Po prostu się bał. Rozpaczliwie bał się postawić pierwszy samodzielny krok. Rin zdusił chęć krzyknięcia „podłoga jest lawą" i zobaczenia jego reakcji.
- Chodź – powtórzył zamiast tego.
Nanase jakoś zebrał się w sobie i zrobił krok do przodu. Drobny, niepozorny; właściwie było to bardziej przesunięcie stopy po podłodze. Przeniesienie ciężaru ciała na drugą. Obie ręce desperacko przytrzymujące się ściany. Drugi krok, następny.
Rin obserwował to z zapartym tchem. Nanase szedł do niego, po raz pierwszy od wielu dni bez niczyjej pomocy. Po raz pierwszy z nowym sercem. A przecież gdyby nie to serce, w ogóle mógłby już nie stanąć na nogi. Mogłoby już go nie być.
Gdyby Rin go dla niego nie wywalczył…. Gdyby nie powołano komisji, gdyby rodzice Makoto Tahibany się nie zgodzili, gdyby ktoś się zorientował…
„Gdybyś to ty go wtedy operował…."
Zacisnął zęby.
Nanase pokonał już trzy czwarte dystansu. Szedł coraz mniej pewnie, coraz mocniej trzymał się ściany. Oddychał szybko i nierówno, ciemne włosy kleiły mu się do czoła. Zupełnie tak, jakby właśnie przepłynął czterysta metrów.
Zrobił jeszcze kilka kroków w stronę lekarza. Potknął się. Wpadł prosto w otwarte ramiona.
- Dobrze, Haru – powiedział z drapieżną, podrywającą do walki radością Rin. – Bardzo dobrze. Świetnie. Oby tak dalej, a już niedługo…
Nanase popatrzył na niego chmurnie.
- Przestań kłamać – powiedział cicho.
Rin zamrugał.
- Niby dlaczego miałbym ci kłamać, dzieciaku? – zagadnął. W jego głowie natychmiast pojawiło się co najmniej dziesięć dobrych powodów, z Makoto Tahibaną na czele. Wciąż przytrzymywał pacjenta, obawiając się, że upadnie.
- Przecież wiesz… -wydyszał Haru, pobladły z wysiłku. Lekko oparł się czołem o ramie lekarza. – Wiesz, że ja już nie popłynę… nie mogę.
Rin złapał chłopaka ramiona i przytrzymał tak, żeby móc spojrzeć mu w oczy.
- Bzdury – powiedział z mocą. – Jesteś silny, Haru. Masz potencjał. Możesz pływać… możesz do tego wrócić, jeśli się znowu nie zaniedbasz. Możesz robić wszystko co chcesz! Ktoś oddał serce, żebyś mógł mieć drugie życie, dzieciaku! Żebyś mógł mieć przyszłość – potrząsnął nim lekko. - Nie zmarnuj tego! Nie wolno ci się poddawać, masz walczyć o swoje marzenia, rozumiesz?!
Oczy Haru nachmurzyły się. Twarz pobladła jeszcze bardziej. Zanosiło się na burze. Rin niemal słyszał pomruk nadchodzącego szkwału. Niespokojny, rwany oddech pacjenta.
- Jakie marzenia? – wysyczał Nanase, spoglądając na niego wojowniczo. – Jaka przyszłość? – podniósł głos. Wybuch był tak gwałtowny, że zaskoczył nie tylko Rina, ale chyba nawet jego samego. - To mnie nie dotyczy! To są wszystko twoje marzenia! Od początku były tylko twoje! Marzenia frustrata , który chciał pływać zawodowo ale z jakiegoś powodu stchórzył i teraz udaje że gadzi wszystkimi, którzy mają taką możliwość i skrycie im zazdrości ! – dyszał ciężko, wpatrując się w lekarza pociemniałymi z emocji oczami. –Powiedz – znów zniżył głos do złowieszczego syku. - Współczujesz mi i opiekujesz się mną bo teraz też jestem taki jak ty, co? Bo też już nie popłynę? Bo wydaje ci się, że jesteśmy przez to do siebie podobni?
Rin zacisnął szczęki, powtarzając sobie w duchu, że nie po to zorganizował temu dzieciakowi serce, żeby teraz mu rozwalić mu łeb o parapet. Milczał. Wpatrywał się w niego uważnie. Przeszywająco. Przyszpilająco. Tak intensywnie, że Haru musiał w końcu odwrócić wzrok. Opuścił dłonie tak, żeby nie mieć żadnego fizycznego kontaktu z lekarzem. Oparł się plecami o parapet. Burza w jego oczach nieco przycichła.
Na morzu pomiędzy nimi znów zapanowała martwa cisza.
- Nie chciałbym się czepiać szczegółów, Nanase – Rin wziął głęboki oddech i przeczesał włosy palcami. – Ale z nas dwóch to ty powiedziałeś, że chcesz się ze mną ścigać.
Haru wzruszył ramionami i wymamrotał coś, czego lekarz nie usłyszał.
- Dlaczego? – dopytywał Rin. Również stanął, od niechcenia opierając się o parapet. – Dlaczego chciałeś się ze mną ścigać, skoro uważasz mnie za żałosnego frustrata który nie spełnił swoich marzeń i wyżywa się na innych?
Chłopak wciąż wpatrywał się w pustą, białą przestrzeń pokoju. Uspokajał oddech. Trzeba będzie przerwać rehabilitację i przetransportować go do łóżka. Koniec psot na dzisiaj.
- Ja… -chciałem ci pokazać coś, czego jeszcze nie widziałeś – może Rinowi się wydawało, ale na bladych policzkach pojawił się delikatny rumieniec. Pytająco uniósł brwi. – Myślałem, że jeśli popłyniemy w wyścigu… też uda ci się to zobaczyć i że… że może wrócisz do pływania. Ale teraz sam już nic nie widzę.
Rin mocno zacisnął ręce na okiennym parapecie.
- Haru….
Nanase zerknął na niego ukradkiem.
- Co?
- Wzruszyłeś mnie – obwieścił lekarz. Niepokojąco szeroki uśmiech znów zagościł na jego twarzy. – W nagrodę wolno ci przejść na pieszo z powrotem do łóżka. Tak, tak, wiem. Nie posiadasz się z radości.
Pacjent posłał mu pełne niechęci, udręczone spojrzenie. Zanim jednak zrobił chociaż jeden krok, w drzwiach sali pojawił się bardzo poddenerwowany Nitori.
- Doktorze Matsuoka – wbił w lekarza zalęknione spojrzenie. – Ordynator Mikoshiba pana szuka… podobno nie odbierał pan pagera.
Rin podrapał się po głowie.
- Ano rzeczywiście – mruknął z roztargnieniem. – Może i coś gdzieś tam piszczało.
- Ordynator zaznaczył, ze to ważne – powiedział stażysta, z niepokojem zerkając to na swojego przełożonego to na pacjenta. – Ma pan przyjść natychmiast. Jadą tu ludzie z Japan Organ Transplant Network…
