- Nanase – zawołał śpiewnie Rin, delikatnie uchylając drzwi sali. – Księżycu mojego życia, słońce me i gwiazdy, musimy porozmawiać.
Nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Z ukłuciem niepokoju zajrzał do środka. Szlag go prawie trafił już od progu. Nanase leżał na łóżku w pozycji, w której absolutnie leżeć nie powinien: na lewym boku, skulony w kłębek, ze szpitalną kołdra narzuconą na głowie. Bardziej skomplikować sobie procesu oddychania już się chyba nie dało.
- Co ty do cholery wyprawiasz? – warknął, podchodząc do łóżka. – Kładź się normalnie, zrobisz sobie krzywdę!
Kłębek na łóżku drgnął lekko, nie wykazał jednak żadne chęci by zmienić ryzykowną pozycję.
- Kładź się normalnie, mówię! – zezłościł się Rin. Złapał za krawędź kołdry i jednym ruchem ściągnął ją z głowy chłopaka. Dostrzegł wyraz jego twarzy. Zamarł.
Na samym początku specjalizacji zwykł zastanawiać się, co by się stało gdyby w czasie trwania transplantacji pacjent przypadkiem się obudził. Wiedział, że technicznie nie ma takiej możliwości, w jakiś mroczny sposób jednak nie przestawało go to fascynować.
Teraz nie musiał się już zastanawiać. Widział to na własne oczy.
Haru miał minę człowieka, który obudził się na stole operacyjnym w samym środku trwania zabiegu. Człowieka, który nagle zdał sobie sprawę z tego, że jego żyły i tętnice zostały oderwane od serca i cała krew płynie poza organizmem i wraca schłodzona o dobre kilka stopni. Że w klatce piersiowej zieje ogromna, całkowicie pusta dziura a lekarz stoi przy stole, beztrosko wyrzucając wycięte właśnie serce do kosza na odpady medyczne.
Dowiedział się. Tych dwóch małych kretynów mu powiedziało.
- To… to jego serce, prawda? – spytał cicho. Mięsnie twarzy napięte były tak mocno, że ledwie mógł mówić. Przygotowywał się na chwilę, kiedy pierwszy szok i poczucie odrealnienia miną, kiedy ból uderzy z całą mocą. Próbował ją opóźnić, chociaż wiedział, że to na nic. – Wszczepiłeś mi…. Serce Makoto?
-Och ,proszę, nie udawaj, że się nie domyślałeś –mruknął Rin, zerkając na niego ze źle odegranym zniecierpliwieniem. Oczy Haru pociemniały jeszcze bardziej. – Przecież o to właśnie chciałeś mnie spytać, prawda? Próbowałeś mnie o to zagadnąć ale nie starczało ci odwagi. Tak naprawdę wcale nie chciałeś wiedzieć, domysły ci wystarczały. Mógłbyś całe lata żyć domysłami i nigdy nie próbować poznać prawdy, tylko… tylko że co? – spytał. – Koledzy ci powiedzieli?
Haru przygryzł wargi. Popatrzył na niego hardo.
- Powiedzieli – odparł z goryczą. – Powiedzieli mi… co mu zrobiłeś. Jak go potraktowałeś.
Rin przeczesał dłonią włosy, odgarniając je z twarzy. Coraz lepiej. Cholera.
- Haru – westchnął. – Ja…
Urwał. Przez chwilę siedział ze spuszczoną głową, wyłamując palce. Nanase spoglądał na niego wyczekująco. Chciał przeprosin, słabych wymówek, zapewnień, że to wszystko pomówienie i nieprawda i na pewno da się jakoś wytłumaczyć. Kolejnego wygodnego dla nich obu kłamstwa. Zasługiwał na prawdę. Na wytłumaczenie mu tego. I Rin zamierzał to zrobić, nawet jeśli to oznaczało wyjawienie sekretu, którego nie znali najbliżsi mu Gou i Sousuke.
– Czy.. czy zastanawiałeś się kiedyś dlaczego zostałem chirurgiem? – zagadnął, próbując zrobić wstęp do dalszej rozmowy. Haru posłał mu najbardziej lodowate i obojętne spojrzenie, na jakie mógł się zdobyć.
- Nie – powiedział dobitnie. Znów nakrył się kołdrą.– Mam to gdzieś.
Rin zacisnął zęby. Czuł, jak wzbiera w nim gniew. Nie rozdrażnienie, nie zniecierpliwienie, nie codzienna, szpitalna frustracja. Gniew. Zimna wściekłość.
- Chcesz wiedzieć dlaczego to zrobiłem? – wysyczał złowieszczo. – Tak? Tego chcesz? To mam ci powiedzieć? Chcesz usłyszeć dlaczego nakrzyczałem na twojego kolegę? Tylko to cię interesuje? W porządku – zacisnął dłonie w pięści. - Powiem ci. To była… weryfikacja.
- Weryfikacja? – powtórzył z niezrozumieniem Haru. Chcąc nie chcąc musiał odsunąć kołdrę z twarzy by na niego spojrzeć. - Weryfikacja… czego?
- Tak naprawdę są dwa typy kapitanów drużyny, Haru – odparł szorstko Rin, wstając z miejsca. Nie potrafił dłużej siedzieć bez ruchu. Nosiło go. Gniew krążył w żyłach. – Dwa typy liderów. Są tacy, którzy skonfrontowani z własnymi błędami poddają się, wycofują uginają pod ciężarem odpowiedzialności za innych. Dają się dopaść wyrzutom sumienia. I są tacy, którzy to przetrwają, którzy będą próbowali naprawić ten błąd. Do skutku, i do skutku, bez względu na okoliczności. Bez względu na cenę. Kiedy zobaczyłem Makoto na korytarzu… Już wtedy wydało mi się, że jest zbyt miękki na kapitana drużyny, że się nie nadaje….– mówił coraz głośniej i z coraz większym zaangażowaniem. – Miał zbyt miłą twarz. Dlatego musiałem się przekonać, czy mam rację. No bo…. Pomyślałem sobie, ze jeśli jednak się co do niego pomyliłem, i jest zbudowany z twardszego materiału niż by się zdawało, to przecież tak naprawdę nic mu nie będzie. Ogarnie się, pozbiera do kupy, zrobi coś konstruktywnego, nie wiem… nawet jak nie będzie dalej chciał przewodzić drużynie to przynajmniej wyciągnie wioski, zostanie naprawdę dobrym trenerem, albo pracownikiem społecznym, albo lekarzem, …. – zapatrzył się w okno. – A jeśli okaże się że mam rację i jest zbyt miękki na ta rolę to…. – wzruszył ramionami. - To przynajmniej będzie z niego jakiś inny pożytek. Nie zmarnuje się.
Odwrócił się w stronę łóżka, tylko po to, żeby spostrzec, że pacjent wpatruje się w niego z niedowierzaniem. I z przerażeniem.
- Kim…. – wykrztusił Haru. Jego dolna warga drżała. Oczy były oceaniczną otchłanią strachu – Kim ty jesteś? Kim ty do cholery w ogóle jesteś…?!
Rin w skrytości serca musiał przyznać, że niestety nie ma pojęcia. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
- Jakim prawem….- ciągnął Haru. - Jak w ogóle… jak mogłeś… - urywał zdania. Sam chyba nawet wiedział, o co chce zapytać i czy w ogóle chce znać odpowiedzi. Kręcił głową. Zamykał i otwierał oczy, jakby miał nadzieję, że to coś zmieni. Że od mrugania rzeczywistość będzie inna. – Ja nie rozumiem…. Nie wierzę… nie rozumiem… nie chcę… Idź sobie.
- Haru, spokojnie – Rin popatrzył na niego z przerażeniem w oczach. Oddech chłopaka był płytki, urywany. Niebezpiecznie drżący – Twoje serce… - podszedł, próbując zmusić pacjenta, żeby ułożył się w wygodniejszej pozycji.
- To nie jest moje serce! – odwarknął pacjent, odsuwając się od niego tak bardzo, jak się w jego sytuacji dało. – Nie prosiłem o nie! Nie chciałem go! Nie zgodziłbym się gdybym wiedział, ze on… - jego głos zadrżał niebezpiecznie. - że przez ciebie… że to od początku byłeś ty! –odepchnął od siebie rękę lekarza, który próbował go przytrzymać w jednym miejscu i uspokoić, żeby nie zrobił sobie krzywdy.
A później zrobił coś, czego Rin się nie spodziewał.
Krzyknął. Krzyknął prosto w jego ucho.
Nie było to żadne konkretne słowo, żadna skarga ani przekleństwo, po prostu krzyk. Zaskakująco głośny. Przeszywający.
Rin odsunął się odruchowo, zaskoczony i zdezorientowany. Przeklinając pod nosem przyłożył rękę do ogłuszonego ucha. Przez sekundę nie rozumiał co się właściwie stało.
Do sali wpadł Nitori, za nim w progu tłoczyły się co najmniej trzy zdezorientowane pielęgniarki. Wszyscy spoglądali na Haru, który umilkł i znów zwinął się w kłębek, podkurczając kolana pod klatkę piersiową i niechcący utrudniając sobie oddychanie. Drżał.
- Co..? – Nitori zamrugał, spoglądając to na pacjenta, to na swojego przełożonego. – Co tu się stało? Doktorze Matsuoka? Co mu jest?
Tym razem Rin znał odpowiedź.
Ból.
Zacisnął dłonie w pięści i rozluźnił.
Litościwy, psychiczny szok w którym znajdował się do tej pory Haru minął. Ból w końcu go dopadł.
- Pacjent pobudzony – odparł Rin, roztrącając blokujące mu drogę wyjścia z sali pielęgniarki. Jego ręce trzęsły się w sposób, którego absolutnie nie mógł opanować. – Podać mu coś na uspokojenie. Nie denerwować. Niech odpocznie.
Nie odwracając się i nie patrząc na nikogo, ruszył prosto do wyjścia z oddziału.
Ściany podziemnego przejścia echem odbijały jego kroki. Szedł przed siebie w stronę przyszpitalnej stacyjki metra, dzierżąc w ręku tekturowe pudełko. Nie było duże. Wszystkie jego rzeczy z szafki oraz z gabinetu. Wiedział, że tak na dobrą sprawę nie miał czego już szukać w szpitalu. Nie uda mu się przekonać Mikoshiby że podjął słuszną decyzję. Zresztą, i tak pewnie znajdą coś, o co można go oskarżyć.
Na swój sposób lubił i szanował ordynatora, nie chciał stawiać go w sytuacji w której będzie musiał zwolnić jednego z bardziej cenionych pracowników.
Wolał odejść sam. Czuł, że tak jest bardziej w porządku, chociaż nie potrafił do końca sprecyzować wobec kogo.
Jego postać rzucała wydłużony cień na pokrytą bazgrołami murowaną ścianę. Obojętnie przesuwał wzrokiem po niezbyt udanych pojedynczych rysunkach i napisach w stylu "Kocham S.." " M. daje każdemu", "Kaworu, ty świnio!", "A i R = BFF for ever". Codziennie to samo gówno. Mogliby się postarać i walnąć jakiegoś murala, ale nie. Nie wiedział czemu ten jeden, konkretny napis zwrócił jego uwagę. Może dlatego, że był znacznie większy objętościowo, może dlatego że miał formę wiersza zapisanego drobnymi, pospiesznie bazgranymi znakami.
„Ten dzień, ten dzień dzisiejszy Jest gorzki jak cykuta"
Przyspieszył kroki, przeczytane słowa wciąż jednak grały mu w głowie. Dostosowały się do rytmu jego szybkich kroków. Ten dzień-ten-dzień-dzi-siej-szy... Nie mógł wyrzucić go z głowy. Próbował. Wers wracał, coraz bardziej natarczywie, niezmordowanie. Zirytował się. Mimo ze był już prawie przy schodkach prowadzących na peron, cofnął się, żeby doczytać dalszy ciąg.
- Niech odmęt najstraszniejszy ogarnie mnie nareszcie - przeczytał cicho, zastanawiając się, czemu do cholery jego glos tak drży. - Tylko ten dzień dzisiejszy z przed oczu mych zabierzcie.
- Doktorze Matsuoka! – wołał ktoś, biegnąc w jego stronę oświetlonym korytarzem.
"A oto odmęt najstraszniejszy" pomyślał melancholijnie Rin, odrywając się na chwile od ściany by zerknąć na nadbiegającego Nitoriego. - Doktorze Matsuoka! jeszcze pan nie pojechał, to dobrze... - chłopak zatrzymał się obok niego. Pochylił się opierając dłonie na kolanach żeby złapać oddech. - Powiedziano mi na recepcji ze pan już wyszedł...! Balem się, że już pana nie zdążę złapać…
- Kolejka mi uciekła - odparł obojętnie Rin. Nie miał zamiaru przyznawać się, że uciekła bo zapatrzył się na bardzo smutny wiersz który ktoś postanowił napisać w przejściu na perony, prawdopodobnie z dedykacją dla wszystkich potencjalnych samobójców. - Coś się stało, Nitori? - spytał z ukłuciem niepokoju. - Coś z Nanase?
- Nie, jak na razie wszystko z nim już dobrze, doktorze - zameldował stażysta. - Dostał leki na uspokojenie tak jak pan zalecił. Śpi.
- To wracaj żeby go pilnować zamiast tu sterczeć - powiedział oschle Rin. - Pamiętaj, krótko po przeszczepie serce tak naprawdę nie jest dobrze unerwione. Jeśli coś zacznie się dziać, dzieciak nam nie powie, bo nawet nie poczuje. Musi być pod nadzorem, zwłaszcza teraz.
- Jest pod nadzorem. A ja zaraz tam wracam, po prostu... - w jego glosie zabrzmiała determinacja. - Chciałem z panem porozmawiać
Rin nawet nie spojrzał w jego kierunku, wciąż zajęty napawaniem się bijącą z wiersza rozpaczą.
- Chodzi o... o tą sprawę z Nanase - produkował się stażysta. - Nawet ja zdążyłem zauważyć, że coś jest nie tak, mimo że nie pracuję u pana długo. Podziwiam pana i szanuję, uważam, że jest pan świetny lekarzem! Chciałbym być taki jak pan! Jest pan moim autorytetem i... - powiedział szczerze. - i dlatego po prostu bardzo się o pana boję.
- Niepotrzebnie.
Przez chwilę obaj stali, spoglądając na dramatyczną uliczną poezję. Nad nimi przetoczył się kolejny wagonik kolejki.
- Doktorze Matsuoka - spróbował znów Nitori. - Proszę mnie posłuchać. Rozumiem, że nie chce pan rozmawiać, ze mną, ale pana siostra... Doktor Yamazaki.. - przełknął ślinę. - Niech pan z kimś porozmawia. Ma pan bliskich ludzi, takich którzy o pana dbają. Niech pan spróbuje komuś powiedzieć, co pana dręczy. Proszę to zrobić. Naprawdę - powiedział z autentyczną troską i życzliwością.
Rin wzruszył ramionami.
- Spróbowałem - odparł szorstko. - Nie wyszło.
Stażysta zaczerpnął tchu.
- Tak, wiem - powiedział z zaskakującą na niego szorstkością. - Chciał to pan powiedzieć pacjentowi Nanase ale pana spławił.- Rin niechętnie potwierdził skinięciem głowy. Nagle poczuł się jak ktoś bardzo, bardzo żałosny. Jeszcze bardziej niż do tej pory, co było pewnym osiągnięciem. - Niechcący słyszałem waszą rozmowę.
- Pewnie - burknął opryskliwie lekarz. - Czemu nie . Powinienem przywyknąć, że na tym oddziale jakoś wszyscy przypadkiem wszystko słyszą i wszystko wiedzą
- Dziwi się pan ? - w głosie stażysty zabrzmiała jawna kpina. Rin drgnął. Dobrze znał ten ton. Sam wielokrotnie używał go rozmawiając z wyjątkowo tępymi i nie rozumiejącymi podstawowych rzeczy pacjentami. - Temu że powiedział, że go to nie obchodzi? Przecież pan dobrze wiedział, że tak będzie, że to się wszystko prędzej czy później wyda! Sprowokował pan człowieka do samobójstwa! Przekonał go pan, że to jego wina, zniszczył go pan! Po prostu się pan na nim wyżył ! To było podłe zagranie! Naprawdę podłe! On na to nie zasługiwał, on nawet nic złego nie zrobił! Miał prawo nie znać się, nie wiedzieć…! Miał prawo nie dopilnować! Pan by dopilnował?! W jego wieku?! – popatrzył wyzywająco na Rina, który odwrócił wzrok. – I jakby tego było mało wymusił orzeczenie o jego śmierci i pobranie narządów żeby ratować kogoś, kto wcale pana o to nie prosił i wcale tego nie chciał bo... bo właściwie co? - jego roztrzęsiony glos niósł się echem po wysoko sklepionym przejściu, atakując Rina z różnych stron. –Czy pan sądził ze... ze nie wiem, ze ten chłopak będzie panu wdzięczny? Naprawdę, nie trzeba być doktorem medycyny żeby wiedzieć, że nie! Wystarczy myśleć, do cholery! - Rin pobladł i zacisnął szczeki. To były dokładnie te same słowa, które on skierował do Makoto Tahibany. - Wystarczy wiedzieć, ze ludzie nie chcą takich prezentów. Wystarczy być dobrym człowiekiem, a nie tępym kretynem który dba tylko o swoje ego! Zdaje sobie sprawę z tego, że skrzywdził pan kogoś na kim panu zależy? I komu na pewno przez chwile zależało na panu skoro wciąż panu ufał mimo tych wszystkich kłamstw i poniżania?! To pan się powinien zastanowić, czy jest pan w stanie żyć z taka odpowiedzialnością! To pana trzeba zweryfikować i sprawdzić czy jest pan dość silny, czy może nadaje się pan tylko do tego, żeby zostać dawcą organów!
Umilkł. Spoglądał na lekarza dysząc ciężko.
- Miałem nigdy tego panu nie mówić - odezwał się nieco spokojniej. - Ale - skinięciem głowy wskazał na tekturowe pudełko. - I tak pan odchodzi, więc co za różnica. Pomyślałem, że warto żeby ktoś panu powiedział kilka słów prawdy na odchodne.
Rin patrzył na niego ze zdziwieniem. Z niedowierzaniem. Pochylił się, żeby ostrożnie postawić pudełko na podłogę. Wybuchnął śmiechem. Śmiał się szaleńczo, dziko, nieco histerycznie. Tak bardzo, że Nitori popatrzył na niego zaalarmowany, obawiając się, że jednak przesadził i nieodwracalnie pchnął swojego przełożonego w otchłań szaleństwa.
- Kto by pomyślał, że ty... - wykrztusił Rin, przytrzymując się ściany. Rękawem kurtki otarł łzę z oka. - Ze wszystkich ludzi akurat ty... W życiu bym nie wpadł - znów wybuchnął gorzkim, rozdzierającym śmiechem.
Teraz to Nitori cofnął się o krok.
- Doktorze Matsuoka, ja...
- Jesteś - wydyszał Rin, nareszcie odzyskując kontrolę nad głosem. Cały czas uśmiechał się jednak krzywo. - Jesteś druga osobą, która mi to mówi. Nie do wiary…
W tym samym momencie pager Nitoriego zapiszczał. Podniósł go niespokojnie, cały czas ostrożnie zerkając do RIna. Pobladł.
- Jak masz wezwanie to leć - powiedział od niechcenia Rin. pochylił się, żeby podnieść swoje pudełko. - Ja zaraz będę miał następna kolejkę. To mój ostatni dzień pracy, chcę chociaż raz wrócić do domu bez żadnych przygód i zawracania na odział.
Nitori zastąpił mu drogę.
- Nie, nie, nie o to chodzi. Musimy wracać do szpitala - powiedział poważnie. - Pan i ja. Natychmiast. Chodzi o Harukę Nanase.
Notes:
Wiersz, który napotkał na swojej drodze Rin to "Dzień Dzisiejszy" Jana Brzechwy. Dla zainteresowanych tutaj: .pl/wiersz/jan-brzechwa/dzien-dzisiejszy-155
Jako ciekawostkę zdradzę że ten wiersz sama napotkałam na ścianie przejścia podziemnego prowadzącego na dworzec kolejowy w Łodzi i stwierdziłam że to bardzo specyficzna lokalizacja.
Nie wiem co on robił w japońskim metrze, ale przecież my, Polacy jesteśmy wszędzie.
