- Może to jest tak - Rin na chwilę podniósł głowę i oparł brodę na splecionych dłoniach. - Że natura sama naprawia własne błędy...
Dochodziła druga w nocy. Nanase leżał za przeszklonymi drzwiami sali intensywnej opieki. Po raz kolejny w przeciągu tego miesiąca walczył o życie. Jego nowe serce z jakiegoś powodu nie chciało pompować krwi z dostateczną siłą. Zaczęły zawodzić inne narządy. Rin siedział przy nim wcześniej ale ostatecznie Sousuke zdołał jakoś wywabić go na korytarz.
- Pierdolisz od rzeczy - powiedział neurochirurg, spoglądając na niego ze współczuciem. Wiedział, że Rin przywiązał się do dzieciaka. Że czuje się winny. Że cierpi. - Wyjdzie z tego. Będzie się ścigać.
Rin zwrócił na niego puste, wyzute z emocji spojrzenie.
- Teraz to ty pierdolisz od rzeczy - orzekł. - To wszystko przez stres. Gdyby się tak nie przejął tymi odwiedzinami i tą rozmową dzisiaj...
- To by się przejął innym razem - stwierdził z filozoficznym spokojem Sousuke. Podszedł do maszyny z napojami. - W końcu ktoś by mu powiedział co się stało z Makoto. I dobrze wiesz, że to jest taka sprawa, która wygląda paskudnie, bez względu na to ile czasu minie. Może i dobrze, że to wszystko wyszło na jaw teraz, przynajmniej defibrylator był pod ręką. Poczekamy tu, zobaczymy co będzie.
Rin popatrzył na niego z niechęcią. Zacisnął zęby.
- Porozmawiaj ze mną, Rin - poprosił Sousuke, rzucając mu puszkę z gazowanym napojem. Lekarz złapał ją w locie.
- O czym?
- Nie wiem, o czymkolwiek. Postanowiłem jak dobrzy kumpel dotrzymać ci towarzystwa w czuwaniu i nawet kupiłem ci picie, więc przynajmniej miej tyle przyzwoitości żeby zabawiać mnie rozmową.
- Jakoś nie mam pomysłu - odparł Rin, przerzucając puszkę z ręki do ręki. Wciąż wpatrywał się w oszklone drzwi OIOMU, oczekując, ze w każdej chwili znów go zawołają. Że Haru znów się zatrzyma.
- Możesz opowiedzieć mi o tym, czemu zostałeś kardiochirurgiem - zasugerował Sousuke. - Pomijając oczywisty fakt, że wybrałeś ta specjalizację bo nikt nigdy przy zdrowych zmysłach nie przyjąłby cię na psychologię
Rin uśmiechnął się słabo na ten przytyk.
- Zawsze taki pełen wiary we mnie - lekko pokręcił głową. Dopiero teraz otworzył puszkę. - Naprawdę chcesz o tym słuchać właśnie teraz?
- Tak.
- No dobra - lekarz upił łyk napoju z puszki i skrzywił się, przypominając sobie, że właściwie nie lubi słodkiego aż tak bardzo. - Pamiętasz jak wyjechałem do Australii, nie?
Twarz Sousuke rozjaśniła się triumfem.
- No i jednak mówiłem ze coś z ta Australia!
- Zamknij się albo ja się zamknę i gówno się dowiesz - neurochirurg posłusznie skinął głową. - Mieszkając tam miałem rodzinę, która się mną opiekowała i u której mieszkałem. Byłem dopiero dwunastoletnim gówniarzem który świata nie zna więc to dość oczywiste. Ta rodzina była dość specyficzna. Joh, mój host-dad był kardiochirurgiem i prawie całe dnie go nie było w domu. Ale to był fajny facet, naprawdę go lubiłem. Jego żona nie pracowała w szpitalu, ale była wtedy pracownikiem naukowym, wykładała na akademii medycznej, robiła jakieś badania. więc w pewnym sensie no.. przesiąkłem - upił jeszcze kilka łyków. opowiadał dalej. –Ich syn był w moim wieku, chodziliśmy do jednej klasy i byliśmy w jednej drużynie – uśmiechnął się lekko. - Bardzo mi pomagał, przynajmniej na początku. Zawsze rywalizowaliśmy. Trochę jak z tobą - trącił go łokciem w bok. - Taki kumpel. Dzięki niemu trochę mniej za tobą tęskniłem
Sousuke również się uśmiechnął i skinął głową. Milczał, czekając na dalszy ciąg opowieści.
- Jak już pewnie zauważyłeś, ta rodzina była bardzo medyczna - podjął Rin. – Szpital, w którym pracował John jako jeden z pierwszy wprowadził program przeszczepów. Jakoś tak... interesowałem się tym, znacznie bardziej niż Thomas. Tommy generalnie jednak bardziej nastawił się na to ze będzie pływakiem wyczynowym, nie ciągnęło go do medycyny, chyba chciał trochę zrobić ojcu na złość, nie wiem – wzruszył ramionami. - Wiesz, w Austali kończy się szkołę kiedy ma się szesnaście lat, trzeba się po tym zastanowić co dalej. Już wtedy wiedziałem, ze po szkole albo dostanę się do reprezentacji albo pójdę na medycynę, bylem strasznie napalony na jedno i na drugie. W ostatniej klasie zostałem kapitanem drużyny. I chyba jakoś wtedy dołączył do nas Jerry. Zaprzyjaźniliśmy się. Ja, on i Tommy trzymaliśmy się blisko, nawet niektórzy robili sobie z nas jaja i robili jakieś podteksty że niby oh, ah, trójkąt miłosny. Z nimi i jeszcze jednym kolesiem pływaliśmy w sztafecie - zamyślił się. z tego zamyślenia zapomniał, ze naprawdę nie przepada za słodkimi napojami i upił kilka łyków. - To był dobry zawodnik, cholernie utalentowany, ambitny. A wiesz jak to jest pod koniec roku szkolnego, jeszcze tego ostatniego. Ciągle jakieś zawody, sprawdziany, ludzie z reprezentacji szukający talentów. Straszne ciśnienie. Jerry zachorował wtedy na jakąś grypę czy inne cholerstwo. Ja się oczywiście wkurzałem się, ze zawody niedługo, ze brakuje nam zawodnika, ze musimy trenować, ćwiczyć wymianę przy sztafecie. Wiedział, że mi zależy. Wrócił do treningów o wiele wcześniej niż powinien. Trenował zbyt intensywnie. Uwierzyłem mu na słowo kiedy powiedział, że już wyzdrowiał. Nawet Tom wtedy mi mówił, ze jestem pojebany, żebym dal chłopakowi odpocząć, a ja jeszcze bardziej go cisnąłem, bo był naszym człowiekiem od dowolnego. Jak się pewnie domyślasz... - westchnął. Spuścił głowę, spoglądając na prawie pustą puszkę. - zasłabł podczas zawodów. Okazało się, że przez tą cholerną przechodzoną grypę uszkodził sobie serce.
Sousuke zerknął na niego ze współczuciem. Położył dłoń na jego ramieniu.
- Oczywiście wszyscy byli na mnie wściekli - ciągnął Rin. - Nasz trener, Tommy, nawet mój host-dad. Fajny ze mnie kapitan, do tego z ambicjami na medycynę skoro nie zauważyłem czegoś takiego i skoro zmuszałem gościa do jeszcze intensywniejszych treningów, że jestem nieodpowiedzialnym gówniarzem z przerostem ambicji. Mniej więcej... bardzo rozbudowana i rozwinięta wersja tego co ja nagadałem Tahibanie. - zacisnął zęby
- Przeżył?- spytał cicho neurochirurg. - ten chłopak?
Rin pokręcił przecząco głową.
- Było... było zbyt późno. Zgłoszono go do przeszczepu, ale nie dotrwał.
Umilkł. Pusta puszka wysunęła mu się z dłoni i potoczyła pod krzesło.
- Załamałem się wtedy, oczywiście - wyznał.- Chciałem rzucać to w cholerę, wrócić do domu, do Japonii. Do Gou, do ciebie.
- Ale nie wróciłeś.
Pokręcił przecząco głową.
- Zrezygnowałem z pływania. Zamiast tego zacząłem się uczyć jak wariat Chciałem udowodnić mojemu mentorowi, ze dorosłem, ze sobie poradzę, ze chce naprawić co zjebałem. Tommy wybaczył mi dopiero niedawno...Odnowił ze mną kontakt, przysłał list z Australii. Pracuje w centrum olimpijskim, jest tam jakąś straszną szychą.
-Twój przyjaciel był podobny do Haru, prawda? - zagadnął po chwili milczenia Sousuke. Rin popatrzył na niego z irytacją.
- Pojebało cię? - prychnął. - Był amerykaninem z pochodzenia, oczywiście że nie był podobny do Haru. - przygryzł wargi i znów wbił wzrok w drzwi sali. Jedna pielęgniarka przyszła, druga wyszła. Nic się nie zmieniało. - Ale miał takie same oczy - przyznał z wyraźnym trudem. - On... on naprawdę chciał żyć - lekko potrząsnął głową. - Naprawdę, oddałby wszystko za szansę, na to, żeby móc jeszcze popływać. Był tak zdeterminowany że przyjąłby nawet serce ode mnie albo Toma. I miał na tyle jaj żeby to powiedzieć - uśmiechnął się z goryczą.
- I kiedy zobaczyłeś Haru, przypomniała ci się ta sytuacja, prawda? - domyślił się przyjaciel. - Potraktowałeś tego całego Tahibanę tak, jak potraktowano ciebie. Byłeś na niego zły, że popełnił ten sam błąd co ty?
Rin wzruszył ramionami.
- Może, cholera, nie wiem. Byłem na niego zły, to na pewno. Nie chciałem go zabijać ani nic – zapewnił. - Tak na prawdę w ogóle nie sądziłem że debil od razu pójdzie i się zabije. Skąd miałem wiedzieć? Ja... ja chciałem dobrze - popatrzył na Sousuke z błyskiem przerażenia w oczach.- Chciałem go ustawić do pionu, to wszystko. Przecież ja oberwałem mocniej, a jakoś się ogarnąłem i właściwie wyszło mi to na zdrowie.
Sousuke popatrzył na niego z powątpiewaniem.
- Hm, podsumujmy- lekko przekrzywił głowę. - Zrezygnowałeś z zawodowego sukcesu jako mistrz olimpijski, znienawidziłeś pływanie jako takie i alergicznie reagujesz na samą wzmiankę o Australii. Naskoczyłeś na niewinnego dzieciaka przerażonego wypadkiem najlepszego przyjaciela, podłączyłeś go do respiratora mimo że wiedziałeś że nie ma szans na przeżycie, zrobiłeś z niego kandydata na dawcę serca a następnie oszukałeś system tak żeby to serce przeszczepiono Nanase. Nakłamałeś jemu, mnie, Nitoriemu, Mikoshibie... Chciałeś kroić dzieciaka chociaż nie byłeś w stanie utrzymać skalpela w ręku. Nie no - zakpił. - Rzeczywiście, wyszło ci to na zdrowie.
Przyjaciel rzucił mu wyjątkowo urażone spojrzenie. Nie mógł się nawet wściekać bo przecież Sousuke niczego nie przejaskrawił i nie generalizował, nie oskarżał. Po prostu stwierdzał fakty. Znów spuścił wzrok i oparł głowę na splecionych dłoniach.
- Przeproszę go - zadecydował, wpatrując się w drzwi. - Muszę go przeprosić. Powinienem... chcę go przeprosić.
- No.. - Sousuke lekko poklepał go po ramieniu. Uśmiechnął się lekko.- To już jest jakiś początek.
Na korytarzu rozległy się szybkie kroki.
- Panie doktorze! - W ich stronę prawie biegnąc zmierzała pielęgniarka. Rin poderwał się z miejsca. - Panie doktorze, najnowsze wyniki...!
Właściwie wyrwał jej kartki z ręki. Przeczytał.
- Jasna cholera! - jęknął. Zgniótł kartkę. Kopnął krzesło, na którym przed chwilą siedział. Oparł się o ścianę. Przycisnął pięść do ust.- Jasna... jasna cholera..
Pielęgniarka taktownie wycofała się do swoich obowiązków. Chyba wolała nie wnikać. Sousuke popatrzył na Rina, który wciąż stał przy ścianie, blady i roztrzęsiony. Szeptał coś do siebie. Spomiędzy palców wciąż wystawał pomięty papier.
- Rin - zagadnął ostrożnie neurochirurg, podchodząc i opierając się o ścianę ręką, tak, że mógł się nad nim pochylać. - Rin, co jest?
- Sam zobacz – Rin wcisnął mu do ręki pogniecioną kartkę. Sousuke przyjął ją, odczytał, zmarszczył brwi. - Nie da rady... nie ma szans - wykrztusił.
Sousuke nic nie powiedział. Po prostu mocno objął go ramieniem i przyciągnął do siebie, pozwalając mu oprzeć głowę na swoim ramieniu. Lekarz nie protestował.

Rin siedział na brzegu szpitalnego łóżka, nie do końca przytomnie wpatrując się w jeden z otaczających Haru monitorów. Kiwał się lekko do tylu i do przodu, walcząc z sennością. Był zmęczony, otępiały, prawie nieprzytomny. Chciał spać, ale nie chciał zostawić chłopaka samego. Obudzi się jeszcze. Musi się chociaż na chwilę obudzić zanim zgaśnie. Przeszczepione serce biło jeszcze, chociaż słabo i nierówno. Wydolność płuc spadała, pozostałe organy stopniowo odmawiały posłuszeństwa. Haru się rozpadał. Rin mocno uścisnął jego szczupłą dłoń, splatając jego palce ze swoimi. Drugą ręką odgarnął opadające na oczy chłopaka przydługie kosmyki.
- Znów... - znów śnił mi się ocean - wszeptał Haru, nie otwierając oczu. Odwzajemnił uścisk dłoni, co nieco lekarza zdziwiło. Był przekonany, że Haru go teraz nienawidzi.
- Były te świecące ryby? - zainteresował się. - Te no... z tymi wielkimi szczękami co trują ofiarę?
- Były.
Lekarz uśmiechnął się słabo.
- To dobrze, fajne są - przyznał. Nie wiedział, co jeszcze ma powiedzieć. A właściwie wiedział, tylko nie miał pojęcia jak zacząć.
Haru dokonał heroicznego wysiłku jakim było uchylenie powiek. Wzrok miał przytomny, chociaż znużony. Ocean był spokojny, znów bez ani jednej fali.
- Słyszałem, że rezygnujesz z pracy - powiedział cicho chory . - To prawda?
- Tak
- Co teraz planujesz?
- Wracam do Australii- odparł spokojnie Rin. Sięgnął dłonią do twarzy Haru, założył mu przeszkadzające pasemko włosów za ucho. - Sydney dostało Olimpiadę. Kumpel pracuje przy tym projekcie. Potrzebują lekarzy i fizjoterapeutów żeby dbali o sportowców.
- Znowu uciekasz? Tak jak od pływania?
- Nie - odparł. - Nie, Haru, to nie dlatego. Wolałbym dalej pracować w zawodzie ale... – westchnął cicho. - prawdopodobnie postawią mi zarzuty o naruszenie etyki lekarskiej. Nie będę mógł tutaj pracować jako kardiochirurg nawet gdybym chciał
- Szkoda. Jesteś dobrym lekarzem.
Rin potrząsnął głową, spoglądając na niego ze zdumieniem. Zaśmiał się cicho.
- I pomyśleć, że usłyszę to akurat od ciebie, Nanase
Nitori na niego krzyczy a Haru chwali jakość jego pracy. Świat stanął na głowie.
- Makoto powiedział, że nie powinienem się na ciebie złościć - wyjaśnił chłopak Jego głos był ledwie słyszalny, Rin musiał się nad nim nachylać. - Że chciałeś mi pomóc, po prostu nie wiedziałeś jak się za to zabrać.
Rin przełknął ślinę. Popatrzył chłopakowi prosto w oczy.
- Tak, Haru - powiedział cicho. Nie był pewien, dla kogo mówienie jest teraz trudniejsze. Nanase miał maskę tlenową. On miał poczucie winy i dużo banałów do powiedzenia. - Ja... chciałem cię przeprosić. Szczerze przeprosić za wszystko co robiłem, co mówiłem. Za Makoto. Za to, że cię oszukałem. Ja... miałem swoje powody - wyznał. Nie był w stanie mówić dalej.
Haru przyglądał mu się w milczeniu, opierając się na poduszkach. Maszyny wokół niego mruczały i szumiały cicho.
- Nie jesteś aż tak trudny do rozpracowania - orzekł. Rin przetarł oczy. Przez zmęczenie wydawało mu się, że są pełne piasku. - Ja... ja wiedziałem to wszystko. To znaczy nie do końca wiedziałem- doprecyzował. - Ja.. zdawałem sobie sprawę. Z tego, że... że zrobiłeś mi coś strasznego do czego nie chcesz się przyznać, że mnie oszukujesz. Wiem, ze to nie ty mnie operowałeś... Nie byłeś w stanie bo za bardzo się przejąłeś. O tym tez plotkowały pielęgniarki – uśmiechnął się słabo. - Ja... od początku rozumiałem że to jest dla ciebie ogromnie ważne, żeby mi pomóc. Że jeśli nie spróbujesz… jeśli nie zrobisz wszystkiego co w twojej mocy to nigdy sobie nie wybaczysz. Pozwalałem ci na to, mimo że... mimo że wolałbym już wrócić do bycia oceanem
Rin wpatrywał się w Haru z najwyższym zdumieniem.
- Wiedziałeś? Cały czas wiedziałeś i pozwoliłeś mi... na to wszystko?
- To było dla ciebie ważne.
Lekarz lekko pogłaskał Haru po bladym policzku. Haru wiedział i mimo to pozwolił mu robić swoje.
Przypomniało mu się to, co jako dziecko usłyszał na temat oceanu.
„Ocean jest mądry. Rin. Wystarczy, że staniesz na brzegu i popatrzysz, a on będzie wiedział kim jesteś. Widzi cię takim, jaki jesteś naprawdę. Możesz kłamać, możesz oszukiwać, możesz udawać odważniejszego niż jesteś, ale ocean cię przejrzy. Ocean cię zweryfikuje. I, kiedy wejdziesz dalej, głębiej, potraktuje cię dokładnie tak, jak na to zasługujesz."
Haru uśmiechnął się lekko, odwracając głowę w jego stronę.
- Ty… ty naprawdę to rozumiesz – powiedział z pewnym zaskoczeniem. Przez chwilę milczał, skupiając się na tym, żeby oddychać. Przychodziło mu to z coraz większym trudem. –Miałeś rację co do mnie. Domyślałem się prawdy, ale nie chciałem jej znać. Oszukiwanie się jest wygodniejsze. Bezpieczniejsze. A ty jesteś w tym dobry.
Lekarz nie odpowiedział. Cały czas spoglądał na niego ze smutkiem. Na zmęczoną, opuchniętą twarz. Na unoszącą się niespokojnie klatkę piersiową. Na coraz bardziej zaniepokojone monitory.
- Tym razem umrę, prawda?
Rin wiedział, co powinien był powiedzieć. To co zwykle mówił pacjentom w takim stanie?
Prawdę?
"Tak, umrzesz, najdalej za kilka godzin. Saturacja spadnie jeszcze bardziej, twoje płuca wypełnią się płynem, zaczniesz się dusić. Powoli będą się wyłączały inne organy, a ja będę mógł tylko stać i obstawiać, który z nich podda się jako pierwszy, który cię zabije. To będzie paskudne. Paskudne i smutne i rozdzierające".
Ale w końcu nie na darmo Haru właśnie skomplementował jego umiejętność opowiadania białych kłamstw.
Pochylił się nad chłopakiem i pogłaskał go po głowie.
- Oczywiście, że nie umrzesz - powiedział cicho. –Nie tak szybko. To tylko chwilowa komplikacja. Odpowiednio ustawią ci leki i będzie dobrze. Za jakiś czas, kiedy będziesz silniejszy, polecisz do mnie, do Australii. Co ty na to?
Na ustach chłopaka pojawił się słaby, niepewny uśmiech. Zachęcony tym Rin mówił dalej.
- Będę już ustawiony w tym centrum olimpijskim, wiec wezmę cię do siebie. Załatwię ci taką rehabilitację, że od razu staniesz na nogi. Wzmocnimy cię, będziesz mógł wrócić do pływania, najpierw rekreacyjnie a później kto wie...
- Pościgamy się?
- Tak. Tym razem już na pewno tak.- uśmiechnął się, chociaż wiedział, ze Haru nie ma siły otworzyć oczu żeby to zobaczyć. Może chociaż słyszał uśmiech w jego glosie. - W Sydney budują teraz te wszystkie kompleksy. Prawdziwy olimpijski basen, wyobrażasz sobie? Załatwię tak, żebyśmy się tam mogli ścigać. I będziemy kąpać się w zatoce. W Australii pory roku są tak jakby do góry nogami, więc podczas kiedy twoi koledzy z roku będą odśnieżać samochody, a ty będziesz moczyć się w oceanie i leżeć na plaży wpatrując się w błękitne niebo.
-I pojedziemy na wielką rafę?
- Będziemy nurkować. Chrzanić ciśnienie przy schodzenie pod wodę. Zejdziemy głęboko pod wodę i będziemy sobie oglądać te wszystkie psychodeliczne ryby, z bliska. Umowa stoi?
- Mhm...
- A teraz spij już - Rin lekko ucałował go w czoło. - Czas wrócić do oceanu.

Przeszczep się nie przyjął. Ciało odrzuciło nowe serce, nagle bombardując je białymi ciałkami. pomimo leków immunosupresyjnych. To całkowicie zaburzyło jego rytm, a tym samym spowodowało powolne niedokrwienie kolejnych narządów. Umierał powoli, ale spokojnie. W ostatnich chwilach cierpieniu ulżyła morfina. To wszystko, co Rin mógł dla niego zrobić.
Mógł zrobić coś jeszcze. Samodzielnie wypełnić dokumenty. Zamknąć wszystkie sprawy osobiście. Wszystkiego dopilnować. Żeby to zrobić musiałby jednak wyjść z gabinetu.
Odsunął papiery na bok. Nalał wody do szklanki. Oparł ręce o biurko i zapatrzył się w okno. Wciąż było ciemne, siąpił z niego deszcz. Jak pasująco. Stał tak, w nieznośnej ciszy, wpatrując się w punkt przed sobą. Nerwowo przełykał ślinę chcąc pozbyć się gorzkiego posmaku. Dłonie drżały coraz bardziej.
To był właśnie ten moment.
Moment, w którym otwierasz oczy i orientujesz się, że otworzono ci klatkę piersiową, przecięto mostek. Wywleczono nie tylko serce, ale też płuca i wszystkie ważniejsze naczynia, wszystkie główne żyły i tętnice, wszystkie nerwy. W środku już nic nie ma, ale nie czujesz jeszcze bólu. Tylko głęboki szok zagłuszający wszystko inne.
Śmierć Haru, zarzuty, tekturowe pudełko z rzeczami osobistymi ze szpitala. Dłonie zbyt niespokojne i zbyt emocjonalne by przeprowadzić zabieg, komisja etyki, zakaz używania skalpela. To wszystko jakiś żart, to zbyt absurdalne. Zupełnie obca, abstrakcyjna koncepcja. Nic nie znaczący bełkot w obcym, pozbawionym serca języku.
Wszystko drżało. Krew dudniła w uszach. Czuł coraz silniejsze mdłości, coraz bardziej ogarniające go zmęczenie. Złość. Frustrację. Współczucie dla rodziców Haru. Rozczarowanie. Przerażenie tym co będzie dalej. Niepewność. Uczucia zlewające się w jeden strumień, podchodzące do gardła i wycofujące się, gdy chciał je pochwycić i zrozumieć, wykrzyczeć. Niemal czuł jak stoi na granicy. Jak każde uderzenie serca przybliża go do momentu w którym to go dosięgnie i porwie ze sobą na podobieństwo oceanicznej fali, roztrzaskując o przybrzeżne skały. Ból jednak nie nadchodził. Krzyk nie nadchodził.
Gdzieś na podjeździe przejechała karetka, migając światłami w półmroku
Poczuł, że wszystkie włoski podnoszą mu się na karku. Gardło ściśnięte, mięśnie drżą. Nie usłyszał odgłosu otwieranych drzwi. Pewnie zagłuszyła go karetka.
- Doktorze Matsuoka..-
Odwrócił się tak gwałtownie, że potrącona dłonią szklanka z wodą spadła, roztrzaskując się na kawałki.
Nitori pobladł nieco widząc wyraz jego twarzy. Nie wycofał się. Stał przy drzwiach do gabinetu, spoglądając na podłogę. Na leżące między nim i Rinem potłuczone szkło. Żaden z nich nic nie powiedział. Po prostu stali tak i patrzyli.
Rina zaskoczyło to, że ból który go dopadł był tak cichy.
Naprawdę był pewien, że będzie krzyczał i wściekał się i przeklinał, demolując gabinet. Tymczasem po prostu osunął się na kolana, ścięty z nóg, niezdolny do oddychania. Dławiony wyrywającym się gdzieś z głębi płaczem. Bólem umiejscowionym tak, że musiałby chyba naprawdę rozciąć się żywcem żeby usunąć jego źródło. Oparł dłonie na podłodze, dziwiąc się, że owa podłoga jest taka ostra w dotyku i że boli. Nie zdążył zdziwić się bardziej, bo czyjaś ręka lekko ujęła jego rozdygotaną dłoń w swoją i odsunęła na bok.
- Tu wszędzie jest szkło – powiedział poważnie Nitori. Jego oczy były wielkie i ciemne. Zmartwione. Pełne współczucia. – Pokaleczy się pan.
Nie zaprotestował gdy Rin zamiast na podłodze położył dłonie na jego ramionach i przyciągnął go do siebie. Nie zaprotestował, gdy lekarz wtulił twarz w jego fartuch. Również go objął, lekko, nie chcąc go wystraszyć ani zdenerwować. Nie powiedział już ani słowa. Jedyne na co sobie pozwolił to przeczesywanie palcami półdługich, rudych włosów lekarza. Wtulił w nie policzek. Milczał.

- Dobrze się pan czuje?
- Tak?
- Na pewno?
- Na pewno, Nitori, do jasnej cholery - odparł Rin, mrużąc oczy. - To, że przyznałem ci się, że mam drobny problem z lataniem wcale nie oznacza, że musisz mi towarzyszyć aż na lotnisko. Pojechałbym taksówką.
- Tak, ale... - stażysta poczerwieniał lekko. - Ale pomyślałem, że może być panu przykro, ze ani pan Yamazaki ani pańska siostra nie mogą pana odprowadzić na samolot.
- Nitori - westchnął Rin, wyciągając swoje walizki z bagażnika. - Ja nie mam już dwunastu lat, potrafię samodzielnie trafić do bramki. Poza tym mówiłem ci już, moja siostra umiera na kaca bo oblewa zdany egzamin na studia, a doktor Yamazaki ma czterdziestoośmiogodzinny dyżur i nawet jakby miał czas mnie odwieźć to bym mu nie pozwolił wsiąść za kółko. Swoją drogą nie wiedziałem, że masz samochód - przyznał, z lekkim zaskoczeniem. - Zawsze jeździsz kolejką.
- Miejsca parkingowe są trochę za drogie dla stażystów - wyjaśnił nieco speszony Nitori. – Poza tym jakoś wolę kolejkę. A przynajmniej wolałem do tej pory...
Zamknął samochód i podążył za Rinem w stronę terminalu.
- Doktorze Matsuoka... – odezwał się, kiedy Rin odprawił już swoje bagaże i czekał żeby odprawić siebie.
- Co tam znowu, Nitori? – spytał lekarz, kiepsko ukrywając podenerwowanie czekającym go lotem.
- Ja... muszę się do czegoś przyznać - stażysta zrobił zbolałą minę. Rin oderwał się od tablicy wyświetlającej informację o odlotach. Zerknął z roztargnieniem na towarzysza.
- Tylko szybko, młody – poradził, zerkając na tablicę informacyjną.- Mam mało czasu.
- No bo... w tej sprawie z Nanase... – chłopak spuścił głowę. - To ja poszedłem do doktora Yamazaki i powiedziałem, ze pan nie powinien operować.
Rin westchnął i przeczesał włosy dłonią.
- No tak.
- Przepraszam, że dopiero teraz mówię… - nakręcał się stażysta. - Bałem się wcześniej, myślałem, że mnie pan zabije, bo przecież.. przecież na pana doniosłem i w ogóle. Naprawdę, pokornie przepraszam.
- Spokojnie - Rin wciągnął dłoń z kieszeni kurtki i lekko przesunął nią po głowie Nitoriego, targając mu włosy. – Wiem, że to ty.
Nitori przeraził się jeszcze bardziej.
- Wie pan? Ale… ale jak? Dlaczego nic pan nie powiedział? – dopytywał, coraz bardziej przejęty. Jego twarz poczerwieniała nieco. – Nie gniewa się pan? Przecież… przecież sprawiłem że odsunięto pana od operacji… Gdyby nie ja, może jednak to byłby pan i może wszystko byłoby dobrze.
- No uspokój się –Rin ze znudzeniem pokręcił głową – Przecież ci powiedziałem, mały kretynie, że jest w porządku.– położył dłoń na jego ramieniu. – Posłuchaj – powiedział poważnie, zmuszając chłopaka, by na niego popatrzył. –Postąpiłeś słusznie. Gdyby nie ty, wydarzyłoby się tam coś strasznego. Prawdopodobnie skończyłoby się dużo gorzej niż się skończyło – uśmiechnął się lekko.- Nie myśl, że tego nie widzę i nie doceniam. Dziękuję, że zauważyłeś co się dzieje, Nitori – powiedział cicho, sprawiając, że rozmówca poczerwieniał jeszcze bardziej. – Dziękuję, że mnie pilnowałeś i że się mną zająłeś kiedy tego potrzebowałem. Naprawdę.. – mocniej zacisnął dłoń na jego ramieniu. – Nie wiem, co bym zrobił gdyby nie ty. Nie wiem jak ja sobie bez ciebie poradzę w Australii.
- Doktorze Matsuoka – Nitori spoglądał na niego z oszołomieniem. – Ja… ja nie wiem co…
Rin zerknął na tablicę odlotów. Informowała, że jego samolot został już podstawiony pod bramkę. Przyciągnął zaskoczonego, zszokowanego stażystę do siebie i mocno przytulił w nieco zbyt entuzjastycznym, przyjacielskim geście.
- Jesteś najlepszym stażystą jakiego miałem, Nitori – wyszeptał mu do ucha. – I zostaniesz doskonałym lekarzem. Jeśli będziesz chciał robić karierę w Australii, a daj tylko znać, wszystkie drzwi będą dla ciebie otwarte.
- Dziękuję ja… ja też… też będzie mi pana brakować.
- Uważaj na siebie – powiedział Rin, odsuwając się od niego i ruszając w stronę swojej bramki. – Nie przynieś mi wstydu. Nie daj się znowu wpakować w jakąś głupią historię.
Nitori jeszcze długo stał pośrodku lotniskowego terminalu, patrząc w stronę przejścia za którym zniknął jego niedawny pracodawca.

The end(?)