Z okazji tego, że nastała nam wigilia, święta i w ogóle czas prezentów pod choinką, publikuję tym razem już naprawdę ostatni rozdział Wyścigu będący jednocześnie jego alternatywnym zakończeniem. Obie wersje są równoważne, obie maja rację bytu.
Potraktujcie je po prostu na zasadzie dobry/zły ending z jakim ma się do czynienia w standardowym visual novel.
Jednocześnie chciałam bardzo podziękować wszystkim za czytanie, kudos i komentarze. Naprawdę sprawiły mi dużo radości.
Dziękuję, pozdrawiam i przede wszystkim życzę Wesołych Świąt!

- Może to jest tak - Rin na chwilę podniósł głowę i oparł brodę na splecionych dłoniach. - Że natura sama naprawia własne błędy...
Dochodziła północ. Rin siedział na korytarzu przed gabinetem ordynatora, starając się wychwycić coś ze strumienia dochodzących zza drzwi poddenerwowanych głosów. Rodzice pacjenta Nanase porozumieli się teraz z rodzicami pacjenta Tahibany i bardzo zgodnie ruszyli do szpitala, żeby zrobić tam – jak to określił Sousuke „epicką awanturę". Domagali się przyznania do błędu, przeprosin, zadośćuczynienia, wyciągnięcia konsekwencji wobec Rina. Za wszystko. Na razie rozmawiali z jego przełożonym. Mikoshiba miał poprosić go do środka, kiedy coś konkretnego zostanie ustalone.
- Pierdolisz od rzeczy - powiedział neurochirurg, spoglądając na niego ze współczuciem. Wiedział, że Rin, mimo prób zachowania kamiennej twarzy jest śmiertelnie przerażony. – Wszystko będzie dobrze. Nic ci nie zrobią, wyjdziesz z tego. Wynajmiesz dobrego prawnika i…
Rin zwrocił na niego puste, wyzute z emocji spojrzenie.
- Teraz to ty pierdolisz od rzeczy - orzekł. – Wsadzą mnie jak nic. Odbiorą prawo do zawodu. A wcześniej jeszcze wypatroszą i powieszą za jaja i nawet nikt nie stanie w mojej obronie.
- Ja stanę - zapewnił Sousuke. Podszedł do maszyny z napojami. – Jeśli trzeba będę zeznawał. Posłuchaj.. zdajesz sobie sprawę z tego że to jest taka sprawa, która wygląda paskudnie, bez względu na to ile czasu minie. Może i dobrze, że to wszystko wyszło na jaw teraz, przynajmniej będziesz miał to z głowy. Będziesz wiedział na czym stoisz. W najgorszym razie znów zwiejesz do Australii. To kraj który zaczynał jako kolonia karna. Wpasujesz się.
Rin popatrzył na niego z niechęcią. Zacisnął zęby.
- Porozmawiaj ze mną, Rin - poprosił Sousuke, rzucając mu puszkę z gazowanym napojem. Lekarz złapał ją w locie.
- O czym?
- Nie wiem, o czymkolwiek. Postanowiłem jak dobrzy kumpel dotrzymać ci towarzystwa w czekaniu na wyrok i nawet kupiłem ci picie, więc przynajmniej miej tyle przyzwoitości żeby zabawiać mnie rozmową.
- Jakoś nie mam pomysłu - odparł Rin, przerzucając puszkę z ręki do ręki. Wpatrywał się w drzwi gabinetu ordynatora, oczekując że za chwilę się otworzą i wyskoczą z nich dwa komplety zbulwersowanych rodziców, komisja etyki, policja i strażnicy więzienni.
- Możesz opowiedzieć mi o tym, czemu zostałeś kardiochirurgiem - zasugerował Sousuke. - Pomijając oczywisty fakt, że wybrałeś ta specjalizacje bo nikt nigdy przy zdrowych zmysłach nie przyjąłby cię na psychologię
Rin uśmiechnął się słabo na ten przytyk.
- Zawsze taki pełen wiary we mnie - lekko pokręcił głową. Dopiero teraz otworzył puszkę. - Naprawdę chcesz o tym słuchać właśnie teraz?
- Tak.
- No dobra - lekarz upił łyk napoju z puszki i skrzywił się, przypominając sobie, że właściwie nie lubi słodkiego aż tak bardzo. - Pamiętasz jak wyjechałem do Australii, nie?
Twarz Sousuke rozjaśniła się triumfem.
- No i jednak mówiłem ze coś z ta Australia!
- Zamknij się albo ja się zamknę i gówno się dowiesz - neurochirurg posłusznie skinął głową. - Mieszkając tam miałem rodzinę, która się mną opiekowała i u której mieszkałem. Byłem dopiero dwunastoletnim gówniarzem który świata nie zna więc to dość oczywiste. Ta rodzina była dość specyficzna. John, mój host-dad był właśnie kardiochirurgiem i prawie całe dnie go nie było w domu. Ale to był fajny facet, naprawdę go lubiłem. Jego żona nie pracowała w szpitalu, ale była wtedy pracownikiem naukowym, wykładała na akademii medycznej, robiła jakieś badania. więc w pewnym sensie no.. przesiąkłem - upił jeszcze kilka łyków. opowiadał dalej. –Ich syn był w moim wieku, chodziliśmy do jednej klasy i byliśmy w jednej drużynie – uśmiechnął się lekko. - Bardzo mi pomagał, przynajmniej na początku. Zawsze rywalizowaliśmy. Trochę jak z tobą - trącił go łokciem w bok. - Taki kumpel. Dzięki niemu trochę mniej za tobą tęskniłem
Sousuke również się uśmiechnął i skinął głową. Milczał, czekając na dalszy ciąg opowieści.
- Jak pewnie już zauważyłeś, ta rodzina była bardzo medyczna - podjął Rin. – Szpital, w którym pracował John jako jeden z pierwszy wprowadził program przeszczepów. Jakoś tak... interesowałem się tym, znacznie bardziej niż Thomas. Tommy generalnie jednak bardziej nastawił się na to ze będzie pływakiem wyczynowym, nie ciągnęło go do medycyny, chyba chciał trochę zrobić ojcu na złość, nie wiem – wzruszył ramionami. - Wiesz, w Austali kończy się szkołę kiedy ma się szesnaście lat, trzeba się po tym zastanowić co dalej. Już wtedy wiedziałem, ze po szkole albo dostane się do reprezentacji albo pójdę na medycynę, bylem strasznie napalony na jedno i na drugie. W ostatniej klasie zostałem kapitanem drużyny. I chyba jakoś wtedy dołączył do nas Jerry. Zaprzyjaźniliśmy się. Ja, on i Tommy trzymaliśmy się blisko, nawet niektórzy robili sobie z nas jaja i robili jakieś podteksty że niby oh, ah, trójkąt miłosny. Z nim i jeszcze jednym kolesiem pływaliśmy w sztafecie. - zamyślił się. z tego zamyślenia zapomniał, ze naprawdę nie przepada za słodkimi napojami i upił kilka łyków. - To był dobry zawodnik, cholernie utalentowany, ambitny. A wiesz jak to jest pod koniec roku szkolnego, jeszcze tego ostatniego. Ciągle jakieś zawody, sprawdziany, ludzie z reprezentacji szukający talentów. Straszne ciśnienie. Jerry zachorował wtedy na jakąś grypę czy inne cholerstwo. Ja się oczywiście wkurzałem się, ze zawody niedługo, ze brakuje nam zawodnika, ze musimy trenować, ćwiczyć wymianę do sztafety. Wiedział, że mi zależy. Wrócił do treningów o wiele wcześniej niż powinien. Trenował zbyt intensywnie. Uwierzyłem mu na słowo kiedy powiedział, że już wyzdrowiał. Nawet Tom wtedy mi mówił, ze jestem pojebany, żebym dal chłopakowi odpocząć, a ja jeszcze bardziej go cisnąłem, bo był naszym człowiekiem od dowolnego. Jak się pewnie domyślasz... - westchnął. Spuścił głowę, spoglądając na prawie pustą puszkę. - zasłabł podczas zawodów. Okazało się, że przez tą cholerną przechodzoną grypę uszkodził sobie serce.
Sousuke zerknął na niego ze współczuciem. Położył dłoń na jego ramieniu.
- Oczywiście wszyscy byli na mnie wściekli - ciągnął Rin. - Nasz trener, Tommy, nawet mój host-dad. Fajny ze mnie kapitan, do tego z ambicjami na medycynę skoro nie zauważyłem czegoś takiego i skoro zmuszałem gościa do jeszcze intensywniejszych treningów, że jestem nieodpowiedzialnym gówniarzem z przerostem ambicji. Mniej więcej... bardzo rozbudowana i rozwinięta wersja tego co ja nagadałem Tahibanie. - zacisnął zęby
- Przeżył?- spytał cicho neurochirurg. - ten chłopak?
Rin pokręcił przecząco głową.
- Było... było zbyt późno. Zgłoszono go do przeszczepu, ale nie dotrwał.
Umilkł. Pusta puszka wysunęła mu się z dłoni i potoczyła pod krzesło.
- Załamałem się wtedy, oczywiście - wyznał.- Chciałem rzucać to w cholerę, wrócić do domu, do Japonii. Do Gou, do ciebie.
- Ale nie wróciłeś.
Pokręcił przecząco głową.
- Zrezygnowałem tylko z pływania. Olałem to wszystko. Zamiast tego zacząłem się uczyć jak wariat Chciałem udowodnić mojemu mentorowi, ze dorosłem, ze sobie poradzę, ze chce naprawić co zjebałem. Tommy wybaczył mi dopiero niedawno...Odnowił ze mną kontakt, przysłał list z Australii. Pracuje w centrum olimpijskim, jest tam jakąś straszną szychą.
-Twój przyjaciel był podobny do Haru, prawda? - zagadnął po chwili milczenia Sousuke. Rin popatrzył na niego z irytacją.
- Pojebało cię? - prychnął. - Był amerykaninem z pochodzenia, oczywiście że nie był podobny do Haru. - przygryzł wargi i znów wbił wzrok w drzwi gabinetu. Odgłosy awantury przybrały na sile. - Ale miał takie same oczy - przyznał z wyraźnym trudem. - On... on naprawdę chciał żyć - lekko potrząsnął głową. - Naprawdę, oddałby wszystko za szansę, na to, żeby móc jeszcze popływać. Był tak zdeterminowany że przyjąłby nawet serce ode mnie albo Toma. I miał na tyle jaj żeby to powiedzieć - uśmiechnął się z goryczą.
- I kiedy zobaczyłeś Haru, przypomniała ci się ta sytuacja, prawda? - domyślił się przyjaciel. - Potraktowałeś tego całego Tahibanę tak, jak potraktowano ciebie. Byłeś na niego zły, że popełnił ten sam błąd co ty?
Rin wzruszył ramionami.
- Może, cholera, nie wiem. Byłem na niego zły, to na pewno. Nie chciałem go zabijać ani nic – zapewnił. - Tak na prawdę w ogóle nie sądziłem że debil pójdzie i się zabije. Skąd miałem wiedzieć? Ja... ja chciałem dobrze - popatrzył na Sousuke z błyskiem przerażenia w oczach.- Chciałem go ustawić do pionu, to wszystko. Przecież ja oberwałem mocniej, a jakoś się ogarnąłem i właściwie wyszło mi to na zdrowie.
Sousuke popatrzył na niego z powątpiewaniem.
- Hm, podsumujmy- lekko przekrzywił głowę. - Zrezygnowałeś z zawodowego sukcesu jako mistrz olimpijski, znienawidziłeś pływanie jako takie i alergicznie reagujesz na samą wzmiankę o Australii. Naskoczyłeś na niewinnego dzieciaka przerażonego wypadkiem najlepszego przyjaciela, podłączyłeś go do respiratora mimo że wiedziałeś że nie ma szans na przeżycie, zrobiłeś z niego kandydata na dawcę serca a następnie oszukałeś system tak żeby to serce przeszczepiono Nanase. Nakłamałeś jemu, mnie, Nitoriemu, Mikoshibie... Chciałeś kroić dzieciaka chociaż nie byłeś w stanie utrzymać skalpela w ręku. Nie no - zakpił. - Rzeczywiście, wyszło ci to na zdrowie.
Przyjaciel rzucił mu wyjątkowo urażone spojrzenie. Nie mógł się nawet wściekać bo przecież Sousuke niczego nie przejaskrawił i nie generalizował, nie oskarżał. Po prostu stwierdzał fakty. Znów spuścił wzrok i oparł głowę na splecionych dłoniach.
- Przeproszę go - zadecydował, wpatrując się w drzwi. - Muszę go przeprosić. Powinienem... chcę go przeprosić. Bez względu na to, co oni tam postanowią.
- No.. - Sousuke lekko poklepał go po ramieniu. Uśmiechnął się lekko.- To już jest jakiś początek.
Drzwi uchyliły się lekko.
- Matsuoka – odezwał się ordynator. Miał zmęczoną, napiętą twarz i zmarszczone brwi. – Właź. Musimy porozmawiać.

Rin stał w progu szpitalnej sali spoglądając na siedzącego na łóżku Nanase. Chłopak ostrożnie opróżniał zawartość nocnej szafki przekładając wszystkie przedmioty toaletowe i inne drobnostki do pudełka. Pakował się.
Lekarz delikatnie zapukał w futrynę drzwi, chcąc najpierw upewnić się, czy wolno mu wejść. Wolał nie ryzykować kolejnego ataku wściekłości. Mógłby na przykład oberwać szczoteczką do zębów albo mydelniczką.
Chłopak na moment przerwał pracę i przyzwalająco skinął głową.
-Mam twój wypis, Nanase – powiedział kardiochirurg, podchodząc i kładąc dokument na kołdrze. Chłopak unikał jego wzroku. – Spakuj sobie, żebyś nie zgubił – posłusznie wziął kartkę i złożył na pół. Wsunął do kieszonki torby. – Więc jednak nas opuszczasz, hm?
- Przenoszą mnie do Cardioviscular Institute Hospital – padła cicha odpowiedź. Nanase nerwowo bawił się znalezioną w szufladzie figurką pingwina, którą przyniósł mu jeden z znajomych. – Rodzice się uparli – dodał przepraszająco.
- To świetny szpital – przyznał Rin. – Będziesz tam miał dobrą opiekę.
- Tak mówią. Znów... znów śnił mi się ocean - wszeptał nieśmiało Haru, wciąż nie podnosząc wzroku. Dziwne. Nie zachowywał się jak ktoś dyszący rządzą zemsty za to co go spotkało. Raczej jak ktoś bardzo zagubiony i zdezorientowany. Ktoś, kto w chwili słabości rozpętał wielką awanturę a teraz chciałby ją odkręcić, ale nie wie jak.
Rin rzucił mu roztargnione spojrzenie
- Były te świecące ryby? – zainteresował się. - Te no... z tymi wielkimi szczękami co trują ofiarę?
- Były.
Lekarz uśmiechnął się słabo.
- To dobrze, fajne są – skwitował. Nie wiedział, co jeszcze ma powiedzieć. A właściwie wiedział, tylko nie miał pojęcia jak zacząć.
Haru dokonał heroicznego wysiłku jakim było podniesienie głowy i popatrzenie mu prosto w oczy. Ocean był ciemny, niespokojny. Pełen zdradliwych wirów.
- Słyszałem, że rezygnujesz z pracy - powiedział cicho pacjent. - To prawda?
- Tak
- Co teraz planujesz?
- Jeszcze nie wiem - odparł spokojnie Rin. Usiadł na łóżku obok Haru. - Jak dobrze pójdzie pewnie wrócę do Australii. Sydney dostało Olimpiadę. Kumpel pracuje przy tym projekcie. Potrzebują lekarzy żeby dbali o sportowców.
- Znowu uciekasz? Tak jak od pływania?
- Nie - odparł. - Nie, Haru, to nie dlatego. Wolałbym dalej pracować w zawodzie ale... – westchnął cicho. - Prawdopodobnie postawią mi zarzuty o naruszenie etyki lekarskiej. Może nawet i gorzej. Nie będę mógł tutaj pracować jako kardiochirurg nawet gdybym chciał
- Szkoda. Jesteś dobrym lekarzem.
Rin potrząsnął głową, spoglądając na niego ze zdumieniem. Zaśmiał się cicho. Gorzko.
- I pomyśleć, że usłyszę to akurat od ciebie, Nanase
Nitori na niego krzyczy a Haru chwali jakość jego pracy, i to w momencie kiedy jego rodzice z powodzeniem robią piekło w szpitalu. Świat stanął na głowie.
- Makoto powiedział, że nie powinienem się na ciebie złościć - wyjaśnił chłopak Jego głos był ledwie słyszalny, Rin musiał się nad nim nachylać. - Że chciałeś mi pomóc, po prostu nie wiedziałeś jak się za to zabrać.
Rin przełknął ślinę. Popatrzył chłopakowi prosto w oczy.
- Tak, Haru - powiedział cicho. Zapatrzył się w ścianę - Ja... wiem, że to może trochę nieodpowiedni moment i trochę już za późno, ale… .- Słowa przychodziły z trudem. Nie chciały się formować. - Chciałem cię przeprosić. Szczerze przeprosić za wszystko co robiłem, co mówiłem. Za Makoto. Za to, że cię oszukałem. Ja... miałem swoje powody - wyznał. Nie był w stanie mówić dalej.
Haru przyglądał mu się w milczeniu, wciąż obracając w dłoniach drewnianą figurkę pingwinka. Jego wzrok był czysty. Uważny. Tak przenikliwy, że Rin poczuł się nieco nieswojo. Tak, jakby Haru próbował przejrzeć go na wylot.
Przypomniało mu się to, co jako dziecko usłyszał na temat oceanu.
„Ocean jest mądry. Rin. Wystarczy, że staniesz na brzegu i popatrzysz, a on będzie wiedział kim jesteś. Widzi cię takim, jaki jesteś naprawdę. Możesz kłamać, możesz oszukiwać, możesz udawać bardziej odważnego niż jesteś, ale ocean cię przejrzy. Ocean cię zweryfikuje. I, kiedy pójdziesz dalej, potraktuje cię dokładnie tak, jak na to zasługujesz."
Haru uśmiechnął się lekko. Otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale w tym samym momencie dostrzegł, że ktoś stoi w drzwiach. Jego rodzice. Towarzyszyła im pielęgniarka z wózkiem. Rin wstał, żeby coś powiedzieć, wytłumaczyć, przeprosić, ale dość szybko zorientował się, że nie ma potrzeby. Przybysze bardzo starała się udawać, że lekarza wcale tam nie ma, że jest tylko świeżo wypisany ze szpitala syn. Ignorowali go. Nie dziwił im się.
- Chyba… Chyba muszę już iść – powiedział Haru, niemal przepraszająco. Przesiadł się z łóżka na podstawiony mu przez pielęgniarkę wózek. – Czas na mnie.
- Chyba tak – przyznał Rin. – Uważaj na siebie, mała syrenko – rzucił półgłosem.
Nie odwracając się już więcej wyminął wciąż ignorujących go państwa Nanase i wyszedł z sali.

Rin dmuchnął w gwizdek, ogłaszając koniec zajęć. Ze zbolałą miną popatrzył na gromadę dzieciaków, która obległa go, żeby podziękować za lekcję pływania i prawie zabijając się na śliskich płytkach pobiegła do szatni. Basen był mały, może maksymalnie piętnaście metrów na dwa metry głębokości w najgłębszym punkcie. Zwykły kryty basen przy jednej ze szkół, służący głównie do nauki pływania i zajęć z aquarobiku dla gospodyń domowych. Podskoczył, słysząc czyjeś kroki na posadzce.
- Jeśli znowu utopiłeś okulary na głębokiej wodzie, Ren, to przykro mi, ale będziesz musiał sam wskoczyć i je wyłowić – powiedział z rezygnacją, wciąż zajęty zbieraniem styropianowych desek do pływania, kół ratunkowych, motylków, piłek i innych akcesoriów.
Kroki zatrzymały się. A później dobiegł go znajomy głos.
- To ja.
Sterta niebieskich, styropianowych desek wypadła mu z rąk. Odwrócił się nerwowo.
- Nanase? – spytał, z niedowierzaniem szerzej otwierając oczy. Zamrugał kilka razy.– Dobrze wyglądasz – ocenił.
Gość uprzejmie skinął głową, dziękując za komplement. Kiedy Rin po raz ostatni widział Nanase, chłopak odjeżdżał na szpitalnym wózku, zaledwie kilka tygodni po bardzo poważnej operacji, wciąż jeszcze blady i wycieńczony. Teraz o własnych siłach stał w wejściu prowadzącym do szatni, wypoczęty i dobrze odżywiony, ubrany w dresy i sportową bluzę zapinaną z przodu na suwak.
- Słyszałem że zacząłeś tu pracować po tym jak mnie od was przenieśli– powiedział, kładąc sportową torbę na ławce. – Ale nie wiedziałem czy wciąż tu będziesz kiedy mnie wypuszczą. Miałeś jechać do Australii.
- Żeby jechać do Australii to jeszcze trzeba mieć zezwolenie na opuszczanie kraju – odparł nieco zgryźliwie Rin. - Na razie cały czas trwa śledztwo w mojej sprawie. Muszę być do dyspozycji.
- Ale… uniewinnią cię, prawda? – zaniepokoił się chłopak. Nerwowo przełknął ślinę. – Nic ci nie zrobią?
- A diabli ich wiedzą. Szukają, szukają, może coś znajdą. Albo i nie. Dopóki tego nie wyjaśnią nie wolno mi mieć kontaktu z pacjentami.
Gość niespokojnie przestąpił z nogi na nogę.
- Przykro mi. Nie chciałem żeby tak wyszło. Naprawdę.
Rin wzruszył ramionami. Wrócił do zbierania porozrzucanych desek i dmuchanych piłek.
-Zasłużyłem sobie.
Nanase podniósł zieloną piłkę. Zręcznie wrzucił ją do kosza, w którym przechowywano sprzęt. Pochylił się, by podnieść styropianową deskę. Rin zerknął na niego czujnie.
- Jesteś pewien, że możesz się tak przemęczać? – spytał, nie przerywając sprzątania. – Jak się w ogóle czujesz?
- Już dobrze. Jak na razie wszystko jest w porządku.
- Bierzesz leki?
Haru skinął głową.
Przestrzegasz dawek? Pilnujesz godzin? Dbasz o siebie?
- Tak, tak… - odpowiadał pospiesznie były pacjent, wyraźnie nieco zmieszany krzyżowym ogniem pytań. Zaczerwienił się nieco i pochylił się, by sięgnąć po zabłąkane koło ratunkowe. Rin nie dawał łatwo zbić się z tropu.
- Ćwiczysz?
Nanase niespokojnie przestąpił z nogi na nogę.
- No… ja właśnie w tej sprawie – obwieścił. Rin wyprostował się i rzucił mu ostrożne, pytające spojrzenie. – Szukałem cię. Przyszedłem tu, bo miałem nadzieję, że wciąż tu będziesz. Chciałem, żebyś tu był.
- Jak widzisz jestem – lekarz skłonił się w parodii ukłonu. – Czym mogę służyć?
Haru wygrzebał coś z kieszeni. Podał mu złożoną na pół kartkę.
- Dostałem skierowanie na rehabilitację – wyjaśnił. Tym razem patrzył Rinowi prosto w oczy. Wyzywająco, poważnie. – Basen, dwa razy w tygodniu, pod odpowiednim nadzorem. Chciałem, żebyś to ty się tym zajął. Żebyś mnie nadzorował – Rin wziął od niego kartkę. Pospiesznie przesunął po niej wzrokiem. Przez cały ten czas Haru wpatrywał się w niego wyczekująco. – Zgodzisz się? – spytał, kiedy rozmówca skończył lekturę i oderwał wzrok od kartki. – Zrobisz to dla mnie? Nauczysz… nauczysz mnie pływać od nowa?
Rin zmierzył go krytycznym, taksującym spojrzeniem. Próbował ocenić, czy chłopak jest rzeczywiście gotów, żeby wejść do wody. Czy to go nie zabije.
- Masz strój? – spytał rzeczowo. Haru w milczeniu wskazał na stojącą na leżącą na ławce sportową torbę. – W takim razie na co jeszcze czekasz? Do szatni, przebierać się i pod prysznic. Masz pięć minut! Jazda.
Nie musiał tego dwa razy powtarzać.