Rozdział 2

Ból głowy dawał się we znaki Doktorowi, który właśnie obudził się na swoim łóżku. Nie był on przygotowany na skutki ziemskiego kaca, ponieważ nie sądził, że organizm władcy czasu zareaguje tak samo. Teraz jednak walczył on ze swoją tymczasową chorobą. Starając się zapomnieć o nim, próbował sobie przypomnieć swój ostatni sen. Tamtej nocy widział dom. Dom, który płonął, a w środku niego byli ludzie, którzy błagali go o pomoc. Pamiętał, że chciał im pomóc, ale nie mógł, ponieważ ktoś, a może coś trzymało go i recytowało dziwne słowa. Następnie dziwna postać odwróciła się do niego, a on ujrzał straszliwe. Obcy nosił kaptur, który zasłaniał twarz. Jednakże najgorsze były oczy, a w każdym razie dwie jasnozielone plamy, które śmiało można było nazwać oczami. Twarz ta była wykrzywiona wściekłością, doskonale oddającą szaleństwo jej właściciela. Doktor patrząc na niego czuł wszechogarniający strach, poczuł, że jest bezsilny, bezbronny jak małe dziecko pozbawione opieki. Władca Czasu całkowicie bezbronny.

~Spójrz na swoje ręce~ wychrypiała władczym głosem postać. Doktor posłusznie spojrzał na swoje dłonie. Były one całe umazane krwią... Ludzką krwią...

~Jesteś mordercą! To ty ich zabiłeś...~ postać wskazała na płonący dom ~... i tamtych. Tamtych też~ wskazał na kolejne budynki, stojące w płomieniach. ~ Ale ty to doskonale wiesz, bo przecież pamiętasz jaki byłeś przez całe swoje dzieciństwo. A może nie pamiętasz? Nie pamiętasz jak mordowałeś tych wszystkich ludzi, jak patrzyłeś gdy giną. Nie pamiętasz bo w końcu sam ci to wymazałem. Pamiętasz tylko jak pewnego dnia obudziłeś się z krwią na rękach- dodała mściwie postać z kapturem. ~ Taka jest twoja prawdziwa natura. Natura Mordercy. Nich wszyscy się dowiedzą, że ich Doktor wcale nie jest taki dobry jak się im wydaje....~ zaśmiał się pustym śmiechem.

-NIEEEEEE!- wrzasnął Doktor po czym obudził się z koszmaru. Jeszcze przez jakiś czas rozmyślał na temat tamtego snu, kiedy zdał sobie sprawę, że to była tylko nocna mara- wytwór jego wyobraźni i nie musi się martwić. Postanowił wstać, ubrać się i jak zwykle zabawić się w ratowanie świata. Właśnie zamykał drzwi od swojego pokoju kiedy poczuł dziwne wibracje w powietrzu.

-Co?!?- zdziwił się

Podążył przyspieszonym krokiem za drganiami, które zdawały się dochodzić z kokpitu. Wszedł właśnie do głównego pomieszczenia, kiedy ujrzał młodego człowieka siedzącego za stolikiem i mieszającym w małym naczynku.

-CO?!?- wychrypiał osłupiały Doktor. Nikogo nie zapraszał na pokład TARDIS, dobrze by o tym wiedział, a wczorajszej nocy... No właśnie wczorajszej nocy...

-To- odpowiedział znudzonym głosem chłopak- powinno ci pomóc- podał Doktorowi naczynie pełne brązowatego płynu.

-Pomóc? W czym?-

-Ta twoja rasa... jak jej tam? Władcy Czasu, tak? Też byli tacy niedomyślni?- dodał tonem pełnym irytacji- na przypadłość niedzielnych alkoholików. Bierzesz czy nie?-

Doktor wziął naczynie, po czym uważnie przyjrzał się jego zawartości.

-Hmmm... Niezmiernie ciekawe połączenie... To zapewne jest ka...- przerwał w połowie zdania. Nagle włosy zjeżyły mu się na karku. Znów poczuł dziwny rezonans w powietrzu.

-Czujesz to?-- spytał się człowieka stojącego naprzeciw niego- jakby spalenizna-

-Wydaje Ci się- chłopak zaczerpnął powietrza lecz niczego nie poczuł.

Doktor jednak go zignorował.

-Energia! Przyspieszone cząsteczki materii wzajemnie wprowadzają się w drgania, powodując wibracje nie wyczuwalne dla człowieka- wyrecytował nienaturalnie szybkim tempem. Wyciągnął on wkręt soniczny z kieszeni marynarki, po czym zaczął obchodzić panel kontrolny, mrucząc co chwila jakieś słowa. Po minucie jednak zatrzymał się celując śrubokrętem w przybysza.

-Przecież to niemożliwe... ale, może jednak? Nie... TARDIS by to wyczuła! Ja bym to wyczuł!-

-Co jest takiego niemożliwego? I dlaczego celujesz swoją zabaweczką we mnie?-

Doktor przyjrzał się badawczo właścicielowi tego pytania. Zauważył, jest około dwudziestopięcioletnim, szczupłym i wysokim brunetem, o dość krótkich włosach i piwnych oczach.

-Jak Ci na imię?-

-Peter Black-

- A więc Peter myślę, że mój śrubokręt po prostu robi mi psikusa- powiedział Doktor, choć nadal badawczo przyglądał się chłopakowi.- Opowiedz mi lepiej co wydarzyło się poprzedniej nocy.-

Peter westchnął ciężko, po czym zaczął opowiadać, to co pamiętał z wydarzeń poprzedniego wieczora.

-Więc mówisz, że wspomniałem coś o „jakiejś Wojnie Czasu", gwiazdach i planetach- odezwał się uśmiechnięty Doktor.

-Tak, tak mówię- wyjąkał Peter licząc na to, iż teraz uda mu się zdobyć klika cennych odpowiedzi. Nie wiedział jak bardzo się mylił.

Nagle wnętrze budki zaczęło się trząść. Wszytko wokół nich dygotało. Peter kurczowo trzymał się krzesła, jednak okazało się błędem, bo po chwili wyrżnął się z nim na podłogę.

-CO DO JASNEJ CHOLERY SIĘ DZIEJE!?- ryknął

-TARDIS chyba wpadł na coś!-

-JAK TO WPADŁ NA COŚ? PRZECIEŻ BYLIŚMY NA POWIERZCHNI!

-Widać natrafił na zakłócenia falowe- wyszeptał Doktor który majstrował przy panelu sterowania.

-Och tak, to naprawdę wiele wyjaśnia- odrzekł sarkastycznie Peter.

Drgania po chwili ustały. Budka znów stała na lądzie. Ruszył w stronę drzwi TARDIS, chcąc jak najszybciej się stąd wyrwać . Nie dbał o to, że nie uzyskał odpowiedzi, nie dbał o to że właśnie znajduję się w ogromnej budce z Władcą Czasu. Chciał wrócić do swojego domu i o wszystkim zapomnieć.

-Nie!- krzyknął Doktor do wychodzącego Petera- tam mogą być...-

-KOSMICI!- dokończył zduszonym wrzaskiem chłopak.