Rozdział 3
-Stać!- krzyknął stwór do mężczyzny, który właśnie wybiegł z dziwnej niebieskiej budki- Kim jesteś?- dodał lecz tym razem podniósł swoją broń, która wcześniej zwisała mu przy pasie.
-KOSMICI!- obcy wydał z siebie przeraźliwy dźwięk.
-Odpowiedz na pytanie, ale już! Więcej nie będę powtarzać- odparł rozjuszony kosmita, celując prosto w pierś chłopaka. Drzwi od budki ponownie się otworzyły, ukazując kolejną postać. Był nią trzydziestoparoletni mężczyzna w beżowym płaszczu, brązowym garniturze oraz śmiesznych butach. Rzucił on krótkie spojrzenie na uzbrojonego żołnierza, po czym wyciągnął jakiś papier.
-John Smith- spojrzał na kartkę, którą trzymał w ręku- eee inspektor do międzygalaktycznych przestępstw. A ty zapewne jesteś jednym z warnów- zakończył z uśmiechem.
Peter stwierdził, że najlepszym słowem pozwalającym określić warnów była galaretka. Właściwie nie wiedział dlaczego. Może ze względu na zielonkawy kolor skóry, wielkie żółte zęby, przerośniętą sylwetkę, a może ze względu na sposób w jaki się poruszali, który łudząco przypominał galaretkę.
-Witamy pana na planecie Xorax 2- odezwał się drugi warn, który właśnie przyszedł na miejsce wydarzenia- cieszymy się, że policja międzygalaktyczna dba o sprawy mieszkańców-
-Ale panie Generale!- zaczął warn
-Dosyć Krick!- uciszył go Generał- Panowie proszę za mną trzeba was wtajemniczyć w sprawę.
Peter nie dowierzał. Jeszcze dwie godziny temu był na Ziemi, że nagle znajdzie się gdzieś na krańcu wszechświata, podążając za czymś zielonym o stopniu generalskim. Wciąż miał zamęt w głowie, ponieważ nigdy w życiu nie przypuszczał, że znajdzie się wśród kosmitów i to z nie własnej woli. Co prawda pracował w Torchwood, jednak tam był tylko zwykłym cieciem, tudzież asystentem. Teraz pragnął poznać tylko kilka odpowiedzi.
-Ci warni- odezwał się do Doktora- kim oni są?-
-Warni to taka rasa która uważa się za najemników. Wzbudzają oni strach, ponieważ napadają oni na mniejsze i słabsze planety, grabiąc je, a niekiedy niszcząc, mordując przy tym mieszkańców. Zresztą mówi się o nich jak o bandzie dziwaków w stylu wikingów-
-Mi to bardziej przypomina galaretkę- mruknął pod nosem, a Doktor cicho zachichotał.
-Właściwie jak się tu znaleźliśmy?- ciągnął Peter
-Widzisz mój TARDIS to statek do podróż międzygalaktycznych i czasowych. Myślę, iż wyczuł on zakłócenia falowe. W tym miejscu jest coś, co ściągnęło TARDIS z Ziemi do roku 3000, z tego co się orientuję-
Mózg chłopaka powoli trawił informacje, jednakże poczuł ulgę, kiedy nareszcie coś się przed nim odsłaniało.
-Jak Ci na imię?-
-Doktor-
-A ten John Smith? Już gdzieś spotkałem to nazwisko...-
-Nazwałbym to pseudonimem artystycznym-
-Ci kosmici mówią w naszym języku!-
-Nie, mówią po wareńsku.- odparł Doktor. Zauważył zdziwione spojrzenie Petera więc dodał- Po prostu TARDIS przekłada Ci na twój ojczysty język.-
-Jest w mojej głowie?-
-Tak, ale to nieszkodliwe-
-Witajcie w MATKA- odezwał się w końcu Generał, podchodząc do najwyższego budynku.
-MATKA?- zainteresował się Doktor.
-Międzyplanetarna Agencja Tajnych Komandosów Alpha. Zajmujemy się pozyskiwaniem nowych technologii, badań i takich tam.-
-Coś jak ziemski Torchwood?- pomyślał na głos Peter
-Tak. Zapraszam do środka panie John Smith i pana, panie?-
-Peter Black-
-I pana, panie Black- odparł Generał, po czym wszedł do środka.
***
Porównanie Torchwood do MATKA było zupełnie niestosowne. No bo jak można porównać dwie różne instytucje o milenijnej różnicy. Peter z zachwytem obserwował nowoczesną technologię, której Torchwood by się nie powstydziło. Na ścianach widniały ogromne telewizory, które pokazywały bardzo dokładny obraz spod mikroskopów. Peter zobaczył jak Doktor z ciekawością ogląda pracownie fizyczne, jak swoim bystrym okiem bada wynalazki, jak próbuje skorzystać z jednego z nich i w końcu jak mówi ~to jest wspaniałe~.
Przez chwilę patrzył jeszcze na Doktora, jednak potem wkroczył do działu chemicznego. Poczuł delikatną woń mikstur i leków.
~Nareszcie mój żywioł~ pomyślał ze spokojem. Podniósł on próbówkę i ostrożnie przeanalizował.
-Kwas, ale jakiś nieznany- spojrzał na monitor komputera, który także analizował zawartość naczynka.
/...Będziesz idealny... idealny kozioł ofiarny.../-usłyszał przytłumiony głos, który wyrwał go z rozmyślań.
-Słucham?- spojrzał w stronę Doktora, który właściwie rozmawiał z Generałem.
/...Inny, a jednocześnie najlepszy.../
-Halo?- spostrzegł, iż głoś dochodził z korytarza naprzeciwko sektora chemicznego. Podszedł powoli do niego, rozglądając się na wszystkie strony. Zajrzał ostrożnie na korytarz, na którym nie paliły się żadne światła. Zobaczył mężczyznę, który wyłonił się z ciemności.
~Warn?- pomyślał -Nie, nie wygląda na galaretę-
/... No chodź, wejdź. Przecież tak cię to ciekawi.../
Wszedł na korytarz, powoli zbliżając się do postaci.
-Kim jesteś?-
-Jestem Morfem- wyciągnął rękę w geście przywitania.
-Peter Black- krótko uścisnął rękę Morfa, co spowodowało złowieszczy uśmiech na jego twarzy.
-Eee... Co tutaj robisz?- zapytał Peter
-Musisz dokonać wyboru- odparła chłodno postać, po czym odwróciła się na pięcie i pobiegła w głąb korytarza.
-Zaczekaj!- Peter pobiegł za postacią. Nie wiedział czemu to robi. Wiedział, że musi, tak nakazywała mu intuicja. Podążał za postacią przez cały główny korytarz, schodami na górne piętro oraz górny korytarz. Ujrzał jak Morf wchodzi do jednego z pomieszczeń. Wolnym krokiem podszedł do pomieszczenia. Zerknął do środka. To co zobaczył sprawiło, że serce zabiło mu szybciej. Po środku pokoju stał nikt inny jak on sam- Peter Black.
