Rozdział 4
Pracując w MATKA trzeba być przygotowanym na wszystko. Właściwie było to jedno jedyne prawo, które znał każdy pracownik tego instytutu. Wiedziała o tym również Kendra. Kednra Lape była warnem, jednak w żadnym stopniu nie przypominała żadnego z tych wielkich, zielonych stworów z paskudnymi kłami. Była natomiast łudząco podobna do człowieka, z dwoma malutkimi różnicami- była dwukrotnie silniejsza od zwykłej ziemianki, no i miała czerwone oczy. Wszystko to było spowodowane błędem w jej genach, błędem, przy którym warni jej współczuli. Ona sama natomiast cieszyła się, że jest inna, inna niż te zielonkawe stworki z którymi codziennie się spotykała. Kednra pracowała w Matka jako informatyk, z czego była dumna, ponieważ zawsze interesowały ją obce technologie. Aktualnie pracowała nad swoim nowym wynalazkiem- mini teleportem. Dochodziła szósta, kiedy koleżanka wyrwała ją z pracy.
-Kończysz Czerwonooka?- spytała kobieta, która stanęła w drzwiach.- Chciała bym jeszcze wyskoczyć na miasto-
-Och tak Liz. Za pięć minut będę gotowa.-
-Ok. Będę czekać przy portierni- odpowiedziała Liz, zostawiając Kendrę samą w pracowni.
Dziewczyna wstała, szykując się do wyjścia. Jak zwykle zostawiła strażnikowi karteczkę, aby nie dotykał projektów. Odnalazła torebkę, po czym wyszła z pracowni. Znajdowała się na białym korytarzu skrzydła północnego. Skierowała się w stronę portierni. Po pięciu minutach była już na miejscu. Zaczęła się rozglądać za swoją przyjaciółką, jednak nikogo nie zauważyła.
-Liz wyłaź! To nie jest zabawne!- zawołała poirytowana. Jednak Liz się nie pojawiła. Właśnie postanowiła zapytać portierów czy nie widzieli jej koleżanki. Podeszła do szarych drzwi, znajdujących się tuż przy wejściu, zapukała i nie czekając na odpowiedź weszła.
-Dzień dobry chłopcy...- urwała, ponieważ spostrzegła, że w pomieszczeniu nikogo nie ma.
-Gdzie oni się wszyscy podziali, do cholery!- pomyślała ze złością.
Odwróciła się na pięcie z zamiarem wyjścia, kiedy usłyszała...
/...-Nie możesz tego zrobić!
/...- Ależ mogę! I wiesz, obawiam się, iż wszystko pójdzie na twoje konto. Czyż to nie piękne?
Kendra odwróciła się z powrotem w poszukiwanie źródła głosów. Dopiero teraz zdała sobie , że jeden z telewizorów jest włączony. Spojrzała w ekran. Zobaczyła na nim dwóch jednakowych mężczyzn stojących w jakimś ciemnym pokoju.
~Przecież to opuszczony korytarz~ pomyślała zaskoczona~ to dziw, że tam działają kamery~
Ponownie zerknęła na ekran.
/... Od samego początku byłeś idealny. Sam wepchałeś się do MATKA. I bardzo dobrze. Teraz ja przejmę władzę. Ta planeta ma ogromny potencjał. Nie można go nie wykorzystać...
/.. Ale dlaczego ja?
/.. Czy to nie oczywiste? Przecież nie będą szukać innego sprawcy. Ja się ulotnie, a ciebie złapią i skażą na śmierć. Plan idealny.
/... Powtarza, nie możesz ich zabić!.../-jeden z mężczyzn wskazał na coś. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że oprócz dwóch mężczyzn, w pokoju znajduję się parę osób. Jedną z nich była Liz.
/... Mogę i zrobię to teraz.../- meżczyzna wyciągną broń, po czym bez wahania zabił wszystkie osoby w tym Liz.
-NIEEEEEE!- wrzasnęła Kendra, zagłuszając alarm, który rozniósł się po całym instytucie.
